"Czarny manuskrypt" Krzysztof Bochus

Tytuł: "Czarny manuskrypt"
Autor:  Krzysztof Bochus
Wydawnictwo: MUZA S.A.
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 384

"Piekło jest domem nieczystych". ("Czarny manuskrypt" )

Lata 30-te XX wieku. Prusy Zachodnie. W spokojnym miasteczku Marienwerder (obecny Kwidzyn) dochodzi do wyjątkowo okrutnego morderstwa. Jego ofiarą pada miejscowy ksiądz, Gerhard Platzeck. Do rozwiązania sprawy zostaje przydzielony śledczy z Danzig (Gdańsk), radca kryminalny Christian Abell wraz z wachmistrzem Kukulką. Nie mija wiele czasu, śledztwo nie zdążyło jeszcze nabrać na dobre rozpędu, gdy tymczasem pojawiają się kolejne zwłoki. I tym razem ofiarą makabrycznego zabójstwa pada miejscowy ksiądz, Albrecht Weber. Kolejna zbrodnia jeszcze bardziej gmatwa dochodzenie. Pojawiają się kolejne tropy i kolejni podejrzani. Obie zbrodnie noszą cechy mordów rytualnych, co potęguje tylko zamęt. Radca kryminalny Abell musi dowiedzieć się, kim jest oprawca nim życie straci kolejna osoba. Niestety miejscowi niechętnie dzielą się tajemnicami, a sam Abell zdaje się skrywać równie dużo tajemnic, co senne miasteczko, będące miejscem bestialski zabójstw.

Jedno ze zdań, które sprawiły, że zapragnęłam sięgnąć po powieść Bochusa, brzmi tak: "„Czarny manuskrypt“ to intrygująca powieść z pogranicza kryminału noir, sztuki i zagadek historii." Przyznacie, że brzmi ono smakowicie. Bardzo lubię kryminały retro, gdzie historia jest ważną składową opowieści, a fabuła tchnie mroczną atmosferą. Lubię, kiedy pisarz poprzez użyte słowa oddziałuje na wszystkie zmysły. Krzysztof Bochus dobrze oddał klimat okresu międzywojennego, niepokoju, wywołanego rosnącą popularnością ruchu nacjonalistycznego w Niemczech. Sprawnie splótł ze sobą wątki historyczne i kryminalne, okraszając wszystko mistycyzmem, tajemnicą, odwołaniami do sztuki i ciekawostkami. Powiedziałabym, że najlepsze są właśnie te elementy, gdzie historia i sztuka grają pierwsze skrzypce. Kiedy Krzysztof Bochus opisuje spelunki, ulice, kościoły, czy zamki, robi to szczegółowo i przekonująco. Kiedy snuje opowieść o dawno minionych latach świetności Zakonu Krzyżackiego, czy o życiu świętej Doroty, ma się ochotę na więcej. Język i styl jakimi się posługuje, pobudzają wyobraźnię, dzięki czemu czytelnik dosłownie widzi, opisywane miejsca.

Zagadka kryminalna choć ciekawa, nie jest jakoś specjalnie skomplikowana. Nie zapiera dechu w piersi i nie wywołuje gęsiej skórki. Dość łatwo było mi domyśleć się, który z podejrzanych jest głównym złoczyńcą. Jak się okazało miałam rację, choć przez cały czas miałam nadzieję, że autor mnie zaskoczy.

"Im dłużej patrzysz i głębiej zaglądasz, tym więcej widzisz." ("Czarny manuskrypt" Krzystzof Bochus)

Niestety nie przypadł mi szczególnie do gustu radca kryminalny Abell. Ani go nie pokochałam ani nie znienawidziłam. Jest nijaki, choć jest to postać z dobrym potencjałem, który, mam nadzieję, Krzysztof Bochus w kontynuacji "Czarnego manuskryptu" wykorzysta i sprawi, że śledczy będzie człowiekiem z krwi i kości, który naprawdę przyciąga uwagę. Dużo bardziej interesujące wydały mi się postaci drugo- i trzecioplanowe. Są bardziej wyraziste, ciekawiej zarysowane.

"Czarny manuskrypt" nie należy może do szczególnie odkrywczych pozycji w swoim gatunku, jednak ma swój urok. To przyjemna lektura w sam raz na wakacje. Spędzicie z nią miło czas, ale nie przyprawi Was o koszmary senne. Kto wie, może dane Wam będzie odwiedzić Kwidzyn, czy Malbork i dacie się porwać historii tamtejszych zamków.

***
Za książkę serdecznie dziękuję Pani Mirosławie Łomnickiej, reprezentującej Autora powyższej książki :)





"Całe życie" Robert Seethaler

Tytuł: "Całe życie"
Autor: Robert Seethaler
Oryginalny tytuł: "Ein ganzes Leben"
Tłumaczenie Ewa Kochanowska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 184

Całe życie opisane na 156 stronach. W dodatku w tym opisie niczego nie brakuje. Jest wszystko to, co składa się na ludzkie życie. Dzieciństwo, dorastanie, miłość, trudne doświadczenia, ciężka praca, dorosłość,  śmierć, przemijanie. Myślisz - niemożliwe żeby na tak niewielu stronach zawrzeć w pełni całe ludzkie życie, oddać jego zawiłości. Robertowi Seethalerowi to się udało. Jego powieść to esencja życia nie tylko głównego bohatera, ale i każdego człowieka. Nasze koleje losu różnią się, czasami bardzo, jednak historia zawarta w "Całym życiu" to coś więcej niż tylko opowieść o Andreasie Eggerze. Przynajmniej dla mnie.

"Był silny, lecz powolny. Myślał powoli, mówił powoli i chodził powoli, jednak każda myśl, każde słowo i każdy krok pozostawiały ślady i to dokładnie tam, gdzie takie ślady jego zdaniem winny były pozostać."

Andreas Egger to prosty człowiek, wychowany przez wuja. To właśnie jemu zawdzięcza fakt, że utyka na jedną nogę. Większość swojego życia spędził w maleńkiej wsi zagubionej gdzieś pośród Austriackich Alp. Andreas mówi niewiele, ale ciężko pracuje. Przyjmuje pracę, często taką, której inni nie chcą i wykonuje ją sumiennie i bez szemrania. Śpi mu się równie dobrze na słomie, na strychu, w stodole, co i w łóżku. Jako 29-latek kupuje niewielki spłachetek ziemi, gdzie własnoręcznie buduje swój dom. Dom, w którym już wkrótce zagoszczą wielkie szczęście i wielki smutek. Andreas doświadcza słodyczy i goryczy miłości oraz szaleństwa wojny. Jest też świadkiem rozwoju technologicznego - pojawienia się elektryczności i telewizji, rozwoju motoryzacji oraz lądowania człowieka na księżycu. Los nie szczędzi mu bólu i smutków, a mimo to on wciąż dostrzega piękno dookoła siebie i potrafi cieszyć się drobiazgami. Andreas przyjmuje próby, przed którymi stawia go życie z odwagą i cichą akceptacją.

Robert Seethaler jest pisarzem, który nie marnuje słów i potrafi za pomocą niewielkiej ich ilości naszkicować poruszającą historię, wciągając czytelnika w świat, przedstawiony na kartach swojej powieści. Słowa przygważdżają czytelnika. Zdają się płynąć wprost do niego, poprzez niego i od niego samego. Czytelnik staje się częścią snutego opowiadania.

Seethaler odnalazł idealny balans pomiędzy banałem i geniuszem. Jego publikacja nie ma w sobie ani grama infantylności, nie jest też napuszona. Przy tak dużym nagromadzeniu melancholii i smutnych wydarzeń, łatwo byłoby pisarzowi wpaść w pułapkę dokładnego objaśniania czytelnikowi uczuć głównego bohatera, tłumaczenia jego decyzji. Seethaler tego nie robi. Silne uczucia i motywacje Andreasa istnieją gdzieś w podtekście powieści. Autor pozostawia je w sferze domysłów i daje czytelnikowi możliwość samodzielnej ich interpretacji. Mimo gorzkich doświadczeń, jakimi naznaczone jest życie głównego bohatera, Seethaler nie zrobił z niego cierpiącej ofiary, co częste jest w takich przypadkach. Wręcz przeciwnie, Andreas to przykład człowieka o silnej woli przetrwania, który przyjmuje życie takim, jakie jest. Nie staje się zgorzkniałym człowiekiem. Pisarz rysuje przed nami portret człowieka, który zgina plecy w znoju, pochyla się przed potęgą sił natury, lecz nigdy się nie poddaje. 


"Blizny są jak lata, uważał, nawarstwiają się na sobie i dopiero wszystkie razem tworzą człowieka."
 
"Całe życie" to opowieść o twardym dzieciństwie, o trudnym dorosłym życiu, o wielu latach naznaczonych wojną, o ubóstwie, o smutku i co znaczące, o dobrych czasach oraz o szczęściu. Książka Austriaka to opowieść o odnalezieniu piękna i godności w prostej i samotnej egzystencji, o umiejętności dostrzegania tego, co niezwykłe w tym, co bardzo zwyczajne. Nie odnajdziecie tutaj rozważań nad życiem i bólem istnienia. Nie ma tu także intelektualnych wywodów o tym, jak to życie hartuje człowieka. Do wniosków musicie dojść sami. 

Robert Seethaler napisał stonowaną i piękną w swojej prostocie powieść o ulotnych chwilach w życiu. Mnie "Całe życie" przypomniało wszystkie opowieści moich dziadków i innych starszych ludzi, którzy zechcieli się ze mną podzielić swoimi chwilami z minionych lat, gdzie niejednokrotnie złych momentów było więcej niż tych dobrych, a jednak żadne z nich nigdy nie narzekało na brak szczęścia. Wręcz przeciwnie, wszyscy byli zgodni, co do tego, że mieli dobre życie. 

"Jak wszyscy ludzie także i on nosił w sobie przez całe życie wizje i marzenia. Niektóre z nich sam zrealizował, niektóre zostały mu dane. Wiele pozostało nieosiągalnych lub też, gdy po nie sięgnął, wydarto mu je z rąk. Ale nadal był tutaj. A kiedy po pierwszych roztopach wychodził porankiem na mokrą od rosy łąkę przed chatą i kładł się na jednym z rozsianych tam płaskich głazów, czując zimny kamień pod plecami, a na twarzy pierwsze ciepłe promienie słońca, wtedy miał uczucie, że wiele rzeczy wcale nie poszło tak źle."

Ta niewielka książka daje nam dużo do myślenia. Czego tak naprawdę potrzebuje człowiek? Co czyni z nas ludzi? Czym jest naprawdę życie? Jeśli chcecie sobie o tym przypomnieć, sięgnijcie po "Całe życie" Roberta Seethaler.

***
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Otwartemu :) 

 * Cytaty pochodzą z książki "Całe życie" Roberta Seethalera

Mój pierwszy dzień w Norwegii

To był koniec sierpnia. Na norweskiej ziemi wylądowałam jakoś koło północy. Kapitan promu, którym płynęłam, podziękował pasażerom za miły, wspólny rejs i życzył bezpiecznej drogi w dalszej podróży. Przede mną było kilka godzin jazdy samochodem. Na wschodzie niebo wciąż/już jaśniało. Zbliżał się świt. Jeszcze bardzo wczesny o tej porze w krainie fiordów. Byłam równocześnie podekscytowana, bo oto spełnia się moje marzenie i nieziemsko zmęczona, bo od kilku dób nie spałam. Bo widzicie, jest pewna rzecz, którą musicie o mnie wiedzieć. Zarówno przed, jak i w trakcie podróży nie potrafię spać. Pisząc "przed" nie mam tu na myśli godziny, czy dwóch przed wyruszeniem w podróż. W moim wypadku często chodzi o dobę. I nie zależnie, czy cała podróż trwa kilka godzin, czy kilkanaście, czy nawet 3 dni, ja wciąż nie mogę zasnąć. Słaniam się na nogach, przytulam się do poduszek, naciągam na głowę kołdrę, a sen nie nadchodzi. Teraz macie niejakie wyobrażenie o poziomie mojego zmęczenia.  Nie zdziwi więc Was fakt, że niestety, ale wszystkie wspomnienia  z mojej podróży z przystani promowej do nowego mieszkania, są zamglone. Pamiętam kręte drogi i otaczające mnie zewsząd góry, poprzeplatane wstęgami fiordów i upstrzone plamami jezior. I mnóstwo zieleni.

W tym miejscu jestem już zaledwie kilkadziesiąt minut od mojego nowego domu.
Przyznam się, że kiedy wreszcie samochód zatrzymał się u celu mojej podróży, nawet się nie rozejrzałam dookoła, nie obejrzałam mieszkania, tylko jak lunatyk dotarłam do łóżka i zasnęłam jak kamień.

Po kilku godzinach porządnego snu przyszedł czas na pierwszy, przytomny rzut oka na okolicę (to w Norwegii jest tak ciepło?), wypakowanie wszystkich rzeczy z samochodu (rany boskie, jak myśmy to wszystko upchnęli ?!?) i przede wszystkim na mój pierwszy obiad (śniadanie przespałam). Żeby połączyć pożyteczne - obiad z przyjemnym - podziwianie okolicy, razem z mężem zapakowaliśmy jednorazowy grill, łososia, pieczywo i kolby kukurydzy do samochodu i pojechaliśmy na jedną z pobliskich plaż. Po nasłuchaniu się od znajomych i obcych, jak to w Norwegii zimno, jak kapryśna  jest tu pogoda, byłam mile zaskoczona faktem, że mnie akurat kraj ten przywitał mnóstwem słońca i temperaturą w ciągu dnia powyżej 20 stopni Celsjusza. Nie taka straszna ta norweska pogoda, jak ją inni malują.

Przyznam się, że nigdy wcześniej i nigdy później grillowany łosoś nie smakował mi tak bardzo, jak właśnie wtedy, pod koniec sierpnia na ciepłym piasku norweskiej plaży. Nie mogłam uwierzyć, że coś, co od bardzo wielu lat pozostawało w sferze marzeń, i to tych, jak mi się wydawało, bardzo odległych i nierealnych, właśnie zaczęło się spełniać. Tego pierwszego dnia nie myślałam o wszystkich trudnościach i wyzwaniach, jakie na mnie czekają, choć zdawałam sobie z nich sprawę. Chłonęłam całą sobą to, co widziałam i po prostu cieszyłam się tym.

A Wy? Pamiętacie swój pierwszy dzień w nowym kraju? W nowym mieście? Chętnie poczytam o Waszych doświadczeniach.

***

 Ten wpis powstał w ramach Projektu Wiosennego Klubu Polki na Obczyźnie. Zachęcam Was gorąco do przeczytania historii innych Polek w ramach tego projektu. Spis wszystkich znajdziecie tutaj: PROJEKT WIOSENNY.

"Dziecko Odyna" Siri Pettersen

Staram się wrócić. Próbuję coś z siebie wykrzesać. Chęci, siły, wenę. Postanowiłam napisać kilka słów o pierwszym tomie norweskiej serii fantasy Krucze pierścienie autorstwa Siri Pettersen. Proszę, bądźcie wyrozumiali dla mnie :) Ponadto jako, że całą serię przeczytałam w języku oryginalnym, mogą się w moim poście pojawić nazwy i/lub sformułowania, które ja przetłumaczyłam na własny użytek nieco inaczej niż tłumacze wersji polskojęzycznej. Proszę, weźcie i to pod uwagę :) Z tego też powodu w swoim wpiscie zamieściłam okładkę norweskojęzyczną, bo takową wersję posiadam.


Tytuł: "Dziecko Odyna"
Autor: Siri Pettersen
Seria: Krucze Pierścienie (Ravneringene)
Oryginalny tytuł: "Odinsbarn"
Tłumaczenie: Anna Krochmal, Robert Kędzierski
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 648


Cykl Krucze pierścienie zaliczyć można do nurtu YA, więc ja, jak to ja, sięgając po nią, obawiałam się rozczarowania. Niestety zbyt wiele książek YA okazało się być dla mnie zbyt nudnymi, zbyt przewidywalnymi i infantylnymi. Dotyczyło to zarówno warstwy językowej, jak i treści.  Jak się okazało, oczywiście ku mojej radości, nic takiego nie miało miejsca w przypadku "Dziecka Odyna". Już pierwsze strony powieści, choć dla niektórych mogą się wydać trochę zbyt długim wstępem do właściwej akcji, dały mi pewność, że czas spędzony na lekturze, nie okaże się stracony.

Pewnego mroźnego, zimowego wieczoru, pewien mężczyzna znajduje w ośnieżonym, kamiennym kręgu noworodka. Zabiera go do domu, gdzie odkrywa, że oto uratował przed zamarźnięciem i pewną śmiercią bezogoniastą dziewczynkę. Rzecz niespotykana i niebezpieczna w krainie Ym. Dziecko Odyna. Zgnilizna. Zaraza. Człowiek. Istota budząca w mieszkańcach Ym lęk i odrazę. Istota, którą należy jak najszybciej zgładzić. Thorrald jednak nie jest w stanie zmusić się do zabicia małej. Zamiast tego przygarnia ją pod swój dach i staje się jej ojcem. By ją chronić tworzy opowieść o tym, jak to pewnego dnia wilki odgryzły jej ogon, na co niezbicie wskazywać ma blizna na jej skórze ...

Oto Hirka. Hirka bez ogona. Inna. Dziwna. Niezwykła. Dziewczynka, który nie przynależy do świata Ym.

Lata mijają. Aż nadchodzi czas, gdy dziewczynka dorasta. Przeistacza się w nastolatkę, która jak każdy młody ætling (mieszkaniec Ym) musi udać się do Mannfallii i przejść przez Rytuał, w którym będzie musiała pokazać moc swojego talentu magicznego. Oboje wiedzą, że Hirka nie poradzi sobie podczas Rytuału, ponieważ nie posiada talentu czerpania. Tajemnica, którą Thorrald skrywał przez piętnaście lat, również przed swoją córką, wyjdzie na jaw. Nic i nikt jej nie uratuje. Starania Thorralda aby zapewnić Hirce bezpieczeństwo  nie przynoszą oczekiwanego skutku. Zamiast tego dziewczyna odkrywa kim naprawdę jest, traci ojca i musi stawić czoła nie tylko stracie, jakie doznała, ale i tym, którzy chcą ją zarówno zabić, jak i wykorzystać do własnych celów.

zdj. http://www.ravneringene.no/

Siri Pettersen, która zadebiutowała jako pisarka właśnie tą książką, zabiera czytelnika w niezwykłą podróż, gdzie przenikają się różne światy, a ludzie traktowani są jak istoty mityczne. I to te z rodzaju złych i niebezpiecznych. Tyle tylko, że to nie ludzie są tymi, których należy się najbardziej obawiać. "Dziecko Odyna" ukazało się na rynku norweskim jesienią 2013 r. i nie pozostało nie zauważone przez krytyków, którzy zgodnie zachwycili się pisarstwem Pettersen. Powieść została w tym samym roku nominowana do Bokhandlerprisen (Nagrody Księgarzy). Tym samym "Dziecko Odyna" zostało pierwszą, wyróżnioną taką nominacją w historii przyznawania tej nagrody książką z nurtu młodzieżowego fantasy. W 2014 r. powieść została nagrodzona z kolei Fabelprisen, nagrodą przyznawaną corocznie najlepszym norweskim książkom fantastycznym. I powiem Wam, że rozumiem, czemu książka ta tak zachwyciła zarówno krytyków jak i czytelników i że całkowicie się z nimi zgadzam.

Siri Pettersen oddała do rąk czytelnika fascynującą i wciągającą opowieść, którą przenika duch staronordycki. W powieści dużo jest odwołań, delikatnych aluzji i elementów inspirowanych wierzeniami i tradycjami staronordyckimi. Od istot inspirowanych mitologicznymi huldrami, poprzez bogów, którzy kojarzą się, np. z Odynem, czy Lokim (przynajmniej mnie) oraz kruki, aż po przedstawienie krainy Ym, które przywodzi na myśl czasy, gdy Norwegią władali dumni jarlowie. Równocześnie stworzone przez nią świat i mitologia tchną oryginalnością. Lekturę "Dziecka Odyna" zakończyłam z myślą, że po raz pierwszy od dawna, przeczytałam coś odmiennego, coś, co wniosło ze sobą do już i tak bogatego świata fantasy powiew świeżości.

Pettersen wprowadza czytelnika w świat, przedstawiony w książce i w przeszłość swoich bohaterów,  krok po kroku, odkrywając przed nim co jakiś czas nowy element z przeszłości, który stanowi wyjaśnienie teraźniejszych wydarzeń i pomoc w lepszym zrozumieniu decyzji, jakie podejmują bohaterowie. Początkowo mnogość imion, nazw i określeń dotyczących Ym, sposób postrzegania rzeczywistości przez ætlingów oraz  ich wierzenia mogą lekko dezorientować. Trzeba, jak ja to nazywam, złapać rytm i nie koncentrować się zbyt mocno na zapamiętywaniu wszystkiego na raz. Wraz z rozwojem akcji wszystkie elementy układają się w zrozumiałą całość i nie ma się już problemu z natłokiem nowości .

Na pierwszy rzut oka Siri Pettersen opowiada historię starą jak świat. Dobro ściera się ze złem. Ci źli próbują przejąć władzę nad światem i podporządkować sobie tych dobrych. Główni bohaterowie stają do nierównej walki z wrogimi mocami. Tyle tylko, że z biegiem wydarzeń bohaterom coraz trudniej jest zachować pewność, kto jest kim i po której stronie stoi. W "Dziecku Odyna" z każą kolejną stroną pisarka coraz więcej miejsca poświęca politycznej walce o władzę, a jak wiadomo, w polityce nic nie jest jasne, nie wszystkie karty zostają odkryte przy pierwszym rozdaniu. Mamy tu więc sporo o nadużyciu władzy, o korupcji, o brudnych tajemnicach i szkieletach w szafie. Autorka dużo miejsca poświęca również problemowi biedy i nierówności oraz stereotypom i uprzedzeniom. (Chociażby podział na zacofaną i dziką Północ oraz elitarne i zamknięte Południe.) Innym tematem, który przewija się przez całą powieść, jest strach przed nieznanym, przed tym, co obce. Powiedziałabym, że temat bardzo aktualny obecnie i w naszym świecie, gdzie dużo mówi się o otwartości i tolerancji, a równocześnie okazuje się, że coraz częściej i coraz bardziej agresywnie reaguje się na wszelką inność. Od razu chcę jednak zaznaczyć, że te jakże ważkie kwestie nie przytłaczają fabuły, nie ma w nich nic moralizatorskiego. Po prostu Pettersen udało się wykreować bardzo prawdziwy świat z prawdziwymi problemami. A jej bohaterowie, choć żyją w wyobrażonym świecie, są autentyczni.

Głównymi bohaterami pierwszej części "Kruczych pierścieni" są, wspomniana już przeze mnie, Hirka oraz Rime, nieco starszy od niej chłopak, z jednego z najpotężniejszych rodów Mannfallii. Tych dwoje, pochodzących z jakże różnych grup społecznych, młodych ludzi połączy nie tylko wspólny cel, ale przede wszystkim przyjaźń. Autorce udało się przedstawić całą znajomość bez sztuczności i nadęcia. Czytelnik przez te ponad 600 stron widzi, jak bohaterowie dojrzewają, zmieniają się, jak ewoluują ich uczucia. Ich zachowania i przemyślenia świetnie pasują do ich wieku i tego, czego doświadczyli. Hirka i Rime to postaci wielowymiarowe, bardzo dobrze skonstruowane i interesujące. Zresztą wiele innych charakterów pojawiających się na kartach powieści jest wykreowanych w podobnie dobry sposób.

Narracja w "Dziecku Odyna" prowadzona jest chronologicznie, w trzeciej osobie. Jednak narrator nie jest wszystkowiedzący. Czytelnik poznaje wydarzenia w punktu widzenia trzech osób, co czyni całą fabułę bardziej bogatą. Pettersen używa prostego, zrozumiałego, obrazowego i nacechowanego emocjami języka. Książkę czytało mi się bardzo dobrze i łatwo było mi wyobrazić sobie to, co autorka opisywała. Norweżka napisała swoją opowieść tak dobrze, że czułam się jednym z jej  bohaterów.

Zakończenie pierwszego tomu "Kruczych pierścieni" zachęca, a wręcz zmusza do sięgnięcia po drugi tom. Hirka staje przed trudnym wyborem. Od jej decyzji uzależnione są losy całej krainy Ym. "Dziecko Odyna" to porządny debiut i porządna powieść fantasy dla starszych nastolatków, ale i dla dorosłego czytelnika. Gorąco polecam Wam sięgnąć po niego.

zdj. http://www.ravneringene.no/

Mam też kilka ciekawostek, związanych z publikacją, która wyszła spod pióra Norweżki, jak i samą pisarką. Być być może Was zainteresują.

* Siri Pettersen sama zaprojektowała okładkę "Dziecka Odyna", jak również pozostałych części cyklu "Krucze pierścienie".

* "Krucze pierścienie" zostały sprzedane do siedmiu krajów: Włoch, Estonii, Polski, Szwecji, Danii, Finlandii i Czech.

* W 2002 r. Siri Pettersen wygrała konkurs organizowany przez Bladkompaniet, norweskie wydawnictwo wydające serie tanich książek, komiksy, tygodniki i ogólnie literaturę popularną. Nagrodę zdobyła jej seria komiksów "Anti-klimaks".

* Możliwe, że powstaną filmy na podstawie "Kruczych pierścieni". Ekranizacją zainteresowana jest norweska firma produkująca filmy Maipo film

* Na co dzień Siri Pettersen pracuje jako dyrektor artystyczny w firmie Kantega.









Czy wiesz, że... #18

... 1 lutego 2017 roku miał miejsce pierwszy ślub pary homoseksualnej w Kościele Norweskim (Den norske kirke)?

Sakramentalne tak powiedzieli sobie w nocy z 31.01.2017 r. na 01.02.2017 r. Kjell Frølich Benjaminsen (63 l.) i Erik Skjelnæs (70 l.). Para żyła w konkubinacie od 36 lat. Uroczystość odbyła się w kościele Eidskog w Hedmark. Ceremonia odbyła się o tak specyficznej porze, ponieważ z dniem 1.02.2017 r. w Kościele Norweskim zaczęła obowiązywać nowa, dostosowana do zmian, liturgia zawierania małżeństw. Nowa liturgia została zatwierdzona na tegorocznym spotkaniu Kirkemøtet 25-31.01.2017 r.

http://www.aftenposten.no/norge/Forste-homofile-par-viet---i-samme-sekund-som-loven-tradte-i-kraft-614230b.html#&gid=1&pid=1


http://www.aftenposten.no/norge/Forste-homofile-par-viet---i-samme-sekund-som-loven-tradte-i-kraft-614230b.html#&gid=1&pid=3

W roku 2016 najwyższy organ w Kościele Norweskim, Kirkemøtet, (można go porównać do Synodu) zdecydował, że od 2017 roku pary jednopłciowe będę mogły zawrzeć małżeństwo w kościele. Na 115 osób głosujących przeciwnym temu pomysłowi były 32 osoby. Nad sprawą legalności zawierania ślubów kościelnych debatowano w Kościele Norweskim od dawna. I tak, np. w 2014 r. podczas ówczesnego Kirkemøtet, większość reprezentantów w nim zasiadających była przeciwna temu pomysłowi.

Zgodnie z nowym prawem kościelnym pastor ma prawo odmówić udzielenia ślubu parze homoseksualnej, jeśli sam nie zgadza się z wprowadzonymi regulacjami, które kłócą się z jego lub jej rozumieniem małżeństwa. W takiej sytuacji para będzie musiała znaleźć innego pastora.

*zdjęcia pochodzą z aftenposten.no