Czy wiesz, że ... #10

... w Japonii zgodnie z tradycją wyodrębnia się nieszczęśliwe lata życia (yakudoshi)?

I tak, mężczyźni powinni uważać na siebie w wieku 25, 42 i 61 lat, a kobiety - 19, 33 i 37 lat. Ponoć za szczególnie nieszczęśliwy uważany jest 42 rok życia w przypadku mężczyzn i 33 rok życia w przypadku kobiet. Wierzenie to wynika najprawdopodobniej stąd, że liczby te są fonetycznie pechowe. To z kolei znaczy tyle, że liczba 42 może być wymawiana jak "shi-ni", co znaczy tyle co "śmierć", a liczbę 33 można wymawiać jak "sanzan" oznacza "twardy", "straszny", "fatalny", "katastrofalny".
Mimo, że jest to jedynie przesąd, wielu Japończyków będąc z tym niebezpiecznym wieku bierze udział w różnych ceremoniach religijnych w świątyniach sintoistycznych, mających na celu zabiec i chronić pechowca przed chorobami i nieszczęściami. 
 


Wiosenne Tanie Czytanie z Universitas

Co prawda kalendarzowa wiosna zamieniła się w kalendarzowe lato, jednak nadal macie możliwość skorzystać w wyjątkowej promocji na stronie księgarni internetowej Wydawnictwa Universitas - Wiosennego Taniego Czytania. Możecie sobie sprawić miły pożegnalny prezent na zakończenie wiosny :) Wśród promocyjnych tytułów wypatrzyłam między innymi te pozycje:

"Nowy film japoński"
Krzysztof Loska
Rok wydania: 2013
ISBN: 97883-242-2245-2; wyd. elektron.: 97883-242-1900-1
Liczba stron: 428
Okładka: miękka ze skrzydełkami
 
       
Nowa książka Krzysztofa Loski poświęcona jest kinematografii japońskiej ostatniego półwiecza. Autor rozpoczyna od analizy filmów nowofalowych i pojawienia się kina niezależnego, rozważając te zjawiska w szerokim kontekście kulturowym, następnie przechodzi do omówienia dokonań artystycznych reżyserów młodego pokolenia, którzy debiutowali w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, czyli w okresie głębokich przemian prowadzących do narodzin społeczeństwa ponowoczesnego. Loska charakteryzuje wpływ estetyki nowofalowej na kino gatunkowe – filmy samurajskie, gangsterskie i erotyczne – zwraca też uwagę na obecność nowatorskich rozwiązań formalnych, modernistycznych strategii przedstawiania oraz szereg odniesień do literatury pięknej i teatru, zarówno klasycznego (kabuki, bunraku), jak i współczesnego (post-shingeki).

Krzysztof Loska – profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, dyrektor Instytutu Sztuk Audiowizualnych, zajmuje się filmem japońskim i kulturą współczesną, autor licznych publikacji naukowych, w tym dziesięciu książek, m.in.: Dziedzictwo McLuhana. Między nowoczesnością a ponowoczesnością (2001), Hitchcock – autor wśród gatunków (2002),  David Cronenberg: rozpad ciała, rozpad gatunku (2003, wspólnie z Andrzejem Pitrusem), Tożsamość i media. O filmach Atoma Egoyana (2006), Poetyka filmu japońskiego (2009), Kenji Mizoguchi i wyobraźnia melodramatyczna (2012).

***
"Historia Hiszpanii"
Autor: Julio Valdeón Baruque, Manuel Tuñón de Lara, Antonio Dominguez Ortiz
Tłum.: Szymon Jędrusiak
Rok wydania: 2012
ISBN: 97883-242-1754-0; wyd. elektron.: 97883-242-1942-1
Liczba stron: 668
Okładka: miękka ze skrzydełkami
 

Pasjonująca synteza dziejów wielkiego narodu europejskiego – łączy naukowy rygor z popularyzatorską ambicją, pragnieniem dotarcia do jak najszerszego grona odbiorców zainteresowanych przeszłością krainy rozciągającej się za Pirenejami. Autorzy zgłębiają historię kraju, który wydał geniuszy światowej kultury, włączył w obręb chrześcijańskiej cywilizacji wielkie przestrzenie Nowego Świata, zrodził uniwersalne archetypy konkwistadorów i mistyków, Wielkich Inkwizytorów i Książąt Niezłomnych, mit Don Kichota, Rycerza Smętnego Oblicza, oraz Don Juana, uwodziciela z Sewilli. Nowoczesne kompendium, opracowane przez trójkę wybitnych uczonych, obejmuje dzieje Hiszpanii od czasów rzymskich i średnio-wiecznych, przez renesans, oświecenie i rewolucję liberalną XIX wieku, aż do dyktatury generała Franco.
 ***
"Polscy świadkowie GUŁagu. Literatura łagrowa 1939-1989"
Autor: Izabella Sariusz-Skąpska
Rok wydania: 2012, wyd. 3
ISBN: 97883-242-2229-2; wyd. elektron.: 97883-242-1868-4
Liczba stron: 480
Okładka: miękka ze skrzydełkami
"We wrześniu 2012 w Bykowni pod Kijowem poświęcono Polski Cmentarz Wojenny. W lesie znanym jako wielkie cmentarzysko ofiar stalinowskiej Wielkiej Czystki 1937, u stóp drzew, które pamiętają tamte straszne czasy, pojawiły się granitowe tabliczki z polskimi nazwiskami, datami urodzin, stopniami wojskowymi i policyjnymi, z funkcjami, jakie w II Rzeczypospolitej pełnili ci ludzie. W stóp bykowniańskich sosen i brzóz granitowe tabliczki epitafijne opowiadają historię 3435 osób, należących do Ofiar Zbrodni Katyńskiej. Po 72 latach od zbrodni tabliczki lśnią w słońcu i opowiadają historię każdej z Ofiar. Rodziny Katyńskie – córki i synowie, wnuki i prawnuki - przywiozły tutaj z Polski kwiaty i biało-czerwone wstążki, na symbolicznych mogiłach pojawiły się woreczki z polską ziemią i fotografie rodzinne, różańce i kopie obrazów, którego wiszą w dalekich domach... Snuje się opowieść.
Nazajutrz po poświęceniu czwartego – po Katyniu, Charkowie i Miednoje – cmentarza katyńskiego wsłuchiwałam się w opowieści granitowych epitafiów, wędrując ścieżką otaczającą polską nekropolię pod Kijowem. Parokrotnie mijałam dziwne zawiniątko, aż wreszcie przyjrzałam się bliżej: ktoś położył tutaj książkę. To były wspomnienia Urszuli Muskus, wersja anglojęzyczna jej książki Długi most. Tekst pisany w latach 60., został wydany pośmiertnie, a zawiera historię uwięzienia i zesłania, które autorce zabrały wiele lat życia: od 1939 do 1956. Ktoś (zapewne wnuczka lub prawnuczka) przywiózł to świadectwo i na karteczce dopisał prośbę do przechodnia, aby zabrał książkę, przeczytał i podał dalej. Widok od lat znajomego tekstu, widzianego w tak niezwykłych okolicznościach i otoczonego takim przesłaniem, upewnił mnie, że nie można ustawać i trzeba nadal opowiadać o tym, czego doświadczyli polscy świadkowie GUŁagu w odległych już wprawdzie, ale wciąż nieznanych do końca latach.
Niniejsza książka to pisany przed laty i uzupełniany rekonesans wśród tekstów polskiej literatury łagrowej – o odmienności przestrzeni „innego świata”, do jakiego po 1939 roku trafili obywatele Rzeczypospolitej, o innym „czasie”, który liczyli jako łagiernicy i zesłańcy, i wreszcie o innych ludziach, których „tam” spotkali. Nie chcieli epatować doświadczonym złem ani doznanym cierpieniem. Pisali, aby zachować pamięć. Warto czytać ich świadectwa i pamiętać”.
 Izabella Sariusz-Skąpska
 ***

"Igraszki literackie polonistów.Antologia"
Red.: Henryk Markiewicz, Michał Rusinek
Rok wydania: 2012
ISBN: 97883-242-1799-1; wyd. elektron.: 97883-242-2453-1
Liczba stron: 264
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Oto wybór tekstów autorstwa polonistów związanych z siedmioma ośrodkami naukowymi: w Krakowie, Warszawie, Wrocławiu, Gdańsku, Szczecinie, Katowicach i Poznaniu. Znajduje się tu szeroki wachlarz gatunków: od retorycznych laudacji, toastów i wykładów (a właściwie ich parodii), przez literackie pastisze, fraszki, limeryki, epitafia, bajki, aż po formy nowoczesne, jak moskaliki czy esemesy. Mogą one zainteresować nie tylko studentów polonistyki, zgłębiających „inną” twórczość swoich poważnych profesorów oraz środowiskowe poczucie humoru, ale i tzw. szerszego odbiorcę. Należą one bowiem do zapomnianego, ale wracającego powoli do łask rodzimych Czytelników, niepoważnego nurtu literatury.

***
"Wampiry i wilkołaki. Źródła, historia, legendy od antyku do współczesności"
Autor: Erberto Petoia
Tłum.: Bogumiła Bielańska, Jolanta Kornecka, Nicole Korzycka, Monika Małecka, Aneta Pers
Rok wydania: 2012
ISBN: 97883-242-2221-6; wyd. elektron.: 97883-242-1946-9
Liczba stron: 376
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Kompendium wiedzy o wampirach i wilkołakach występujących w literaturze, sztuce i filmie, ilustrowane fragmentami tekstów literackich i przedstawieniami graficznymi. Obejmuje dzieje wampirów od antyku po XX wiek oraz uwzględnia mitologie germańskie, słowiańskie, romańskie, skandynawskie, węgierskie.
Wilkołactwo i wampiryzm, dwa aspekty mitu przemiany człowieka w niebezpieczną, „obcą” istotę, to fascynujący fenomen szeroko rozumianej historii kultury. Erberto Petoia śledzi wyobrażenia wampira i wilkołaka występujące zarówno w literaturze (od Homera, Petroniusza, Owidiusza, po Polidoriego, Hoffmana, Stokera, Pavesego...), jak i w wyobraźni ludowej. Ten przegląd jest wynikiem skrupulatnych badań naukowych (m.in.: lingwistycznych, kulturowych, psychopatologicznych), pozostając jednocześnie zapisem niezwykłej przygody w krainie ludzkiej wyobraźni – przygody odbywającej się zarówno w czasie (od dzieł klasycznych do wytworów kultury masowej), jak i przestrzeni (w krajach skandynawskich, we Francji, Włoszech, Rumunii, wśród ludów słowiańskich...). Poprzez itinerarium trwające tysiąc lat i przebiegające przez najważniejsze kultury europejskie, niniejsza książka prezentuje historię tych dwóch niepokojących zjawisk, których personifikacje poruszały duszę ludzką począwszy od zamierzchłych czasów i które były obecne w prawie wszystkich kulturach.

Uważane za postacie demoniczne jeszcze w czasach nie tak odległych, wilkołaki i wampiry dotarły do naszych czasów ze świata starożytności klasycznej poprzez średniowiecze. Sposób postrzegania wampirów i wilkołaków w kulturze zachodnioeuropejskiej silnie zależał i nadal od znaczenia nadawanego im przez teologię i demonologię katolicką. W kulturze współczesnej częściowo utraciły one swój aspekt groźnych i tajemnych postaci z piekła rodem, a oświetlone światłem „Boga rozumu”, są badane jako przedstawiciele zjawisk zarówno kulturowych, jak i patologicznych i dodatkowo umieszczane w kontekście problematyki wierzeń dotyczących transformacji człowieka w zwierzę. W ten sposób również wampir, ze względu na to, że żywi się krwią, jest często traktowany jak postać zwierzęca.
Za głośną postacią Hrabiego Drakuli i mniej znanych likantropów literackich, mamy do czynienia z długą tradycją i ogromnym dziedzictwem kulturalnym legend, postaci demonicznych i przerażających (niekiedy postaci historycznych). Są to projekcje odwiecznych lęków, które w ciągu stuleci obecne były w Europie, znajdując w końcu właściwą interpretację dzięki badaniom antropologów czy psychopatologów.
*** 
Sama skusiłam się już na dwa tytuły z tej promocji, w tym na jeden, który znajduje się w niniejszym poście, ale przyznam, że zastanawiam się nad kolejnymi :) A Was, zainteresowało coś?

"Szary Mag" Jarosław Prusiński

Tytuł: "Szary Mag"
Autor:  Jarosław Prusiński
Seria: Szary Mag część I
Wydawnictwo: Self Publishing/Wydaje.pl
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 54

Lubię sięgać po nieznanych mi autorów. To dla mnie takie małe prywatne odkrycia, które pozwalają mi poszerzać horyzonty. Szczególne miejsce wśród nich zajmują debiutujący pisarze, którzy dla mnie są ludźmi o ogromnej pasji, których podziwiam za wytrwałość. Blogowanie dało mi między innymi właśnie możliwość zetknięcia się z nimi. Jestem przekonana, że gdyby nie blog i mój kontakt z wieloma wspaniałymi osobami, poznanymi dzięki niemu, nie przeczytałabym, np. "Szarego Maga"  Jarosława Prusińskiego. Czego, teraz z perspektywy czasu, wiem, że żałowałabym.

"Szary Mag" to minipowieść, w której słowa mają moc, a władać nią mogą tylko nieliczni. Są to magowie. Biada tym, którzy posługują się mocą słów nie będąc wśród wybrańców Zakonu, "świętych mężów obdarzonych Darem". Takich czekają tortury i śmierć, a w najlepszym razie niewolnictwo... lub ucieczka na Stepy lub jeszcze dalej na Pustynie Trwogi, choć tam zapuszczają się tylko zdesperowani lub nieostrożni. W Ziemi Świętej na targu niewolnikami poznajemy Vivian, która wraz ze swoim Panem, tajemniczym mężczyzną wyrusza w daleką drogę, która wiedzie ich przez wyschnięte trawy Wschodnich Stepów, przez tereny, na które nadciągają tysiące wojowników i setki zaklinaczy, siejących zniszczenie i trwogę, po których przejściu pozostaje już tylko wszechobecna śmierć. Ich losy przeplatają się z losami Ordena i Mariki, krzyżują się ze ścieżkami sahi, tych, którzy otrzymali swój Dar "przechodząc do świata cieni", bo kto "choć jeden raz (...) napije się z czarnej studni, musi to już robić stale, tak jak narkomani muszą żuć te swoje odurzające rośliny." [str. 53]

"Szary Mag" to pierwsza część trylogii; dwa pozostałe tomy, "Sahi" i "Wielka Księga", będą pełnowymiarowymi powieściami. Mimo, że jest ona wstępem do kolejnych tomów, można ją czytać jako samodzielną opowieść. Minipowieść składa się z dziewięciu kilkustronicowych rozdziałów, w których poznajemy głównych bohaterów tej historii i na chwilę możemy zajrzeć do ich świata. Porównałabym te rozdziały do samodzielnych opowiadań, które zazębiają się, a mimo to można by potraktować jako oddzielną całość. Daje to ciekawy efekt. Przyznam, że mimo iż czytając książkę mogłam poznać jedynie zarys świata Ziemi Świętej, spodobało mi się to, co otrzymałam na tych 54 stronach. Wszystko wskazuje na to, że Jarosław Prusiński stworzył interesujące, niebanalne, wielowarstwowe uniwersum, które nie wydaje się być kalką innych powieści fantasy. To świat, który odkrywa swoje tajemnice stopniowo, a każdy kolejny jego element, wzmaga fascynację. To świat, który ma ogromny potencjał. Historia, której zalążek czytelnik poznaje w "Szarym Magu" to opowieść o sile miłości, o samotności człowieka, o tajemnicach i przepowiedniach, o żądzy władzy i o tym, jak człowiek łatwo daje się omotać ciemnym mocom, by zadowolić własną próżność. Szczególne gratulacje należą się autorowi za zakończenie minipowieści, które zostawiło mnie z mnóstwem pytań w głowie i palącą żądzą poznania na nie odpowiedzi. Język książki jest prosty i zrozumiały, dzięki czemu powieść czyta się łatwo i przyjemnie.

Ta niewielka objętościowo książeczka mocno mnie zaciekawiła i sprawiła, że z niecierpliwością wyczekuję kontynuacji. (A ta już wkrótce! Wydanie drugiego tomu, tym razem pełnowymiarowej powieści, autor planuje na przełom sierpnia i września, a tom trzeci (także pełnowymiarowa powieść) ukaże się na przełomie listopada i grudnia.) Liczę na to, że dwa kolejne tomy cyklu ukażą mi świat wykreowanych przez Prusińskiego w pełnej krasie i, że nie zawiodę się, że odnajdę głębię w postaciach zaludniających książki, że ich losy nie będą mi obojętne, kogoś polubię, kogoś znienawidzę. Minipowieść "Szary Mag" tchnie nadzieją na wspaniałą przygodę czytelniczą.

"Kiedy obudzi śpiących, świat zostanie zmieniony. Królowie klękną przed sahi, a mocarstwa rozsypią się w pył. Wielka Trójca nie stawi im czoła." [str.54]

Minipowieść "Szary Mag" jest dostępna na stronie w formie elektronicznej (na dzień obecny tylko w formacie .pdf, ale zgodnie z informacją, jaką otrzymałam od autora, trwają prace nad składem tekstu w formatach .epub i .mobi, więc już niedługo będzie ona dostępna także i w tych formatach) na stronie Wydaje.pl (klik). Także pozostałe części cyklu zostaną wydane w tej formie. Jako, że autor podpisał właśnie umowę dystrybucyjną, już niedługo "Szary Mag" ukaże się także w innych księgarniach, m.in. w Nexto, Legimi, Merlin.

***
Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję autorowi :)

Szary mag [Jarosław Prusiński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:


*Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Szary Mag" Jarosława Prusińskiego


"Podróż zimowa" Amélie Nothomb

Tytuł: "Podróż zimowa"
Autor:  Amélie Nothomb
Oryginalny tytuł: "Le Voyage d'hiver"
Tłumaczenie:  Joanna Polachowska
Wydawnictwo: Wydawnictwo MUZA S.A.
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 96

"Podróż zimowa" to 18 powieść Amélie Nothomb, a moje pierwsze spotkanie z twórczością belgijskiej pisarki. Książka opowiada o około czterdziestoletnim człowieku o przedziwnym imieniu Zoil, który czeka na lotnisku Charles de Gaulle na lot o 13:30. Miejsce, do którego się udaje nie ma znaczenia, liczy się jedynie sam lot, który ma się stać aktem ostatecznej zemsty za wzgardzoną miłość. Mężczyzna pisze swój pierwszy i ostatni dziennik, wyjaśniając dokładnie skąd wziął się u niego pomysł na popełnienia takiego czynu, objaśnia swoje pobudki i wcale nie oczekuje przebaczenia, czy nawet zrozumienia. Za cel obiera sobie Wieżę Eiffla, symbol Paryża i Francji, symbol Astrolab, kobiety, którą pokochał, a która nie potrafiła pokochać go tak, jak sobie tego życzył, symbol Aliénor, kobiety, która stanęła na drodze jego uczuciu.

Proza Nothomb ​​jest płynna, zabawna, łatwa do czytania, a do tego lekko filozoficzna. "Podróż zimowa" to nie jest prosta i zwyczajna opowieść o miłości. Autorka na mniej niż 100 stronach porusza aż kilka tematów. Mowa tu o: terroryzmie i miałkości pobudek tych, którzy niczym kamikadze tracą życie w imię wymyślonych idei, geniuszu literackim, który bywa skryty za odpychającą powierzchownością i ociężałością umysłową, różnicach w rozumieniu i odczuwaniu przez ludzi miłości, narkotycznych odlotach otwierających umysł na inne stany świadomości, pięknie i brzydocie ludzką. Powieść Belgijki okazała się być z rodzaju tych, które zmuszają do myślenia, do zastanawiania się nad poruszanymi problemami, polemizowania z bohaterami, a to bardzo lubię. Do tego autorka potrafiła napisać o dziwnych, a wręcz dziwacznych, postaciach i historiach, w sposób przystępny, subtelnie nakierowując czytelnika na drugie dno swojej powieści, nakłaniając go by dostrzegł w "Podróży zimowej" coś więcej niż zwyczajną opowieść o nieszczęśliwej miłości.

Tytuł powieści "Podróż zimowa" odsyła czytelnika do tytułowego cyklu Franza Schuberta o nieszczęśliwej miłości, osnutego wokół wierszy poety Wilhelma Müllera, która to kompozycja przeplata się w książce z muzyką brytyjskiego muzyka Aphex Twin. Muzyka jest bardzo istotnym elementem książki i wyraźnie ją słychać w kulminacyjnym momencie historii. Dla mnie tytuł powieści Nothomb to także nawiązanie do odlotu narkotycznego, tripu, którego doświadczają główni bohaterowie, a który staje się punktem zwrotnym "Podróży zimowej".
 
Powieść Nothomb jest niepokojąca, trochę dziwna, mnie kojarzyła się momentami z ekstatycznymi transami wieszczek, pełnymi chaosu i wieloznacznych słów, czułam, że muszę ją przeczytać, dowiedzieć się, jak się kończy, poznać rozwiązanie przepowiedni. To była interesująca historia, która przekonała mnie, że warto poznać belgijską pisarkę bliżej. Jeśli więc lubisz absurd i chcesz dowiedzieć się do czego może prowadzić zażywanie grzybków psylocybinowych i odtrącona miłość, a także dlaczego wieża Eiffla ma kształt litery A, sięgnij po "Podróż zimową" Nothomb.

Czy czytaliście coś Nothomb? 

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:
Czytamy polecane książki (książka polecona przez Lustitię)



"Sputnik Sweetheart" Haruki Murakami

Tytuł: "Sputnik Sweetheart"
Autor:  Haruki Murakami
Oryginalny tytuł: "Supūtoniku-no koibito" (スプートニクの恋人)
Tłumaczenie: Aldona Możdżyńska
Wydawnictwo: MUZA S.A.
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 224

Nie jest tajemnicą, jak bardzo cenię sobie twórczość Murakamiego, jak bardzo lubię zagłębiać się w świat jego książek. Przeczytałam znaczną część jego powieści i opowiadań i w zasadzie, dla mnie, większość jego dorobku jest znakomita. Nie inaczej miała się sprawa ze "Sputnikiem Sweetheart", którego lektura sprawiła mi przyjemność i pobudziła mnie do rozmyślań nad samotnością, tęsknotą, niespełnieniem. Po raz kolejny przekonałam się, jak bardzo życiowe są książki Murakamiego, mimo swojej dziwaczności momentami.

"Samotne metalowe dusze w niewzruszonym mroku kosmosu spotykają się, mijają i rozstają, by nie zetknąć się nigdy więcej. Nie pada między nimi ani jedno słowo. Nie muszą dotrzymywać żadnych obietnic." [str. 191]

"Sputnik Sweetheart" to przede wszystkim opowieść o trójce bohaterów: K., anonimowym mężczyźnie, szkolnym nauczycielu, który jest równocześnie narratorem książki; Sumire, wolnej duchem kobiecie utożsamiającej się z post-beatnikami, pisarce, w której zakochany jest narrator; Miu, czarującej  bizneswoman, odnoszącej sukcesy w branży winiarskiej, uzdolnionej pianistce, która dość niespodziewanie podbija serce Sumire. Ta trójka jest niczym sputniki krążące po orbicie, którym grozi spłonięcie jeśli zanadto zbliżą się do obiektu, wokół którego się obracają.
Sumire jest utalentowaną, ale sfrustrowaną pisarką. Odczuwa swego rodzaju niemoc twórczą; z niewyjaśnionych przyczyn nie potrafi swoich pomysłów przekuć w coś więcej niż tylko kilka stron. Dzieli się swoimi lękami i przemyśleniami z kolegą z czasów studenckich, tajemniczym K. Prowadzą wielogodzinne rozmowy pełne intymności i otwartości właściwych osobom, które naprawdę się rozumieją. Mężczyzna dostrzega nie tylko potencjał Sumire, widzi w niej także interesującą kobietę. Dla Sumire K. jest tylko przyjacielem, którego nie postrzega w roli kochanka. Dziewczyna czuje się wybrakowana, niepełna. Zmienia się to w dniu, kiedy Sumire spotyka starszą kobietę o imieniu Miu i zakochuje się w niej. Tu role się odwracają. Miu chętnie zaprzyjaźnia się z Sumire, lubi ją, ale nie chce być jej kochanką. To odrzucenie zmienia Sumire. A kiedy Sumire znika podczas wakacji w Grecji, które spędza z Miu po wielotygodniowych podróżach służbowych po Europie, Miu zwraca się do K. po pomoc w odnalezieniu dziewczyny. Ten rzuca wszystko i udaje się na grecką wysepkę. W trakcie tych poszukiwań K. zdaje sobie sprawę, że istnieje coś takiego jak alternatywne wszechświaty i że ten świat, który zna nigdy nie będzie już taki sam. Podobnie jak on sam. Gdzie leży klucz do rozwiązania zagadki zniknięcia Sumire? Na tajemniczych dyskietkach znalezionych przez K.? A może w historii Miu i diabelskiego młynu?

"Sputnik Sweetheart" to powieść o prawdzie, gdzie nakładają się na siebie różne światy, gdzie miłość (nie tylko ta do kogoś) nie może istnieć bez tęsknoty. To opowieść o niespełnionej miłości, o samotności, o niezrealizowanych ambicjach i pragnieniach. Murakami być może lepiej niż jakikolwiek współczesny pisarz rejestruje i obnaża ludzkie tęsknoty. Każdy z jego bohaterów przeżywa swoje tęsknoty i samotność na swój sposób. Każdy szuka swojego sputnika, towarzysza podróży. Każdy potrzebuje mieć u swojego boku kogoś, na kim może polegać, przy kim może zasypiać i budzić się, za kim może tęsknić. Kogoś, kto uwolni go od samotności albo przynajmniej uczyni ją bardziej znośną.

"Każdy z nas ma coś wyjątkowego, co może zdobyć tylko w wyjątkowym okresie życia. Coś w rodzaju małego płomyka. Nieliczni uważni i uprzywilejowani pielęgnują ten płomień, dbają o niego, trzymają go niczym pochodnię oświetlającą ich życie. Kiedy jednak ten płomień gaśnie, to już na zawsze." [str. 189] 

"Sputnik Sweetheart" sprawia wrażenie snu. Powieść napisana jest w delikatnym, wręcz eterycznym tonie/klimacie. Język jest lekki, prosty, skrótowy. Ta subtelność i prostota językowa podkreślają surrealistyczne momenty historii i równocześnie sprawiają, że nie zdają się one być niczym nadzwyczajnym. Czytelnik traktuje je jako coś rzeczywistego. Postacie są dziwne i głębokie, w sposób, w jaki zwykle bywają u Murakamiego, ale nie są dziwadłami, nie są wynaturzone, a to, co je spotyka, co się dzieje w ich życiu, może dotyczyć każdego z czytelników. Bohaterowie są rozdarci między miłością i pasją. Uczucia są nieodwzajemnione, pasje niezrealizowane. Powieść Murakamiego jest jednocześnie przyziemna i fantastyczna, pozwala zajrzeć czytelnikowi do innego świata, podejrzeć inne życie.

Sputnik Sweetheart [Haruki Murakami]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
 ***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:

* Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Sputnik Sweetheart" Haruki Murakami

"Tancerze Burzy" Jay Kristoff

Tytuł: "Tancerze Burzy"
Autor:  Jay Kristoff
Seria: Wojna lotosowa tom 1
Oryginalny tytuł: "Stormdancer"
Tłumaczenie: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
Wydawnictwo: Uroboros
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 448

Dla nikogo, kto zagląda na mojego bloga nie jest tajemnicą moja fascynacja kulturą japońską, a fantastyka to jeden z moich ulubionych gatunków literackich. Dlatego nie dziwi fakt, że sięgnęłam po książkę Jay`a Kristoffa, z okładki której wabią słowa: "Japoński steampunk. Demony. Miłość. Zdrada. Pojedynki. Spiski. Samurajowie. Buntownicy. Czegóż chcieć więcej?" No, właśnie czegóż? Chyba tylko spełnienia tych obietnic.

Imperium Shimy... Kraina, gdzie demony i bóstwa współistnieją z wysoko rozwiniętą technicznie Gildią. Świat na krawędzi upadku, ekologicznego jak i społecznego, jak się później okazuje; duszący się w oparach spalin lotosowych. Wyspami rządzi szogun Yoritomo, z rodu Kazumitsu, owładnięty obsesją pokonania bliżej niesprecyzowanych gaijnów (obcokrajowców), zakończenia wojny, która ciągnie się już od dwudziestu lat, ogarnięty przez obłęd, postrzegający samego siebie jako największego i najznamienitszego z szogunów. Teraz zażądał, by jego myśliwi, sprowadzili mu Arashitorę, Tygrysa Grzmotu (po "naszemu" gryfa), mityczne stworzenie szybujące wśród burz. Jest jeden szkopuł - zwierzęta te wyginęły przed wieloma laty. Każdy głupiec to wie. Słowo szoguna to rozkaz, którego niewykonanie gwarantuje śmierć. Masaru wraz z córką Yukiko oraz kilkoma przyjaciółmi wyruszają na lotostatku z misją nie do wykonania. O dziwo, Raijin, bóg błyskawic, wraz z tajfunem zsyła im Arashitorę, którą udaje się im złapać i uwięzić. Niezbyt długo mogą cieszyć się swoją zdobyczą. Statek rozbija się, Masaru i Yukiko zostają rozdzieleni. Poraniona dziewczyna trafia do ostatniej dziczy Shimy wraz z okaleczonym, rozwścieczonym gryfem. Zdani są tylko na siebie, mogą liczyć tylko na siebie i muszą sobie zaufać.

"Naszym prapoczątkiem była Otchłań.
Nieskończoność możliwości, nim życie wydało z siebie pierwsze tchnienie.
W nicości zjawiło się tych dwoje: świetlisty pan Izanagi, Stwórca i Ojciec,
i jego umiłowana małżonka, wielka Pani Izanagi, Matka Wszechrzeczy.
A z ich małżeńskiego szczęścia narodziło się ośmioro cudownych dzieci:
Wyspy Shima." [str. 13]

"Tancerze Burzy" to pierwsza część cyklu Wojen lotosowych z lekkim "posmakiem" Japonii, która u mnie, niestety, pozostawiła niedosyt i rozczarowała mnie. Czemu? W "Tancerzach Burzy" natknęłam się na rażące, przynajmniej mnie, błędy, uproszczenia, przeinaczenia językowe i kulturowe, związane z owym "posmakiem" Japonii. Nie jestem wybitną japonistką, nie władam biegle językiem japońskim, a mimo to, tylko albo być może aż, dzięki zwykłej ciekawości literackiej, sięgając po różnorodne książki dotyczące kultury, historii, czy tradycji Japonii, od samego początku dostrzegłam irytujące nieścisłości w powieści Kristoffa. Jakie? Błędne użycie słów "hai" i "sama" (jak się okazało lepiej zaznajomieni z tematem ponoć wytykają pisarzowi więcej językowych błędów i przekłamań w tłumaczeniach). Pewnie w końcu przestałoby mi to przeszkadzać, gdyby nie fakt, że autor ewidentnie sugeruje użycie w/w słów na sposób japoński, ich znaczenie jest identyczne z tym w języku japońskim, tyle, że są błędnie używane przez postaci. W uproszczeniu: "hai" znaczy tyle, co "tak", ale nie można japońskiego słowa używać w przypadku każdego potwierdzenia, co pisarz czyni w "Tancerzach Burzy" non stop. "Sama" to przyrostek dodawany do imienia, czy tytułu jakiejś osoby; bardzo uroczysty przyrostek, stosowany najczęściej w odniesieniu do kogoś o wysokim statusie społecznym albo do kogoś, kogo się podziwia. Kristoff nie dość, że nie używa "sama" jako przyrostka, to jeszcze bohaterowie obdarzają nim inne postaci na lewo i prawo. Świat Shimy to świat rządzący się prawami i tradycjami feudalnej Japonii, autor podkreśla lenne zależności w swojej książce, mimo to postępowanie bohaterów, ich zachowania, relacje z innymi postaciami, pozostają zazwyczaj w sprzeczności z prawami tego świata i porządku w nim panującego. Odniosłam wrażenie jakby pisarz nie mógł się zdecydować, jakim światem jest Shima. Z jednej strony egzotyczna Japonia kusi, z drugiej Kristoff nie potrafi wpasować we właściwy sposób w tą egzotykę swoich bohaterów, którzy mają być wrośnięci w tradycję, ale jednak mają się wyróżniać na tle zwykłych mieszkańców. Było coś niejapońskiego w relacjach między bohaterami. Powieściopisarz jest niekonsekwentny w używaniu japońskiego słownictwa, a nawiązując do japońskiej kultury, bardzo swobodnie ją traktuje. Używa słów i elementów chińskich, hinduskich, wprowadzając w błąd czytelnika, sugerując jakby wszystkie kultury azjatyckie były takie same, a do tego czyni to nieudolnie; np. ja odniosłam wrażenie, że coś mi w fabule nie pasuje, nie rozumiałam, czemu te niejapońskie wtręty miały służyć. Denerwujące było podejście pisarza do strojów, gdzie, np. kimono traktowane jest z założenia jako rodzaj szaty, co z kolei sugeruje, że pisarz nie ma pojęcia, że istnieją przeróżne rodzaje kimon i nie koniecznie muszą to być stroje wykwintne. Podobnie rzecz miała się z bronią, czy bushido. Same ogólniki. Przeszkadzało mi także częste tłumaczenie sobie przez bohaterów, którzy posługują się językiem japońskim, japońskich nazw na język polski (w oryginale na angielski). To tak jak my byśmy sobie tłumaczyli z polskiego na japoński: Truskawka, co znaczy (po japońsku) ichigo. Miało to zapewne na celu wytłumaczenie danego słowa czytelnikowi, ale w takim razie po co na końcu książki umieszczony został mały słowniczek i czemu autor nie tłumaczy w ten sposób wszystkich słów? Jak już wspominałam wyżej autor podszedł do kultury japońskiej w sposób bardzo luźny, co nie przeszkadzałoby mi tak mocno, gdyby nie fakt, że tak mocno do tej kultury nawiązuje, wręcz ją kalkuje. No, cóż. Robi to nieudolnie i jest niekonsekwentny. Widać brak głębszych badań kulturowych, które są konieczne przy tak silnych nawiązaniach do obcej pisarzowi kultury. Brak wiedzy skutkuje tym, że powieść jest nieprzekonująca, pozbawiona jakiejkolwiek głębi, odarta z kolorytu i niezwykłości, przebija z niej sztuczność.

Pewnie część z Was pomyśli sobie, że się czepiam szczegółów. Dla mnie te szczegóły są bardzo ważne. Dlaczego?  Ano dlatego, że to one nadają całej powieści klimat i charakter, stanowią bazę dla fabuły. Także dlatego, że Kristoff zawzięcie twierdzi, że Shima to nie Japonia, a jej mieszkańcy to nie Japończycy, że kultura japońska posłużyła mu jedynie za inspirację przy pisaniu "Tancerzy Burzy", lecz jego słowom zaprzeczają następujące fakty:
- mitologia Shimy, wraz z często przytaczanymi mitami kosmologicznymi, jest identyczna z mitologią japońską, włączając w to imiona bóstw (kami, Iznagai, Izanami, Amaterasu, Kitsune itp.),
- ogromna ilość nazw japońskich, np. broni, przedmiotów, ubiorów, zawodów etc. (mamy więc w powieści tanto i katanę, mamy szoguna, gejsze, sarrimanów, oni - to rodzaj japońskich demonów; wierzcie mi, że "Tancerze Burzy" są wypełnieni w nadmiarze japońskimi słowami),
- mieszkańcy Shimy, a więc i bohaterowie książki, posługują się japońskim językiem,
- opisy ludzi, budynków, przyrody także ewidentnie sugerują Kraj Kwitnącej Wiśni,
- okładka oraz blurb mówią o Japonii i jej kulturze.
Cała książka aż krzyczy, że Shima to Japonia. Tyle, że Jay Kristoff bazuje na powszechnych, niejednokrotnie mylnych wyobrażeniach o niej, wykorzystuje stereotypy, przez co mimo tego natłoku odniesień do kultury japońskiej, brak w książce prawdziwie japońskiego klimatu. Wiecie, samo ubranie kogoś w kimono, uzbrojenie w tanto, czy katanę, i nadanie mu japońskiego imienia to za mało, by można określić książkę przymiotnikiem "japońska".

"Lecz wszystkie kwiaty więdną.
Z Pani Izanami życie wyssał połóg.
Pan Izanagi zapuścił się głęboko do czarnych podziemi, pragnąc odzyskać ukochaną, 
ale nie miał dość mocy, by pokonać chłód śmierci i wyrwać ją z mrocznych objęć Yomi.
I ona mieszka tam dotąd; rodzicielka wszelkiego zła,
a imię jej: Kres Głosząca." [str. 159]

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób wspomniane przeze mnie wyżej mankamenty "Tancerzy Burzy" nie będą wcale wadami. Rozumiem to. Zamierzam zatem wytknąć pisarzowi i jego książce inne błędy. Zacznę raz jeszcze od japońskiego słownictwa, które wypełnia książkę. I to w nadmiarze. Natłok tych obcojęzycznych nazw, osobę nieprzyzwyczajoną i nieobeznaną z nimi, może przyprawić o zawroty głowy, znużenie, zmęczenie, a nawet irytację. Pisarz zarzuca czytelnika japońskimi słowami, wychodząc chyba z założenia, że każdy je zna. (Sądzę, że nawet mały słowniczek umieszczony na końcu książki nie pomoże w tym wypadku, bo nie wierze, żeby osoba, która nigdy wcześniej nie spotkała się z japońskim słownictwem, a nie mam tu tylko na myśli znanych szerokiemu gronu odbiorców nazw typu szogun, katana, geta czy tabi, zapamiętała od razu wszystkie użyte obcojęzyczne słowa i nie musiała w celu pełnego zrozumienia treści sięgać co chwila na koniec książki.) Na wielu stronach powieści, w tym na pierwszych kilkudziesięciu, pisarz zasypuje czytelnika mnóstwem informacji, często zupełnie zbędnych, pełnych zbytecznych detali, które nic nie wnoszą do fabuły. Wystarczyłby ułamek tych opisów i informacji, by wprowadzić odbiorcę w świat Shimy i jej bohaterów. Język powieści jest bardzo bogaty, malowniczy, zdobny. Styl pisarski Kristoffa jest pełen rozmachu, poraża swoim bogactwem porównań i metafor oraz obrazowością. Niestety jest też momentami, i to wcale nie takimi rzadkimi, przyciężkawy. Opisy jakimi okrasza swoją powieść Kristoff potrafią porwać; zdarzało mi się zachłysnąć nimi i z przyjemnością zanurzyć, ale... podobnie jak w przypadku opisów, informacji, słownictwa japońskiego także i tu pisarz często przesadza. Niepotrzebnie rozbudowuje opisy, mnoży zawiłe metafory i niestety sprawia, że można poczuć przesyt. Byłoby wspaniale gdyby zamiast skupiać się na przesadnych opisach i mnóstwie japońskojęzycznych słów przyłożył się do rozbudowania fabuły, pogłębienia postaci, uwiarygodnienia relacji między bohaterami, dopracowaniu kluczowych dla książki momentów. Czyli już znacie kolejne zarzuty, jakie stawiam powieści. Dla mnie "Tancerze Burzy" to zmarnowane okazje. Na ciekawe i nietuzinkowe postaci, na wyjątkowy świat, na porywającą fabułę. Rozwój bohaterów jest minimalny. Relacje między nimi są nieprzekonujące, niewiarygodne, sztuczne, drętwe. Szczególnie nieprawdopodobnie brzmi ta, która nawiązuje się między gryfem a Yukiko. Uważam, że temu wątkowi powinien Kristoff poświęcić dużo więcej uwagi, bo jest on kluczowy dla całej powieści. Żadnego z bohaterów nie polubiłam jakoś szczególnie, tak jak żaden nie wywołał u mnie przeciwnych uczuć, a to dlatego, że są oni bez wyrazu, są nijacy w tej swojej wyjątkowości. Czytelnik pozostaje zupełnie obojętny wobec ich losu. Wątek romantyczny w powieści również pozostawia wiele do życzenia. Jego sztampowość nie przeszkadzałaby mi tak mocno, gdyby nie to, że jest on też nijaki. Nie porywa, nie wzbudza emocji, i to zarówno u mnie jako odbiorcy, jak i u postaci uwikłanych w historię miłosną. Uczucia nie przekonują, wydają się być wymyślone na siłę. Raz jeszcze muszę ponowić zarzuty o niewiarygodności oraz sztuczności także w tym wątku, który jest napisany wyjątkowo źle, wszystko jest takie powierzchowne. Zazwyczaj nie narzekam na wartką akcję, jednak w wypadku "Tancerzy Burzy", historia toczy się zbyt szybko i jest powierzchowna. Istotne dla fabuły wątki nie są odpowiednio wyjaśnione, ciąg wydarzeń nie znajduje często odpowiedniego wytłumaczenia. No i zakończenie książki... Naburmuszone, sztuczne, ciężkawe. Brak w nim dramatyzmu. Zamiast mnie poruszyć, wywołało uśmieszek politowania i zniesmaczenie. Mimo, że to nie ja je napisałam, zawstydziłam się.
"My, którzy pozostaliśmy;
klany zrodzone z wody, ognia, góry i błękitnego nieba,
my o bijących sercach, przeklęci przez straszliwą Izanami, nienawidzącą
wszelkiego życia,
wznosząc swe głosy do Boga Stwórcy, do Jasnego Księżyca i Pani Słońca,
do Boga Burz, do wszystkich, którzy nas usłyszą, tak się modlimy:
O wielkie niebiosa, ocalcie nas." [str. 273]

Czytając wszystko to, co napisałam powyżej można by pomyśleć, że "Tancerze Burzy" to fatalna książka, po którą lepiej nie sięgać. Nie uważam, by było aż tak źle. Pomysł na książkę, na fabułę w niej zawartą jest naprawdę ciekawy. Bardzo podobały mi się elementy steampunkowe, technologie istniejące w świecie Shimy. Intrygowała mnie Gildia i jej członkowie. Ten wątek także powinien zostać rozwinięty. Podobała mi się tematyka ekologiczna, która o dziwo w porównaniu w innymi wątkami, została dobrze zaprezentowana, przedstawiona jest nienachalnie i całkiem spójnie, choć jak w przypadku wszystkich wątków, bez wdawania się w szczegóły. Wiele postaci, gdyby autor właściwie je rozwinął, to bardzo interesujące osobowości. Cała książka ma potencjał, który mam nadzieję, zostanie właściwie wykorzystany i rozwinięty w kolejnych częściach. (Tak, jestem z tych masochistów, którzy muszą przeczytać cały cykl, nawet, gdy pierwsza część nie przypadnie im do gustu.)

"Tancerze Burzy" to bardzo nierówno napisana książka. Czytając ją miałam wrażenie, że autor sam siebie złapał w potrzask świetnego pomysłu i tak się nim zachwycił, że zapomniał go zrealizować. Często, jak gdyby zapomina o fabule i zarzuca czytelnika kwiecistymi opisami i japońskimi nazwami, co nie służy książce. Odniosłam wrażenie, że to zarzucanie czytelnika szczegółami ma na celu ukrycie niedociągnięć. Czasami jednak pisarz się opamiętuje i powieść wciąga, przez wiele stron nie można się od niej oderwać. Opisy zachwycają (gdy Kristoff nie przesadza), porywają odbiorcę do mistycznej krainy. Bohaterowie mają zadatki na ciekawe osobowości, niestety pisarz nie poradził sobie z ich rozwojem. Co ciekawe, sceny akcji są dobrze napisane. Są dobrze wyważone, są dynamiczne, trzymają w lekkim napięciu. Gdybym miała kilkoma słowami opisać tą książkę, określiłabym ją słowami "całkiem dobra" albo "może być".
***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:


* Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Tancerze Burzy" Jay Kristoff


Kartki z kalendarza: Czerwiec


 Katamiko ya
haha ga kuru to te
te o tataku

Mały sierota
mówią mu wróci mama
klaszcze z radości


(Issa, 1810-1818)




*Źródła: "Wybór klasycznych wierszy haiku" w tłumaczeniu Agnieszki Żuławskiej-Umedy  
** Hiroshige, Jezioro Dzwonu na rzece Ayase/ Ayasegawa Kanegafuchi z serii: Sto słynnych widoków Edo.
Zdjęcie pochodzi z mojego kalendarza wydanego przez teNeues :)