Jesienne Tanie Czytanie z Universitas

Coraz bliżej Mikołajki, Boże Narodzenie i Nowy Rok. Coraz bliżej czas obdarowywania, no i szalony okres poszukiwania odpowiednich prezentów, pakowania, często biegania z obłędem w oczach po sklepach. Jednym z najlepszych prezentów, jakim można uszczęśliwić mola książkowa są niewątpliwie książki. Jako reprezentantka tejże grupy zapewniam Was, że molowemu sercu każda książka jest miłą. Jeśli więc macie wśród swoich bliskich osoby, które kochają czytać albo sami poszukujecie ciekawych lektur zachęcam Was do zapoznania się z promocją, którą znajdziecie na stornie Wydawnictwa Universitas pod szyldem Jesienne Tanie Czytanie. Oto niektóre z pozycji, jakie tam znajdziecie.

"Dzika Europa. Bałkany w oczach zachodnich podróżników"
Autor: Božidar Jezernik
Rok wydania: 2013
ISBN: 97883-242-2281-0
Liczba stron: 382
Okładka: miękka ze skrzydełkami

Bałkany przez stulecia uznawano za odległe (kulturowo) od Zachodu – to właśnie ta różnica fascynowała mieszkańców Europy Zachodniej i sprawiała, że kraina ta stawała się celem ich prawdziwych lub wyimaginowanych podróży. Kiedy podróżni odkrywali, że wzniośle brzmiąca nazwa Bałkany oznacza tylko grzbiet rozdzielający wody lub przełęcz górską i niekoniecznie gwarantuje wzniosłą, romantyczną scenerię, próbowali przypisać im znaczenie bariery wojskowej i utrzymywali, że z tego punktu widzenia „Bałkan jest rzeczywiście wspaniałą górą” (Alexander William Kinglake, Eōthen, or Traces of Travel Brought Home from the East, 1844); inni zaś nie mogli powstrzymać się od zdziwienia wołając: „Jak można robić tyle zamieszania z powodu takiego kretowiska!” (Adolphus Slade, Records of Travels in Turkey and Greece, etc. ..., 1854). Jednak większość z nich uważała, że Bałkany nie były wyłącznie obszarem geograficznym, ale raczej polem walki pomiędzy Wschodem a Zachodem, Przeszłością i Teraźniejszością, pomiędzy barbarzyństwem a cywilizacją.

Fragment książki
"Najmniej znany zakątek Europy
W wieku XVII i XVIII na Zachodzie niewiele wiedziano o półwyspie. Według Encyclopédie Diderota, Bośnia graniczyła z Albanią (1751, tom II, s. 337), a Herceg-Novi był stolicą Hercegowiny (1765, tom VIII, s. 187). W wieku XIX na Zachodzie opublikowano wiele książek o Bałkanach, niektóre uczone, inne o charakterze druków ulotnych, nie zmieniło to jednak faktu, że cały obszar pozostawał nadal tak nieznany jak „głąb Tatarii w sercu Afryki”, „dzikie krainy Azji”16, lub nawet „szczyty Himalajów albo Pamiru!” W drugiej połowie XIX wieku zachodni podróżnicy tłumnie odwiedzali rzeczone tereny i opublikowali ze swych podróży setki relacji, a mimo to na początku XX wieku wciąż określano je mianem „najmniej znanego zakątku Europy”.
Trudno to wytłumaczyć. Wydaje mi się jednak, że Zachód nigdy nie był przygotowany na to, by ujrzeć Bałkany takimi, jakimi są naprawdę. Zamiast tego zawsze poszukiwał cech, które były wyraziste, jednoznaczne i przede wszystkim niezmienne, a takie znaleźć było trudno. Jak pisał Martin Conway, ludzie Zachodu „tworzyli obrazy życia afrykańskich dzikusów, ich zajęć, zwyczajów plemiennych, przesądów i całego świata, w którym żyją”, nie rozumieli jednak „niczego, co dotyczyło ludzi i stosunków na Półwyspie Bałkańskim”. Tamtejsza geografia była zbyt skomplikowana, stosunki etniczne za bardzo zawiłe, historia zbyt skomplikowana, a polityka niezrozumiała. Chociaż istniało na ten temat wiele książek, każdy kolejny rok stwarzał zapotrzebowanie na kolejne, gdyż sytuacja zmieniała się nieustannie; pojawiały się nowe kwestie wymagające opisu, nowe tematy, nowe problemy do wyjaśnienia i nowe zawiłości do rozwikłania. Tak więc zawarte w zachodnich relacjach obrazy mieszkańców Bałkanów nie były w pierwszy rzędzie, o ile były w ogóle, opisami prawdziwych ludzi, lecz raczej projekcjami ich własnej nostalgii i poczucia niższości. Im więcej ukazywało się książek, pisanych z różnych perspektyw i stawiających sobie różne cele, tym bardziej obraz stawał się zamazany.
W pierwszej połowie XVII wieku Sir Henry Blount przyjął, że rozumienie spraw ludzkich pogłębia się poprzez obserwowanie ludów, których instytucje i tradycje różnią się zasadniczo od naszych, „gdyż obyczaje z naszymi zgodne, bądź takie, z którymi jesteśmy obeznani, powtarzają tylko nasze dawne spostrzeżenia, mało nowego jednakże wnoszą”. Kilka dekad później, kolejny brytyjski podróżnik tak dzielił się swymi wrażeniami z Turcji Europejskiej:
Nie jest to widok niemiły, ujrzeć nowe Oblicze Świata, nieznane kształty rzeczy w obyczajach, kuchni, zachowaniu, zwyczajach i mowie. Człowiekowi wydaje się, że opuszcza nasz świat, gdy spędzi tylko kilka dni w podróży jadąc od Rabu czy Comorry, a zanim do Budy przyjedzie, sądzi już, że wstąpił na inną scenę świata, całkiem odmienną od tej, którą zna z krajów Zachodu; gdyż żegna się z fryzurami na głowach, wstążkami, mankietami, kapeluszami, rękawiczkami, łóżkami czy piwem; styka się z manierami, obyczajami i sposobem życia, który z niewielkimi różnicami, jednakowo wygląda aż po Chiny i najdalsze krainy Azji.
Wśród wielu autorów piszących w kolejnych stuleciach panowało silne przekonanie, że różnice pomiędzy narodami zachodnioeuropejskimi były nieproporcjonalnie małe w stosunku do łączących je podobieństw. Jednak odwiedzający Turcję Europejską wkraczali w „nowy świat”, znajdując tam „zupełnie odmienne i zaskakujące krajobrazy, style budownictwa, ubiorów, zachowanie i ogólny wygląd mieszkańców”. Podróżnicy, którzy w XIX wieku lub później przekraczali granicę państwa otomańskiego, jechali nie tylko z Zachodu na Wschód, ale także z cywilizacji do barbarzyństwa, z wolności do tyranii, wkraczali na „pole bitewne, na którym toczyła się walka pomiędzy Wschodem a Zachodem – pomiędzy barbarzyństwem a cywilizacją”.
Biorąc pod uwagą różnice w stylu życia, niektórzy dziewiętnastowieczni podróżnicy sądzili, że przeprawiając się z Zemunu do Belgradu „kończą z cywilizowanym światem”, i traktowali swój odjazd tak podniośle, jakby „żegnali się z życiem”. James Fraser, Brytyjczyk podróżujący do Teheranu i przekraczający Dunaj w 1836 roku, pisał, że w ceremonii przeprawy było coś tak uroczystego, „jakby świat żywych porzucał dla świata umarłych”. A kiedy podał swym przyjaciołom rękę na pożegnanie i wsiadł do łodzi, „nie mógł powstrzymać się od myślenia o Charonie i rzece Styks”.
W XIX i XX wieku setki zachodnich podróżników, mniej lub bardziej podzielających poglądy Blounta, przemierzały Bałkany wzdłuż i wszerz, ale wielu z nich nie postrzegało ich przez ich własny pryzmat. Kraj i ludzie byli zaledwie rodzajem lustra, w którym przeglądali się sami podróżujący, zwracający uwagę przede wszystkim na fakt, jak bardzo cywilizowani i postępowi byli oni sami. Dlatego można postawić tezę, że Europa nie istnieje bez Bałkanów. Europejczycy przez wieki odróżniali członków „społeczeństw cywilizowanych” od „prymitywów”, „barbarzyńców” i „dzikusów” tylko po to, aby móc uznać samych siebie za ucywilizowanych. Po to właśnie potrzebowali swego przeciwieństwa, Innego, a Bałkany spełniały tę rolę doskonale. W rzeczy samej trudno wyobrazić sobie wyraźniej zdefiniowanego Innego niż mieszkańcy Bałkanów, ponieważ wydawali się oni w przesadny i barwny sposób reprezentować sobą to wszystko, co na Zachodzie zostało odrzucone przez poprzednie pokolenia. Mieli też w sobie kombinację cech, którą Julia Kristeva nazwała „obcością naszej tożsamości”, a z którą sami nie potrafimy sobie zwykle poradzić. Innymi słowy, przedstawiali oni sobą to, czym Europejczycy byli kiedyś, a na co już nie chcieli sobie pozwolić.
W związku z tym niektórzy autorzy piszący o Bałkanach nawet w XX wieku mogli odnaleźć tam ludzi z ogonami (zob. rozdział 4). Pod koniec XX wieku amerykański ekspert od spraw półwyspu posunął się jednak jeszcze dalej, wyjaśniając, że nazizm może się wywodzić właśnie z tych obszarów. Mimo że większość dwudziestowiecznych pisarzy nie podzielała ekstremalnych poglądów Paula Siebertza, Philipa Thorntona czy Roberta Kaplana, wciąż uważali oni, że Półwysep Bałkański, bez względu na to, co pokazuje atlas, nie należy do Europy – „najbardziej cywilizowanego z kontynentów”."
***
"Art Déco. Całość. Szczegółowy przewodnik po sztuce dekoracyjnej lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku"
Autor: Alastair Duncan
Rok wydania: 2012
ISBN: 97883-242-1737-3
Liczba stron: 544
Okładka: twarda z obwolutą

Styl art déco zajmuje szczególne miejsce w historii sztuki dekoracyjnej XX wieku, o czym świadczy mnogość teorii związanych z jego genezą, znaczeniem oraz siłą oddziaływania. Z uwagi na liczne, pozornie sprzeczne ze sobą aspekty art déco próżno dziś szukać  jednoznacznej definicji zakresu i charakterystyki tego stylu. Gdy sztukę tę po raz pierwszy zaprezentowano szerszej publiczności w 1925 roku, podczas paryskiej Exposition Internationale des Arts Décoratifs et Industriels Modernes, większość krytyków uznała art déco za wyraz radykalnego sprzeciwu wobec secesji, dominującej od lat dziewięćdziesiątych XIX wieku. Pogląd ten należy jednak uznać za nietrafny, gdyż biorąc pod uwagę upodobanie do wyszukanego wzornictwa, egzotycznych materiałów, jaskrawych barw oraz staranność opracowania detali, art déco stanowi raczej naturalną kontynuację secesji. Niesłuszne jest też często spotykane twierdzenie, że rozkwit art déco przypada na okres pomiędzy rokiem 1920 a II wojną światową. Wiele najwspanialszych przykładów tego kierunku powstało przed wybuchem I wojny lub w jej trakcie, zaś rozmaite majestatyczne budowle, zwłaszcza amerykańskie, świadczą, że era art déco bynajmniej nie dobiegła końca wraz z początkiem lat trzydziestych i nastaniem Wielkiego Kryzysu.
Współcześni historycy nie uznają art déco za spójny nurt artystyczny, lecz raczej za konglomerat rozmaitych form estetyki - od inspiracji sztuką starożytnego Egiptu po futurystyczne wizje oraz od ścisłego geometryzmu po asymetrię. Świadectwem różnorodności art déco jest wielka liczba jego odmian i wcieleń, nie tylko we wzornictwie przemysłowym, lecz również w rzeźbie, architekturze, fotografii oraz modzie.
W niniejszej książce pojęcie art déco jest interpretowane w kategoriach stylu zdobniczego, eksponowanego na paryskich Salonach pomiędzy I a II wojną światową. Salony te umożliwiały artystom, którzy reprezentowali rozmaite sztuki piękne i stosowane, wystawianie najnowszych dzieł na widok publiczny i zwracanie uwagi krytyków, zaś kustoszom muzeów oraz przedstawicielom władz  państwowych dokonywanie zakupów dla prowadzonych przez siebie instytucji. Styl art déco na paryskich Salonach stanowił pociągającą mieszankę luksusu, relaksu, egzotyki i przyjaznego nastroju. Dobrze wpasowywał się w powojenny klimat wyzwolenia, pogoni za przygodą i poszukiwania nowych wyzwań.
Nie ulega wątpliwości, że leksykon art déco kryje istotne paradoksy: obejmuje, z jednej strony, dzieła szczególne, pieczołowicie ukształtowane z egzotycznych i luksusowych surowców, przeznaczone dla wąskiej, zamożnej i kosmopolitycznej klienteli; z drugiej zaś - tanią produkcję taśmową dla masowego odbiorcy, wyroby z plastiku i chromu, pozbawione powierzchownych dekoracji, lecz o estetycznych formach, jak choćby opływowe karoserie samochodów i wymyślne utensylia kuchenne. Wszystkie wymienione wyżej nurty zlały się w złożony kalejdoskop doznań wizualnych, którego niezwykła różnorodność rodzi dziś pytania o sens klasyfikowania art déco jako spójnego nurtu artystycznego.
Kwestia szerokiego zakresu oddziaływania art déco oraz jego splotu z modernizmem i innymi stylami artystycznymi do dziś nie doczekała się jednoznacznego wyjaśnienia i  najprawdopodobniej nie doczeka się go już nigdy, gdyż współcześni badacze nie są w stanie wypracować wspólnej, jednolitej definicji omawianego tu zjawiska. Trudno zresztą o sensowne formalizowanie różnorodności i/lub spójności estetyki, która kształtowała zarówno artykuły luksusowe, jak i przedmioty codziennego użytku. Z drugiej zaś strony, pomimo sporów o stylistyczne granice art déco, miłośnicy tego stylu zgodnie zwracają uwagę na jego odświeżającą żywość oraz uwodzicielski, nostalgiczny powab. Autor niniejszej książki zdecydował się uwzględnić w niej również przykłady graniczne, pozostawiając Czytelnikowi subiektywną decyzję o uznaniu (bądź nie) wybranych dzieł za przykłady estetyki art déco.

Ponad 1000 ilustracji barwnych i czarno-białych.

***
"Metafizyczny wymiar piękna w malarstwie Jerzego Nowosielskiego"
Autor: Adriana Adamska
Rok wydania: 2012
ISBN: 97883-242-1790-8; wyd. elektron.: 97883-242-1883-7
Liczba stron: 240+24 il.
Okładka: miękka ze skrzydełkami

"Metafizyczny wymiar piękna w malarstwie Jerzego Nowosielskiego" to forma hołdu złożonego zasłużonemu artyście. Z punktu widzenia historii sztuki na temat malarstwa Jerzego Nowosielskiego wypowiedziano niemal wszystko. W tej sytuacji szansą, by dodać coś nowego jest filozofia i teologia – po pierwsze ze względu na silne uzasadnienie teologiczne programu artystycznego malarza; po drugie – ze względu na „Przedmiot” dyscypliny, który Sam będąc niewyczerpanym, sprawia, że wszystko, co Go dotyczy także nie może mieć końca, a w miarę dociekań objawia wciąż niezgłębione pokłady Jego bogactwa i splendoru. W myśl tej idei autorka postawiła sobie za cel przedstawienie tej funkcji sztuki, która umożliwia kontakt z sacrum, a tym samym rozwój życia duchowego, które może wzrastać nie tylko w przestrzeni liturgii. Lektura książki to spotkanie ze światem piękna obrazów, które łącząc osiągnięcia sztuki współczesnej z tradycją ikony czynią przekaz pomagający odkryć na nowo człowiekowi przełomu XX i XXI wieku wartość dobra, prawdy, piękna oraz miłości.

***
"Miasto w soli. Kopalnia Soli w Wieliczce / The City in Salt. The Wieliczka Salt Mine"
Autor: Andrzej Nowakowski
Rok wydania: 2011
ISBN: 97883-242-1631-4
Liczba stron: 160+CD
Okładka: twarda szyta z obwolutą

Wszystko, co wiąże się z Kopalnią Soli w Wieliczce, ma wymiar ekstremalny: jest najstarsza i jednocześnie największa, a przy tym ciągle czynna. Nigdzie na świecie nie odnajdziemy niczego choćby w małym stopniu porównywalnego z wielickim labiryntem. W tym solnym universum wszystko jest monumentalne, a jego unikalność zapiera dech. Każdy, kto próbuje ogarnąć skalę wielickiego skarbu, zachwyci się nim bez reszty. I trudno, żeby było inaczej… Wielicka kopalnia to w istocie podziemne miasto, budowane przez ponad czterdzieści pokoleń górników, przedstawicieli niemal wszystkich europejskich narodowości. To ponad trzysta kilometrów korytarzy, które prowadzą do ponad trzech tysięcy solnych komór, na dziewięciu poziomach, sięgających głębokości 327 metrów pod powierzchnią ziemi. To także podziemne solankowe jeziora, mioceńskie krajobrazy, pozostałości po wyrobiskach eksploatowanych rozmaitymi metodami i technikami. Kopalnia to również niespotykana w swojej wyjątkowości mapa geologicznej aktywności Ziemi z Karpatami w roli głównej. W ścianach wyrobisk odnaleźć można geologiczne świadectwa czasów sprzed milionów lat: solne kryształy, węgiel, koralowce, wulkaniczny pył i wiele innych.


***

"Szlachetny Żyd Hitlera. Życie lekarza biedoty Edwarda Blocha"
Autor: Brigitte Hamann
Rok wydania: 2013
ISBN: 97883-242-2287-2
Liczba stron: 492
Okładka: miękka ze skrzydełkami


Urodzony w Czechach dr Eduard Bloch (1872-1945) był lekarzem domowym matki Hitlera, Klary. Z pełnym cierpliwości oddaniem opiekował się swoją chorą na raka pacjentką aż do ostatnich chwil jej życia w 1907 roku. W tym właśnie czasie ten pobożny Żyd zawarł bliższą znajomość z osiemnastoletnim Adolfem Hitlerem. Gdy w 1938 roku przyjechał on, już jako „führer”, do Linzu, wielokrotnie i z wielką estymą mówił o swoim „szlachetnym Żydzie, dr Blochu”. Zadbał także o to, by gestapo „otoczyło go opieką”. W 1940 roku pozwolono Blochowi i jego żonie wyjechać do USA. Lecz Ameryka stała się drugą ojczyzną tylko dla niej, Lilli. Wykorzystując wiele prywatnych źródeł Brigitte Hamann opowiada o losach Blocha i jego licznej rodziny w czasach politycznego zamętu. W jej opowieści losy pojedynczych ludzi splatają się z historią okresu międzywojennego, pierwszej wojny światowej, austriackiego faszyzmu, „anszlusu”, drugiej wojny światowej i lat powojennych. W swojej książce Hitlers Wien Hamann przekonywająco wyjaśniała przyczyny antysemityzmu Hitlera, w tej natomiast obala ryzykowną i częstokroć dyskutowaną tezę, że jego prawdziwym powodem był żydowski lekarz Bloch.

Zapraszam na mój wpis na temat tej książki - KLIK.

***
Zapewniam Was, że każda książka wydana przez Universitas jest dopracowana i jest miła również dla oka. Mam nadzieję, że znaleźliście wśród propozycji coś ciekawego dla siebie lub dla swoich bliskich. Warto zaglądać na stronę Universitas, bo oprócz książek w bardzo korzystnych cenach w ramach Jesiennego Taniego Czytania, stale goszczą tam też inne promocje, w chwili obecnej są to: Promocje i Przeceny, Książki Tygodnia oraz E-książki w cenie uznaniowej.



"Lucyfer. Moja historia" Victoria Gische

Tytuł: "Lucyfer. Moja historia"
Autor:  Victoria Gische
Wydawnictwo: Wydawnictwo Psychoskok
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 456

Przez wieki religia chrześcijańska, jak i każda inna, ewoluowała, była dostosowywana do obowiązujących norm, do wymogów społecznych bądź do osobistych potrzeb konkretnych grup społecznych. Słowa spisane przed wiekami, a nawet tysiącleciami, zostały wypaczone, celowo lub przez przypadek, usunięte lub zastąpione innymi. W przepisywane od stuleci teksty wkradły się błędy. Wiele z nich nigdy nie weszło do chrześcijańskiego kanonu, inne zostały z niego usunięte przez Ojców Kościoła.  Któż więc wie, jak brzmiałyby obecnie dogmaty wiary chrześcijańskiej, jak wyglądałaby chrześcijańska tradycja, gdyby Pismo Święte nie uległo takim przekształceniom. Także zwykli ludzie, niezaprzątający sobie na co dzień głowy roztrząsaniem kwestii teologicznych, dołożyli do chrześcijańskiej tradycji swoje trzy grosze. Człowiek od zawsze szukał pocieszenia oraz ratunku, wytłumaczenia niezrozumiałego dla siebie właśnie w religii, jednak na własne potrzeby urozmaicał ją, dodając elementy zaczerpnięte z dawnych tradycji i wierzeń. Nowe zawsze opiera się na starym i znanym, dzięki czemu człowiekowi łatwiej jest zaakceptować zmiany. I tak ludzie na przestrzeni dziejów, mieszając ze sobą dawne wierzenia, czasami bardzo odległe od ich współczesności i obecną wiarę, stworzyli własną chrześcijańską mitologię ludową. Jednym z elementów owej mitologii jest wiara w anioły, istoty, które istniały w wielu kulturach na długo przez spisaniem chrześcijańskich ksiąg.

"Anioły to obdarzone inteligencją odbicia świadomości, owego pierwotnego światła, które było na początku wszystkiego." (św. Jan z Damaszku)
Po lewej: Psychostazja. Michał Archanioł z wagą (fragment). Romanizm kataloński. XII w. Po prawej: Michał Archanioł (fragment) Pisanello (Antonio Pisano)

Michał Archanioł, fragment obrazu Sprawiedliwość pomiędzy archaniołami Michałem i Gabrielem. Jacobello del Fiore.
Współczesne słowo "anioł" pochodzi od sanskryckiego angiros, oznaczającego "duch Boży", od staroperskiego angaros - "posłaniec" oraz od greckiego angelos - "zwiastun". W anioły wierzono już w starożytnej Persji, Babilonie, czy Grecji; chrześcijanie nie byli w tej dziedzinie pionierami, lecz na użytek swojej wiary zaadaptowali istniejące już istoty pochodzące z innych wyznań, stwarzając własną "anielską mitologię". Rozkwit angelologii (tak nazywana jest dziedzina zajmująca się aniołami) w chrześcijańskim świecie nowożytnym przypadł na lata od XI do XIII w., ale i dziś tematyka ta ma wielu zwolenników. Pierwotnie w chrześcijaństwie nie istnieli źli, czy też upadli aniołowie. Każdy z aniołów był boskim stworzeniem, wypełniającym rolę powierzoną mu przez Boga, niezależnie od jej wydźwięku moralnego. Zło było jednym z narzędzi, którym posługiwał się Stwórca, z sobie tylko znanych względów. Z czasem spojrzenie na anioły ewoluowało. Być może ludzie nie mogli pojąć, jak jakakolwiek istota działająca w imieniu Ojca Niebieskiego, może czynić zło i potrzebowali podziału na anioły dobre i anioły złe. Jako jeden z pierwszych do grona upadłych aniołów został zaliczony Szatan, choć pierwotnie słowo "szatan" było stosowane jako określenie wypełnianej funkcji, a nie jako imię własne i próżno szukać Szatana w Starym Testamencie. (Hebrajskie słowo ha-satan oznacza "przeciwnika".) To w czasach nowożytnych szatan staje się księciem ciemności, upadłym aniołem, którego pycha popchnęła do przeciwstawienia się Bogu i rozpętania w Niebie rebelii oraz doprowadziła do jego strącenia w Otchłań. Najwspanialszy z aniołów pańskich nie chciał pokłonić się tak marnej istocie, jaką był człowiek. To on miał zwieść Ewę i nakłonić ją do zerwania jabłka z drzewa poznania dobra i zła, a w innej wersji - współżyć z Ewą i spłodzić Kaina. Dla większości ludzi wychowanych w tradycji chrześcijańskiej Szatan = Lucyfer = diabeł. Utożsamienie Lucyfera z ojcem kłamstw, Szatanem, wynikło przez pomyłkę, a dokładniej przez błąd w rozumieniu fragmentu Księgi Izajasza - "Jakże to spadłeś z niebios, Jaśniejący, Synu Jutrzenki? Jakże runąłeś na ziemię, ty, który podbijałeś narody? Ty, który mówiłeś w swym sercu: Wstąpię na niebiosa; powyżej gwiazd Bożych postawię mój tron. Zasiądę na Górze Obrad, na krańcach północy. Wstąpię na szczyty obłoków, podobny będę do Najwyższego. Jak to? Strąconyś do Szeolu na samo dno Otchłani!" (Iz 14, 12-15). Słowa "Jaśniejący, Synu Jutrzenki" odnoszą się do króla babilońskiego, który poczuł się potężniejszy niż sam Bóg. (W oryginalnym tekście hebrajskim nie ma imienia Lucyfer, a jedynie zwrot helel ben-szachar, gdzie helel oznacza planetę Wenus, znana także jako Jutrzenka, zaś ben-szachar - świetlistego syna poranka.) Wszystko wskazuje na to, że jako pierwszy szatana Lucyferem nazwał św. Hieronim, który w Wulgacie, łacińskim przekładzie Biblii przetłumaczył hebrajskie słowo helel i greckie ho heosforos jako łacińskie lucifer - "niosący światło". Inni Ojcowie Kościoła dostrzegli w tym fragmencie alegorię upadku najpotężniejszego z aniołów, łącząc go z wypowiedzią Jezusa o upadku szatana - "Widziałem szatana, spadającego z nieba jak błyskawica." (Łk 10, 18).

Władca mocarstw powietrza (Szatan) Gustave Doré
I tak stopniowo obraz upadłego anioła ewoluował, a imię Lucyfer stało się synonimem szatana. Po temat upadłego anioła chętnie sięgali zarówno poeci, jak i lirycy. Lucyfer, cierpiący, błądzący i samotny upadły anioł, stał się ulubionym bohaterem romantyków. Wokół jego postaci powstało wiele legend, a wśród nich także ta opowiadająca o zakazanej miłości Lucyfera do ludzkiej kobiety. Za swoje uczucie anioł został strącony do Otchłani, by nigdy już nie ujrzeć swojej ukochanej. Pozostali aniołowie widząc tęsknotę i cierpienie "niosącego światło" wstawili się za nim u Ojca, by ten go uwolnił. Po wielu namowach Bóg uległ skrzydlatym, lecz uczynił karę Lucyfera jeszcze dotkliwszą. Zgodnie z wolą bożą upadły anioł mógł opuszczać Otchłań i pojawiać się na Ziemi raz na sto lat. Niestety, gdy Lucyfer po tym czasie pojawił się ponownie na Ziemi kobieta już nie żyła. Odtąd, wedle legendy, Lucyfer pojawia się na Ziemi co sto lat i błąka się wciąż szukając utraconej miłości. Wedle islandzkich wierzeń ludowych miejsce, w którym anioł spadł strącony z Nieba i w którym, co sto lat wychodzi na Ziemię, znajduje się w Dimmuborgir w północnej Islandii.

Właśnie na tej legendzie Victoria Gische oparła fabułę swojej powieści "Lucyfer. Moja historia." Główny bohater książki, Marek, przeprowadza za namową swojego kolegi lekarza, Roberta, wywiad-rzekę z niezwykłym pacjentem pewnego szpitala (nie psychiatrycznego). W ten sposób mężczyzna poznaje Lucyfera, który raz jeszcze powrócił na Ziemię, by odnaleźć swoją ukochaną. Wydaje się, że wreszcie jego tułaczka dobiegła końca, a długoletnie poszukiwania zakończą się szczęśliwie. Jednak im dłużej Marek wysłuchuje zwierzeń upadłego anioła, im bliżej poznaje dzieje Lucyfera i jego anielskiego brata Michała, tym mocniej i on i czytelnik zdają sobie sprawę, że nic nie jest takie jak się wydaje, a archaniołowi Michałowi daleko jest do prawego bożego wojownika. Zresztą okazuje się, że anioły to istoty ułomne, które podobnie jak ludzie ulegają słabościom swojego charakteru i lepiej na nich nie polegać. Zwykli śmiertelnicy zostają wciągnięci w anielską walkę, nie mają szans by oprzeć się ich mocy. Mimo to Marek podejmuje nierówną walkę. Dokąd go to zaprowadzi? Cóż, o tym przekonam się dopiero w drugiej części cyklu o Lucyferze.

Aniołowie u Gische są antropomorficznymi, potężnymi istotami, władającymi mocami magicznymi. Nie posiadają co prawda skrzydeł, z którymi zazwyczaj bywają przedstawiani w literaturze, czy sztuce, za to mają wiele ludzkich przywar i dalekie są od doskonałości. Bywają złośliwe, zawistne, okrutne bez powodu, lubią dręczyć słabszych. I wcale nie są to upadłe, złe anioły, tylko te dobre. Taki sposób przedstawienia aniołów to dla mnie ogromna zaleta powieści "Lucyfer. Moja historia", bo nie lubię, gdy jakiś bohater bywa idealny w przesłodzony sposób, a tak dość często przedstawiane są anioły. (A przynajmniej ja ostatnio ciągle trafiałam na takich skrzydlatych.) Nie przepadam też za uproszczonym obrazem anielskiej braci jaki na co dzień wtłacza nam Kościół. A i z tym wizerunkiem Gische zrywa w swojej pracy. Troszkę przeszkadzał mi fakt, że Lucyfer jest za łagodny, bałam się wręcz, że autorka wybieli go tak, iż tylko on będzie zasługiwał na miano prawego i dobrego anioła, w dodatku nieco łzawego. Na szczęście nie uczyniła tego w porę pokazując, że strącony do Otchłani bohater jednak bywa zły. Ponadto zakończenie książki niesie ze sobą nadzieję na to, że książę ciemności pokaże jeszcze na co go stać.
Trzej archaniołowie, Marco d`Oggiono
Victoria Gische rozbudowała legendę o miłości upadłego anioła o ciekawe wątki, wypełniła swoimi bohaterami, w sposób niezwykły wplotła w jej kanwę wydarzenia znane z historii powszechnej. Dzięki licznym retrospekcjom w powieści Gische, odkrywamy tajemnicę pochodzenia i śmierci Tutanchamona, dowiadujemy się skąd wzięła się legendarna mądrość króla Salomona, poznajemy przyczynę śmierci Filipa Pięknego i Nogareta oraz kontrowersyjną wersję życia Jezusa. A to zaledwie część przeszłych wydarzeń, których wyjaśnienie czytelnik poznaje w nieznanej szerszemu gronu wersji, jaką proponuje mu Gische. Wątki historyczne są zręcznie połączone z fikcją w jednolitą całość, co sprawia, że łatwo uwierzyć w wizję autorki.

Język powieści jest prosty i łatwy w odbiorze. Niestety duża ilość literówek, poprzestawianych słów, błędów ortograficznych, czy interpunkcyjnych, utrudnia czerpanie pełnej przyjemności z lektury dzieła Gische i początkowo zamiast skupiać się na fabule, liczyłam błędy i zgrzytałam zębami. Poczułam się też lekko zagubiona, gdy oto lekarz Robert - kolega Marka, stał się w pewnym momencie Rafałem, by po kolejnych nastu stronach na powrót przeistoczyć się w Roberta. Aż przewertowałam całą książkę, by sprawdzić, czy mi coś nie umknęło. Jednak okazało się, że to zwykły błąd korektorski. Gdy tylko udało mi się przestać skupiać na spartaczonej pracy korektora, fabuła z każdą stroną wciągała mnie coraz mocniej, a błędy zeszły na dalszy plan. "Lucyfer. Moja historia" to dobra i wciągająca książka, która świetnie umili ciemny wieczór, czy długa podróż.

Dlaczego Lucyfer nie jest już potężnym upadłym aniołem, lecz słabym i podatnym na zranienia człowiekiem? Z jakiego powodu Michał tak mocno nienawidzi Lucyfera? Czemu dusza wiedźmy Róży odrodziła się akurat teraz i to w ciele dziewczyny Marka? Co knuje Michał, a jakie plany ma Gabriel? Ciekawi? W takim razie sięgnijcie po książkę "Lucyfer. Moja historia" Victorii Gische :) A ja wypatruję premiery drugiej części opowieści o Lucyferze.

***
Na koniec, pozostając w tematyce Lucyfera, jeden z moich ulubionych poetów.

"Jam ciemny jest wśród wichrów płomień boży,
lecący z jękiem w dal — jak głuchy dzwon północy —
ja w mrokach gór zapalam czerwień zorzy
iskrą mych bólów, gwiazdą mej bezmocy.

Ja komet król — a duch się we mnie wichrzy
jak pył pustyni w zwiewną piramidę —
ja piorun burz — a od grobowca cichszy
mogił swych kryję trupiość i ohydę.

Ja — otchłań tęcz — a płakałbym nad sobą
jak zimny wiatr na zwiędłych stawu trzcinach,
jam blask wulkanów — a w błotnych nizinach
idę, jak pogrzeb, z nudą i żałobą.
Na harfach morze gra — kłębi się rajów pożoga,
i słońce — mój wróg słońce! wschodzi, wielbiąc Boga."
("Lucifer" Tadeusz Miciński)
Dimmuborgir- zdj. Pinterest

Lucyfer. Moja historia [Victoria Gische]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
 ***

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:
 Polacy nie gęsi



* Zdjęcia (za wyjątkiem ostatniego, przedstawiającego Dimmuborgir) pochodzą z mojej biblioteczki, a są to: "Anioły" Lucie-Smith Edward oraz "Słownik aniołów, w tym aniołów upadłych" Gustav Davidson

Konkurs z wampirami i wilkołakami ;)

Już od jakiegoś czas tak sobie myślę, że fajnie byłoby zorganizować dla Was mały konkurs. I oto, jest :) Tak bez okazji; nie mam okrągłej liczby obserwatorów ani fanów na Facebooku, nie stuknął mojemu blogowi kolejny roczek. Po prostu stwierdziłam, że miło by było czymś Was obdarować. Tym czymś będzie książka "Wampiry i wilkołaki. Źródła, historia, legendy od antyku do współczesności" Erberto Petoii oraz kalendarz ścienny na 2015 r. The Reading Woman firmy Pomegrante. Zarówno książka, jak i kalendarz są nowe, a ich sponsorem jestem ja, właścicielka bloga Zapiski spod poduszki :) Więcej informacji na temat książki znajdziecie TUTAJ, a kalendarz możecie obejrzeć dokładniej TUTAJ.


Oto warunki udziału w konkursie:
1. W konkursie może wziąć udział każdy, bez wyjątku.
2. Konkurs trwa od 20.11.2014 r. do 04.12.2014 r. do północy.
3. Aby wziąć udział w losowaniu należy odpowiedzieć na pytanie konkursowe (łatwe) i zostawić namiary do siebie (adres e-mail, żebym się mogła skontaktować ze zwycięzcą).
4. Jeśli posiadasz bloga udostępnij u siebie na blogu banerek konkursowy wraz z linkiem do tego posta. 
5. Wśród osób, które zgłoszą się pod konkursem wybiorę jednego szczęśliwca, który otrzyma nagrodę.
6. Wyniki zostaną ogłoszone 05.12.2014 r. i tego samego dnia wyślę do zwycięzcy e-mail informujący o wygranej wraz z prośbą o podanie danych do wysyłki nagrody. Na odpowiedź zwrotną czekam 3 dni. Jeśli wylosowana osoba się nie zgłosi w tym czasie, losuję zwycięzcę ponownie.
7. Nagrody nie można wymienić na równowartość pieniężną.
Jeśli posiadasz Facebooka polub fanpage mojego bloga (KLIK), możesz też dołączyć do obserwatorów mojego bloga. (NIE jest to warunek konieczny by wziąć udział w konkursie!)

A teraz pytanie konkursowe:
Wampir, czy wilkołak? Gdybyś mógł/-a wybierać w którą z tych istot zostaniesz przemieniony/-a, którą z nich byś wybrał/-a i dlaczego?
Wasza odpowiedź nie musi być długa, ale liczę na to, że będzie ciekawa :)

Baner 

Zapraszam do zabawy i życzę Wam powodzenia!:)

"Zamordowana królowa" Maurice Druon

Tytuł: "Zamordowana królowa"
Autor:  Maurice Druon
Seria: Królowie przeklęci, tom II
Oryginalny tytuł: "La Reine étranglée"
Tłumaczenie: Adriana Celińska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 304

Król umarł, niech żyje król! Miejsce króla Filipa IV zajął jego najstarszy syn, Ludwik X Kłótliwy. Król chwiejny i słaby. Król rogacz. Jego największym zmartwieniem i celem wszelkich podejmowanych wysiłków jest unieważnienie małżeństwa zawartego z Małgorzatą Burgundzką, uwięzioną w Château Gaillard po skandalu w wieży Nesle oraz pojęcie za żonę kobietę odpowiedniego stanu i pochodzenia, nieskażoną piętnem cudzołóstwa, która obdarzyłaby go potomstwem, co do pochodzenia którego nikt nie miałby wątpliwości. Ludwikowi zależy na czasie, bo zdążył już podjąć starania o rękę Klemencji Węgierskiej (Andegaweńskiej)... Niestety tron Piotrowy świeci pustkami, a jedynie papież może unieważnić małżeństwo Ludwika i uczynić go wolnym. Kardynałowie zamiast zebrać się na konklawe i obradować nad wyborem następcy Klemensa V, wciąż walczą ze sobą i uciekają z miasta do miasta przed emisariuszami francuskiego króla. Atmosfera zagęszcza się. Ludwik jest zdesperowany i łatwo ulega wszelkim podszeptom, "dobrym radom" i manipulacjom, szczególnie stryja, Karola de Valois oraz Roberta d'Artois, których główną troską jest własne dobro, a nie sprawy królestwa. Nie ma niestety już króla z żelaza, który tak często odzywał się do syna w te słowa "Ludwiku... zamilczcie". Nowemu królowi zdaje się nie sprzyjać sam Bóg i natura; w skutek anomalii pogodowych zbiory są fatalne, Francję zalewa klęska głodu. Możni buntują się w wielu regionach państwa, ochoczo korzystając z przywróconego przez Ludwika prawa, które to miało przywrócić świetność klasie szlacheckiej i rycerskiej, a doprowadziło do wewnętrznych walk w kraju. Miejsce ładu zajmuje chaos, a poddani francuskiego króla z rozrzewnieniem i tęsknotą wspominają niedawno zmarłego Filipa Pięknego. Sieć skandali, morderstw i intryg zacieśnia się wokół Kapetyngów. Najwyraźniej klątwa rzucona na stosie była wielkiej mocy...
źródło zdj. pl.wikipedia.org/
Panowanie Ludwika X było krótkie, zaledwie dwuletnie, i mocno osłabiło dotychczasową potęgę dynastii Kapetyngów. Ludwik nie posiadał błyskotliwości swego ojca i łatwo było nim kierować. Złe decyzje gonią jedna drugą, nie przynosząc królowi ani sławy i ani miłości poddanych. To właśnie lata, gdy Kłótliwy był królem Francji, uważane są za początek upadku silnej monarchii francuskiej i jedną z pośrednich przyczyn wybuchu wojny stuletniej.

Maurice Druon także i w tej powieści okazał się utalentowanym tkaczem słów, z których stworzył zapierający dech w piersi, wielobarwny i wielowymiarowy gobelin. W dziele tym każda z postaci zajmuje właściwe sobie miejsce, każda jest jego istotną częścią, każda wzbogaca opowiadaną historię. Stąd oprócz wątku dotyczącego króla Ludwika Kłótliwego, czytelnik odnajdzie tu m.in. ciąg dalszy losów Gucia i kupców lombardzkich, intrygi knute przez Roberta i jego stryjnę Mahaut d'Artois, konflikt pomiędzy Karolem de Valois, a Enguerrandem de Marigny. I jak się okazuje wszystkie wątki zazębiają się, są ze sobą nierozerwalnie połączone. Opowieści o bezpardonowych walkach o władzę, mieszają się z nieszczęśliwymi miłościami i zawiedzionymi nadziejami, podstęp i występek z honorem. Arras oprócz pięknej, widocznej dla każdego, strony, ma także tą ukrytą, pełną splątanych węzłów, przeplatających się po wielokroć nici. Druon pokazuje czytelnikowi tą plątaninę wzajemnych powiązań i oddziaływań nie tylko na królewskim dworze, dzięki czemu czytelnikowi łatwiej jest zrozumieć, jak funkcjonował świat za panowania ostatnich z Kapetyngów. "Zamordowana królowa" jest bogata w szczegóły, a czytelnik ponownie zanurza się w  XIV-wiecznym świecie zdrady i kłamstwa.

"Król z żelaza" (KLIK) był przygrywką do tego, co ma miejsce w "Zamordowanej królowej". W drugim tomie "Królów przeklętych" intrygi i pokątne knowania wysuwają się na pierwszy plan. Druon prezentuje w swojej książce spójną i wciągającą historię, wypełnioną dramatyzmem. Dzięki niemu coraz czytelnik bez trudy odnajduje się wśród zawiłości życia średniowiecznego. Autor jest kompetentnym przewodnikiem po labiryncie zdarzeń przestawionych w powieści. Nie osądza bohaterów, nie przyczepia łatek - "dobry", czy "zły" - lecz zawsze opowiada o wydarzeniach ze swadą, potrafiąc zainteresować swoją opowieścią czytelnika, który wie, że przeznaczonym mu jest sięgnąć po tom trzeci serii pióra Druon`a.

***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:



Kartki z kalendarza: Listopad


 Aki fukaki
tonari wa nani o
suru hito zo

Jesień głęboka
kim jest i co porabia
sąsiad mój bliski


(Bashō, 1695)


*Źródła: "Wybór klasycznych wierszy haiku" w tłumaczeniu Agnieszki Żuławskiej-Umedy  
** Hiroshige, Ognie sztuczne nad mostem Ryogoku z serii: Sto słynnych widoków Edo. Zdjęcie pochodzi z mojego kalendarza wydanego przez teNeues :)

"Król z żelaza" Maurice Druon

Tytuł: "Król z żelaza"
Autor:  Maurice Druon
Seria: Królowie przeklęci, tom I
Oryginalny tytuł: "Le Roi de fer"
Tłumaczenie: Adriana Celińska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 352

Mam słabość do historii. Lubię zagłębiać się w lektury traktujące o przeszłych wydarzeniach, mniej lub bardziej odległych, ponieważ dzięki nim, choć zabrzmi to banalnie, przenoszę się w czasie, poznaję inny świat, inne zwyczaje, a do tego poszerzam swoją wiedzę. A jeśli, jak to ma miejsce u Maurice`a Druona, autor czytanej przeze mnie książki okaże się być obdarzony gawędziarskim talentem, lekcje historii upływają przyjemnie i... często zbyt szybko.

Chciałabym zaznaczyć że mimo iż coś tam wiem o historii Francji, o dynastii Merowingów, Karolingów, Kapetyngów, czy Walezjuszów, to jednak zawsze bliżej było mi w moich sympatiach i lekturach do monarchii rosyjskiej, angielskiej, czy szwedzkiej, nie wspominając już o polskiej. Ot, specjalistką francuszczyzny nie jestem. Zapewne między innymi przez nieznajomość tematu moja lektura "Króla z żelaza" odbyła się w tempie ekspresowym i z wypiekami na twarzy :) Maurice Druon utwierdził mnie w przekonaniu, że powinnam nadrobić zaległości. Dwór francuski, podobnie, jak inne dwory królewskie, czy cesarskie, minionej Europy, pełen był intryg, zdrad, namiętności, zbrodni i ścierających się ambicji. Nawet, gdy krajem władał silny król, wciąż toczyły się walki o władzę, bo jak mawia powiedzenie "łaska pańska na pstrym koniu jeździ". A gdy jeszcze ów król nie miał równego sobie następcy...

Filip IV, znany także jako Filip Piękny, wstąpił na tron ​​francuski mając lat siedemnaście i rządził Francją przez długich lat dwadzieścia dziewięć. Uznawany był na człowieka niedostępnego i beznamiętnego, jego zimne błękitne oczy, wpatrujące się uważnie w rozmówcę nigdy nie zdradzały myśli, jakie zaprzątały umysł władcy i wzbudzały obawy u jego rozmówców. Bernard Saisset tak określił Filipa: "To nie jest ani człowiek, ani zwierze. To posąg." Ów "posąg" nie został doceniony przez sobie współczesnych, a dziś uważany jest za jednego z najznamienitszych władców francuskich. (Oczywiście nie wszyscy współcześni historycy zgadzają się z tą opinią.) Filip IV powołał do istnienia Stany Generalne, zgromadzenie przedstawicieli duchowieństwa, rycerstwa i mieszczaństwa, które zwoływał w celu przedyskutowania z nimi najważniejszych kwestii państwowych (nie oznaczało to, że Filip poddawał się zdaniu Stanów Generalnych, czy że były one w stanie zmienić podjętą już przez monarchę decyzję.) Filip IV słynął z bezlitosnej polityki oraz z mecenatu artystycznego, władzę królewską dzierżył silną ręką.

źródło zdj. https://www.wikipedia.org/

Za jego panowania doszło do przeniesienia Stolicy Apostolskiej z Rzymu do Awinionu, co dobitnie świadczyło o uzależnieniu Kościoła od francuskiego władcy i aspiracjach Filipa Pięknego. Panowanie Filipa rozpoczęło się wojną z Anglikami o Gujennę, co doprowadziło po wielu perturbacjach do podpisania pokoju w 1299 r. - król Edward I odzyskał Gujennę i złożył hołd lenny królowi Francji. Prowadzone walki, a także długi odziedziczone po przodkach, doprowadziły do mocnego uszczuplenia, a wręcz opustoszenia, skarbu państwa. Na te niedostatki nie pomogły nakładane co trochę nowe podatki ani wygnanie i zmuszenie do ponownego wykupienia "pozwolenia na pobyt i handel" kupców lombardzkich oraz Żydów francuskich i najprawdopodobniej z tej przyczyny Filip Piękny zwrócił swoją uwagę na potężny Zakon Templariuszy, słynący z bajecznych bogactw. Monarcha dopiął swego, doprowadził do likwidacji Ubogich Rycerzy Chrystusa i zagarnął ich bogactwa, które jak się okazało, wcale nie były tak wspaniałe. Poza tym spora część dóbr templariuszy została przekazana przez papieża zakonowi joannitów.


W książce "Król z żelaza" Druona poznajemy Filipa Pięknego właśnie w tych dniach, gdy po siedmiu latach więzienia i tortur, na stosie dokonał żywota wielki mistrz templariuszy, Jakub de Molay, który konając miał rzec: "Papieżu Klemensie!... Rycerzu Wilhelmie!... Królu Filipie!... Powołuję was przed Sąd Boży, przed którym zjawicie się w ciągu roku, aby otrzymać słuszną karę! Przeklinam was! Przeklinam was! Niech niech wasze rody będą przeklęte aż do trzynastego pokolenia!" Któż by się jednak przejął bełkotaniem heretyka i zdrajcy.
źródło zdj. https://www.wikipedia.org/

Lecz oto w niewiele tygodni po śmierci templariusza synowe króla Filipa Pięknego zostają oskarżone o cudzołóstwo. Blanka Burgundzka, żona najmłodszego syna Filipa, Karola oraz Małgorzata Burgundzka, żona najstarszego syna monarchy, Ludwika zostają uwięzione w Château-Gaillard i pozbawione wszelkich wygód. Król wykazał się dobrym sercem i kobiety nie zostały skazane na śmierć. Joanna Burgundzka, małżonka Filipa, środkowego syna Filipa IV, jako, że pomagała siostrze i kuzynce w niecnym procederze, lecz sama dochowała wierności mężowi, została uwięziona w łagodniejszych warunkach w zamku Dourdan. Prawie w tym samym czasie,  umiera papież Klemens V, ten,  który za namową króla Francji na soborze w Vienne rozwiązał Zakon Rycerzy Świątyni i oskarżył jego członków o różnorakie herezje. Wilhelm de Nogaret, minister ds. bezpieczeństwa króla Francji, rzec można, szef królewskiej policji politycznej, pożegnał się ze światem doczesnym wkrótce po papieżu. Niedługo po nim, pod koniec roku, umiera "król z żelaza"... Czyżby klątwa rzucona pośród płomieni, zaczęła się wypełniać?

Opowieść o ostatnich latach życia króla Filipa IV Druon wzbogacił o historie poboczne, które stanowią idealne tło, na którym wybija się postać "króla z żelaza". Monarcha okazuje się być nie tylko twardym monarchą, lecz także człowiekiem wyobcowanym i niezrozumianym przez swoje otoczenia. Wątki poboczne dodają również powieści francuskiego pisarza soczystości, głębi, która pozwala czytelnikowi wczuć się w realia XIV-wiecznej Francji. Autor szczegółowo objaśnia zawiłości dynastyczne, powody walk między feudałami, przyczyny animozji i sympatii na dworze królewskim. Jednymi z ważniejszych, wysuwających się na pierwszy plan tematami są historia kupców lombardzkich, przede wszystkim Spinello Tolomei i jego bratanka, Guccio Baglioni, uwikłanego w wielką politykę możnych panów oraz dzieje sporu pomiędzy Robertem III d'Artois, a Mahaut d'Artois, o tytuł hrabiego Artois. Czytelnikowi w pierwszym tomie cyklu Królowie przeklęci zostaje również przybliżona postać Izabeli, córki króla Filipa IV. Kobieta została wydana za mąż za króla Anglii Edwarda II, z którym nie jest szczęśliwa ze względu na jego zamiłowanie do mężczyzn.

źródło zdj. https://www.wikipedia.org/
Każda postać, choćby najpośledniejsza, wykreowana przez Maurice`a Druona jest prawdziwa, dopracowana w najmniejszych szczegółach, każda jest jedyna w swoim rodzaju. Pisarz odmalowuje ówczesne miasta, wsie, pałace i kantory kupieckie z taką skrupulatnością i realizmem, że niejednokrotnie podczas lektury "Króla z żelaza" miałam wrażenie, że słyszę gwar panujący na ulicach Paryża, szelest materii, z których uszyto ubiory, stukot butów na korytarzach etc. Każde słowo w powieści wydaje się być przemyślane, umieszczone w idealnym miejscu i doskonale oddające zamysł autora. Język książki dopasowany jest do epoki, w której toczy się akcja "Króla z żelaza", jak i do bohaterów dzieła. Bywa nieco archaiczny, wypełniony słowami rzadko spotykanymi, może trochę zapomnianymi we współczesnym świecie. Ja odniosłam wrażenie, że dzięki takiemu zabiegowi język ów nabiera szlachetności i wykwintności. A to z kolei prowadzi do mocniejszego osadzenia fabuły w realiach chylącej się ku upadkowi dynastii Kapetyngów. (Nie wiem na ile jest to zasługa tłumaczki, a na ile pióra samego Druona.) Niewątpliwie Druon ma talent gawędziarski! Snuje swoją opowieść lekko, jakby niechcący. Przykuwa uwagę czytelnika od pierwszych stron swojej powieści i podtrzymuje to zainteresowanie do ostatnich stron. Co ciekawe pisarz czyni to mimo braku w "Królu z żelaza" pełnych rozmachu opisów bitew, czy choćby potyczek, są one ledwo wzmiankowane. Nigdy nie odczułam, że jest mi ich brak. Druon skupia się na emocjach swoich bohaterów, ożywia i uczłowiecza postaci historyczne. Wysnuwa z suchych przekazów kronikarskich fascynującą opowieść.

Mnogość postaci zapełniających karty "Króla z żelaza", a w szczególności ich imiona, początkowo wywołują ból głowy i sprawiają, że czytelnik może być zagubiony. Na szczęście z czasem coraz łatwiej odnaleźć się w plątaninie imion i ich koneksji, czemu bardzo pomaga zamieszczony na końcu książki indeks nazwisk pojawiających się w powieści osób wraz z objaśnieniami. Książkę czyta się bardzo dobrze, jest jak wyśmienita uczta, łechcąca podniebienie wyszukanymi potrawami. Druon sprawia, że po zamknięciu "Króla z żelaza" czytelnik odczuwa ogromną potrzebę sięgnięcia natychmiast po kolejną część cyklu. Czego nie omieszkałam się uczynić :)

***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:


* Cytat pochodzi z książki "Król z żelaza" Maurice`a Druona

Czy wiesz, że... #12

... w pierwszą niedzielę listopada przypada w Norwegii (w Kościele norweskim) dzień Wszystkich Świętych (Allehelgensdag)? Czyli nieco inaczej niż w polskim kościele katolickim, gdzie święto to przypada na dzień 1 listopada, a 2 listopad to Zaduszki, taka pozostałość po pogańskim święcie Dziady. Święto Wszystkich Świętych bywa też nazywane w Norwegii helgemesse lub aldermesse. Poprzedza je zazwyczaj Halloween, które ze względu na brak stałej daty w norweskim Kościele dla uroczystości Wszystkich Świętych, powinno być świętowane inaczej niż w USA. Oczywiście nic takiego nie ma miejsca i poprzebierane dzieci chodzą z wiaderkami krzycząc "Knask eller knep?!" :)  (Swoją drogą Halloween wywodzi się najprawdopodobniej z celtyckiego święta Samhain). Allehelgensdag to święto tych wszystkich świętych i męczenników, którzy nie są znani z imienia.

W wielu kościołach odbywają się tego dnia nabożeństwa, w trakcie których zostają odczytane nazwiska wszystkich tych, którzy zmarli w ciągu minionego roku. Zapala się także świeczki dla zmarłych. Kapłan odczytuje modlitwę, a wierni dziękują Bogu za tych, którzy wzbogacili i uczynili lepszym ich życie,  a także modlą się o wsparcie w swojej żałobie. Norwegowie udają się na groby swoich bliskich zmarłych aby zapalić znicze i uczcić ich pamięć. Tradycja zapalania zniczy jest w Norwegii dość świeża i stała się ważna dopiero wraz ze śmiercią króla Olafa V zmarłego 17 stycznia 1991, kiedy to pogrążony w żałobie naród norweski w żałobie po swoim ukochanym monarsze rozświetlił cały plac przez Pałacem Królewskim w Oslo tysiącami świec.
źródło zdj. http://www.stovnerporten.no/

źródło zdj. http://www.stovnerporten.no/
1 listopad to w Norwegii dzień pamięci o reformacji. Tego dnia Luter przybił swoje tezy do drzwi kościoła Wszystkich Świętych w Wittenburg.

W kalendarzu runicznym dzień Wszystkich Świętych był oznaczany krzyżem lub kilkoma krzyżami lub statkiem. Statek jest symbolem Kościoła chrześcijańskiego, a w tradycji ludowej był on pojmowany jako znak, że w danym roku należy zaprzestać już żeglugi. W norweskich kościołach obowiązują tego dnia białe szaty liturgiczne, symbolizujące radość i nadzieję, że Ci, którzy byli martwi, są teraz z Bogiem. Należy pamiętać, że Wszystkich Świętych nie jest świętem duchów.

źródło zdj. http://www.nittedal.kirken.no

W całej południowej Norwegii ludzie wyczekiwali helgemessflommen, aby dowiedzieć się co też szykuje im w przyszłości matka natura :) łagodnego okresu pogodowego. Okres Wszystkich Świętych to czas dużych opadów deszczu i deszczu ze śniegiem, a więc i powodzi, stąd nazwa helgemessflommen. Ale okres ten był uznawany za sezon łagodnej pogody. Oczywiście ludzie nie wypatrywali fali powodziowej z nadzieją i utęsknieniem. Ewentualna powódź lub jej brak tego dnia miała być swego rodzaju przepowiednią na przyszłość. Jeśli powódź nie nastąpiła, ludzie z Solør uważali, że można się jej spodziewać w wieczór wigilijny, a mieszkańcy Telemarku, że nadejdzie wiosną.  W wielu miejscach dzień 1 listopada był uznawany za pierwszy dzień zimy. Jeśli 1 listopada powiodło się polowanie, wróżyło to pomyślność dla przyszłych polowań. W Østfold sądzono, że gdy tego dnia padało, oznaczało to, że będzie padać przez kolejnych 7 tygodni. W niektórych miejscach mówiono także, że jeśliby tego dnia słońce świeciło tak długo aż uda się osiodłać konia, oznaczałoby to, że będzie piękna wiosna w następnym roku. W Hordaland przewidywano, że nadchodząca wiosna przyjdzie późno, jeśli padałby śnieg w ten świąteczny dzień. Mieszkańcy Trøndelagu byli pewnie, że słoneczny 1 listopada zapowiada dobry rok. W północnej Norwegii uważano, że noc przypadająca w święto sprzyjała rzeczywistym snom. Aby śnić prawdziwy sen należało spać w pokoju, w którym nigdy wcześniej się nie spało, mieć pod łóżkiem nieużywaną wcześniej miotłę i kalarepę jako poduszkę... A jeśli ktoś któraś z kobiet (panien) chciała wiedzieć, kto jest jej sądzony jako małżonek, wtedy winien w nocy poprzedzającej 1 listopada przeciąć jabłko na pół w poprzek tak, aby był wzór gwiazdy i zjeść je przed lustrem przy świetle świecy. W lustrze miał się jej ukazać przyszły mąż... W dzień Wszystkich Świętych wypiekano zimowy chleb (vinterbrødet) i był to najlepszy moment na ubój owiec. W Hordaland osoba, która znalazła jakieś zwierzę hodowlane w górach po Wszystkich Świętych miało prawo do znaleźnego :)