Mój pierwszy dzień w Norwegii

To był koniec sierpnia. Na norweskiej ziemi wylądowałam jakoś koło północy. Kapitan promu, którym płynęłam, podziękował pasażerom za miły, wspólny rejs i życzył bezpiecznej drogi w dalszej podróży. Przede mną było kilka godzin jazdy samochodem. Na wschodzie niebo wciąż/już jaśniało. Zbliżał się świt. Jeszcze bardzo wczesny o tej porze w krainie fiordów. Byłam równocześnie podekscytowana, bo oto spełnia się moje marzenie i nieziemsko zmęczona, bo od kilku dób nie spałam. Bo widzicie, jest pewna rzecz, którą musicie o mnie wiedzieć. Zarówno przed, jak i w trakcie podróży nie potrafię spać. Pisząc "przed" nie mam tu na myśli godziny, czy dwóch przed wyruszeniem w podróż. W moim wypadku często chodzi o dobę. I nie zależnie, czy cała podróż trwa kilka godzin, czy kilkanaście, czy nawet 3 dni, ja wciąż nie mogę zasnąć. Słaniam się na nogach, przytulam się do poduszek, naciągam na głowę kołdrę, a sen nie nadchodzi. Teraz macie niejakie wyobrażenie o poziomie mojego zmęczenia.  Nie zdziwi więc Was fakt, że niestety, ale wszystkie wspomnienia  z mojej podróży z przystani promowej do nowego mieszkania, są zamglone. Pamiętam kręte drogi i otaczające mnie zewsząd góry, poprzeplatane wstęgami fiordów i upstrzone plamami jezior. I mnóstwo zieleni.

W tym miejscu jestem już zaledwie kilkadziesiąt minut od mojego nowego domu.
Przyznam się, że kiedy wreszcie samochód zatrzymał się u celu mojej podróży, nawet się nie rozejrzałam dookoła, nie obejrzałam mieszkania, tylko jak lunatyk dotarłam do łóżka i zasnęłam jak kamień.

Po kilku godzinach porządnego snu przyszedł czas na pierwszy, przytomny rzut oka na okolicę (to w Norwegii jest tak ciepło?), wypakowanie wszystkich rzeczy z samochodu (rany boskie, jak myśmy to wszystko upchnęli ?!?) i przede wszystkim na mój pierwszy obiad (śniadanie przespałam). Żeby połączyć pożyteczne - obiad z przyjemnym - podziwianie okolicy, razem z mężem zapakowaliśmy jednorazowy grill, łososia, pieczywo i kolby kukurydzy do samochodu i pojechaliśmy na jedną z pobliskich plaż. Po nasłuchaniu się od znajomych i obcych, jak to w Norwegii zimno, jak kapryśna  jest tu pogoda, byłam mile zaskoczona faktem, że mnie akurat kraj ten przywitał mnóstwem słońca i temperaturą w ciągu dnia powyżej 20 stopni Celsjusza. Nie taka straszna ta norweska pogoda, jak ją inni malują.

Przyznam się, że nigdy wcześniej i nigdy później grillowany łosoś nie smakował mi tak bardzo, jak właśnie wtedy, pod koniec sierpnia na ciepłym piasku norweskiej plaży. Nie mogłam uwierzyć, że coś, co od bardzo wielu lat pozostawało w sferze marzeń, i to tych, jak mi się wydawało, bardzo odległych i nierealnych, właśnie zaczęło się spełniać. Tego pierwszego dnia nie myślałam o wszystkich trudnościach i wyzwaniach, jakie na mnie czekają, choć zdawałam sobie z nich sprawę. Chłonęłam całą sobą to, co widziałam i po prostu cieszyłam się tym.

A Wy? Pamiętacie swój pierwszy dzień w nowym kraju? W nowym mieście? Chętnie poczytam o Waszych doświadczeniach.

***

 Ten wpis powstał w ramach Projektu Wiosennego Klubu Polki na Obczyźnie. Zachęcam Was gorąco do przeczytania historii innych Polek w ramach tego projektu. Spis wszystkich znajdziecie tutaj: PROJEKT WIOSENNY.