"Misjonarze z Dywanowa. Polski Szwejk na misji w Iraku cz. 1 - Pinky, czyli nowicjusz" Władysław Zdanowicz

Tytuł: "Misjonarze z Dywanowa. Polski Szwejk na misji w Iraku cz. 1 - Pinky, czyli nowicjusz"
Autor: Władysław Zdanowicz
Wydawnictwo: Księgarnia Zdanowicz
Rok wydania: 2007
Liczba stron: 455

"Jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było." ("Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej" Jaroslav Hašek)

O Józefie Szwejku Jaroslava Haška usłyszałam po raz pierwszy jako dziecko, gdy razem z rodzicami obejrzałam film "Dobry wojak Szwejk" Karela Steklý’ego. W sumie to nawet nie wiem, dlaczego i po co ja wtedy ten film oglądałam. Po książkę Haška sięgnęłam już samodzielnie, jako nastolatka, gdy pochłaniałam wszystko, co znalazłam w lokalnej bibliotece, co nie znaczy, że jakoś dużo lepiej pojęłam sens przygód Szwejka niż miało to miejsce kilka lat wcześniej. Nigdy później nie miałam styczności z wojakiem Jego Cesarskiej Mości Franciszka Józefa K. Jakoś było mi z nim nie po drodze i możliwe, że czas to naprawić. Za to w pamięć wrył mi się obraz naiwnego, prostego człowieka, który w swoich opowiastkach odkrywa wszelkie przywary ludzkie, wytyka absurdalność sytuacji i zachowań. I choć czasami Józef Szwejk wydaje się być niegrzeszącym mądrością prowincjonalnym prostaczkiem to ja nigdy nie nazwałabym go głupim. On zwyczajnie widzi świat i ludzi takimi jakimi są naprawdę i nie boi się o tym powiedzieć na głos. Podobnie ma się rzecz z Piotrem Leńczykiem, głównym bohaterem książki "Misjonarze z Dywanowa. Polski Szwejk na misji w Iraku cz. 1 - Pinky, czyli nowicjusz" Władysława Zdanowicza.

Szeregowy Leńczyk wydaje się być pechowym szczęściarzem albo może raczej - fartownym pechowcem, bo co rusz przytrafia się mu jakieś nieszczęście, ale zawsze wychodzi z tego obronną ręką. Często to on jest sprawcą - całkowicie nieświadomym - należy dodać, mniejszych i większych katastrof i nieprzyjemności dotykających jego otoczenie i jego samego. W wyniku zbiegu okoliczności oraz zbieżności nazwisk, a także niefortunnego splotu wielu przypadków pechowy szeregowy trafia do Diwaniji, czyli Dywanowa na misję stabilizacyjną w Iraku. Oczywiście nikt nie chce wierzyć w opowiadane przez niego bajdy o zmianie tożsamości ani słyszeć o żadnej pomyłce, bo w wojsku pomyłek nie ma. Tyle, że z każdym kolejnym dniem pobytu na nieprzyjacielskiej ziemi, Piotr Leńczyk zdobywa dość szczególny rozgłos wśród żołnierskiej braci, a kolejni przełożeni zachodzą w głowę, jakim cudem taki ktoś mógł się im trafić i jak w ogóle uchował się w wojsku. Tymczasem szeregowy Leńczyk pogodził się już ze swoim losem i stara się zrobić wszystko by przeżyć, nawet nauczył się strzelać z otwartymi oczami. Niestety nadal nie nauczył się, że czasami lepiej jest nic nie mówić, szczególnie gdy ma się przed sobą kogoś wyższego stopniem, i że miłość do jedzenia może okazać się zgubna.

Przyznam się, że już dawno nie spędziłam tak wielu godzin nad lekturą parskając co trochę śmiechem. Główny bohater i jego przygody często mają gorzki posmak, są przerysowane, a do tego równocześnie śmieszą i trochę przerażają, a autorowi książki nie sposób odmówić umiejętności atrakcyjnego przedstawienia absurdów, z jakimi przyszło się zetknąć bohaterom "Misjonarzy z Dywanowa". Jakkolwiek perypetie tytułowych "misjonarzy" śmieszą, to w chwilę później przychodzi smutna refleksja, że skądś człowiek to wszystko zna. Korupcja, tumiwisizm, spychologia, manipulatorstwo, wazeliniarstwo, wszechobecna biurokracja, chęć dorobienia się kosztem stojących niżej w hierarchii itp.. Nie koniecznie trzeba od razu wstąpić do wojska, by zetknąć się z każdym z tych zjawisk. Czytając powieść Zdanowicza doszłam do wniosku, że mogę tylko dziękować, że mnie nie dane było zetknąć się z tym całym szaleństwem na własnej skórze, będąc w miejscu takim, jak jej bohaterowie, bo nie chciałabym, np. wylądować w samym środku działań wojennych z bronią bez amunicji albo musieć latać po całej bazie z jednego miejsca w drugie po to tylko, by zdobyć niezbędne podpisy na jakimś mało ważnym papierze, zamiast spokojnie przygotowywać się, czy zbierać niezbędne informacje do wyjazdu w teren... Żołnierska rzeczywistość opisana przez Władysława Zdanowicza wydaje się być bardzo realistyczną, szczególnie, że czytelnik poznaje ją z punktu widzenia zwykłych żołnierzy, których codzienne życie składa się z wypełniania rozkazów przełożonych - często bez sensu i stojących ze sobą w sprzeczności, prób sprostania wymogom biurokratycznym, które nijak nie przystają do wojennych warunków oraz przeżycia mimo idiotycznych przepisów wprowadzanych przez wierchuszkę, która z dala od niebezpieczeństw wymyśla coraz to nowe paragrafy. Czytelnik za pośrednictwem Zdanowicza może obserwować codzienne życie żołnierzy z kontyngentu pokojowego w Iraku. Armia przedstawiona przez Zdanowicza to przede wszystkim zbiorowisko przeróżnych, ale zupełnie prostych żołnierzy, dla których wojsko stało się domem i sposobem na życie, to oni wydają się być najważniejszą jej częścią. Oni i może jeszcze garstka rozgarniętych dowódców, którzy wiedzą, że wytycznymi z Ministerstwa to można sobie, co najwyżej tyłek podetrzeć. Autor unika patosu, który zazwyczaj razi mnie niemiłosiernie, np. w amerykańskich filmach, za to częstuje czytelnika dosadnym językiem, który idealnie pasuje do fabuły i bohaterów, więc co wrażliwsi mogą nie być zachwyceni ilością zawartych w książce wulgaryzmów i typowo męskiego dowcipu. Ja jednak nie wyobrażam sobie bandy facetów, z dala od normalnego świata, od bliskich, ściśniętych w bazie wojskowej, poddawanych codziennie przeróżnym naciskom i stresom i używających słownictwa rodem z kart powieści Jane Austen. W "Misjonarzach z Dywanowa" nie ma sztucznie wykreowanych superbohaterów, są zwykli żołnierze, którzy swoje zadania starają wykonywać się jak najlepiej, by wyjść cało z każdej sytuacji i równocześnie nie narażać się niepotrzebnie. To ludzie z krwi i kości, którzy zdają sobie sprawę, gdzie się znaleźli i po co tu przyjechali, nie zgrywają większych twardzieli niż trzeba, nie udają, że wojna i zabijanie ich nie rusza, ale też nie roztrząsają tego zbyt mocno. No, może poza Leńczykiem... Nie ma tu porywających akcji wypełnionych heroicznymi czynami, strzelaninami, romansami i łzawymi powrotami z patroli, za to jest skrzący się dowcip i słowne przepychanki, realizm sytuacji w krzywym zwierciadle. Zdanowicz odziera wojnę ze szlachetności wyzwolicieli niosących pokój.

Książka Władysława Zdanowicza przypomina mi, oprócz oczywiście Szwejka Haška, serial i film "M.A.S.H.", który choć opowiada o innej rzeczywistości, skupia się głównie na ludziach, którzy znaleźli się w ekstremalnych warunkach i zmuszeni są sobie radzić z tym, co zastali. Czytelnik ma, podobnie, jak w "M.A.S.H.", możliwość poznania nieoficjalnego życia w bazie, tego, które nie bywa ujmowane w raportach i nie jest pokazywane w telewizji; mam tu na myśli dobijanie wszelkiej maści interesów, handlowanie alkoholem i wyposażeniem wojskowym na lewo, czy prowadzenie małych wojenek przeciwko swoim rywalom. Nonsens goni nonsens i gdy człowiek myśli, że nie może być już bardziej niedorzecznie, okazuje się, że był w ogromnym błędzie. Wariactwo dopada go ze wzmożoną siłą. Zdanowicz świetnie operuje absurdalnym humorem i zgrabnie, pod płaszczykiem satyry, pokazuje bezsens, jaki panuje w armii i bezsens wojny. Pisarz w sposób lekki i prosty przedstawia czytelnikowi współczesny obraz Wojska Polskiego, doprawiając go dużą dawką ironii i satyry oraz sporą ilością wojskowej nomenklatury. Co ciekawe i ważne dla nieobeznanego z życiem żołnierskim czytelnika, a takim typem właśnie jestem ja, fachowe terminy w żaden sposób nie są męczące, nie powodują zagubienia, nie są zbędne, Władysław Zdanowicz podaje je w sposób przystępny i zrozumiały nawet dla największego laika. Przyznam się, że dla mnie było to, jak odkrywanie nowego niezwykłego świata i chłonęła to słownictwo jak gąbka :)

"Misjonarze z Dywanowa. Polski Szwejk na misji w Iraku cz. 1 - Pinky, czyli nowicjusz" Władysława Zdanowicza, podobnie, jak wspomniane "Przygody dobrego wojaka Szwejka: i "M.A.S.H.", świetnie wpisuje się w nurt antywojenny, choć samej wojny jest tu niewiele. Humor, jak się okazuje, to bardzo dobry sposób na oswojenie nieprzyjaznego świata, na oswojenie lęku i sposób na uchronienie w sobie człowieczeństwa. To także idealny sposób, by przybliżyć czytelnikowi, skądinąd mało znany, obraz misji polskich żołnierzy w Iraku. A ja się cieszę, że Władysław Zdanowicz popełnił tą książkę (jak i pozostałe tomy o "misjonarzach") i dane mi było poznać tajemniczego rowerzystę, którego pojawienie się wywołuje panikę, chaos i lokalne walki, reguły rządzące szpitalem polowym, przykazania magazynowe, czy zachwycającą anatomię żołnierza po żołniersku. Polecam Wam sięgnąć po tą pozycję!

***
Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi :)
Zajrzyjcie koniecznie na stronę internetową wydawnictwa, prowadzonego przez Władysława Zdanowicza, gdzie dowiecie się co nieco o autorze i jego książkach, jak również będziecie mogli zakupić wszystkie publikacje pisarza - KLIK oraz na fanpage Misjonarzy z Dywanowa - KLIK.

***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:

W 200 książek dookoła świata: Polska

Czytamy polecane książki: tutaj mogłabym wymienić kilka blogerek, jak i samego autora
Biblioteczne 2015

Czytam Opasłe Tomiska

Polacy nie gęsi

***
PS. Przypominam też o konkursie na moim blogu i zachęcam do wzięcia w nim udziału. Macie czas jeszcze do jutra do północy.

15 komentarzy:

  1. Czytałam dwie części, trzecia nadal przede mną. Ubawiłam się po pachy, polecam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam na półce dwie kolejne i cieszę się, że będę mogła je przeczytać.

      Usuń
  2. nie do końca moja tematyka, ale ten humor jakoś do mnie trafia, poza tym naprawdę fajny tekst;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komplement :) Mnie tą książkę bardzo dobrze się czytało.

      Usuń
  3. Tyle dobrego słyszałam już o tej książce, że grzechem byłoby nie sięgnąć po nią wreszcie.
    Lubię powieści wojenne, szczególnie te o konflikcie w Wietnamie i Iraku, takie małe zboczenie, ale dotąd miały one w sobie rys dramatyzmu (co zrozumiałe) i patosu (co jest zrozumiałe w mniejszym stopniu, wojna nie ma w sobie nic wzniosłego). To będzie miła odmiana!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Karolino, ja także lubię czytać o wojnach, konfliktach, walkach, choć tematyka to niezbyt przyjemna. Polecam "Misjonarzy" i ich inne podejście do tematu.

      Usuń
  4. Nie wiem, jakoś mnie nie ciągnie, ale mówisz, że tyle tutaj śmiechu, że chętnie ze względu na niego przeczytałabym tę książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz Basiu, ja lubię taki rodzaj humoru :) Naprawdę od razu mam skojarzenia z M.A.S.H.

      Usuń
  5. Nie powiedziałabym, że to taka książka z humorem. Ciekawie przedstawiona, fabuła też interesująca, może się kiedyś skuszę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe, co byś o niej napisała po przeczytaniu

      Usuń
  6. Przecież to jest książka napisana dla mnie :) Przeczytam na pewno. Tytuł już zapisany. Fantastyczna recenzja!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To super, bo ja uważam, że warto po nią sięgnąć. Dziękuję za miłe słowa :)

      Usuń
  7. Odpowiedzi
    1. W takim razie polecam sięgnąć po nią :)

      Usuń