"Odnajdę dzieci!" Ula Kaźmierczak

Tytuł: "Odnajdę dzieci!"
Autor: Ula Kaźmierczak
Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 232

Sięgając po książki o tematyce wojennej, gotowa jestem zawsze, by zmierzyć się z ogromem tragedii, jaka zostanie mi w niej przedstawiona. Poziom odczuwania przeze mnie przerażenia, niedowierzania i bólu, wzrasta, gdy pozycja, z którą się mierzę, dotyka terenów bardziej mi znany, bardziej bliskich. Stąd być może wynika także moje zamiłowanie do literatury, traktującej o wydarzeniach II wojny światowej. To jej skutki są dla mnie najbardziej namacalne, znane z własnego podwórka, dotykają historii mojej rodziny. Dziś chcę się z Wam podzieli właśnie taką rodzinną opowieścią, którą Ula Kaźmierczak postanowiła ocalić od zapomnienia i wydała w postaci książki.

Autorka "Odnajdę dzieci. Historia prawdziwa" połączyła w swojej pracy pamiętniki swojej babki Zofii Grodzkiej oraz swojego ojca Edmunda Grodzkiego. Oboje opowiedzieli w nich o latach, kiedy pozostawali rozdzieleni i nie wiedzieli, co dzieje się pozostałymi członkami ich rodziny. Obie części opisują ten sam przedział czasowy, te same wydarzenia, lecz przedstawiają je z różnych perspektyw. I choć historia Zofii Grodzkiej i jej dzieci rozpoczyna się jeszcze przed wojną, to właśnie jej wybuch sprawił, że ich życie zostało wywrócone do góry nogami. W części pierwszej stykamy się z opowieścią Zofii Grodzkiej, matki Edmunda i Feliksa oraz Wali. Swoje wspomnienia kobieta spisała z myślą o dorosłych już dzieciach, które nigdy nie miały szansy usłyszeć całej historii losów swojej matki podczas rozłąki z nimi. Z tej opowieści wyłania się obraz silnej kobiety, kochającej ponad miarę swoje pociechy, która niestety nie miała szczęścia do mężczyzn, z którymi się wiązała. Jeden z nich stał się przyczyną jej tragedii oraz bezustannej tułaczki w poszukiwaniu utraconych dzieci. Pani Zofia mimo przeciwności losu wciąż podejmowała próby odszukania ich. Nawet, gdy inni jej to odradzali, gdy wszystko i wszyscy byli przeciwko niej, ona nieustanie myślała, w jaki sposób dowiedzieć się czegokolwiek, co pozwoliłoby trafić na ich ślad. Druga część książki to relacja Edmunda Grodzkiego, najstarszego syna Zofii, który napisał swoje wspomnienia na życzenie córki, czyli autorki "Odnajdę dzieci! Historia prawdziwa". Tu z kolei widzimy, jak z rozstaniem radzi sobie młody chłopak. Obserwujemy jak dorasta, jak zakłada rodzinę. Cały czas bez najbliższych, bez świadomości, że jego rodzina żyje i szuka go. Oba pamiętniki to obraz 15 lat straconego życia rodzinnego i 15 długi lat rozpaczy matki, która nie wie, co stało się z jej dziećmi. I  choć czas spędzony na poszukiwaniach, został uwieńczony sukcesem, to miał on gorzki posmak dla Zofii. Nie udało się jej scalić ponownie rodziny.

Wędrując wraz z Zofią i Edmundem po wyniszczonej wojną ziemi, oglądamy ludzką biedę, częste przypadki okrucieństwa, poznajemy nieszczęścia, spotykające innych. Pokrzepiające jest to, że w nawet tak trudnych czasach, jak okres wojenny, człowiek człowiekowi bywał nie tylko wilkiem. Relacje obojga bohaterów zaznajamiają czytelnika z mniej znaną szerszemu gronu odbiorców stroną wojny. Nie ma tu obozów koncentracyjnych i masowej eksterminacji (choć jest sporo stron, poświęconych egzystencji w przerażających warunkach w obozie pracy przymusowej), jest za to dramat tysięcy rodzin zagubionych w wojennej zawierusze. Jest to koszmar, który często nie kończył się wraz z zaprzestaniem działań wojennych.

Ula Kaźmierczak we wstępie napisała "Oddając cześć babci nie mogłam jednak pominąć tego, co sama napisała, dlatego też cytuję jej pamiętnik, rozwijając niektóre wątki." Cóż, według mnie nie wyszło to najlepiej. Wolałabym aby autorka zacytowała wspomnienia swojej babci, dodając do nich własny komentarz w formie przypisów, bądź oddzielnego rozdziału. Przeszkadzało mi także podczas czytania ciągłe przeskakiwanie z narracji pierwszoosobowej do trzecioosobowej i z powrotem. Był to zbędny zabieg, który wprowadził do książki chaos. W publikacji czuć brak płynności w prowadzeniu wątków, nieporadność językową, widać brak warsztatu. Zapewne czytałoby się ją przyjemniej, gdyby była lepiej skonstruowana. Praca Kaźmierczak dużo zyskałaby, gdyby dopracować tą właśnie sferę. Podam Wam przykłady dla zilustrowania tego, o czym wspominam.

"Uwierzyła tej kobiecie. Też była matką i rozumiały się. Spojrzała jeszcze raz na swoją malutką córeczkę i wyszła, mimo że rozpacz rozdzierała jej serce. Znowu musiała wybrać.
Poszłam, nie miałam wyboru. Nie ma już tej dobrej kobiety, zmarła dawno temu." 

"(...) Ciągle jej szukałam. Po wielu perypetiach znalazłam matkę Hermana i ona mi dała adres do Wali. Mieszkałam wtedy z Feliksem i jego żoną Manią w Kazachstanie, a Wala mieszkała w Duszanbe. Pojechałam do niej.
Nigdy się nie spodziewała, że będzie musiała uciekać z Edmundem zostawiając swoje dzieci, Walę i Feliksa. Zrobiła to jednak dla ratowania życia."

Żeby całkowicie zrozumieć, czemu forma książki tak bardzo uwierała mnie podczas lektury, musielibyście sami po nią sięgnąć i przekonać się o czym piszę na własnej skórze. Nie jest jednak tak, że publikacja jest beznadziejna. To nie język stanowi o jej wartości, lecz historia, opowiedzianej na jej kartach. Treść jest przejmująca, wręcz niewiarygodna. Mimo, że nie jest typowym wyciskaczem łez, jeśli wziąć pod uwagę temat jaki porusza, to sprawia, że odbiorcę przenika zimny dreszcz na myśl, o tym co przeżyli, co czuli i co myśleli w owym czasie bohaterowie. Zdarzenia nakreślone w "Odnajdę dzieci! Historia prawdziwa" nie są odosobnione. W dobie lat wojennych wiele było rodzin, który na długie lata zostały rozdzielone, osób, zadręczających się ciągłymi pytaniami o los najbliższych. (Sama znam takie rodziny.) Finał ich tułaczek często był dużo bardziej przerażający niż ten opowiedziany w książce Kaźmierczak.  A jeśli jeszcze dodać do tego skalę wspomnianego wyżej zjawiska, które nie ograniczało się przecież tylko do terenu Polski, to jego tragizm nabiera mocy. "Odnajdę dzieci! Historia prawdziwa" to kolejny istotny głos wśród setek tysięcy innych tego rodzaju opowieści. A każdą z nich uważam za wartą poznania.

Ula Kaźmierczak mogła pokusić się o napisanie bardziej przejmującej, mocniej przemawiającej do większej liczby czytelników, powieści. Mogła stworzyć typowy wyciskacz łez, grać na uczuciach czytelnika, podkreślając do bardziej dramatyczne wydarzenia, słowa, gesty etc.. Mogła, lecz sądzę, że nie to było jej zamierzeniem. Materiał, który zaprezentowała w "Odnajdę dzieci! Historia prawdziwa" miał na zawsze już uwiecznić dla potomnych pełen rozpaczy okres oraz opowiedzieć o ludzkiej (w tym wypadku matczynej) determinacji i odwadze. I to właśnie tutaj odnajdziecie.

***
Książkę przeczytałam w ramach akcji Polacy nie gęsi i swoich autorów mają. Dziękuję za taką możliwość :)
 
***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:

W 200 książek dookoła świata: Polska

* Cytaty pochodzą z książki "Odnajdę dzieci! Historia prawdziwa" Uli Kaźmierczak

"Srebrny młotek" Vera Henriksen

Tytuł: "Srebrny młotek"
Autor:  Vera Henriksen
Seria: Córka wikingów tom 1
Oryginalny tytuł: "Solvhammeren"
Tłumaczenie: Beata Hłasko
Wydawnictwo: Książnica
Rok wydania: 2004
Liczba stron: 256


Oto nadszedł ten dzień, kiedy mój stosik "do przeczytania", zalegający na regałach z książkami, nieco uległ zmniejszeniu. Nareszcie sięgnęłam po trylogię "Córka wikingów" autorstwa Very Henriksen, norweskiej pisarki, spod pióra której wychodzą od kilkudziesięciu lat zarówno powieści historyczne, jak i współczesne, a także literatura faktu oraz sztuki teatralne. (Henriksen otrzymała tytuł Kawalera 1. klasy Orderu Świętego Olafa w 1997 r.) Autorka skupia się w swoich książkach na człowieku w momencie przełomowych zmian, w czasach, gdy prawa i normy, obowiązujące do tej pory tracą swoją siłę, a zwykli ludzie muszą odnaleźć się w nowo powstającym świecie i od nowa niejako uczyć się w nim żyć. Nie inaczej ma się sprawa w "Córce wikingów" i w pierwszej jej części "Srebrnym młotku", o której dziś napiszę Wam kilka słów.

Młoda Sygryda, ledwie piętnastoletnia, zostaje wydana za mąż za Olve syna Grjotgarda (Ølve Grotgardsson), pana w Egge (północny Trondelag), w którego żyłach płynie krew jarlów z Lade. Olve choć dużo starszy od Sygrydy, okazuje się, ku zaskoczeniu i radość dziewczyny, być człowiekiem mądrym, cierpliwym i wyrozumiałym. I prawdziwie kocha swoją młodą żonę. Ona uczy się być panią dworu, zarządzać gospodarstwem i domem, a także jak być dorosłą kobietą i żoną możnego pana i jak kochać. On musi zmierzyć się ze swoimi wątpliwościami i słabościami, z narzucaną przez tradycję rolą, jaką winien odgrywać. Oboje stają wobec wyzwań, jakie niosą ze sobą nowe czasy i nowa wiara, rozprzestrzeniająca się po Norwegii.

"Życie nie jest piękne - Sygryda mówiła powoli, oglądając swoje paznokcie. - Człowiek musi być albo głuchy i ślepy na to, co dzieje się dookoła, albo nauczyć się żyć z tym wszystkim." [str. 151]

"Srebrny młotek" jest debiutem Henriksen, wydanym w 1961 roku przez norweskie wydawnictwo Aschehoug. Wraz ze "Znakiem" i "Świętym królem" stanowią trylogię opowiadającą o życiu Sygrydy córki Tore (Sigrid Toresdatter) na przestrzeni kilkudziesięciu lat. (Książka zdobyła w 1962 roku Nagrodę Księgarzy Norweskich (Bokhandlerprisen). Co ciekawe rękopis powieści został pierwotnie odrzucony przez wydawcę...) Część pierwsza cyklu obejmuje pierwsze lata, jakie Sygryda przeżyła, jako żona Olvego. Fabuła wydaje się być nieskomplikowana, ale to tylko pozory. "Srebrny młotek" jest bowiem czymś więcej niż historią życia tytułowej bohaterki. To opowieść o dorastaniu i dojrzewaniu - do życia w rodzinie i do życia w ogóle, o trudnych wyborach, o poszukiwaniu swojej tożsamości i swojego miejsca na świecie, o sile miłości i przyjaźni, o honorze i o zdradzie oraz o wielkich dziejowych zmianach, których mimowolnymi uczestnikami stają się bohaterowie. Powieść Henriksen przenika duch dawno minionych czasów. Pełno w niej detali, składających się na realistyczny obraz siedlisk i domów ludzkich, ubiorów i biżuterii, najważniejszych świąt z epoki wikingów i tych drobnych codziennych rytuałów, którym hołdowali ówcześni ludzie. No i te opisy przyrody! Surowe, oszczędne, a jednak intensywne i zachwycające. Pisarka nie tworzy mocno rozbudowanych, szczegółowych, kilkunastostronnicowych opisów, nie męczy czytelnika, np. mnóstwem nazw elementów łodzi, czy poszczególnych budynków gospodarczych i mieszkalnych. Wprowadza ich na tyle dużo w swojej powieści, aby odbiorca poczuł atmosferę czasów, o których czyta, lecz nie poczuł się nimi przytłoczony. Moim zdaniem jest to bardzo dobry zabieg, który pozwala nauczyć się trochę o schyłku czasów wikingów i pobudza ciekawość do dalszych poszukiwań w tym temacie. 

Wspomniałam już kilka razy, że "Srebrny młotek" opowiada o epoce wikingów. A jak wikingowie to spodziewać się można i wypraw łupieżczych... I tu co niektórzy mogą poczuć się rozczarowani, ponieważ Vera Henriksen, skupia się na życiu codziennym tego okresu, a wikingi przewijają się tylko w tle, np. gdy ktoś wyrusza na wyprawę bądź z niej wraca bądź też gdy napomyka w rozmowie o odbytej wyprawie.  Ci z was, którzy chcą dowiedzieć się, jak funkcjonował ten fascynujący świat, jak wyglądało życie osławionych wikingów od kuchni, będą zadowoleni z lektury. Ci, z kolei, którzy szukają jedynie szczęku broni, wzbudzającego grozę wycia żądnych krwi berserków, widowiskowych potyczek morskich, niech nie sięgają po książkę Norweżki. Chociaż... właściwie, czemu nie mielibyście skusić się na nią. Przecież każda lektura wnosi coś w życie czytelnika. Kto wie, może odkryjecie coś nowego i równie ciekawego.

Bohaterowie, wykreowani przez autorkę, to prawdziwi ludzie z krwi i kości. Nawet ci, którzy zostali uwiecznieni na kratach historii i odcisnęli na niej swoje piętno. A tych w "Srebrnym młotku" nie brakuje. Jedni przewijają się we wspomnieniach i opowieściach bohaterów, drudzy są postaciami, czynnie biorącymi udział w opisywanych wydarzeniach, choć nie wysuwają się na pierwszy plan. W "Srebrnym młotku" odnajdziecie między innymi Haakona Sigurdssona, jarla regionu Lade i faktycznego władcę norweskiego w latach 976-995, Olafa Tryggvasona, władającego Norwegią po śmierci jarla Sigurdssona, Olafa Haraldssona, króla norweskiego i przyszłego świętego, czy Torego Hunda, stojącego na czele buntu przeciwko Haraldssonowi. I chyba właśnie, czytając o ostatniej z przedstawionych przeze mnie powyżej historycznych postaci, najłatwiej zauważyć skupienie Very Henriksen na zwykłym człowieku, a nie na znanej osobistości. Widać, że pisarkę dużo bardziej od znanych historycznych faktów interesuje osobowość, myśli i uczucia jej bohaterów. Wizerunek Torego Hunda w powieści odbiega od tego, jaki znany jest z podręczników i prac historycznych, gdzie zazwyczaj przedstawiany jest jako tchórz i zdrajca. (Głównie za sprawą sag Snorre Sturlassonsa.) W "Srebrnym młotku" to zwyczajny człowiek, postawiony przed bardzo trudnym wyborem, który zrobił to, co uważał za słuszne i najlepsze w danej sytuacji nie tylko dla siebie, ale i dla swojej ojczyzny. 

"W jasne letnie wieczory myślała o słońcu nie zachodzącym na północy; o fiordzie jedwabiście gładkim, połyskującym i migotliwym w odblasku złocistych promieni, podczas gdy tarcza słoneczna leciutko drgała nad nieboskłonem, a odległe wyspy zdawały się zawieszone między niebem a ziemią.
Tęskniła do morza. (...)
Odgłosy morza... huk i szum nawałnicy, krzyk ptaków, delikatny plusk drobnej fali na brzegu, lekkie trzeszczenie bali pomostu; bliskość morza... krople wodnej piany na twarzy, sól osiadająca na skórze, ciepło bijące od nagrzanych słońcem skał; zapach wodorostów, morza, ryb - wspomnienie o tym wszystkim powracało falami wraz z okrutną tęsknicą." [str. 178-179] 

Kolejnym równie istotnym elementem, a nawet rzekłabym, ważnym bohaterem, książki, stojącym na równi z postaciami pierwszoplanowymi, jest chrześcijaństwo, które pod koniec X wieku i na początku XI wieku starali się zaszczepić na gruncie norweskim dwaj z najbardziej znanych królów norweskich tamtych czasów - Olaf Tryggvason i Olaf Haraldsson. Temu drugiemu misja ta powiodła się i z każdym rokiem przybywało w Norwegii chrześcijan. (Co oczywiście nie oznacza, że dawna wiara została natychmiast zapomniana i porzucona, ale to temat na długie rozmowy :)) Henriksen doskonale przedstawiła reakcje i uczucia, towarzyszące wprowadzaniu nowej religii w Norwegii. Świetnie oddaje chaos, oburzenie, sprzeciw (a nawet wściekłość), nadzieję, a także zagubienie, panujące wśród Norwegów w tamtych jakże skomplikowanych latach. Zgrabnie opisuje walkę o rząd dusz pomiędzy tradycyjną wiarą wikingów a nowo wprowadzanym ładem. Czemu uważam, że chrześcijaństwo jest znaczącą składową "Srebrnego młotka"? Ponieważ oddziaływało ono, mocniej lub słabiej, na każdego z bohaterów, wpływało na ich decyzje i postępowanie, decydowało o ich losach.

Jest jeszcze jeden szczegół, który stanowi, w moim odczuciu, o autentyczności wydarzeń, postaci, dialogów i rzeczy, w pracy Henriksen, to język jakim została ona napisana. Nie jest on udziwniony, zbyt skomplikowany, czy nadto uproszczony. Jest za to dopasowany do epoki w jakiej dzieje się fabuła i do postaci, zaludniających karty książki. Jest delikatnie stylizowany na dawną mowę, bogaty w archaiczne i zapomniane słowa oraz zwroty, a mimo to jest zrozumiały i łatwy w odbiorze. To ogromy plus tej pozycji!

Tak, jak podejrzewałam zaczynając lekturę "Srebrnego młotka", powieść Very Henriksen urzekła mnie od pierwszych stron. Dawkowałam ją sobie, podobnie jak dwie pozostałe części, rozciągając przyjemność płynącą z jej czytania, na ile tylko pozwalała mi moja czytelnicza zachłanność. Chciałam słyszeć huk morza rozbijającego się o przystań w Egge, patrzeć na krzątaninę we dworze, słuchać rozmów i sag, przeżywać z bohaterami radość, spowodowaną powrotem bliskich z tingu, czy z wypraw i ich obawę, przed wrogiem, przed głodem, przed tym, co nieznane. W dziele Henriksen odnalazłam też Norwegię, jaką dane było mi zobaczyć na własne oczy. Mam tu na myśli przede wszystkim naturę, która nawet w te najbrzydsze dni, gdy wiatr smaga z siłą huraganu, deszcz siecze prosto w twarz, a zimy grad wywołuje palący ból na skórze, zapiera dech w piersi. Pisarka nie  opisała po prostu swojej ojczyzny, nie opowiedziała jedynie o wydarzeniach sprzed wieków, ona zawarła w swojej książce ich esencję.

***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:
Czytamy polecane książki: po książkę sięgnęłam zachęcona różnym opiniami w internecie




* Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Srebrny młotek" Very Henriksen

Bunad - norweski strój narodowy

Już dwukrotnie pisałam na blogu o norweskim Święcie Konstytucji (Grunnlovsdagen). Wpisy na ten temat znajdziecie tutaj i tutaj, więc nie będę po raz kolejny pisać o tym samym, a zachęcam po prostu do zajrzenia do wcześniejszych postów. Dziś chcę Wam zaprezentować norweskie stroje narodowe (bunader), które są nieodłącznym elementem obchodów 17 maja w Norwegi oraz garść informacji na ich temat.

Na początek trochę historii. Od ponad 150 lat bunad towarzyszy Norwegom podczas wszelkiej maści uroczystości; mogą to być święta osobiste jak, np. chrzest (dåp),  konfirmacja (konfirmasjon) (sakrament łączący w sobie pierwszą komunię i bierzmowanie), ślub (bryllup) albo święta narodowe, np. wspomniane powyżej Święto Konstytucji. Jego korzenie sięgają XVIII w., a swoje powstanie zawdzięcza twórcom narodowego romantyzmu, przypadającego w Norwegii na lata od ok. 1840 do 1855-60 i ich zainteresowaniu ludowością. Wedle idei tego okresu to, co ludowe było postrzegane jako autentyczny wyraz historii narodu. Norwegia, ze swoim zainteresowaniem kulturą ludową, wyróżnia się na tle reszty Europy, za sprawą dużo trwalszego wpływu tejże fascynacji i silniejszego jej oddziaływanie na kulturę norweską niż miało to miejsce w innych krajach. W Norwegii ludowość nie wyszła z mody. Za matkę i propagatorkę nowych strojów narodowych uznawana jest Hulda Garborg, norweska pisarka, poetka, tancerka ludowa i nauczyciel teatralny. Przy pracy nad pierwszymi strojami narodowymi wykorzystywano wiele źródeł, m.in. stare stroje ludowe oraz m.in. akwarele Johana F. L. Dreiersa i miedzioryty Johanna Heinricha Senna, wykonane na podstawie prac Dreiersa. Oczywiście powstałe stroje najczęściej nie były w żadnym wypadku autentyczne historycznie, najczęściej były to uproszczone wersje, luźno inspirowane kulturą ludową. 

Sam termin bunad jest stosunkowo nowy - powstał w XX w. dla określenia różnego typu odświętnych kostiumów/strojów, używanych w pierwszej połowie XIX w. i czerpiących z tradycji chłopskiego ubioru XVII-XVIII w. Słowo bunad wywodzi się także ze staro nordyckiego búnaðr - sprzęt gospodarstwa domowego, ubrane. Nazwę tą stosuje się zarówno do autentycznych strojów ludowych (folkedraktene) z XIX w. jak również w stosunku do współczesnych strojów stylizowanych na chłopskie odświętne ubiory. Wedle Norweskiego leksykonu strojów narodowych (Norsk bunadleksikon) z 2006 r.  w Norwegii można wyróżnić ponad 400 rodzajów strojów narodowych (posługując się pojęciem bunad w szerokim rozumieniu). Gdy mowa o "bunadach" w wąskim znaczeniu, czyli nowo zaprojektowanych strojów, wzorowanych na ludowych, w dużej mierze mamy do czynienia z ubraniami, wykonanymi z tego samego szablonu, z niewielką liczbą lokalnych odmian. Od strojów o charakterze ludowym odróżniają się znacząco ubiory z regionu Telemark, będącego centrum norweskiego narodowego romantyzmu i po dziś dzień hołdującego bogatym ludowym tradycjom.Czym różni się strój ludowy (folkedrakt) od stroju narodowego (bunad)? Folkedrakt to strój lokalny z wcześniejszych czasów, z wszelkim możliwymi wariacjami, zazwyczaj zakłady w związku z ludowymi tańcami bądź występami. Bunad to strój narodowy stylizowany na strój ludowy, najczęściej używany jako strój odświętny. W latach 1930-1950 stopniowo normą stawało się w wielu środowiska zakładanie strojów narodowych z okazji dni świątecznych. I tak pozostało do dnia dzisiejszego. Około połowa norweskich kobiet wybiera bunad w dniu 17 maja.

Norweski instytut strojów narodowych i ludowych (Norsk institutt for bunad og folkedrakt) opracował klasyfikację "bunadów" wedle ich rodzajów. Zgodnie z nią można rozróżnić 5 rodzajów stroju narodowego (opisy skrócone):
1. "Bunady" stanowiące kolejny krok w rozwoju tradycyjnych strojów ludowych.
2. "Bunady", które pochodzą od stroju ludowego, który wyszedł z użycia, ale nie został zapomniany.
3. "Bunady", które zostały zrekonstruowane na podstawie zachowanych starych strojów ludowych.
4. "Bunady", które zostały uszyte na podstawie przypadkowych i niekompletnych informacji o dawnych strojach ludowych.
5. "Bunady", które zostały wykonane w dowolny sposób (w całości lub częściowo) i/lub których wzory zostały zaczerpnięte z innych rzeczy niż ubrania.

Podział powyższy nie jest kompleksowy, jednak pozwala lepiej zrozumieć powiązania pomiędzy obecnym strojem narodowym (bunad) i wcześniejszym strojem ludowym (folkedrakt). Zaprezentowany powyżej przegląd typów "bunadów" pokazuje przede wszystkim stopień, w jakim współczesne stroje narodowe, wzorowane są na tradycyjnych ubiorach ludowych.Ważne jest aby pamięć, że bunad nie jest tym samym, co folkedrakt.

Oczywiście stroje narodowe, to nie tylko sukienki, spódnice, koszule, spodnie, kamizelek, czy katan/kurtek. To także buty (moim osobistym zdaniem okropne) oraz wszelkiego rodzaju biżuteria i dodatki takie, jak torebki, czepce, czapki etc.

Poniżej znajdziecie klika przykładów strojów narodowych (bunader) używanych obecnie w Norwegii. Zaznaczam jednak, że są to jedynie wybrane i nieliczne rodzaje ubiorów narodowych i w żadnym wypadku nie wyczerpują one wariantów, w jakich występują "bunady".

Okręg Aust-Agder, gmina Åmli
Bunad damski (zdj. www.norskflid.no)
Bunad męski (zdj. www.norskflid.no)
Bunad dziecięcy (zdj. www.norskflid.no)
Okręg Buskerud 
Po lewej bunad damski ślubny z gminy Hallingdal. Po prawej zwykły bunad damski świąteczny z gminy Flå (zdj. www.norskflid.no)
Bunad damski z miasta Hønefoss (zdj. www.norskflid.no)

Męski bunad, pochodzący z tradycyjnego regiony Hallingdal (Flå, Nes, Gol, Hemsedal, Ål, Hol) (zdj. www.norskflid.no)
Dziecięcy bunad, pochodzący z tradycyjnego regiony górnego Hallingdal (głównie Ål, Hol) (zdj. www.norskflid.no)
Okręg Hordaland
Po lewej bunad dla panny z gminy Voss. Po prawej bunad dla mężatki z gminy Voss (zdj. www.norskflid.no)
Po lewej bunad z gminy Tysnes, Po prawej bunad z Sørfjorden
(zdj. www.norskflid.no)
Po lewej bunad z wyspy Sotra. Po prawej bunad zimowy z gminy Hardanger
(zdj. www.norskflid.no)
Kobiecy i męski bunad z Hardanger; kobiecy bunad z gminy Kvam (zdj. www.norskflid.no)
Okręg Møre og Romsdal
Po lewej bunad z Hjørundfjord. Po prawej bunad z regionu
Nordmøre (zdj. www.norskflid.no)

Okręg Sogn og Fjordane

Bunad damski i męski z regionu Nordfjor (zdj. www.norskflid.no)
Bunad damski i męski z regionu Sogn (zdj. www.norskflid.no)
Bunad męski i damski z regionu Sunnfjord
(zdj. www.norskflid.no)
 Okręg Telemark
Bunad damski i męski ze wschodniego Telemarku (zdj. www.norskflid.no)
Kolejna wersja "bunadu" damskiego i męskiego ze wschodniego Telemarku (zdj. www.norskflid.no)
Okręg Troms
Po lewej bunad z regionu Finnmark. Po prawej bunad okręgu Troms (zdj. www.norskflid.no)
Okręg Trøndelag 
Zielony bunad z okręgu Trøndelag (zdj. www.norskflid.no)
Damski i męski bunad z gminy Oppdal (zdj. www.norskflid.no)
Ceny strojów narodowych nie należą do małych i wynoszą od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy koron norweskich za prosty ubiór bez dodatkowych ozdób. Wszelkie dodatki należy dokupić oddzielnie, a te najpiękniejsze i najlepiej wykonane kosztują nawet po kilka tysięcy koron norweskich za sztukę. A mimo to wielu Norwegów decyduje się na zakup tego typu ubiorów. Oczywiście większość z nich kupuje tańsze wersje z produkcji masowej, ale bywa, że podczas parad z okazji 17 maja mam szanse podziwiać wspaniale wykonane stare "bunady" lub te z najwyższej półki.

Mam nadzieję, że wpis przypadł Wam do gustu :) Pozdrawiam Was ciepło i życzę udanego weekendu :)

Kilka komentarzy do tekstu:

Jak zapewne zauważyliście kilkukrotnie użyłam słowa bunad ujmując to słowo w cudzysłów. Zabieg ten ma za zadanie zaznaczenie, że wyraz został użyty przeze mnie w wersji spolszczonej i raczej niepoprawnej, ale często stosowanej w mowie potocznej przez Polaków. Proszę mnie za to nie bić i nie wyzywać od nieuków, bo był to zabieg celowy :)

Pisząc ten post opierałam się na informacjach znalezionych przeze mnie w Dużym Norweskim Leksykonie (Store norske leksikon), na stronie internetowej Norweskiego instytutu strojów narodowych i ludowych (Norsk institutt for bunad og folkedrakt), na norwesko języcznej Wikipedii oraz posiłkując się zdobytą przeze mnie dotychczas wiedzą.

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony  www.norskflid.no. Na tej też stronie możecie obejrzeć więcej przykładów norweskich strojów narodowych.




Klub Polki na Obczyźnie

Całkiem niedawno dołączyłam do wspaniałego i pełnego pozytywnej energii Klubu Polki na Obczyźnie. Od prawie dwóch lat regularnie zaglądałam na stronę Klubu. Podczytywałam pojawiające się tam wpisy, jak również blogi jego Członkiń. Jednak, jak widać, długo wstrzymywałam się przed przyłączeniem się do niego. W sumie, sama nie wiem, dlaczego. Czym jest ów Klub? To miejsce w przestrzeni internetowej gromadzące Polki, rozsiane po całym świecie. (Niesamowite w jak egzotycznych czasami zakątkach osiadły Polki!) To miejsce, w którym emigrantki dzielą się swoimi wrażeniami i obserwacjami na temat życia na obczyźnie. Ale nie tylko! Klub założyły w 2013 roku Magda i Żaneta, których pomysł okazał się być strzałem w dziesiątkę. Obecnie Klub zrzesza niemal 300 osób! Ponadto Klub prowadzi kilka projektów, w którym biorą udział jego Członkinie, a także wspiera aktywnie wiele akcji społecznych i fundacji charytatywnych oraz pomaga osobom, potrzebującym tej pomocy. Oto przykłady niektórych z nich: podróż po świecie dwóch szydełkowych lalek – Smutka i Plotkary (akcja pomocy Panu Zbyszkowi Stanisławskiemu), cykl bajek tworzonych przez Klubowiczki (akcja pomocy dla 8-letniej Karinki, chorej na rzadką chorobę genetyczną FOP-a). Wszystkiego możecie się dowiedzieć na stronie Klubu - KLIK.

http://klubpolek.pl/

Każda Polka, mieszkająca za granicą i prowadzącą bloga, może przyłączyć się do Klubu. A pozostałym osobom gorąco polecam zaglądać na jego stronę i na blogi/strony jego Członkiń.
Z racji mojego członkostwa, czasami mogą się pojawić na moim blogu wpisy, powstałe w ramach akcji klubowych. Zawsze postaram się to zaznaczyć w takim poście.