Å gå Julebukk, czyli o ginącej tradycji świątecznej w Norwegii.

     Zanim nastały czasy Coca-Coli i Halloween, zanim chrześcijaństwo i współczesny marketing na dobre zepchnęły dawne tradycje w zapomnienie, czyli wcale nie tak dawno, chodził po Norwegii pewien kozioł, symbol diabła, który straszył dzieci i dorosłych. Straszydło owo nawiedzało domostwa zazwyczaj w okresie pomiędzy Świętami Bożego Narodzenia, a Nowym Rokiem, nazywanym po norwesku romjul. Jednak przerażającą postać można było także spotkać w niektórych regionach w Norwegii 13 stycznia. Tym strasznym gościem był to tak zwany Julebukk, czyli Bożonarodzeniowy kozioł. Tradycja ta była znana w całej Skandynawii, a także w Finlandii. W tej ostatniej nawet obecna nazwa Świętego Mikołaja, Joulupukki, nawiązuje bezpośrednio do tego demonicznego kozła.

Elsa Beskows, Borgemester Munth
     Oczywiście Julebukk to nie było jakieś biedne zwierzę, które akurat w tym okresie postanowiło pokazać rogi i straszyć ludzi. Był to człowiek, który zakładał kozie rogi na głowę i maskę z kory brzozowej na twarz oraz okrywał ciało kozią skórą. Tak przebrana osoba chodziła od domu do domu, strasząc domowników dzikim śpiewem i szalonym tańcem, oczekując w zamian spiritusu lub piwa i czegoś na ząb. Według niektórych przekazów ustnych, Julebukk nosił też ze sobą kij, by bić nim najbardziej niegrzeczne dzieci. Czasami osoba przebierająca się z Kozła bożonarodzeniowego miała szczególnie przerażającą maskę, która bardzo dokładnie odwzorowywała kozią głowę. Maska ta osadzona była na kiju, przymocowanym lub niesionym na ramionach i miała ruchomą szczękę, która dzięki pociąganiu za sznurek, otwierała się i zamykała. Z biegiem czasu i wzrostem znaczenia chrześcijaństwa w Norwegii, demoniczny Bożonarodzeniowy kozioł, został stopniowo zastąpiony bardziej przystępną i przyjazną formą, zgrabnie uformowanej w koziołka figury ze słomy, przybranej zazwyczaj wstążką, stawianej w domu albo też dzieci w przebraniach, chodzących w okresie romjul od domu do domu i proszących o ciasteczka.

Nordisk familjebok, 1910 r.
     Zwyczaj Julebukk wywodzi się z jeszcze starszych tradycji. W dawnej Norwegii był zwyczaj stawiania w domu słomianego kozła, symbolizującego wszelkie duchy, krążące po ziemi w długie, ciemne, zimowe noce. Powszechne było także zabijanie kozła, aby zapewnić sobie dobre zbiory w przyszłym roku. Cała tradycja Julebukk, jak wiele zwyczajów ludowych, sięga korzeniami zamierzchłych, pogańskich czasów, a jej rodowód jest zawiły.
     Norweska tradycja Julebukk mocno przypomina mi nasz polski zwyczaj Turonia, czy też właśnie Kozy. Choć nie jestem zgrzybiałą staruszką, to pamiętam, że będąc dzieckiem zdarzyło mi się spotkać z tymi postaciami na wsi. I o ile za pierwszym razem byłam przestraszona, to już kolejnego roku bardzo chciałam pójść z grupą przebierańców :)

Julbocken, John Bauer, 1912 r.
     Czy w miejscu, w którym mieszkacie są jakieś ciekawe, straszne, może zabawne tradycje bożonarodzeniowe? A może spotkaliście się z tradycjami, które Was zaskoczyły? Albo może są tradycje, które szczególnie lubicie, są Wam bliskie? Napiszcie kilka słów tutaj lub na moim Facebooku lub Instagramie pod postem informującym o wpisie, dotyczącym Julebukk. Spośród Waszych odpowiedzi wybiorę w poniedziałek 10.12.18 jedną osobę i nagrodzę ją świąteczną kartką z Norwegii i jakimś drobiazgiem niespodzianką. Zadbajcie, więc proszę, żebym mogła łatwo się z Wami skontaktować i uzyskać dane do wysyłki upominku. Jeśli chcecie wziąć udział w losowaniu, na udzielnie odpowiedzi macie czas do poniedziałku do godziny 12.00. 

Wpis ten jest elementem tegorocznego Kalendarza Adwentowego Polek na Obczyźnie. Zachęcam Was do śledzenie fanpage Polek na Obczyźnie na Facebooku, gdzie znajdziecie wcześniejsze oraz następne "okienka" Kalendarza, a także wiele innych bardzo ciekawych wpisów z całego świata.