"Wierni wrogowie" Olga Gromyko

Tytuł: "Wierni wrogowie"
Autor:  Olga Gromyko
Cykl: Beloria
Oryginalny tytuł: "Верные враги"
Tłumaczenie: Marina Makarevskaya
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 650

O mojej ogromnej sympatii dla twórczości Olgi Gromyko dobitnie świadczą recenzje wszystkich pozycji, traktujących o wiedźmie W.Rednej, zamieszczone na moim blogu. (Wszystkich ciekawych moich wrażeń zapraszam serdecznie do zajrzenia do wspomnianych wpisów.) Nie powinien więc dziwić nikogo fakt, że sięgnęłam także po "Wiernych wrogów", których specjalnie dla mnie zdobyła Kaś. I to z autografem autorki! Dziwić w tym wypadku może za to moja opieszałość, jeśli chodzi o sięgnięcie po nią. Cóż. Ot, zwykły brak czasu i proza życia. Zaspokoiłam już swoją ciekawość i dziś mogę podzielić się z Wami swoimi spostrzeżeniami na temat "Wiernych wrogów". Zapraszam.

Wilkołaki i czarodzieje to śmiertelni wrogowie. Ich nienawiść sięga wieków wstecz. A Szelena i Weres mają dodatkowe powody, by nie darzyć się miłością. Tyle, że los ma zazwyczaj głęboko w poważaniu czyjeś uczucia, poglądy etc. i z lubością stawia swoje ofiary w niekomfortowym, delikatnie mówiąc, położeniu. Dlatego też tych dwoje wyrzutków - wilkołak i wypędzony czarodziej - staną ramię w ramię do walki przeciwko większemu złu. Kto wie, co przyniesie przyszłość i jakie plony wyda ten niezwykły sojusz w zawierusze bitwy.

"I u piekła bram
Nie zakrzyknę "Dość!"
Nie jest warty łez
Mej przyszłości mrok
Losie, łaski bez
Sama zrobię krok."

"Wierni wrogowie", podobnie jak cały cykl o wiedźmie Rednej, osadzeni są w Belorii. Tyle, że tym razem Gromyko przedstawia czytelnikowi tę krainę na wiele lat przed narodzinami Wolhy. I podobnie, jak to miało miejsce w "wiedźmowskiej" serii, także tutaj pierwsze skrzypce odgrywa rezolutna kobieta. A jednak Szelena jest inna. Wydaje się być twardsza, bardziej doświadczona przez życie i nie raz dostała od niego porządnego kopniaka. W moim odczuciu brak jej ciętości języka i niefrasobliwości tak charakterystycznych dla Wolhy. "Wierni wrogowie" nie mają lekkości "Wiedźmy naczelnej", czy "Wiedźmy opiekunki". Książka jest bardziej stonowana, poważniejsza. Praca okazała się być głębsza, bardziej skomplikowana niż wspomniana przeze mnie powyżej seria. Bohaterowie nakreśleni są dokładniej. Pisarka skupiła się mocniej na ich myślach oraz uczuciach, na wzajemnych relacjach i pokusiła się nawet na ich lekki rys psychologiczny. Śpieszę jednak zapewnić, że Gromyko nadal nie stroni od ironii i sarkazmu w opowieści o Szelenie i Weresie. Dzięki cynicznemu humorowi zawartemu w książce, poruszane przez autorkę w niej trudne i bardzo aktualne obecnie kwestie - m.in. uprzedzenia, ślepa nienawiść, żądza władzy  - nie przybijają czytelnika, nie wpędzają go w przygnębienie. Okazuje się, że pod płaszczykiem lekkiej i przyjemnej lektury można przemycić ważkie tematy. Pisarka bardzo dobrze łączy soczysty język, barwne, realistyczne opisy, ciężkie emocje i niebezpieczne przygody.

Mam też pewne ale. Podczas lektury odnosiłam wrażenie, że elementy humorystyczne czasami był nie na miejscu, a sytuacje, wymagające dramatyzmu miały go za mało. Niestety nie mogę podać przykładów nie ujawniając Wam fabuły. Podobnie ma się sprawa z powodem, dla którego Szelena i Weres stanęli ramię w ramię w bitwie przeciwko wrogowi zagrażającemu całej Belorii. Rozwiązanie w tejże bitwie pewnego magicznego problemu - że się tak wyrażę, żeby zbyt wiele nie napisać - pisarka potraktowała jakoś tak zdawkowo. Aż zaczęłam się zastanawiać, dlaczego było to tak istotne i czy aby na pewno tak było. Jest też kwestia tytułowej wrogości. Od samego początku nijak nie czułam jej pomiędzy bohaterami. Jest ona zbyt niejasno, zbyt delikatnie zaznaczona. Wzajemna ostrożność. Nieufność. Tak, one są. Ale żadnej głęboko zakorzenionej animozji, o której tu i ówdzie wspomina się w książce.

"Kto tam? - Głos pełen nieśmiałej nadziei, że "tam" już nikogo nie ma, albo było to tylko złudzenie. (...)
- Oj nikt ważny, tylko czarownik, smok i okrutny wilkołak w mojej skromnej osobie, a raczej potworze.  Otwieraj drzwi, bo jesteśmy wściekle głodni!"

Choć "Wierni wrogowie" nie odbiegają od ogólnego schematu, wedle którego Gromyko napisała swoje książki, które wcześniej czytałam, to nie nudzą. Ich lektura sprawiła mi przyjemność, mimo pewnych niedostatków.  Niewątpliwie Gromyko ma talent do pisania wciągających książek. I nawet, gdy historia jest banalna i łatwo przewidzieć jak potoczą się koleje bohaterów, to trudno jest rozstać się z powieścią. To po prostu dobra rozrywka. Światy wymyślone przez pisarkę są zawsze pełne magii i mają swój niepowtarzalny urok. Tak jest również w przypadku "Wiernych wrogów" To nie jest książka pełna patosu, pretensjonalności i wzniosłości. Całość jest znacznie prostsza i bliższa sercu. Choć w moim wypadku to seria o wiedźmie jest tą milszą mojemu sercu :)

***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:

W 200 książek dookoła świata: Białoruś
Czytam fantastykę
Mitologia w literaturze 

Czytam Opasłe Tomiska
Historia z trupem
 Wyzwanie biblioteczne

* Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Wierni wrogowie" Olgi Gromyko

Sankthans, czyli Noc Świętojańska po norwesku

Pamiętam mój pierwszy rok w Norwegii i moje ogromne zdziwienie, gdy przez okno z mojego mieszkania zobaczyłam na zboczach gór na przeciwko kilka płonących ognisk. I to nie jakieś tam maleńkie ogniki, ale ogromne płonące stosy, Gdyby było to jedno ognisko, czy dwa, pewnie pomyślałabym, że ktoś na swojej farmie coś pali albo organizuje jakąś imprezę dla rodziny, bliskich itp. Ale, że było ich sześć, czy siedem, zastanowiło mnie to zjawisko. Z pomocą wujka Google dowiedziałam się, że w nocy z 23 na 24 czerwca w Norwegii obchodzona jest wigilia św. Jana albo inaczej Noc Świętojańska czyli Sankthans. Święto to nazywane jest także Jonsmesse, Jons vake lub Jonsok. (Ja będę używała głównie nazwy Sankthans, ponieważ jest ona najpopularniejsza w Norwegii i gdy zbliża się 23 czerwca to ona przewija się w mediach i w wielu rozmowach. W Polsce odpowiednikiem tego święta jest Noc Świętojańska, Sobótka, czy też inaczej - Noc Kupały.) Także i dziś wieczorem w całej Norwegii zapłoną setki ognisk, tych mniejszych i tych większych. (Takie ogniska noszą nazwę sankthansbålet i są odpowiednikiem polskich ogni świętojańskich.) Na szczycie niektórych z nich, tak jak dawniej, znajdą się szmaciane lalki, symbolizujące to, co stare, a czego ludzie chcą się pozbyć. Wokół nich zgromadzą się młodzi i starzy. Będą tańczyć, śpiewać, snuć opowieści i najzwyczajniej w świecie plotkować. Sankthans to pozostałość po dawnych pogańskich obrządkach, w letnie przesilenie. Podobnie, jak w Polsce w przypadku Sobótki, także i tutaj Kościół podjął próbę zasymilowania pogańskiego święta i nadania mu wydźwięku bardziej zgodnego w wiarą chrześcijańską. I choć Norwegia należy do grona krajów chrześcijańskich już ponad 10 wieków, Sankthans nadal ma wydźwięk minionych tradycji. Nie sądzę, by wielu Norwegów trzymało się ściśle w tym wypadku, czy to pogańskich, czy to chrześcijańskich tradycji, bo dla nich to po prostu świetny pretekst do zabawy i do grillowania :) Dodatkowym plusem jest fakt, że Sankthans odbywa się latem, dzięki czemu rosną szanse na pogodną i ciepłą noc. Nic nie stoi więc na przeszkodzie, by oddać się zabawie na świeżym powietrzu. Nie żeby deszcz, czy wiatr jakoś szczególnie w tym przeszkadzały. No, ale i Norwegowie doceniają sprzyjające warunki atmosferyczne :)

zdj. vg.no
Ze świętem Sankthans wiąże się wiele wierzeń i zabaw, z których większość, o ile nie wszystkie, wywodzą się z pogańskich tradycji. Wszak Noc Świętojańska to magiczny czas, kiedy przenikają się światy ludzi i bogów oraz duchów. Dziś raczej nikt nie traktuje ich poważnie, lecz niektóre zabawy współczesne, jak taniec wokół ognisk, czy zaplatanie wianków, nawiązują do minionych wierzeń. Oto kilka tradycji i wierzeń związanych z Sankthans.
W zachodniej Norwegii (Vestlandet) częstym było zawieranie w tą noc pozorowanych małżeństw dzieci. Taki ślub symbolizował witalność i nowe życie. Wszyscy wiedzieli, że w tą niezwykłą noc rośliny nabierają szczególnej mocy. Zioła zebrane w Noc Świętojańską miały odznaczać się większą siłą, miały leczyć każdą dolegliwość. Wierzono, że jeśliby zwierzęta gospodarskie zostały nakarmione sianem skoszonym i zebranym w Sankthans, nabrałyby siły i byłyby bardziej odporne. Jako, że ta wyjątkowa noc była dawniej m.in. świętem płodności, wierzono także, że młodzi właśnie w tym czasie, mogą sobie wyśnić przyszłego współmałżonka. W tym celu należało zebrać sankthansblomster, włożyć je pod poduszkę, na której złoży się głowę do snu. Jest też wersja mówiąca o tym, że tych świętojańskich kwiatów powinno być siedem rodzajów. W niektórych miejscach była inna tradycja, która nakazywała chętnym ujrzeć przyszłego ukochanego, by tę noc przespali na zewnątrz na podziemnym strumieniu... Ja chyba wolałabym pierwszą wersję :) Oczywiście do zwyczajowych zabaw należało skakanie przez ogniska, toczenie płonących kół w dół góry. W wielu miejscach palono stare łodzie. Woda, podobnie jak ogień, tej nocy nabierała szczególnej mocy. Rosa zebrana w Noc Świętojańską uznawana była za najlepsze lekarstwo na wszystkie choroby oczu. Także święte źródła objawiały w tę noc swą największą moc, więc ludzie chętnie do nich podążali.

Dlaczego palenie ognisk jest tak ważnym elementem obchodów Sankthans? Wytłumaczenie jest proste: ogień oczyszcza i chroni przed złymi mocami. I mimo, że w XVIII w. Kościół mocno sprzeciwiał się tradycyjnym tańcom wokół ognisk, grożąc piekłem i karą za pogańskie praktyki, tradycja ta przetrwała i ma się świetnie. Co roku największe ognisko płonie pod Ålesund i mierzy zazwyczaj od 30 do 40 metrów wysokości! To konkretne ognisko zawsze płonie 3 dni przed Nocą Świętojańską. Na poniższym filmiku możecie obejrzeć tegoroczne ognisko mierzące ok. 34 metry.


Dla tych, którzy obawiają się o bezpieczeństwo i możliwość zaprószenia ognia, spieszę z informacją, że aby móc rozpalić ognisko trzeba mieć pozwolenie. Co roku gminy oraz straż pożarna decydują czy, gdzie i kto może je rozpalić. Preferowane miejsca, w jakich rozpalana są ogniska, to te w pobliżu wody. Największe ogniska, często będące elementem większej gminnej, czy miejskiej imprezy, doglądane są przez strażaków.

O ważkości Sankthans dla dawnych Norwegów może świadczyć także fakt, że w codziennym życiu często odnoszono się do niego i w pewny, specyficzny sposób liczono rok od i po tym święcie. Często mówiono, że, np. jak szybko rozkwitną kwiaty jarzębiny przed jonsok, tak szybko będą mogły odbyć się żniwa przed świętem św. Michała Archanioła (Mikkelsmesse). Zresztą święto Sankthans było istotnym wyznacznikiem również tego, jaka miała być pogoda w pozostałe miesiące roku. W Telemark wierzono, że padający w Sankthans deszcz zwiastuje wczesną jesień. Z kolei mgła miała zwiastować zimy okres zwany elgskjølen. W Troms mgła podczas Nocy Świętojańskiej zwiastowała złe zbiory moroszki.

Ale w Norwegii Sankthans ma także bogatą i nie mniej magiczną chrześcijańską tradycję. W danych czasach ludzie tłumnie odwiedzali kościoły i święte miejsca w wigilię. Jednym z bardziej znanych tego typu miejsc był kościół w Røldal, który słynął z cudownego krucyfiksu, pochodzącego z XIII w.  Każdego roku do kościoła w Røldal ściągały tłumy miejscowych i pielgrzymów, głównie tych chorych, by na własnej skórze odczuć moc owego artefaktu. Legenda głosi, że cudowny krucyfiks "pocił się" podczas nocnej mszy. Płyn wydzielany przez krzyż był zbierany lnianą szmatką, którą następnie przykładano do chorych miejsc na ciałach przybyłych pątników. I dokonywał się cud uleczenia. Chorzy porzucali przy ołtarzu kule, nosze, szyny itp., by cieszyć się odtąd swoim ozdrowieniem. Wiele z tych porzuconych sprzętów można obecnie oglądać w Muzeum w Bergen. Ponoć zachowały się także świadectwa tych, którzy widzieli te dziwy na własne oczy...

I jeszcze jedna ciekawostka związana z wigilią św. Jana. Do 1771 r. dzień ten był dniem świątecznym i wolnym od pracy w Norwegii, ponoć także i obecnie jest tak w niektórych gminach norweskich, m.in. w gminie Sandefjord.

Ha en strålende Sankthansfeiring i dag!:)


"Autostop(y). Dziesięć opowiadań o wolności" praca zbiorowa

Tytuł: "Autostop(y). Dziesięć opowiadań o wolności"
Autor: praca zbiorowa (Hanka V. Mody (pseud.), K.B. Ambroziak, Magdalena Niziołek-Kierecka, K.A. Kowalewska, Joanna Chudzio, Marta Koton-Czarnecka, Katja Tomczyk, Zuzanna Muszyńska, Gabriela Szczęsna (pseud.), Dorota Szelezińska)
Wydawnictwo: Wydawnictwo Tagore
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 216

Wolności nie można symulować. (Stanisław Jerzy Lec)

Wolność. Piękne słowo! Mocne, niosące nadzieję, spokój, radość, pewność. Jest jak powietrze. Człowiek nie myśli o niej, nie zastanawia się, ile dla niego znaczy, póki jej mu nie zabraknie. Obecnie, w tzw. zachodnim świecie, jest to słowo niezwykle modne. Rzekłabym - nadużywane. Każdy domaga się wolności, ale nie każdy potrafi unieść jej ciężar i odróżnić wolność od samowolki. Często ludzie zapominają walcząc o własną autonomię, że i innym się ona należy. Wolność wymaga szacunku. Do siebie i do drugiego człowieka. Wolność jest trudna. Zanim ją odnajdziemy, musimy być pewni, że jej chcemy. A później trzeba ją pielęgnować, by ponownie jej nie zgubić.

"Autostop(y)" to zbiór dziesięciu opowiadań, napisanych przez różne kobiety. Odmienne temperamenty i spojrzenia na rzeczywistość, różna przeszłość, rozmaite doświadczenia i marzenia; jeden temat - wolność. Temat rzeka, bo słowo to mieści w sobie bardzo dużo treści, a jeszcze więcej emocji. Jest wielowymiarowe. Dla każdego będzie oznaczało co innego. Tutaj autorki opowiedziały o codziennej i zwyczajnej wolności, bez wojen, bez rewolucji, bez heroicznych czynów i przelewania krwi w obronnie ojczyzny. Wolność wyboru, decydowania o sobie i swoim życiu. Temat ten w pierwszym momencie po zetknięciu się z tekstami, wchodzącymi w skład antologii, wydaje się być na uboczu, jakby pominięty. Żadna z autorek nie pisze o wolności wprost, nie używa tego słowa. A mimo to, za każdym razem, gdy kończyłam czytać którąś z historii, do głowy przychodziła mi myśl, że oto przeczytałam o kolejnym, istotnym jej aspekcie. Każdemu potrzebna jest autonomia w życiu. W każdym utworze znać osobowość jego jego autorki. Nie ma dwóch identycznych opowieści, choć wszystkie opowiadają o, głównie, kobietach w ważnym dla nich momencie życia. W chwili mierzenia się z wolnością. O kobietach, które decydują się na tą swoją odrębność albo świadomie ją porzucają, bo to także jest przejaw niezależności. To także tekst o strachu przed wolnością, o borykaniu się z własnymi zahamowaniami i o oczekiwaniach innych, determinujących nasze postępowanie. Opowiadania są niezwykle życiowe. Takie o mnie i o Tobie, zapewniam Cię. Żadna z prac nie jest pretensjonalna, a mimo ważkości tematu "Autostop(y)" są lekturą lekką, co nie znaczy, że banalną.

Podoba mi się dobór tytułu do tematyki, poruszanej w publikacji. Dla mnie, podróżowanie autostopem to jeden z przejawów wolności - swobodny wybór czasu, miejsca, kierunku, sposobu przemieszczania się itp.. Także życie kojarzy mi się z podróżą autostopem, który nie zawsze wiezie nas bezpośrednio do celu. Wsiadamy do różnych środków transportu. Czasami jedziemy nimi dłużej, czasami krócej. Czasami droga jest prosta, a innym razem kręta. Ale zawsze nas dokądś prowadzi. I zawsze nas czegoś uczy. Bywa, że to my kogoś podwozimy. Podczas takich podróży toczą się przeróżne rozmowy. Często bardzo osobiste, bardzo głębokie. Być może te opowiadania, to właśnie ten rodzaj opowieści, jakie można usłyszeć podczas wspólnej podróży?

"Autostop(y) to książka niezwykła, różnorodna, bywa, że i zaskakująca. Znajdziecie tutaj kryminał, obyczajówkę, fantastykę, nawet groteskę. Autorki świetnie poradziły sobie z tak krótką formą literacką jaką jest opowiadanie. Sądzę, że udało się im zawrzeć w swojej publikacji wszystko, co trzeba. Są ciekawe pomysły, bardzo dobre ich rozwinięcia i jest mądry przekaz. Aż chce się czytać więcej.

Książka ta to eksperyment literacki, ukryty pod nazwą "Wykup słowo". Jego pomysłodawczynią jest Katja Tomczyk, która zaprosiła do wspólnego pisania dziewięć kobiet. Po za nimi także osoby postronne mogły mieć swój wkład w powstającą publikację. Wystarczyło, że na na jednym z portali crowfundingowych wspomogły finansowo w.w projekt, w zamian otrzymując możliwość wyboru m.in. słowa, imion i fraz, które następnie pojawiły się w "Autostop(ach)". Każde z opowiadań kończy się listą pomysłodawców i wykupionymi przez nich słowami. Przyznam, że ciekawie było widzieć, jak uczestniczki tego projektu wplotły w swoje teksty wszystkie zaproponowane słowa. Z kolei każde z opowiadań poprzedzone jest zdjęciem jego autorki wraz z jej krótkim życiorysem.

Jak zauważyliście nie przybliżyłam Wam fabuły żadnego z opowiadań. Uważam, że mogłabym niechcący napisać o nich zbyt dużo albo zbyt mało. Napiszę Wam jedynie, że "Autostop(owa)" wolność ma smak domowej pomidorówki, wypełniona jest prozą życia, a jej brak powoduje, dosłowne, tracenie części siebie. To spełnianie marzeń, docenianie otaczających nas drobiazgów, przesuwanie granic. Co jeszcze? Przekonajcie się sami i sięgnijcie po "Autostop(y)", bo warto! Eksperyment uważam za udany :)

***
Za książkę dziękuję pani Dorocie Szelezińskiej :) Zachęcam Was do zajrzenia na stronę Autostop(ów) oraz do śledzenia ich na Facebooku.
 
***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:

W 200 książek dookoła świata: Polska
Historia z trupem
Czytamy Polecane Książki: pozycje poleciła mi i to skutecznie jedna z autorek :)
Klucznik



"Ostatni papież.Tajemnica przepowiedni Malachiasza" Dariusz Hryciuk

Tytuł: "Ostatni papież. Tajemnica przepowiedni Malachiasza"
Autor: Dariusz Hryciuk
Wydawnictwo: Varsovia
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 288

Do sięgnięcia po powieść Dariusza Hryciuka zachęcił mnie jej blurb, który nasunął mi skojarzenia z książkami Dana Browna, po którego książki lubię sięgać, mimo, że nie uważam, aby był on pisarzem wybitnym. Jego dzieła są zawsze dobrze napisane, fabuła jest intrygująca i wciągająca, bogata w szczegóły, akcja jest wartka i zaskakująca, a tajemnice są rzeczywiści warte uwagi, a często także niepokojące. Po prostu dobra literatura rozrywkowa. Poza tym lubię czytać o wszelkich teoriach spiskowych, a i wszelakie wizje przyszłości są dla mnie pociągające. I to miał mi zapewnić ww. tytuł. Czy tak się stało rzeczywiście?

David Stone to dziennikarz wybitny. Publikuje w największych i najważniejszych gazetach. Żyje luksusowo, niczego mu nie brakuje: ma sławę, pieniądze, piękną kobietę u boku. Właśnie ma odebrać nagrodę dla "Dziennikarza Roku". Wydawałoby się, że to ukoronowanie jego dotychczasowej pracy, spełnienie marzeń. Jednak nie dla Davida. Dla niego to nic nie znaczące, acz przyjemne, dodatki. Rzeczywistość, którą zna aż za dobrze, uwiera go. Stone od lat śledzi relacje i powiązania między światem biznesu i polityki, wie o wielu brudnych sprawkach znanych osobistości, o ogromnej korupcji panującej wśród rządzących. Coraz bardziej mierzi go społeczność dziennikarska, która zamiast propagować prawdę, wciska ludziom bzdurna papkę i kłamstwa. Postanawia ujawnić prawdę. Nie przewidział jednak, że niechcący stanie na drodze, pewnego planu i znajdzie się na celowniku Patricka Bohra, właściciela Korporacji Babel, najpotężniejszego człowieka na Ziemi. Osobnika, który pragnie podporządkować własnej idei cały świat i nie cofnie się przed niczym, aby wyeliminować każdego, kto choć w najmniejszym stopniu może mu zagrozić.

Gdzie tu tytułowa "Tajemnica przepowiedni Malachiasza"? Otóż David Stone zostaje przygarnięty przez niejaką Esther Sayes, której farma jest schronieniem dla wszystkich zagubionych i potrzebujących pomocy dusz. Ponadto kobieta jest przekonana, że modlitwa i wiara załatwią wszystko, łącznie z pieniędzmi, których jej brakuje. Wśród mieszkańców farmy jest między innymi ojciec Bernard Staniewski z nieodłączną czarną teczką w rękach, strzegący jej jak oka w głowie. On także, podobnie jak Patrick Bohr, ma misję, tyle, że stojącą w opozycji do planów przedsiębiorcy. To właśnie ta trójka, David, Esther i o. Staniewski, połączy siły i stawi czoło złu...


Przyznam, że nawet teraz pisząc powyższe zdania, wciąż uważam, że fabuła brzmi interesująco. Zapowiadają one książkę, której niestety nie otrzymałam. Nie spodziewałam się co prawda, że "Ostatni papież. Tajemnica przepowiedni Malachiasza" dorówna publikacjom Browna, ale miałam nadzieję, że przynajmniej nie będzie mocno odstawał od ich poziomu. Tym czasem już pierwsze strony powieści, mające być, co oczywiste, wprowadzeniem do całej historii, zamiast pobudzić moje zainteresowanie, znudziły mnie. Zbyt dużo było tu rozważań głównego bohatera nad kondycją świata i jego zakłamaniem. Zbyt dużo stron musiałam przeczytać zanim rozpoczęła się jakakolwiek akcja. Sądzę, że zabieg ten miał na celu zapoznanie czytelnika z pobudkami, które wpłynęły na przyszłe postępowanie Davida, mnie jednak jego wynurzenia wydały się nieprzekonujące, trochę naciągane, jakby Stone tłumaczył się na siłę przed czytelnikiem z tych minionych lat, kiedy przymykał oczy na matactwa. Powieść Dariusza Hryciuka ma też dobre momenty, kiedy akcja przyśpiesza. Wtedy udaje się mu wciągnąć czytelnika w przygody bohaterów. W tych chwilach z zainteresowaniem śledziłam wątki, wyczekiwałam ich rozwinięcia, czułam się jak podczas lektury dobrej powieści sensacyjnej. Z przykrością muszę stwierdzić, że nie udało się autorowi utrzymać tego poziomu przez całą książkę. Brakowało mi porządnego rozwinięcia wątku Patricka Bohra, który ni z tego ni z owego zostaje pominięty w finale książki. Musicie wiedzieć, że jest to postać istotna dla całej fabuły, związana z trójką głównych bohaterów, więc kiedy otrzymuję takie, a nie inne zakończenie, a Bohr nie zostaje nawet w nim wspomniany, zaczynam się zastanawiać "Po cholerę został on w ogóle wprowadzony do książki?!" Ponadto cały wątek związany z Bohrem jest jednym z dwóch najbardziej interesujących i najlepiej napisanych, a mimo to, autor zignorował go pod koniec książki, skupiając się na drugim ciekawym wątku, czyli rozwikłaniu przepowiedni Malachiasza. I tu także, gdy już doszło do kulminacyjnego momentu, pisarz pognał na przysłowiowy łeb i szyję i nie doświetlił pewnych kwestii. (Chociażby już wspomnianego przeze mnie tematu wielkiego planu Patricka Bohra, który powinien zostać uwzględniony, ponieważ jest ściśle związany z ową przepowiednią.) Odniosłam wrażenie jakby Dariusz Hryciuk miał ciekawy zalążek pomysłu na swoją powieść, lecz nie wiedział, jak go rozwinąć, więc potraktował całość trochę po macoszemu i postanowił nie wnikać zbyt głęboko w fabułę. Autor próbował przedstawić zbyt wiele wątków naraz, poruszył zbyt wiele tematów i w końcowym efekcie ani jeden z nich nie został potraktowany z należytą starannością, nie został opisany na tyle wnikliwie, by przykuć moją uwagę na dłużej. Nawet ta tajemnicza przepowiednia nie była zbyt tajemnicza i właściwie od samego początku domyślałam się jej rozwiązania.

Bohaterowie "Ostatniego papieża" są nijacy przez większość powieści, nie przekonują do siebie, a najciekawiej zapowiadająca się i napisana postać, znika w kart książki bez słowa wyjaśnienia. Chyba, że to celowy zabieg, pozwalający na kontynuację powieści. Ich relacje są naiwne i/lub sztuczne. Wątek miłosny jest okropny, wolałabym aby go w ogóle nie było w książce. Taki odbiór przeze mnie postaci, występujących w powieści Hryciuka, to pokłosie zbyt powierzchownego ich potraktowania przez autora.

Zapewne po przeczytaniu wszystkiego, co napisałam wcześniej, pomyślicie, że moim zamiarem było odradzenie Wam sięgnięcie po powieść Dariusza Hryciuka. Otóż, nie! Choć odniosłam się do niej dość krytycznie, uważam, że nie jest tak zła, jak mogłoby się wydawać. Wiem, dziwnie to brzmi. Pomyślicie sobie "Co ty tu kobieto mącisz? Najpierw wytykasz niedoskonałości, a później piszesz, że książka nie jest wcale zła!" Ano tak! Bo widzicie, Grey był tragiczny, nie znalazłam w nim nic, co by mi się spodobało, w wypadku "Ostatniego papieża" jest chociażby potencjał i kilka ciekawych momentów. U Hryciuka to i owo można by dopracować, rozwinąć, pogłębić i wyszłaby naprawdę dobra książka. Dlatego uważam, że warto aby każdy sam zdecydował, czy to, co mnie się nie spodobało, przeszkadza mu równie mocno. Ja bowiem po przewróceniu ostatniej kartki czułam ogromny niedosyt.

***
Książkę przeczytałam w ramach akcji Polacy nie gęsi i swoich autorów mają. Dziękuję za taką możliwość :)
 
***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:

W 200 książek dookoła świata: Polska


Stosik #9

Dziś będzie szybki przegląd nowych pozycji w mojej domowej biblioteczce. Zapraszam :)

1. "Dronningsagaen" i "Kongespeil" Vera Henriksen (wydanie w jednym tomie), wyd. Aschehoug - norweskojęzyczna część biblioteczki powoli się rozrasta :D
2. "Ziołowy zakątek. Kosmetyki, które zrobisz w domu" Klaudyna Hebda, wyd. Nasza Księgarnia - książkę wygrałam w konkursie u Zielonego Koszyczka. Gorąco polecam Wam blog Gosi :) Zresztą blog Klaudyny - Ziołowy Zakątek - też wart jest uwagi!
3. "Ślepowidzenie" Peter Watts, wyd. Mag.
4. "Echopraksja" Peter Watts, wyd. Mag.
5. "Kasacja" Remigiusz Mróz, wyd. Czwarta Strona - o wzbogacenie o tą pozycję moich zbiorów, zadbał Tramwaj nr 4 :)
6. "Za dziewiątą falą. Księga legend irlandzkich" Marie Heaney, wyd. Znak.
7. "Kobieta, która spadła z nieba" Simon Mawer, wyd. Znak.
8. "Anatomia pewnej nocy" Anna Kim, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.
9. "Hell-P" Eugeniusz Dębski, Agencja Wydawnicza Runa - książkę zdobyłam podczas chatu z autorem publikacji na fan page PNGiSAM.
10. "Arlin" Adrian Atamańczuk, Sel Publishing -
Fløyelskinn og gode knær" Lisbeth Christine Olafsen, wyd. Snøfugl - książka norweskojęzyczna, wygrzebana wśród literatury do oddania :)
12. "Å dele en flamme" Annette Mattsson, wyd. Gylendal -  książka norweskojęzyczna, wygrzebana, podobnie jak ww., wśród literatury do oddania :)
13. "Bridget Jones dagbok" Helen Fielding, wyd. Aschehoug - norweskojęzyczna wersja światowego hitu :)
14. "Uciekinier" Daniel Silva, wyd. Muza - jest to wygrana w konkursie, który zorganizowała Gosia z bloga Zielono Mi...

Znalazło się też wśród tych nowalijek kilka e-booków:
13. "Autostop(y). Dziesięć opowiadań o wolności" praca zbiorowa, wyd. Wydawnictwo Tagore - książka otrzymana do recenzji, której to możecie się spodziewać już niedługo na blogu.
14. "Odnajdę dzieci! Historia prawdziwa" Ula Kaźmierczak, Self Publishing - książka

książka

Szary Mag. Sahi" Jarosław Prusiński, Self Publishing -
książka

książka