Zapowiedzi Wydawnictwa Psychoskok

Chciałam Wam przedstawić kilka zapowiedzi, które w najbliższym czasie pojawią się w Wydawnictwie Psychoskok. Możliwe, że coś Was zainteresuje :)

Tytuł: „Wyspy Naftalinowe”
Autor: Aneta Skarżyński
ISBN: 978­83­7900­261­0
Miejsce i rok wydania: Konin, październik 2014r.
Liczba stron: 240

„Wyspy Naftalinowe” to przezabawna opowieść Anety Skarżyński. Główną bohaterkę – Anetę­
poznajemy w wieku 8 lat, w momencie kiedy stwierdzono u niej nadpobudliwość psychoruchową. Być może właśnie to powoduje, że nie potrafi usiedzieć spokojnie na miejscu i trzymać języka za zębami, co wciąż pakuje ją w liczne kłopoty. Dziewczynka nie akceptuje też swojej osoby począwszy od imienia, którego nie znosi, aż po wygląd ­ patykowate nogi i cienkie włosy. Nie przepada za Panią od nauki gry na fortepianie i w ogóle nie cierpi chodzić do szkoły, a na wakacje czeka jak na zbawienie. Swojej chorej siostrze wystawia diagnozę „choroba śmiertelna”, na
podstawie książki medycznej z XIX wieku, a żeby w przyszłości mieć piękne, grube i bujne włosy – goli głowę na łyso. Wszelką ciekawość u dziewczynki wzbudza to co jest zakazane. Trudno okiełznać jej zachowania, kiedy demoluje mieszkanie ciotki, niszczy piżamę taty, a podczas egzaminu w szkole muzycznej – zamiast grać repertuar klasyczny – wygrywa swoje własne kompozycje. Mimo, iż Aneta ma siostrę, rodziców i przyjaciół to jednak jej największą sojuszniczką jest babcia. A, że jest to kobieta o nietuzinkowej osobowości i mocno wybuchowym temperamencie, z szalonymi pomysłami na życie, to razem z wnuczką tworzą piorunującą mieszankę. Powieść obejmuje 28 rozdziałów, które równają się 28 wyspom, a każda z nich to nowa beczka śmiechu. Dzięki nim poznasz niezliczoną ilość niesamowitych historii głównej bohaterki. Spędzisz z nią sześć lat jej życia w szkole podstawowej, poznasz mrożącą krew w żyłach historię świętowania czternastych urodzin na cmentarzu, a także dowiesz się, do czego może doprowadzić podkradanie konfitur ze spiżarni starej ciotki. Kontynuacją powieści są „Wyspy Paprykarzowe”, równie zabawnie opisujące losy bohaterki już w liceum, a także „Wyspy Pieprzowe”, przenoszące czytelnika do najbardziej burzliwego i obfitującego w przygody etapu życia bohaterki – jej studiów. 

Kilka słów o autorze: Aneta Skarżyński – polska artystka: malarka, śpiewaczka i autorka książek, która z powodzeniem łączy te pozornie odległe od siebie dziedziny sztuki. Jest absolwentką dwóch wrocławskich uczelni: Akademii Sztuk Pięknych oraz Akademii Muzycznej. Prócz dokonań scenicznych posiada również spory dorobek w dziedzinie sztuk pięknych, bowiem ma na swoim koncie kilkadziesiąt wystaw indywidualnych i zbiorowych. Jej rzadkiej urody głos pozwolił zadebiutować jej na scenie Opery Wrocławskiej oraz zostać solistką Teatru Muzycznego – Operetki Wrocławskiej. Twórczość literacka to trzeci kierunek działania Anety Skarżyński. W kwietniu 2008 r. jej fragmenty powieści „Wyspy Naftalinowe” zdobyły wyróżnienie w Międzynarodowym Konkursie Literackim im. Z. Herberta w Londynie.

Tytuł: „Podstępna żmija, czyli endometrioza”
Autor: Marzena Grzybowska

ISBN: 978­83­7900­217­7
Miejsce i rok wydania: Konin, wrzesień 2014r.
Liczba stron: 100
 
„Podstępna żmija, czyli endometrioza” Marzeny Grzybowskiej to opowieść Róży, młodej kobiety, która skończyła 30 lat i została dotknięta podstępną chorobą. Endometrioza to przewlekłe, sprawiające cierpienie i ból schorzenie. Główna bohaterka ma cudowną rodzinę, męża, syna, mieszkanie, dobrą pracę i nagle... wszystko wywraca się do góry nogami, kiedy choroba zaatakowała ją od tak, po prostu, któregoś dnia. Endometrioza – choroba narządów płciowych kobiety, zabrzmiało jak wyrok, choć diagnoza nie była jednoznaczna. Strach i dezorganizacja poukładanego życia sprawiły, że Róża nie mogła normalnie funkcjonować, pracować, siedzieć, spać, bo myśli krążyły tylko wokół jednego tematu „choroba”. Kiedy bardzo drogie leczenie farmakologiczne nie przynosi zamierzonego efektu, kobieta zostaje poddana operacji najpierw jednej, a potem drugiej. Równocześnie przyjmuje leki i zastrzyki, które mają zapobiec dalszym nawrotom choroby. Bohaterka, by jak najprędzej dojść do formy stara się normalnie żyć i funkcjonować, choć choroba często jej to uniemożliwia. Najważniejszą rzeczą jaką doświadczyła w tej walce była determinacja i siła woli zawarta w kilku zdaniach: „Tyle dni zabrałaś z mojego życia. Przepłakałam wiele godzin, bo wprowadziłaś zamęt, cierpienie i strach. Myślałam, że jestem kimś gorszym, bezradnym, uciemiężonym. Wiele razy zastanawiałam się, jak dalej potoczy się mój los. Ale, zapomniałaś o jednym! Zapomniałaś, że paraliżując moje ciało, zmuszasz mózg do bardziej intensywnej pracy. W moim umyśle powstały więc coraz to ciekawsze pomysły. Pomysły na siebie! Znalazłam w sobie ukryte talenty i pokłady wspaniałych możliwości, które dają mi wiarę w istnienie i sens życia”. Dzięki chorobie zauważyła, że praca w korporacji nie sprawia jej tyle satysfakcji ile myślała, że pogoń za pieniędzmi to nic dobrego, a że tak naprawdę trzeba doceniać i cieszyć się z prostych i małych przyjemności jak spacer, wspólne spędzanie czasu z rodziną, rozmowa z przyjaciółmi. Pozytywne nastawienie sprawiło, że młoda kobieta zaczęła spełniać swoje marzenia, przestając skupiać się wyłącznie na chorobie, ale czy to wystarczyło by wygrać całą bitwę? To historia adresowana do osób, którym endometrioza również poplątała życie, ale która też da ci zastrzyk pozytywnej energii oraz napełni w siłę i wiarę, by wygrać tą nierówną walkę i odnieść zwycięstwo. 

Kilka słów o autorze: Marzena Grzybowska urodziła się w 1971r. W Kamiennej Górze, jednak od wczesnego dzieciństwa mieszka na Górnym Śląsku. Jest absolwentką Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Od około 20 lat choruje na mocno zaawansowaną endometriozę, gdzie na podstawie własnych doświadczeń i przeżyć napisała opowiadanie przedstawiając chorobę jako podstępną żmiję. Głęboko wierzy w stwierdzenie, że „nic nie dzieje się bez przyczyny”, dlatego dostrzega, że przewlekła i nieuleczalna choroba jest bodźcem do działań. Swoje pomysły i talenty, stopniowo realizuje i wdraża w życie.

Tytuł: „Wywiad ze śmiercią”
Autor: Michał Wancerz

ISBN: 978­83­7900­251­1
Miejsce i rok wydania: Konin, październik 2014r.
Liczba stron: 300

„Wywiad ze śmiercią” ­ Michał Wancerz. To wbrew pozorom rozmowa o życiu, o ludzkości, jej historii i przyszłości. Głównym bohaterem książki jest człowiek, który przeżył śmierć kliniczną, a swoim „doświadczeniem” postanowił podzielić się z czytelnikami za pośrednictwem wywiadu udzielonego autorowi. Mężczyzna ten, który jest postacią anonimową, zginął w wypadku samochodowym, a po czterech godzinach od stwierdzenia zgonu – obudził się przerażony w kostnicy, powracając tym samym do świata żywych. Wszelka aparatura monitorująca parametry życiowe ewidentnie stwierdzała, że pacjent nie żyje, a jednak. Sama śmierć nie była czynnikiem skłaniającym do napisania książki, ponieważ głównym powodem było to, co wydarzyło się pośmierci. Człowiek ten powrócił z „tamtego świata” jako osoba zupełnie odmieniona i bogatsza o nowe doświadczenia z wiedzą zebraną przez jego duszę przez ostatnie 1400 lat i blisko 40 wcieleń.. Tajemniczy rozmówca twierdzi z całym przekonaniem, że wie co dzieje się z nami po śmierci, jak powinniśmy żyć, a przede wszystkim co czeka nas w przyszłości. Skłania się również do stwierdzenia na temat naszego miejsca we Wszechświecie oraz na temat naszej duchowości i cielesności. Cała ta historia to połączenie różnych dziedzin jak psychologia, fizyka kwantowa, kosmologia, idee religijne i wiele innych. Książka na pewno zostanie zauważona i prawdopodobnie wzbudzi wiele kontrowersji zarówno w środowiskach religijnych jak i naukowych lub zostanie przez nie całkowicie zignorowana, zdaje sobie sprawę z tego zarówno autor, jak i jego tajemniczy rozmówca. Książkę można odebrać na różne sposoby, przede wszystkim mieć dystans do zawartych w niej treści i potraktować to wszystko co w niej zawarte jako ciekawostki, ale też można uwierzyć we wszystko co bohater przeżył. Jest to całkowicie indywidualna sprawa wyboru każdego czytelnika, ale też umiejętności perswazyjnych człowieka, który przeżył śmierć.

Tytuł: „Strażnik Bursztynowej Komnaty”
Autor: Jolanta Maria Kaleta

ISBN: 978­83­7900­270­2
Miejsce i rok wydania: Konin, październik 2014r.

„Strażnik Bursztynowej Komnaty” kolejna powieść Jolanty Marii Kalety. Już sam tytuł wskazuje, że tym razem autorka sięgnęła po największą zagadkę drugiej wojny światowej, a mianowicie Bursztynową Komnatę. Jak twierdzi wielu eksploratorów, ukryto ją właśnie na Dolnym Śląsku, z którego bogactwa tajemnic autorka czerpie pełnymi garściami. Jest jesień 1991 roku. W Polsce pogłębiają się przemiany ustrojowe. Po zburzeniu muru berlińskiego zmienia się także Europa i rozpada Związek Radziecki. Nad brzegiem Odry znaleziono zwłoki inżyniera Pawła Rylskiego. Z prowadzonego śledztwa niewiele wynika, a na dodatek ulatnia się dokumentacja zmarłego, w której ponoć znajdowało się wiele cennych informacji. Dlaczego ktoś miałby zamordować poszukiwacza, jakich setki w Polsce? Może ktoś nie chce, by tajemnica Bursztynowej Komnaty wyszła na jaw? A może po prostu za zbrodnią stoi wywiad gospodarczy obcego państwa, które miało przejąć zakłady elektroniczne Elwro, w których pracował Rylski? Nie można wykluczyć, czy zbrodni dopuściła się żona zamordowanego Ewa, historyk z zawodu, zazdrosna o sukcesy męża w poszukiwaniu Bursztynowej Komnaty, które prowadził od lat i ponoć był bardzo bliski jej rozwiązania. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy znaleziono zwłoki kolejnej osoby. Dlaczego policja i prokuratura nie dążą do szybkiego rozwiązania sprawy? Dlaczego Rylską i znanym wrocławskim biznesmenem, Józefem Krawczykiem, interesuje się były oficer kontrwywiadu MSW, Mateusz Popiel, który przez wiele lat poszukiwał Bursztynowej Komnaty, a teraz prowadzi agencję ochrony mienia? Dokąd doprowadzi Rylską znaleziona wśród rzeczy męża fotografia sprzed lat? Wątek kryminalny przeplata się z sensacyjnym, fikcja okraszona wieloma faktami historycznymi, zgrabnie uknuta intryga, szybkie tempo i gwałtowne zwroty akcji sprawiają, że powieść czyta się jednym tchem i nie można się oderwać aż do ostatniego akapitu. A jest on zaskakujący.

Kilka słów o autorze: Jolanta Maria Kaleta to rodowita wrocławianka, z wykształcenia historyk i politolog, ale też wspaniała autorka powieści sensacyjnych, których akcja dzieje się we Wrocławiu lub na Dolnym Śląsku. Dzięki pisarce możemy zgłębić tajemnice prawdziwych historycznych wydarzeń, które autentycznie miały miejsce w przeszłości, a forma w jakiej zostały przedstawione dają czytelnikowi poczucie, jakby sam w nich uczestniczył. Prócz tej najnowszej powieści: „Strażnik Bursztynowej Komnaty”, autorka wydała również: „Operacja Kustosz”, „Lawina”, „Kolekcja Hankego”, „Wrocławska Madonna”, „Obcy w antykwariacie”, „W cieni olbrzyma”, „Złoto Wrocławia”.

Tytuł: „Kiedy wiosna nie nadchodzi”
Autor: Anna Wysocka ­ Kalkowska

ISBN: 978­83­7900­273­3
Miejsce i rok wydania: Konin, październik 2014r.
Ilość stron: 300

„Kiedy wiosna nie nadchodzi” Anny Wysockiej ­ Kalkowskiej to książka bez skomplikowanej i dogłębnej filozofii, za to o różnych odcieniach miłości zdradzonej, rodzinnej, przyjacielskiej i miłości, która rodzi się mimo lęku. Powieść umiejscowiona w scenerii pięknego Kazimierza Dolnego i szumu rozpędzonej Warszawy. Główną bohaterką powieści jest Julia, właścicielka agencji reklamowej, samotna mężatka, której mąż od ośmiu lat przebywa za granicą. Marcin to miłość jej życia, ale czy nadal tak jest? Z jej strony tak, mimo że wciąż ze wszystkimi problemami boryka się sama, a on nie zamierza wracać do kraju w najbliższej przyszłości. Podczas jego nieobecności umierają rodzice Julii. Dziewczyna osamotniona po traumatycznych przeżyciach rzuca się w wir pracy, wracając wieczorami do luksusowej, wielkiej ale wiejącej chłodem willi. Czasami pomieszkuje z nią Weronika – oddana przyjaciółka i prawa ręka w firmie, która namawia kobietę na rozwód z mężem. Julia jednak żyje w przekonaniu, że wciąż kocha męża, a on pracuje w Stanach i tak musi być. Kumulacja problemów powoduje, że kobieta jest coraz bardziej zamknięta w sobie, nie cieszą ją rzeczy, które kiedyś sprawiały radość, za to pogrąża się w coraz większej izolacji od świata. Przełom wydarzeń i negatywnej aury następuje w dniu trzydziestych piątych urodzin Julii, kiedy otrzymuje bukiet białych róż od Bernarda, starszego człowieka od którego kupiła dom w Kazimierzu Dolnym zaraz po ślubie. Postanawia odwiedzić miasteczko celem uporządkowania dawnych spraw. Od przyjaciółki otrzymuje też list po zmarłej mamie, dzięki któremu odkryje rodzinną tajemnicę...

Kilka słów o autorze: Anna Wysocka – Kalkowska to debiutantka w dziedzinie literatury. Jej powieść z powodzeniem można zaliczyć do kobiecej literatury obyczajowej, choć pewnie znajdzie się też grono płci męskiej, zainteresowanych tą książką. Autorka pokazuje w niej psychikę kobiet, to jak przeżywają miłość i w jaki sposób kochają. Pisarka daje nam powieść przesyconą tym właśnie uczuciem, żeby pokazać nam, że to właśnie ONA – miłość jest najważniejsza, choć często zbyt późno zdajemy sobie z tego sprawę.

Ciekawa jestem, czy któraś z propozycji Was zaciekawiła :)

Życzę Wam wspaniałego dnia! :)














"Requiem dla snu" Darren Aronofsky


Tytuł: "Requiem dla snu"
Reżyseria: Darren Aronofsky
Tytuł oryginalny:  "Requiem for a Dream"
Obsada: Ellen Burstyn, Jared Leto, Jennifer Connelly, Marlon Wayans, Christopher McDonald, Louise Lasser, Keith David 
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2000
Czas: 1 h 42 minuty



"To, co jest upragnione trzeba drogo okupić." (Emma Bull, "Wojna o dąb")

Marzenia... Ma je każdy z nas. Jedne są z rodzaju tych bardziej przyziemnych, łatwych do zrealizowania. Inne wydają się niedosiężne, bardziej na miarę bajek, które umilają nam życie, lecz nie liczymy za bardzo na ich spełnienie. Bywa, że za wszelką cenę staramy się spełnić swoje marzenia. Jesteśmy w stanie dla ich realizacji poświęcić bardzo wiele - szczęście innych, własne zdrowie, a nawet życie...

Film Aronofsky`ego to opowieść o czwórce zagubionych ludzi, dla których marzenie, staje się obsesją, która doprowadzi do ich upadku. Cztery życia. Cztery marzenia. Cztery drogi zatracania się w nałogach. Cztery historie o porażce i o tym, jak sen przekształcił się w koszmar. 

Harry Goldfarb to wrażliwy młody mężczyzna, który chce wieść szczęśliwe życie u boku swojej dziewczyny Marion Silver. Aby pomóc zrealizować jej marzenie - otwarcie własnego butiku z markowymi ubraniami - wraz ze swoim przyjacielem, Tyronem C. Love, zaczynają handlować heroiną. Dla Tyrona ma to być szansa na wyrwanie się z szemranego sąsiedztwa i zarzucenie drobnych przestępstw, jakimi chłopak się trudni. Tyron wciąż powtarza, że chce by jego matka była z niego dumna. Dla Marion własny sklep to sposób na uwolnienie się od uciążliwych i opresyjnych rodziców. Wszyscy troje są uzależnieni od narkotyków. Jest jeszcze Sara Goldfarb, matka Harry`ego, samotna wdowa uzależniona od telewizji. Gdy otrzymuje telefon z zaproszeniem do swojego ulubionego programu, jest pewna, że oto wkrótce jej marzenie się spełni i wystąpi w ukochanym Tappy Tibbons Show. Biznes narkotykowy nie przynosi przyjaciołom upragnionego bogactwa ani szczęścia, a Sara wpada w kolejny nałóg. Uzależnienia stają się więzieniem dla bohaterów, dając im jedynie iluzję szczęścia, która szybko pryska. Nałóg pożera ich ciała, dusze i umysły.

Pamiętam jak dziś, gdy wiele lat temu po raz pierwszy obejrzałam "Requiem dla snu". Pierwsze minuty po jego zakończeniu trwałam w jakiś dziwnym stuporze, niezdolna ruszyć się, myśleć, czuć, mówić. Czułam fizyczny ból! W żadnym konkretnym miejscu, po prostu każda komórka w moim ciele zwijała się z bólu. Ale nie ten fizyczny ból był najgorszy. Najtrudniej było mi znieść ten dziwny ucisk w piersi, to odrętwienie duszy. I nagle jakby coś zaskoczyło w moim ciele, złapałam głębszy oddech, gdzieś z trzewi wyrwało mi się westchnienie, myśli ruszyły. Zaczęłam przyswajać historie opowiedziane w filmie, "oglądać" je z różnych stron, rozmyślać na poruszonymi w "Requiem dla snu" problemami. Co tu dużo kryć, obraz Aronofsky`ego poruszył mnie do głębi. I tak mi zostało do dziś. Za każdym razem, gdy oglądam ten film cierpię, a równocześnie zachwycam się grą aktorską, montażem scen, doskonałością produkcji, muzyką. Poprzez uczucia bohaterów zaglądam w głąb samej siebie, obserwuję siebie, badam.

Film Amerykanina nie jest jedynie kolejnym głosem w debacie na temat tego, co z życiem człowieka robią narkotyki, czy też nawet szerzej - nałogi. Nie pokazuje tylko ich destrukcyjnej siły. Choć trzeba przyznać, że sposób w jaki autor ukazuje wpływ narkotyków na ludzki organizm i na ludzką psychikę jest niezwykły. Pełen wyrazistości, uderza w widza z olbrzymią mocą, dzięki czemu może wręcz namacalnie odczuć zarówno radość/przyjemność płynącą z zażywania środków zmieniających świadomość, jak i ciągły głód towarzyszący nałogowi. Szybkie, intensywne sceny genialnie pokazują gwałtowność zmian nastroju u osób zażywających narkotyki. Reżyser doskonale przedstawia prawdę o człowieku, o jego słabościach, o jego egoiźmie ale także zwraca uwagę na fakt, że każdy pragnie być szczęśliwym, kochanym, chce być komuś potrzebny. "Requiem dla snu" to film o przeraźliwej samotności i ogromnej potrzebie akceptacji. Na tym nie koniec, bo w filmie Aronofsky wytyka także pułapki konsumpcjonizmu, rozprawia sie z mitem amerykańskiego snu, gdzie marzenia stają się rzeczywistością, a każdy morze zrobić karierę w stylu od żebraka do milionera. Jednak reżyser nie moralizuje w swoim dziele, nie daje odbiorcy rozwiązań, nie potępia, on obserwuje i swoimi spostrzeżeniami dzieli się z nami, widzami.

"Requiem dla snu" to mocny, smutny film. Przedstawia człowieka prawdziwego aż do bólu, Istotę nieidealną, pogubioną, goniącą za ułudami wyidealizowanego przez media świata. Żaden bohater nie jest przerysowany, jest taki, jak my, nasi znajomi, sąsiedzi. Bardzo szybko w trakcie oglądania filmu zapominam, że oglądam coś wymyślonego przez kogoś, że Harry, czy Sara to jedynie świetnie odegrane postaci, że to tylko film.. Trudno jest mi pisać o tym obrazie, ponieważ każda próba ujęcia w słowa emocji, jakie towarzyszą mi po jego seansie, jest niemożliwa. Słowa wydają się zbyt błahe, mało dokładne, by wyrazić uczucia. Sceny w "Requiem dla snu" przytłaczają. Z każdą minutą opowiadanej historii coraz wyraźniej dostrzegamy dojmującą i przerażającą pustkę w życiu każdej z postaci.

Zakończenie filmu wbija w fotel. O, ludzie! Myślałam, że jestem gotowa na wszystko po wcześniejszych kilkudziesięciu minutach, a okazało się, że jednak nie. W jakiś niezwykły sposób Aronofky`emy udało się w końcowych scenach zawrzeć równocześnie wyciszenie i szaleństwo emocji, ukojenie i obłęd, koniec i ponowne narodziny... 

Każdemu, kto nie boi się trudnych filmów, polecam "Requiem dla snu" także ze względu na wspaniałą grę aktorską. To właśnie aktorzy tacy, jak Ellen Burstyn, czy Jared Leto, sprawiają, że obraz Aronofksy`ego jest tak realistyczny, tak mocno zapada w pamięć, że chce się do "Requiem dla snu" wracać. Szczególnie Burstyn jest ogromnie przekonująca, oglądając jak grana przez nią postać popada w szaleństwo, widz zadaje sobie pytania: czy aby aktorka nie ucierpiała na planie tego filmu, czy może Burstyn sama zetknęła się z problemami, z jakimi boryka się jej postać?


"Człowiek jest w życiu tak bardzo samotny, że zadaje sobie pytanie, czy samotność agonii nie jest symbolem ludzkiej egzystencji." (Emil Cioran, "Na szczytach rozpaczy")

Michał Krupa - Projekt "Maślana - Czas pokoju"

Być może niektórzy Was znają już platformę wspieram.to, dzięki  której każdy może spróbować uzbierać pieniądze na dowolny projekt własnego pomysłu. Dziś chciałam Was zachęcić do zapoznania się z projektem Michała Krupy i dołożenia swojej cegiełki do całego przedsięwzięcia. Tutaj naprawdę liczy się każda pomoc, ponieważ na uzbieranie funduszy jest tylko 40 dni. Michał Krupa ma ich jeszcze 21. Każdy, kto wesprze projekt pisarza może liczyć na coś w zamian :) Aby poznać więcej szczegółów dotyczących projektu wystarczy wejść TUTAJ.

Poznaj świat w którym życie ludzkie warte jest tyle, ile ktoś za nie zapłaci. Wejdź w nieznany, mroczny i psychodeliczny wymiar który dla jednych jest czymś normalnym a dla innych nocnym koszmarem. Poznaj świat Maślany - pierwszego, polskiego zabójcy władającego lepiej mieczem niż ojczystą mową.


Książka, a raczej cykl przedstawia przygody polskiego, płatnego zabójcy. Jest on typowym samotnikiem. Nie posiada przyjaciół ani nawet znajomych. Jest jednak znanym i cenionym mieczem dla którego honor i doprowadzenie zlecenia do końca, jest najważniejsze. Maślana to może nie najbardziej trafne przezwisko dla kogoś takiego jak on, ale tak to już jest, gdy powie się coś nieprzemyślanego. Tylko raz powiedział zdanie "Pójdzie jak po maśle" do jednego ze swoich klientów i masz babo placek.

Maślana, mimo swojego przezwiska, ma wysoką renomę i znany jest z tego, że nie wtyka nosa w nie swoje sprawy. "Życie jest proste i nie należy go sobie komplikować". Między innymi tak brzmi jedno z jego praw życiowych. Niestety, przyjmując zlecenie od mafiozy, które brzmiało "Pilnuj tej drogi leśnej i każdego kto się na niej pojawi zabij", życie Maślany komplikuje się do granic absurdu. Miecz wsparty bagnetem oraz niespodziankami ukrytymi w wielkim, skórzanym płaszczu, będzie miał wiele pracy walcząc najpierw z potworami-ludźmi, zmienionymi pod wpływem pewnego specyfiku, potem samymi ludźmi Wiciewskiego-owego mafiozy.

Możecie również skontaktować się z autorem pisząc na adres mailowy: krupamichal@hotmail.com lub zaglądając na jego blog michal-krupa.blog.pl i zapytać o co chcecie odnośnie tego projektu.

Na co zbiera pieniądze Michał Krupa?

Wydawnictwo Psychoskok, z którym skontaktował się autor zgodziło się pokryć połowę kosztów związanych z wydaniem książki. Całość to 5850 zł. I to właśnie na swoją część zbiera pieniądze Michał Krupa. Jego wkład ma pokryć:
  • korektę i redakcję techniczną 
  • skład i łamanie 
  • okładkę
  • druk 
Łącznie - 2 925 zł brutto (Prowizja portalu, operatora płatności oraz doliczony podatek dochodowy wynoszą dodatkowo 904,72 zł).

Na co możecie liczyć w zamian za wsparcie projektu  "Maślana - Czas pokoju"?

Każdy kto zasili projekt, niezależnie od kwoty otrzyma podziękowania drogą meilową oraz pojawi się na liście darczyńców ogłoszonej na profilu na Facebook oraz blogu autorskim.

Ponadto:
- Przy wpłacie od 30 do 50 zł - książka w formacie PDF.
- Egzemplarz książki z dedykacją autora otrzyma osoba której wpłata wyniesie od 50 do 100 zł.
- Osoby/firmy wpłacające od 100 do 500 zł, mogą być pewne, że ich nazwisko/ nazwa firmy, pojawią się na okładce książki. 
- Dla osób/firm wspierających projekt kwotą 500 zł i większą, przeznaczone będzie specjalne miejsce na okładce na ich nazwisko, lub logo firmy.
- Dodatkowo informacja o mecenasach sztuki dotrze do portali społecznościowych wraz z wydaniem książki.

I na koniec raz jeszcze polecam zajrzeć Wam na stronę projektu (KLIK), a by poznać wszystkie szczegóły i zachęcam do udostępnienia informacji o nim.

Migawki #6

Od ostatnich Migawek minęły ponad 3 miesiące, przyszedł więc czas na kolejną porcję zdjęć. Oczywiście standardowo nie mogłam się zdecydować, które zdjęcia Wam pokazać, stąd ich duża ilość. Ostrzegam i zapraszam do oglądania :) (Pamiętajcie, proszę, że po kliknięciu w zdjęcie możecie obejrzeć je w większym rozmiarze.)
Na początek trochę Norwegii.
Miecze w skale (Sverd i fjell) - monument wizytówka Stavanger. Jak nazwa wskazuje są to 3 potężne miecze wbite w skałę nad fiordem Hafrsfjord. Mierzą 9.2 m wysokości, a ich rękojeści wzorowane są na mieczach znajdowanych w całej Norwegii, a pochodzących z czasów Wikingów.  Pomnik to dzieło rzeźbiarza Fritza Røeda z Bryne, upamiętniający bitwę stoczoną na wodach tego fiordu w 872 r. przez Haralda Pięknowłosego (Harald Hårfagre), który zjednoczył Norwegię w jedno królestwo. Został odsłonięty w 1983 r. przez króla Olafa V.  Największy miecz symbolizuje zwycięskiego króla, dwa mniejsze - nieszczęsnych pokonanych.  Pomnik jest symbolem wolności, jedności i pokoju - miecze zatopione w górze nigdy nie zostaną użyte. Przyznam się, że kiedy zobaczyłam je pierwszy raz poczułam ukłucie rozczarowania - spodziewałam się czegoś bardzo dramatycznego.
Morze... Ci, którzy zaglądają do mnie wiedzą, że uwielbiam je. Mogę chodzić plażą godzinami albo siedzieć i obserwować ptaki, fale, przesypujący się piasek etc.. A jako, że w tym roku czerwiec (i nie tylko) był w Norwegii wręcz upalny udało mi się spędzić nad morzem wiele wspaniałych dni i zawsze w nieodłączną książką :) Wraz z nastaniem wiosny w Norwegii zaczyna się mnóstwo imprez plenerowych, w tym tak kochanych przez Norwegów, zawodów rowerowych/kolarskich. Na trzecim zdjęciu widać właśnie jeden z etapów wyścigu rowerowego, który dane mi było oglądać. O ile mnie pamięć nie zawodzi był to Nordsjørittet, czyli wyścig na dystansie 91 km, z Egersund do Sandnes (Rogaland). Zawody te otwarte są dla wszystkich, należy spełnić tylko dwa warunki: mieć ukończone 17 lat i jechać w kasku rowerowym na głowie :) Siedziałam na wydmie nad morzem :D Po drugiej stronie ulicy, którą jechali zawodnicy znajduje się lotnisko Sola.
A jak jestem przy lotnisku... Wieczory na plaży to także coś, co lubię :) To ta sama plaża, z której wydm obserwowałam wyścig rowerowy. Zdjęć lądujących samolotów trochę porobiłam, ale nie będę Was tu nimi zarzucała. Trzeba Wam wiedzieć, że w okresie od późnej wiosny (tak od maja) do sierpnia w Norwegii słońce ledwo chowa się za horyzont lub wcale za nim nie znika. Tak więc zaprezentowane powyżej zdjęcia zachodów słońca zostały zrobione sporo po 23 :)))

Nie samym morzem człowiek żyje ;) To jedna z tych rzeczy, które są piękne w Norwegii: mieszkasz równocześnie nad morzem, nad jeziorami i w górach :))) I wcale nie oznacza to, że do większego miasta masz 5 godzin jazdy! Wraz z mężem korzystaliśmy z pięknej pogody do oporu, więc często codziennie byliśmy na małym wypadzie w góry lub na plażę.
Zdjęcie po lewej: zrobione zostało z bazy pirackiej syna moich znajomych ;) Zdjęcie po prawej: cyknęłam je w drodze powrotnej z jednej z wypraw w góry. Fotografia nie oddaje urody okoliczności przyrody ;)
To nadal Norwegia, choć wygląda jak wybrzeże jakiegoś ciepłego kraju. To nie morze, to fiord i rozrzucone nad nim domy.
Teraz coś z Polski :)

Pensjonat "Akiko". Mały skrawek Japonii w sercu polskich gór, Gorców. Spędziłam w tym urokliwym miejscu, prowadzonym przez niesamowicie serdeczną, otwartą i non stop uśmiechniętą Japonkę, Akiko Miwa, 2 tygodnie wspaniałych wakacji. Pensjonat to mieszanina Polski i Japonii. Pełno tam elementów prosto z japońskiej rzeczywistości, ale nie jest to japoński pensjonat. podkreślam ten fakt, bo może ktoś z Was spodziewa się tam wszędzie rozłożonych tatami, ścian shoji, czy kimona jako obowiązującego stroju właścicielki i pracowników ;) Miejsce proste, takie swojskie, domowe wręcz. Co niesamowite, ja niejadek, kapryszący przy jedzeniu, wcinałam smakołyki przygotowywane przez panią Akiko aż mi się uszy trzęsły :) (Akiko)
Widok, jaki codziennie witał mnie za oknem pokoju w pensjonacie. Na horyzoncie wiecznie zamglone Tatry.
Śniadanie na tarasie :) Koty jeszcze się nie zwiedziały, że nie śpię, więc zabrakło ich w pejzażu ;)
Gorce, które odwiedziłam po bardzo wielu latach, nadal zachwycają swoim pięknem. Nie są tak dramatyczne, jak wyższe Tatry, czy norweskie góry, ale sami powiedzcie, czyż nie są piękne? Od lewej na zdjęciach: 1. rzeźba zdobiąca krzyż postawiony dla upamiętnienia nie żyjącego księdza, który ukochał sobie właśnie Gorce i w nich umarł, robiąc to, co kochał, przemierzając góry; 2. stojak na rowery na szlaku w kierunku schroniska pod Turbaczem (odludzie, a tu takie cuda!); 3. panorama Gorców i ogromne połacie krzaków jagodowych.
Przekąska na szlaku :) To pyszne minichlebki z ziołami i grzybami przygotowane zostały przez panią Akiko :)
Na szlaku na Turbacz, najwyższy szczyt Gorców. (Jedni twierdzą, że jego wysokość to 1310 m n.p.m., inni, że 1314 m n.p.m.)
Te zdjęcia także zrobione są w dniu, kiedy zdobyłam Turbacz. Tylko, którą drogę powrotną wybrać...? ;)
Oczywiście, jak Gorce, to Szlak Architektury Drewnianej! A, co za tym idzie, wspaniała gotycka architektura! Po lewej: kościół pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Harklowej pochodzący z około 1500 r., a zbudowany na miejscu wcześniejszej budowli. Po prawej: kościół  pw. Świętej Trójcy i św. Antoniego Opata w Łopusznej. Budowla powstała w 2 poł. XV w., a została konsekrowana w 1504 r. Na cmentarzu parafialnym w Łopusznej znajduje się grób Ks. Prof. Józefa Tischnera. Łopuszna to także siedziba domu pamięci Ks. Tischnera. Podzielę się z Wami zaledwie tymi dwoma zdjęciami, ponieważ mam ich ponad 100! Odwiedziłam oprócz tych dwóch kościołów także m.in.  kościół pw. Św. Michała Archanioła w Dębnie i kościół pw. św. Marcina w Grywałdzie nad Dunajcem. Wedle legend  na miejscu kościoła w Grywałdzie kiedyś znajdowała się pogańska gontyna. Wszystkie przybytki zachwycają polichromiami, choć ja zakochałam się w zdobieniach z kościółka w Grywałdzie. Polecam Wam je zobaczyć!
Wsi spokojna, wsi wesoła,

Który głos twej chwale zdoła?

Kto twe wczasy, kto pożytki

Może wspomnieć za raz wszytki?
("Pieśń świętojańska o Sobótce" Jan Kochanowski) 
Tak, wiem, to inna wieś, niż ta z czasów Kochanowskiego, ale jakoś tak, gdy patrzę na to zdjęcie, od razu w mojej głowie pojawia się ten cytat. Dwór w Łopusznej tchnie spokojem i choć wygląda niepozornie spędziłam w nim ciekawie prawie 2 godziny zasłuchana w słowa przewodnika, który chyba urodził się gawędziarzem :)
Miałam "fazę" na widoki za oknem ;) Zdjęcia robione z zamku w Niedzicy, widok na Jezioro Czorsztyńskie i zaporę wodną na Dunajcu.

Podczas, gdy tabuny turystów (serio, skąd tyle tych ludzi?!?) strzelały fotki bez opamiętania uwieczniając na zdjęciach panoramę Jeziora Czorsztyńskiego wraz z widniejącymi w oddali ruinami Zamku w Czorsztynie, tudzież wspomnianą już przeze mnie zaporę wodną, ja wyżywałam się artystycznie w bardziej mrocznych zakamarkach zamku w Niedzicy :))) Jakoś te regiony nie były popularne wśród reszty turystów :P Niestety tylko tyle zostało po kaplicy.
Oczywiście i ja fotografowałam z każdej strony Jezioro Czorsztyńskie, zamek w Niedzicy i ruiny zamku w Czorsztynie, ale co za dużo to niezdrowo, więc musicie zadowolić się tym jednym widoczkiem ;)

Kolejna moja "faza", tym razem kamienne łuki ;) Oba zdjęcia zrobiłam w Czerwonym Klasztorze na Słowacji, jakieś pół godziny jazdy samochodem od Harklowej. Trafiliśmy na cudowny moment dnia, bo oprócz nas i pań sprzedających bilety nie było nikogo! Dopiero pod koniec naszego zwiedzania przyjechało chyba kilka wycieczek.
Czerwony Klasztor (Červený Kláštor) leży w dolinie Świętego Antoniego. Jego początki sięgają XIV w., choć najprawdopodobniej już wcześniej na tym terenie żyli benedyktyni- eremici, którzy uprawiali kult Świętego Antoniego Pustelnika. Budowa klasztoru rozpoczęta została w 1330 roku i dość szybko, bo już 1360 r., zabudowania drewniane zostały zastąpione ceglanymi i kamiennymi. Zresztą od czerwonych cegieł pochodzi nazwa klasztoru. Początkowo klasztor należał do kartuzów, zakonu pustelniczego, który został rozwiązany w 1563 r.. Ich majątek bardzo szybko trafił w świeckie ręce i dopiero w 1711 r. w murach klasztoru pojawili się bracia zakonni - tym razem był to zakon kamedułów. Kameduli to eremici. Ci z Czerwonego Klasztoru zasłynęli m.in. rozbudową klasztoru, pierwszym słowackim przekładem Biblii „Święta Biblia Słowacka albo Pismo Święte” w dwóch tomach i łacińsko – słowackim słownikiem „Sylabus dictionari latini slavonicus", swoimi umiejętnościami zielarskimi i leczniczymi. Cesarz Józef II rozwiązał zakon, a następnie cesarz Franciszek I przekazał klasztor greko – katolickiemu biskupstwu w Preszowie. Czerwony Klasztor został zniszczony przez pożar, który wybuchł w 1907 r.. Jego odbudowę rozpoczęto po I wojnie światowej, a renowacje na szerszą skalę przeprowadzono w latach 1955-1966. Od 1966 r, część pomieszczeń i budynków wchodzących w skład klasztoru zostało zamienionych na obiekt muzealny. (Červený Kláštor)
Jedno z malowideł znajdujące się w kapitularzu w Czerwonym Klasztorze. Takich malowideł było więcej, ale żadne zdjęcie nie odda tego, jak wyglądają one na żywo.
Po lewej: rzut okiem na polskie Tatry od słowackiej strony :) Zdjęcie zrobione z miejsca, gdzie dawniej znajdowały się eremy braci kamedułów, po których zostały jedynie resztki ścian. Po prawej: już w Polsce. Widok na Jezioro Czorsztyńskie i zamek w Niedzicy z zamku w Czorsztynie. Musicie mi uwierzyć na słowo, bo wszystko było osnute mgłą i idealnie pasowała do klimatu ruin zamku w Czorsztynie.

 


I to by było na tyle. Za mile, mam nadzieję, spędzone chwile dziękuje Wam Edyta przebrana za Japonkę :DDD
Doomo arigatoo gozaimasu! :)

A jeśli chcecie oglądać więcej takich migawek to zapraszam Was serdecznie na mój Instagram. Znajdziecie tam bardzo dużo zdjęć, które nie pojawiają się na blogu.


"Seksturysta" Adam Ambler

Tytuł: "Seksturysta"
Autor:  Adam Ambler
Wydawnictwo:  Self-publishing
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 242

"Seks to darmowe pigułki szczęścia. Sto razy lepsze niż najlepszy skręt, whisky czy marlboro - a mimo to jest społecznie zakazany." 

Gdy słyszycie słowo seksturystyka, jakie nasuwają się Wam skojarzenia?  Podstarzałego faceta z brzuszkiem obłapiającego młodziutką Tajkę? Wykorzystywanie nieletnich w biednych krajach azjatyckich? Pedofilia? Żerowanie bogatych na niedoli biednych? Handel żywym towarem? Sądzę, że u wielu osób słowo to wywołuje właśnie takie negatywne konotacje. Czytając artykuły, czy oglądając programy poruszające tematykę turystyki seksualnej otrzymujemy wyraźny obraz mrocznego, wręcz odrażającego procederu. Okazuje się jednak, że w pojęciu tym mieści się dużo więcej różnorodnych zagadnień i stąd zapewne trudności w zdefiniowaniu tego zjawiska oraz wyjaśnieniu kto i dlaczego podejmuje tego typu podróże. Dlatego też nie można jednoznacznie utożsamiać jej z prostytucją. Często kontakty seksualne podczas tego typu wyjazdów są znajomościami przypadkowymi i nie łączą się w żaden sposób z zapłatą za seks.

Dziś seksturystą nie jest już tylko zamożny mężczyzna z kraju rozwiniętego, poszukujący przygody, zaspokojenia i odskoczni od monotonii życia codziennego. Obecnie prężnie rozwija się chociażby turystka seksualna dla kobiet, które jak się okazuje lubią zapomnieć się na chwilę w silnych ramionach obcego mężczyzny. Za niewielki plus należy uznać fakt, że w wielu krajach słynących z seksturystyki spadła znacząco ilość kontaktów seksualnych z dziećmi i stanowi ona margines usług seksualnych. Niestety turystyka dziecięca nadal istnieje, a istną mekką dla pedofilii jest ponoć w tej chwili Sri Lanka i Kenia. Co ciekawe popularnymi kierunkami podróży w poszukiwaniu seksualnych doznań nie są jedynie egzotyczne kraje takie jak Tajladnia, Filipiny, Indonezja, czy Kambodża, lecz i te bliższe nam geograficzne, np. Egipt, Czechy, czy Węgry.

Jakkolwiek by nie interpretować pojęcia turystyki seksualnej i zagłębiać się w jego różne odmiany, faktem pozostaje, że jest ono, jak i samo zjawisko seksturystki, mocno kontrowersyjne i niejednoznaczne. Dla jednych podróże w celu zaspokojenia potrzeb seksualnych będą rodzajem dewiacji, podczas gdy dla innych będą czymś zwyczajnym i normalnym.

Do tej drugiej grupy ludzi zalicza się Adam, główny bohater książki "Seksturysta" Adama Amblera. Młody handlowiec z rozbuchanym popędem seksualnym i wybujałym ego, traktujący kolejne doświadczenia erotyczne jak zdobywanie medali na olimpiadzie. Są ludzie, którzy smakują wykwitne wina, delektują się egzotycznymi potrawami, napawają się widokami, jakie jest im dane podziwiać podczas wyjazdów. Adam odkrywa rozkosze kobiecego ciała. Upaja się ich zapachem, syci dotykiem nagiej skóry, chłonie każdy jęk, szept, krzyk pieszczonej przez siebie kobiety. Jest odkrywcą, myśliwym, poszukiwaczem, zdobywcą, wyzwolicielem. To wytrawny koneser, który z uwagą i radością studiuje kobiece krągłości i kryjące się za nimi tajemnice. Główny bohater zaspokojenie swoich partnerek stawia na pierwszym miejscu, dla niego najważniejsza i najprzyjemniejsza jest droga do spełnienia, a czekająca na końcu ekstaza jest ukoronowaniem jego starań. Jak sam mówi o sobie "moje podejście do seksu jest trochę inne niż standardowego faceta, inne niż: zdobyć, wsadzić i strzelić." Adam szanuje "dziewczyny pracujące w branży", jak często nazywa swoje kochanki. Nigdy nie nazywa ich dziwkami, czy kurwami, obdarza je o wiele cieplejszymi mianami. Oto niektóre z tych określeń: magdalenki, damy kameliowe, siostry miłosierdzia. Dla niego zawód prostytutki jest tak samo zwyczajną i normalną profesją, jak hydraulik, czy piekarz, a osobie która zarabia w ten sposób na życie należy się takie samo poważanie.

Główny bohater powieści Amblera zabiera czytelnika w podróż po Indonezji, jakiej większość z nas nie zna. Podążamy wraz z nim do Dżakarty, Semarang, Surabaji, na Bali. Poznajemy jawajski półświatek i reguły jakie w nim obowiązują, zapoznajemy się z cennikiem usług oferowanych w przeróżnych przybytkach specjalizujących się w usługach erotycznych. Krążymy po mieście taksówkami i motorykszami, targujemy się o ceny (nie tylko usług seksualnych), zaglądamy do salonów masażu, osobliwych hoteli, klubów w stylu go go. W nasze nozdrza uderza mieszanina zapachów; jedzenia oferowanego z niewielkich stoisk, smogu spowijającego stolicę Indonezji, morza obmywającego złote plaże Bali, duszącego pyłu wyrzucanego przez wulkan Merapi. Czytając "Seksturystę" z zaciekawieniem odkrywałam także tą niestereotypową stronę Indonezji, jej przeszłość, historię, wierzenia. Z zainteresowaniem czytałam o czasach kolonialnych (Indonezja to dawne Holenderskie Indie Wschodnie), o wierze współczesnych Indonezyjczyków, gdzie islam miesza się z dawnymi wierzeniami wciąż obecnymi w życiu mieszkańców wysp, o ich współczesnej codzienności. W ten sposób Adam udowadnia, że chce i stara się za każdym swoim pobytem w tym kraju, zdobywać nową wiedzą na jego temat i pogłębiać tą już posiadaną. Według niego to ważny element jego podróży seksualnych. I choć informacje zawarte w książce nie należą do obszernych i wnikliwych, w końcu to nie rozprawa naukowa, sprawiają, że "Seksturysta" nie jest jedynie opisem czynności fizjologicznych wykonywanych podczas seksu. A trochę tego seksu w powieści jest. Śpieszę Was zapewnić, że słownictwo używane przez autora w opisach scen erotycznych nie przytłacza podczas lektury, w żadnym wypadku nie nazwałabym go wulgarnym ani na siłę udziwnionym. Ambler bywa dosadny, szczegółowy, "wali prosto z mostu". Powiedziałabym, że jest to seks takim, jakim postrzegają go mężczyźni. Mnie się podobało :)

Tak sobie myślę... Ci, którzy sięgnę po "Seksturystę" skuszeni erotyką, mogę być rozczarowani tym, że książka nie składa się tylko z niej, że autor jednak ujął w swojej pracy coś więcej niż wijące się w spazmach orgazmów nagie ciała. Z kolei Ci, którzy dostrzegą w niej tą drugą stronę, pełną ciekawostek na temat Indonezji, czy fragmentów, w których bohater rozmyśla nad pojmowaniem seksualności współcześnie i kiedyś, na temat religii, moralności itp., mogą być rozdrażnieni zbyt dużą ilością, w ich mniemaniu, zmysłowości.

Główny bohater "Seksturysty" czasami bawił mnie, czy to chcąc zawzięcie udowodnić mi, że nie jest zboczeńcem i seks z siedmioma kobietami jednej nocy to dla niego normalka, czy też dowodząc, jakim jest wybitnym kochankiem i znawcą kobiecego orgazmu. Obawiam się, że w realnym życiu marne są szans żebyśmy my, kobiety, często natrafiały na tak skoncentrowanych na kobiecie i jej potrzebach mężczyzn. Ale uznaję Adama za doświadczonego znawcę i smakosza seksualnego, więc jestem w stanie uwierzyć w jego umiejętności. Dziękuję autorowi książki, że nie popadł w przesadę, jak pani E.L.James i nie uczynił z Adama faceta w stylu Greya, który nie musi dotykać płci pięknej, by doprowadzić ją do orgazmu. Adam musi się często napracować żeby zasłużyć na kobiecy aplauz. (Dlaczego odwołuję się do "Pięćdziesięciu twarzy Greya" możecie sprawdzić tutaj.)

Jest w "Seksturyście" jedna rzecz, która dość mocno mi się nie podobała. Jest to zakończenie książki. Nie wiem, jaki cel przyświecał w tym wypadku pisarzowi (pewnie jakiś był), ale te ostatnich kilka stron jakoś nie pasowało mi do obrazu Adama, jaki powstał w mojej głowie, po przeczytaniu wcześniejszych ponad 200 stron. Nie żeby głównych bohater był typem, który nie ma najmniejszych szans by odnaleźć się i sprawdzić w tego typu sytuacji. Dla mnie bardziej właściwym i pasującym do reszty książki finałem byłby widok nagich ciał w uniesieniu drgających zgodnie z rytmem wystukiwanym przez Adama albo przynajmniej krótki kurs zdobywania podniebnych szczytów z "kapitanem" Adamem :)

Turystyka seksualna wcale nie jest współczesny wynalazkiem, była praktykowana już w starożytności, choć w ostatnich latach zrobiło się o niej głośno.  Seksturystyka stała się ogólnodostępna, już nie trzeba być bogaczem, wybrańcem, by zdobywać kolejne łóżkowe szczyty, przekraczać granice doznań zmysłowych, mierzyć się z tabu dotyczącym seksu. Sądzę, że nam, czytelnikom, oprócz prac napiętnujących seksturystykę, siejących zgorszenie i oburzenie, walczących, słusznie, z pedofilią i zmuszaniem do prostytucji, potrzeba także dobrze napisanych książek traktujących o tym zjawisku. Takiego... lżejszego spojrzenia na tą tematykę. I w tym wymiarze "Seksturysta" Adama Amblera sprawdza się bardzo dobrze.

***
Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi :)
Zajrzyjcie koniecznie na stronę książki - KLIK oraz na bloga (18+), będącego dodatkiem do książki - KLIK 
***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:
Czytamy Polecane Książki: książkę poleciła mi Książkówka

* Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Seksturysta" Adama Amblera

Kartki z kalendarza: Wrzesień



Aki mohaya
sono higurashi no
inochi ka na

Już jesień
czy to wszystko jest życiem
małej cykady


(Buson, 1755)


*Źródła: "Wybór klasycznych wierszy haiku" w tłumaczeniu Agnieszki Żuławskiej-Umedy  
** Hiroshige, Kwitnące  miasto, Święto Tanabata z serii: Sto słynnych widoków Edo. Zdjęcie pochodzi z mojego kalendarza wydanego przez teNeues :)

"Biały Kieł" Jack London

Tytuł: "Ulvehunden"
Autor:  Jack London
Oryginalny tytuł: "White Fang"
Tłumaczenie: John Kennett
Wydawnictwo:  Hjemmets bokforl.
Rok wydania: 1983
Liczba stron: 146

Jak już pewnie niektórzy z Was wiedzą, pilnie uczę się języka norweskiego. Jednym ze sposobów, który stosuję aby przyswoić nowe słownictwo, jest m.in. czytanie książek po norwesku.W takim też celu sięgnęłam po "Białego Kła" Jacka Londona. To moje ponowne spotkanie z tą książką, wróciłam do niej po wielu latach. Kiedyś zaczytywałam się Londonem. Lubiłam zagłębiać się w wykreowany przez pisarza świat, porażały mnie opisy przyrody, uczyłam się, czym jest zło tkwiące w ludziach i jak dobro może odmieniać. Opowieść o wilkopsie (Biały Kieł jest w 3/4 wilkiem i w 1/4 psem i podążając na nazewnictwem norweskim nazywam go wilkopsem) sprawiała, że z mej piersi wyrywał się szloch, a oczy zalewały potoki łez. Jak było tym razem?

Mroźny północny Jukon to dziki świat zimnego wiatru, w którym każde zwierzę musi walczyć o przetrwanie. To miejsce, gdzie trwa ciągła walka drapieżnika i ofiary. Miejsce, gdzie nie można liczyć na współczucie, czy taryfę ulgową. Do Indianina Szarego Bobra Biały Kieł trafia jako szczenię. Nie udaje się mu zdobyć sympatii innych psów towarzyszących plemieniu. Staje się samotnikiem. Nie wie, co to miłość, czy zaufanie. Wie, że aby przetrwać musi kraść jedzenie i walczyć o swoją pozycję. Szary Bóbr traktuje go surowo, ale sprawiedliwie, co czyni Kła twardym. Biały Kieł uczy się czym jest lojalność i szacunek. Życie zwierzęcia staje się jeszcze trudniejsze, gdy zostaje sprzedane za butelkę whiskey przez Indianina Pięknisiowi, który odkrywszy siłę i umiejętność walki Białego Kła wykorzystuje go w bardzo krwawych, nielegalnych walkach psów. W porównaniu z Pięknisiem Szary Bóbr był wzorem dobrego właściciela. Głodzony, bity i poniewierany Biały Kieł całkowicie dziczeje. Jego serce wypełnia lodowata furia, instynkt drapieżcy zdaje się władać nim całkowicie. Udział w jednej z brutalnych walk zwierzę przypłaca nieomal życiem. Z pomocą przychodzą mu Matt i Weedon Scott. I to drugi z mężczyzn, Weedon, staje się jego nowym panem. To on uczy Białego Kła, że bywają dobrzy ludzie, którzy potrafią obdarzyć go miłością i ciepłem, którym Kieł może zaufać.

"Biały Kieł" jest opowieścią o przetrwaniu, o zaufania, o przyjaźni. W książce Amerykanina odnajdziecie dziką, surową i zimną, jak opisywana przyroda, historię  o potrzebie miłości. O tym, jak straszne jest samotne życie, gdy nie ma nikogo, kto mógłby być dla nas oparciem. Autor odmalowuje otaczającą Białego Kła przyrodę tak wspaniale, że nie potrzeba zbytnio wysilać wyobraźni, by zobaczyć to, o czym London opowiada. (Choć czasami dla niektórych mogą być te opisy trochę nużące.) W powieści można dostrzec ciągłą walkę, jaką toczą ze sobą potrzeba przebywania w towarzystwie ludzi i zew natury wewnątrz Białego Kła. London pokazuje czytelnikowi świat widziany oczami zwierzęcia. Robi to umiejętnie, nic tu nie wydaje się sztuczne, czy przekombinowane. Czytając "Białego Kła" czytelnik czuje, że wszystko, co przeżywa główny bohater jest do bólu prawdziwe. London udowadnia, że każde zwierzę odczuwa ból, brak miłości albo wręcz odwrotnie troskę, dobroć. Zwierzę nie jest bezmyślną, nieczułą istotą. Pisarz daje nadzieję (lub jak kto wolo, podtrzymuje ową nadzieję) na to, że życie może ulec zmianie na lepsze.

Okazało się, że nadal podoba mi się styl pisania Londona i nadal nie potrafię powstrzymać łez czytając o przygodach wilkopsa. "Białego Kła" zaliczam do klasyki, po którą każdy powinien sięgnąć. Należy jednak pamiętać, że to książka raczej dla nastolatków niż dla dzieci. Mój ponowny, naznaczony nostalgią, kontakt z prozą Londona uważam za całkiem udany.

***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:


Ze względu na zalew spamu, jaki ostatnio ma miejsce na moim blogu, zmuszona jestem wprowadzić obrazkową weryfikację dodawanych komentarzy. Mam nadzieję, że to tymczasowe rozwiązanie, które mimo wszystko nie zniechęci Was do udzielania się na blogu :)