Migawki #5

Odsłona piąta Migawek :) Sama bardzo lubię oglądać tego typu posty, a wiem, że i wśród osób do mnie zaglądających są fani mojej radosnej nieprofesjonalnej twórczości pstrykania fotek :) Miłego oglądania!
Cztery ujęcia Norwegii z lotu ptaka metalowego :) Na pierwszych dwóch Norwegia przysypana cukrem pudrem (tak mi się skojarzył, gdy zobaczyłam te widoki na własne oczy). Na drugim zdjęciu możecie zobaczyć jak głęboko wcina się w ląd fiord. Dwa kolejne przedstawiają już okolice, w których mieszkam; po zrobieniu tych zdjęć 2-3 minuty później wylądowałam na lotnisku. Na zdjęciach widać fiord nad którym rozłożyło się miasto. 
Tak wygląda wnętrze najstarszej katedry w Norwegii, która zachowała swój średniowieczny charakter mimo wprowadzanych na przestrzeli lat zmian (odbudów i przebudów) - Stavanger domkirke. Katedra została zbudowana w latach 1100-1150. Jest to jedyna katedra w Norwegii, która jest w ciągłym użyciu od 1300 r. Jak widzicie brak w niej ławek, są drewniane krzesła i przepiękny witraż za ołtarzem. Katedra została zbudowana najprawdopodobniej na starszym kościele lub w jego pobliżu. Za rok powstania katedry tradycyjnie uważa się 1125 r., kiedy to powstała tu diecezja, która stała się równocześnie fundamentem pod powstanie miasta Stavanger. Patronem katedry jest św. Switun (Swithun), anglosaski biskup Witnchesteru z IX w. Skąd taki patron? Ponoć katedra albo, jak utrzymują inni badacze, kościół istniejący tu przed powstaniem katedry, otrzymała relikwię świętego Swituna - kość ramienia.
Fragment witraża
Płyta nagrobna Håkona z Reve (niestety nie znam dawnego znaczenia słowa ombudsmannen, którym był Håkon, a które obecnie znaczy tyle, co rzecznik, przedstawiciel) z XIV w., a dokładnie z 1304 r. Po drugiej stronie kruchty znajduje się płyta nagrobna biskupa Botolfa Asbjørnsona zmarłego w 1380 r.
Po lewej: kamienna chrzcielnica, po prawej: biskupi stolec (ten fotel wraz z drugim podobnym to były jedyne rzeczy w katedrze z karteczką z prośba o nie siadanie na nich).
W skromnej szklanej gablocie tuż przy ołtarzu znajduje się biblia wydrukowana w Kopenhadze w 1589 r.
A to kącik dziecięcy a katedrze (każdy kościół protestancki, w którym byłam ma taki). A w kąciku mini krzesełka i stoliki oraz kosze z kredkami, książeczkami, kartkami etc. Wszystko by dzieci mogły uczestniczyć w mszy, ale się nie nudzić :)
Teraz kilka zdjęć znad morza i okolic :)



Wybaczcie mam słabość do kamieni ;)
To wielkie coś na morzu to maszyna (nie mam pojęcia, jak inaczej to nazwać), która pływa na platformy w celach naprawczych lub wręcz część platformy (jak twierdza niektórzy, ja się nie znam, ale bydle było ogromne). Statek ten jest kilkupiętrowy i zamieszkany na stałe przez ludzi, pracujących na nim. Na tle olbrzyma pełnomorski jacht :)
Znad morza przenosimy się wgłąb lądu :) Stąd jeziora i góry.
W Polsce drzewa przekwitły, a u mnie nastąpił pełen rozkwit :) Tu - wiśnia w pełnej krasie.
 

Słońce przygrzewało aż miło! A kamień, na którym siedziałam rozkosznie rozgrzewał moje cztery litery ;)
Spacerując po arboretrum można natknąć się na ścieżkę miłości (kjærlighetsstien) ... Wzdłuż ścieżki znajdują się trzy ławki:
ławkę "nie wiem" (vetikkebenken) :)
ławkę "tak" (jabenken) :)

ławkę "nie" (neibenken) :) Usiądź na jednej z nich z odkryj swe uczucia przez zalotnikiem/ukochaną/kochankiem etc. ;)
A, gdy ktoś wzgardzi Twoim uczuciem pozostaw go na pastwę demona ukrytego wśród gałęzi ;)
Mój tegoroczny stół wielkanocny. Pod skałą, na świeżym powietrzy z widokiem na ...
 
 
Wspaniały, piękny i obłędnie pachnący las modrzewiowy!
Spalam kalorie ;) Sama wtoczyłam na szczyt! Syzyf by się mógł ode mnie uczyć ;)
Po takim wysiłku czas na odpoczynek ponad koronami drzew ... :)
Chatka z trawą i drzewkami na dachu :)

A to widok, jak rozpościerał się przede mną na jednej w moich ostatnich wycieczek :)
 Zawsze mam problem z wyborem zdjęć, mam ich tak wiele i wszystkie chciałabym Wam pokazać, ale się nie da. Jeśli chcecie zobaczyć więcej zdjęć możecie mnie śledzić na Instagrami (klik). Miłego dnia i weekendu Wam życzę :) U mnie pogoda jak drut, więc pewnie choć na trochę się gdzieś wypuszczę i znowu napstrykam zdjęć...



Stosik #5

Tym razem przedstawiam Wam małe co nie co, które właśnie do mnie przyleciało :)

1. "Nowele i opowiadania południowosłowiańskie Chrestomatia Tom I" Cirlić Branko , Cirlić Elżbieta, wyd. Dialog.
2. "Zapiski spod wezgłowia, czyli notatnik osobisty" Sei Shōnagon, wyd. Dialog.
3. "Zatopiona arka" Warłamow Aleksiej, wyd. Dialog.
4. "Wampiry i wilkołaki. Źródła, historia, legendy od antyku do współczesności" Erberto Petoia, Wydawnictwo Universitas.
5. "Diabeł" Alfonso M. Di Nola, Wydawnictwo Universitas.
6. "Oszust matrymonialny" Leszek Szymowski, wyd. Bollinari Publishing Hose - książka otrzymana za udział w konkursie zorganizowanym przez czasopismo Fanbook. (3 numery czasopisma również dotarły, ale niestety nie zmieścił się do walizki.)
7. "Horyzont zdarzeń. Parabellum. Tom 2" Remigiusz Mróz, wyd. Erica Polski Instytut Wydawniczy - książka otrzymana od autora do recenzji. 
8. "Głusi" .
9. "Królowa burzy" Marion Zimmer Bradley, wyd. vis-a-vis/etiuda.
10. "Gra anioła" Carlos Ruiz Zafon, wyd. Muza.
11. "Cień wiatru" Carlos Ruiz Zafon, wyd. Muza.

Dodatkowo kupiłam 2 e-booki:
1. "Boginie, prządki, wiedźmy i tancerki. Wizerunki kobiety w kulturze Indii" red. Marzenna Jakubczak, Wydawnictwo Universitas.
2. "Wartości Wschodu i wartości Zachodu. Spotkania cywilizacji" Janusz Danecki, Andrzej Flis, Wydawnictwo Universitas.
I tu chciałabym się z Wami podzielić pewną informacją, która ucieszy każdego książkoholika. A przynajmniej mnie bardzo raduje :) Otóż na stronie Wydawnictwa Universitas możecie kupić kilkadziesiąt tytułów książek w wersji elektronicznej po cenie, jaką sobie sami wybierzecie. To Wy decydujecie, ile wydacie:) Jest tylko jeden warunek: minimalna cena to 1,23 zł. Szczegóły znajdziecie tutaj: KLIK.
http://www.universitas.com.pl/katalog/kat_173
zrzut ekranu strony http://www.universitas.com.pl
I to by było na tyle na chwilę obecną  :) Reszta musi poczekać aż będę mogła ją zabrać.


"Samemu Bogu chwała" Aleksander Kowarz

Tytuł: "Samemu Bogu chwała"
Autor:  Aleksander Kowarz
Wydawnictwo:  Self Publishing
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 441

"Krzyczał, gdy wbijano pierwszy gwóźdź, a każdy krzyk rozdzierał jego ojcu serce."

Wyobraź sobie, że Europa, którą znasz nie istnieje. Nie ma Unii Europejskiej, która rozpadła się kilkanaście lat temu w wyniku zamieszek na tle religijnym. Dawni sojusznicy wystąpili przeciwko sobie. Stary Kontynent to wielkie pobojowisko, z którego wyrastają nadpalone, koślawe szkielety budynków,  szydzące z dawnej świetności i wielkości. Zniknęły zabytki, wieżowce, urokliwe uliczki, nowoczesne centra, tętniące życiem ośrodki wypoczynkowe i rozrywkowe. Zmiotła je Armia Boga, która rozlała się "niczym plama ropy na powierzchni oceanu". Dżihad stał się faktem. Nikt tak naprawdę nie wierzył w to, że nabierająca rozpędu Muzułmańska Wiosna Ludów, jest czymś więcej niż tylko kolejnym krótkotrwałym wybuchem nastrojów rewolucyjnych. Lecz rewolucja nie przygasła, rozpaliła się silnym płomieniem trawiąc wszystko i wszystkich, którzy stanęli jej na drodze. Armia Boga zatrzymała się dopiero nad Loarą, gdzie doszło do decydującej bitwy, która zakończyła Świętą Wojnę. Cały świat pogrążył się w chaosie i wojnach. Głód i strach wyparły wszystkie uczucia. Żądza władzy usprawiedliwia wszelkie uczynki. Wiara jest tarczą i karzącym mieczem. Tak nastały nowe czasy.

Powieść "Samemu Bogu chwała" to ciekawa wizja postapokaliptycznego świata, gdzie władzę dzierży Kościół, który skorzystał na upadku Unii i wybuchu Dżihadu, gdy ludzie w myśl "jak trwoga, to do Boga", zwrócili się ku sile wyższej. Ludzkość została zepchnięta w mroczne czasy ciemnoty religijnej. Hierarchowie kościelni kontrolują każdy aspekt ich życia za pośrednictwem kompleksów Katedr, Gwardii oraz Świętego Oficjum z zapałem plewiącego wszelką herezję (a herezją może być wszystko, co za takową zostanie uznane przez inkwizytorów). Doktryna kościelna ma być przestrzegana co do joty, odstępców należy się pozbyć. Papież-człowiek to marionetka, którą Rada Apostołów pokazuje ludziom, jako symbol Kościoła, prawdziwy Papież, podejmujący wszelkie decyzje, wydający rozkazy, to superkomputer o krok od osiągnięcia świadomości. Nowoczesna technologia należy tylko do Kościoła, zwykły człowiek żyje jak szczur w ponurych norach betonowych mieszkań. Wszystko, co czyni Kościół, czyni na chwałę Pana i by zbawić swoje owieczki. Przynajmniej tak twierdzi sam Kościół ...

Armia Wielkiego Kalifatu stoi tuż za granicą, zbiera siły. Lecz Kościół ma innego wroga, którego, choć jest on mniej liczebny niż wojska muzułmańskie i wydaje się zbyt słaby by zagrozić istniejącemu porządkowi, obawia się najbardziej. To wróg, który nie istnieje, oficjalnie został pokonany w trakcie operacji Czyściec, tuż po Dżihadzie. Odradza się niczym feniks. Atakuje znienacka, przenika szeregi kościelne, sieje zamęt i stoi w sprzeczności z prawdami wiary głoszonymi przez Kościół. A w dodatku jest w posiadaniu tajemnicy, która może zagrozić podstawom wiary Kościoła ...

"Przyjdzie Zbawiciel. Przyjdzie Niszczyciel." 


Głównym bohaterem powieści Aleksandra Kowarza jest Ateron Kern, sierota wychowany przez zakonnice, porucznik elitarnego oddziału Inferno, który po cudem unikniętej śmierci, wstąpił w szeregi Inkwizycji, "aby móc skuteczniej tępić herezję." Ale los płata mu nie byle jakiego figla, bo oto przyszły członek Świętego Oficjum miast walczyć z herezją, sam zostaje o nią oskarżony i skazany na karę śmierci. Byłemu porucznikowi nie jest jednak pisana śmierć przez powieszenie. Pomoc nadchodzi ze strony, której nigdy by się nie spodziewał. To nie jedyne niespodzianki, jakie szykuje Ateronowi życie. Ucieczka z więzienia Oficjum to dopiero początek niespodziewanych spotkań, m.in. z tajemniczym Zakonem Syjonu i templariuszami oraz zwrotów akcji. Ateron odkrywa tajemnice Kościoła i Zakonu jedna po drugiej, poznaje swoją historię i historię swoich rodziców, a to, czego się dowiaduje wywraca jego światopogląd do góry nogami. 

"Samemu Bogu chwała" to wyjątkowo udana powieść, która przykuwa ciekawymi niejednoznacznymi postaciami, wartką akcją, wypełnioną tajemnicami, mrocznym światem wykreowanym na kartach powieści. Autor przedstawia swoją wersję odwiecznej walki o władzę i poszukiwania prawdy. Sprytnie kluczy i splata różne wątki, by w momencie gdy czytelnik jest już przekonany, że rozgryzł fabułę, rozwikłał tajemnice, pokazać mu iż jest w błędzie. I to zakończenie! Zaskakujące, inne niż się spodziewałam, a nawet obawiałam. Dla mnie - idealne.

 "Terribilis est locus iste. – Przerażające jest owo miejsce." [Księga Rodzaju, 27, 17 Wgl.]

 ***
Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi :)
Zajrzyjcie koniecznie na fanpage pisarza na Facebooku - KLIK.
Samemu Bogu chwała [Aleksander Kowarz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE 
***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:


* Wszystkie cytaty, poza fragmentem z Księgi Rodzaju, pochodzą z książki "Samemu Bogu chwała" Aleksandra Kowarza

"Marynarka" Mirosław Tomaszewski



Tytuł: "Marynarka"
Autor:  Mirosław Tomaszewski
Wydawnictwo:  W.A.B.
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 256

Każdy z nas ma jakąś przeszłość. Posiada ją każda jednostka, każdy naród, nawet ludzkość jako całość. Ludzie bez przeszłości, to ludzie bez nazwisk, bez tożsamości. Czy tego chcemy, czy nie, jesteśmy z nią silnie związani. Bywa, że to ona wpływa na naszą teraźniejszość najmocniej. Bywa, że więzi nas w czasie, który przebrzmiał, a my nijak nie potrafimy się z tym pogodzić. Bywa, że czyjaś przeszłość jest także naszą przeszłością. O przeszłości należy pamiętać, lecz nie należy nią żyć, gdyż może to być niszczące. Bywa jednak i tak, że przeszłość nas dogania i odbiera to, co jesteśmy jej dłużni.

NOTATKA URZĘDOWA

W  wyniku czynności służbowych w dn. 19-20.05 br., prowadzonych w ramach akcji obserwacyjnej podejrzanego elementu, mogącego mieć związek z morderstwem dokonanym w 2004 r. i kradzieżą koperty ZO171270, ustalono, co następuje:

01. Karol Janczewski, l. 65
właściciel firmy Karo Sp. z o.o. oraz trzech hoteli, pięciu restauracji, kręgielni, agencji turystycznej
zam. Gdynia, Kamienna Góra
wdowiec 
dzieci: córka Magda
uwagi: brak dokładnych danych dotyczących przeszłości w/w

02. Adam Sm              , l.40
muzyk, lider zespołu punkrockowego Amnezja, pseudonim Smutny
barman
sprzedawca w sklepie muzycznym
szef projektu "Powrót do przeszłości"
zam. (obecnie) ul. Buraczana, Gdynia (częste zmiany adresu)
kawaler
dzieci: brak
uwagi: element wywrotowy, niebezpieczny, niezrównoważony, syn robotnika Stoczni gdyńskiej zabitego przez oddziały milicji i wojska w trakcie zamieszek 17 grudnia 1970 r.

03. Witek Skalski
szef marketingu w firmie Karo Sp. z o.o.
zam. Mały Kack, Gdynia
żonaty (żona: Magda, córka Karola Janczewski)
dzieci: nieślubny syn
uwagi: karierowicz, oszust, przekupny, zleceniodawca książki "Grudzień `70. Ostatnia odsłona"

04. Nina Lewandows   
dziennikarka "Głosu Bałtyckiego"
współautorka książki "Grudzień `70. Ostatnia odsłona"
zam. ul. Buraczana, Gdynia
panna
dzieci: brak
uwagi: ciekawska, dokładna, twierdzi, że jest jedyną autorką książki "Grudzień `70. Ostatni rozdział"

05.Jan Badowski
redaktor naczelny "Głosu Bałtyckiego"
współautor książki "Grudzień `70. Ostatnia odsłona"
zam. brak danych
kawaler
dzieci: brak danych
uwagi: erotoman, przypisuje autorstwo  książki "Grudzień `70. Ostatni rozdział" sobie.

Wszystkie w/w osoby żywo interesują się wydarzeniami mającymi miejsce w grudniu 1970 r. w Gdyni, część z nich maskuje swoje zainteresowanie tym okresem. Z niewyjaśnionych przyczyn Karol Janczewski nawiązuje kontakt z Adamem smutnym i zleca mu pieczę nad projektem Powrót do przeszłości. Adam smutny nawiązuje również relacje (także seksualne) z podejrzaną Niną Lewandowską. Należy rozważyć, czy spotkanie dziennikarki oraz starego punka na karaweli Santa Marii na pewno było przypadkowe oraz uzyskać dostęp do nagrań dziennikarki. Podejrzany Witek Skalski był widziany w redakcji "Głosu Bałtyckiego" 2 kwietnia 2005 r., 11 maja 2005 r. oraz 7 listopada 2005 r.; kontaktował się jedynie z Janem Badowskim. Brak potwierdzonego kontaktu z Niną Lewandowską. Wspomniany podejrzany był widywany w towarzystwie Adama Smutnego oraz Karola Jarczewskiego. Spotkania te miały raczej charakter służbowy. Zaobserwowano nieprzychylny sposób odnoszeni się do siebie w/w. Żadna z będących pod obserwacją osób nie wydaje się być powiązana w jakikolwiek sposób ze skradzionym dokumentem. W celu odkrycia obecnego miejsca przechowywania koperty ZO171270, pobudek kierujących złodziejami oraz celów, w jakich ma zostać użyta jej zawartość, działania operacyjno-rozpoznawcze są kontynuowane. Z uwagi na likwidację zagrożenia odkrycia akcji inspektor operacyjny będzie podawać się za czytelnika, który przyszedł na spotkanie promocyjne książki "Grudzień `70. Ostatni rozdział", gdzie według uzyskanych informacji, mają się znaleźć wszyscy podejrzani. Dane zdobyte w tym miejscu pozwolą na ostateczne zamknięcie sprawy.

W fabule "Marynarki" Mirosława Tomaszewskiego przeplata się ze sobą kilka wątków. Początkowo wydają się być zupełnie ze sobą niezwiązane i chaotyczne, powodując zagubienie, lecz im bardziej zagłębiamy się w książkę, tym wyraźniej dostrzegamy powiązania, to jak układają się w spójną i logiczną historię, aż do finał, który wszystko nam wyjaśnia i zmusza do zastanowienia się nad przeszłością i jej wpływem na teraźniejszość. I nad przebaczeniem. 

Od wydarzeń, jakie miały miejsce w grudniu 1970 r. na Wybrzeżu minęło już ponad 40 lat. Nie wiem, jak to jest obecnie, ale  gdy ja jeszcze zasilałam szeregi uczniowskie, tzw. najnowsza historia była traktowana po macoszemu, a wiele jej aspektów było pomijanych i przemilczanych. Nie przypominam sobie bym uczyła się o tamtych wydarzeniach, więc i moja wiedza na ich temat jest nie najlepsza. (Wstyd mi z tego powodu.) Mirosław Tomaszewski opowiada o nich pośrednio, ubiera je w uniform wspomnień. Nikogo nie gloryfikuje i nikogo nie potępia, nie usprawiedliwia postępowania swoich bohaterów, nie moralizuje, po prostu opowiada nam historie ludzkie, które nigdy nie są ani tylko białe ani tylko czarne. "Marynarka" jest bardzo realistyczna. Ani fabuła ani postaci zaludniające książkę nie są wydumane. Czytając powieść odnosimy wrażenie, że bohaterowie to prawdziwi ludzie z krwi i kości, którzy naprawdę mieszkają gdzieś w Gdyni, borykają się z codziennością, swoimi problemami oraz demonami przeszłości. Każdy z nich jest po coś w tej książce. Każdy jest indywidualnością. Podoba mi się to, jak autor nakreślił postaci, jak sprawił, że poczułam na własnej skórze wszystkie opisywane w "Marynarce" wydarzenia. Realizm ten pomaga budować też język powieści, który jest prosty, bliskim naszemu codziennemu językowi, dzięki czemu dobrze się ją czyta. W książce nie brak tajemnic, więc fabuła z każdą stroną wciąga coraz mocniej.

Pisarz przybliżył czytelnikowi wycinek polskiej historii, pisząc o niej lekko, ale nie lekceważąco, zachęcając do jej poznawania i zgłębiania tematu na własną rękę. A to warto zawsze czynić.


***
  Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi i zachęcam do zajrzenia na stronę internetową Mirosława Tomaszewskiego - KLIK

Marynarka [Mirosław Tomaszewski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE 
 *** 
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:

17 maja - najważniejsze święto Norwegii

17 maja przypada w Norwegii Święto Konstytucji (Grunnlovsdagen). W tym roku dzień ten jest wyjątkowy, ponieważ norweska Konstytucja obchodzi 200 rocznicę uchwalenia. Jest więc o całe 23 lata młodsza od polskiej Konstytucji 3 maja. To okazja do hucznego świętowania w całym kraju. Norweska Konstytucja została uchwalona w 1814 r. przez Zgromadzenie Narodowe w Eidsvoll, które jest dla Norwegów kolebką niezależnej Norwegii. I choć ostatecznie pełną niepodległość Norwegia odzyskała dopiero w 1905 r. po rozwiązaniu unii personalnej ze Szwecją, to data ta pozostaje najważniejszym Narodowym Świętem w krainie trolli. Oficjalny początek świętowania rocznicy Konstytucji miał miejsce w gmachu Eidsvoll (Eidsvollsbygningen) 16 lutego br., w którym wzięli udział m.in. król Harald V wraz z królową małżonką Sonją, książę korony Haakon Magnus wraz z żoną, księżną Mette-Marit, reprezentanci obecnego rządu na czele z premier Erną Solberg. Cały 2014 r. jest wypełniony różnego rodzaju wydarzeniami mającymi na celu upamiętnić ten ważny dla Norwegów dzień. Jednak to 17 maja każde miasto i miasteczko, każda nawet najmniejsza miejscowość, będzie świętować tą rocznicę w szczególnie uroczystych paradach.

Nie będę Wam streszczała norweskich podręczników do historii ani też opracowań naukowych na temat norweskiej uchwały zasadniczej. Przybliżę Wam ten dokument i okoliczności jego powstania w inny sposób. Jakiś czas temu w norweskiej gazecie Aftenposten (wydanie internetowe) natknęłam się na bardzo interesujący artykuł zatytułowany 200 rzeczy, które jest fajnie/dobrze wiedzieć o Konstytucji. Nie martwcie się ja aż tak się rozpisywać nie będę! Postaram się w punktach zebrać to, co wydało mi się szczególnie interesujące w tym artykule, a  co może zaciekawić także Was. Zaczynamy!
1. Rok 1814 nazywany jest rokiem cudu w historii norweskiej. Po zwycięstwie nad Francją, Norwegia na mocy traktatu kilońskiego (oprócz Wysp Owczych, Islandii i Grenlandii) znalazła się pod panowaniem Szwecji. W tym roku Norwedzy mieli trzech królów: Fryderka VI, Chrystiana Fryderyka i Karol XIII.
2. Rozwiązanie unii personalnej ze Szwecją w 1905 r. doprowadziło do rozległych zmian w Konstytucji, stąd do dziś istnieją spory, czy Konstytucję z 1814 r. Norwegia może nazywać własną, czy może dopiero ta z 1905 r. może za taką uchodzić.
3. Rocznica uchwalenia Konstytucji to także 200 urodziny Parlamentu norweskiego (Storting). Pierwsze posiedzenie Parlamentu odbyło się 8 października 1814 r. w w szkole katedralnej (Oslo katedralskole) w Christianii (obecne Oslo)  przy ulicy  Królowej (Dronningens gate). Sala, w której miało miejsce pierwsze posiedzenie była wykorzystywana przez Parlament do roku 1854, a obecnie znajduje się w Muzeum Ludowym (Folkemuseet ) w Bygdøy. Od 1854 r. do 1866 r. posiedzenia parlamentarne odbywały się w starej sali bankietowej na Uniwersytecie w Oslo.
4. Budynek Parlamentu został zaprojektowany przez architekta szwedzkiego Emila Victora Langlet i został otwarty w 1866 r.. To właśnie w tym budynku znajduje się Dokument Konstytucyjny z 1814 r. Z tyłu za Przewodniczącym Parlamentu znajduje się obraz noszący tytuł ""Eidsvoll w 1814 roku." pędzla Oscara Wergeland, ukończony w 1885 r. Obecnym Przewodniczącym Parlamentu jest Olemic Thommessen. Parlament norweski jest jednoizbowy, choć do 2009 r. dzielili się na dwie grupy,  Lagting (1/4 posłów) oraz Odelsting (3/4 posłów), w trakcie pierwszego posiedzeniu posłowie, pracujące nad projektami ustaw osobno. W latach okupacji niemieckiej Norwegii (1940-1945) w budynku Parlamentu mieściła się kwatera komisarza Rzeszy Josefa Terbovena. (strona internetowa Parlamentu: https://www.stortinget.no/)
 
5. Wraz z uchwaleniem Konstytucji w 1814 r. prawo do głosowania posiadało tylko ok. 40 procent mężczyzn w wieku powyżej 25 lat. Kobiety nie mogły głosować, otrzymały to prawo dopiero w 1913 r.. Konstytucja znosiła ponadto autokrację, ale nadal król posiadał znaczący wpływ; mógł m.in. wprowadzać nowe przepisy, kontrolował politykę zagraniczną i pomoc publiczną.
6. Ogromne znaczenie dla norweskiej Konstytucji z 1814 r. miały wojny napoleońskie, w trakcie których początkowo Dania i Norwegia pozostały neutralne, ale skończyły jako sojusznik Napoleona, po tym jak Wielka Brytania zaatakowała duńską flotę w okolicach Kopenhagi niszcząc wiele okrętów a pozostałą część uprowadzając. W odwecie za sojusz duńsko-francuski Anglia zablokował cieśniny Kattegat / Skagerrak, uniemożliwiając tym samym dostarczanie np. zboża do Norwegii i skazując ten ostatni kraj na klęskę głodową.Był to tzw. "barkebrødstiden" - dosłownie tłumacząc czas chleba z kory. Na mocy traktatu kilońskiego Norwegia została przekazana Szwecji. To właśnie wtedy Norwedzy podjęli próbę buntu, uchwalając Konstytucję i obierając na swojego króla Chrystiana Fryderyka. Szwecja, Wielka Brytania i Rosji wymogły na nim abdykację w sierpniu tego samego roku (1814 r.). Miesiąc później Szwecja i Norwegia zawarły unię personalną.
7. Czemu akurat Eidsvoll? Posiadłość należała do Carstena Ankera, który był najbliższym przyjacielem i doradcą Christiana Frederika w Norwegii. Eidsvoll przeszło totalną restaurację od 2011 r., której całkowity koszt wyniósł 380 mln koron norweskich i przywrócił budynkom dawną świetność i wygląd z 1814 r. Próbowano odkupić nawet oryginalne meble pochodzące z tego okresu, niestety udało się to jedynie w niewielkim stopniu.  
8. Inspiracją dla norweskiej Konstytucji były Deklaracja niepodległości Stanów Zjednoczonych z 1776 r. oraz Rewolucja francuska i powstała w jej okresie Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela.
9. 112 mężczyzn wchodzących w skład ówczesnego Zgromadzenia Narodowego (Riksforsamlingen) zostało wybranych z parafii i formacji wojskowych. 33 pochodziło z armii i floty, 25 - z kupieckich kręgów, 54 - z terenów wiejskich. Nieprawdą jest więc, że w Eidsvoll znajdowało się kilku starych mężczyzn, którzy uchwalili Konstytucję. Średni wiek wynosił 42 lata, najmłodszy z mężczyzn miał 17 lat (porucznik Thomas Konow), najstarszy - 60.
10. Wśród członków Zgromadzenia był jeden analfabeta. Był to Even Thorsen, marynarz z Aust-Agder, którego podpis pod dokumentem został złożony przez inną osobę za zgodą Evena.
11. Wśród tej 112 było 26 prawników i 20 teologów, wykształconych na Uniwersytecie w Kopenhadze oraz 57 urzędników. Nikt z północnej Norwegii nie wziął udziału w Zgromadzeniu w Eidsvoll, ponieważ urzędnicy z tego regionu zostali za późno wybrani.
12. Negocjacje w Eidsvoll trwały sześć tygodni od 12 kwietnia do 20 maja. Nie zostały zrobione stenogramy obrad. Istnieją za trzy potwierdzone źródła, z których historycy czerpią wiedzę na temat tamtych wydarzeń: oświadczenia pisemne dołączone do protokołu, dzienniki prowadzone przez 15 reprezentantów oraz listy, jakie pisali oni do domu.
13. Dzień pracy Zgromadzenia dzielił się na dwie sesje, pierwszą w godzinach od 10.00 do 14.00 i drugą - od 16.00 do 19.00. Najwięcej i najdłużej pracowało tych 15, którzy zostali wybrani do sporządzenia projektu Konstytucji. Nie pito w tym czasie wcale znacznch ilości alkoholu. (Ponoć jest taki mit odnośnie obrad i samych reprezentantów.) 
14. Wielu reprezentantów przybyło do Eidsvoll w własnymi projektami Konstytucji. Za najważniejszy uznawany jest projekt Adler-Falsen, przygotowany przez Christiana Magnusa Falsena i nauczyciela Johana Gunder Adlera z Halden. Projekt zawierał 300 paragrafów. Ich liczna została zredukowana do 110.
15. Najwięcej dyskusji wynikło wokół zniesienia szlachectwa oraz wprowadzenia poboru do wojska.
16. Konstytucja została przyjęta 16 maja, ale to data 17 maja została wpisana na dokumencie, który został podpisany i opieczętowany przez przedstawicieli 18 maja. 19 maja miała miejsce koronacja Christian Fryderyka w sali Zgromadzenia Narodowego i przyjęcie jego przysięgi jako pierwszego konstytucyjnego króla Norwegii. 20 maja reprezentanci z Eidsvoll zostawili za sobą kłótnie, uścisnęli sobie dłonie i uroczyście ślubowali tymi słowami "Enig og tro til Dovre faller" (w wolnym tłumaczeniu: "Zgoda i wiara póki Dovre się nie zapadną." Dovre to pasmo górskie w Norwegii, które w świadomości norweskiej reprezentuje to, co wieczne, niezmienne, bezpieczne i mocno zakorzenione, a według norweskich tradycyjnych baśni jest symbolem tego, co starożytne i mistyczne.)
 
17. Paragraf wstydu, czyli nr 2, który zakazywał wstępu do królestwa Żydom, jezuitom i zakonom monastycznym. Zakaz wjazdu dla Żydów został uchylony w 1851 r., zakonom monastycznym - w w 1897 r., jezuitom - w 1956 r.
18. Niestety wątła nadzieja Norwegów na to, że Anglia i jej sojusznicy odstąpią od postanowień traktatu kilońskiego odnośnie Norwegii, rozprysła się niczym bańska mydlana. Szwecja przystąpiła do wojny przeciwko Norwegii w dniu 26 lipca 1814 r. 3 sierpnia zostali wysłani szwedzcy negocjatorzy pokojowi. 10 sierpnia w Moss rozpoczęły się rozmowy pomiędzy Christian Fryderykiem, a Magnusem Björnstjärnem. 14 sierpnia została podpisana konwencji z Moss na mocy której król norweski zobowiązał się niezwłocznie zwołać Parlament w celu wprowadzenia zmian w Konstytucji oraz do abdykacji, która miała miejsce 10 października. Christian Fryderk udał się do Danii.
19. 4 listopada 1814 r. została przyjęta Konstytucja w nowej formie. Około dwie trzecie klauzul konstytucyjnych z Eidsvoll przetrwało. Szwedzki krół Karol XIII (w Norwegii nosił imię Karol II) został wybrany do nowego króla Norwegii. W 1818 r. po jego śmierci na tronie szwedzkim i norweskim zasiadł król Karol III Jan. Christian Fryderk został ostatnim monarchą absolutnym Danii.
20. Oto kilka cech charakterystycznych norweskiej Konstytucji:
- była najszybciej przygotowaną tego typu ustawą na świecie,
- jest najkrótsza na świecie,

- w 1814 r. była drugą najbardziej radykalną konstytucją na świecie, 
- jest najstarsza wśród tych, które nadal są używane,
- pierwszy paragraf norweskiej Konstytucji mówi, że "Kongeriget Norge er et frit, uafhengigt og udeleligt Rige". (W wolnym tłumaczeniu "Królestwo Norwegii jest wolnym, niezależnym i niepodzielnym państwem".),
- slogany typu "Wolność - równość - braterstwo"nie są uwzględnione w Konstytucji,
- poprawki do Konstytucji wymagają większości dwóch trzecich głosów w Parlamencie,
- pierwsza poprawka konstytucyjna weszła w 1821 r., przyznając prawo głosu hodowcom reniferów,
- data ostatniej poważnej zmiany w Konstytucji nastąpiła wraz z nowym projektem Kościoła w czerwcu 2012 roku (wybaczcie, ale nie mam pojęcia, co to za zmiany),
- przepis mówiący o tym, że tylko mężczyźni mogą dziedziczyć tron norweski został zmieniony w 1990 r. i nie działa wstecz, dlatego książę Haakon jest następcą tronu, a nie jego starsza siostra Märtha Louise,
- język Konstytucji jest archaiczny i trudny do zrozumienia dla współczesnych obywateli, stąd wiele wniosków o przeredagowanie dokumentu na bardziej przystępny język.
20. Ministerstwo Spraw Zagranicznych będzie w sposób szczególny promować jubileusz również w Szwecji, Danii, Niemczech, Francji i Ameryce Północnej.
21. Logo rocznicy oparte jest na słowach "Ja, vi elsker" ("Tak, kochamy") i ma odzwierciedlać zaangażowanie i pasję, jako siły napędowe demokracji. Ma młodzieżowy rys i jest przyszłościowe. Serce znajdujące się w symbolu nawiązuje do tego, w jaki sposób dzieci i młodzież wyrażają uczucia poprzez SMS i media społeczne. (Tak twierdzi komitet do spraw organizacji rocznicy Konstytucji w komunikacie prasowym.)

Mam nadzieję, że ta krótka lekcja historii norweskiej przypadła Wam do gustu i dowiedzieliście się z niej czegoś nowego i ciekawego :) Jeśli chcecie wiedzieć więcej na temat tego święta zajrzyjcie do mojego wpisu z zeszłego roku - klik.


* Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony aftenposten.no





"Pożegnania" Yôjirô Takita

Tytuł: "Pożegnania"
Tytuł oryginalny: "Okuribito" (おくりびと)
Reżyseria: Yôjirô Takita
Obsada: Masahiro Motoki, Tsutomu Yamazaki, Ryôko Hirosue, Kimiko Yo, Kazuko Yoshiyuki, Sanae Miyata
Produkcja: Japonia
Rok produkcji: 2009
Czas: 2 h 10 minut

Na całym świecie śmierć i rytuały jej towarzyszące, przesiąknięte są tabu.   Tabu to towarzyszy człowiekowi od zarania jego dziejów. Chcemy odkryć to, co dzieje się z nami po śmierci, chcemy zrozumieć ten stan, obłaskawić go, wytłumaczyć. Zaklinamy śmierć na różne sposoby, boimy się jej i odsuwamy ją od siebie. Śmierć jest równie ważna jak całe nasze życie, stanowi przystanek końcowy lub przesiadkowy, w zależności od tego w co wierzymy, a mimo to umieszczamy ją na marginesie swojego życia, nie potrafimy sobie radzić z odejściem bliskich.

Tabu, w tym tabu związane z tematem śmierci, wywarło ogromny wpływ na życie codzienne Japończyków. We współczesnej Japonii temat śmierci to tabu kulturowe, uwarunkowane wielowiekowymi tradycjami i zabobonami, silnie wrosło w japońską mentalność. Japończycy są raczej przesądni, dlatego wszystko, co wiąże się ze śmiercią omijają szerokim łukiem. Nawet słowa oznaczającego śmierć (shi 死), czy wypowiadanego jak shi, lecz oznaczającego, co innego, unika się za wszelką cenę. (Słowo "cztery" wymawia się więc po japońsku - yon, a nie po sino-japońsku - shi.) Wierzą, że dzięki odpowiedniemu wypowiadaniu słów można zmienić rzeczywistość oraz uniknąć nieszczęść; język pełni magiczną funkcję. Śmierć to źródło nieczystości i skalania, a ci, którzy zetknęli się z czyjąś śmiercią, np. dotykali zwłok, powstrzymują się przez wiele miesięcy od udziału w uroczystościach, świętach i obrzędach. I choć czasy feudalnych podziałów dawno minęły i oficjalne nie istnieje grupa społeczna Eta (nietykalnych, wyklętych), to osoby będące potomkami dawnych Eta nadal traktowane są z pogardą i bojaźnią. To samo dotyczy tych, którzy z różnych względów sami podjęli się pracy narażającej ich na skalanie.

Z takimi przesądami i z odrzuceniem musi zmierzyć się główny bohater "Pożegnań",Daigo Kobayashi, utalentowany wiolonczelista, który po rozwiązaniu orkiestry, w której grał, nagle zostaje bez stałego źródła dochodu. Bohater musi podjąć decyzję, co dalej. Wraz z żoną, Miko, postanawiają wrócić do rodzinnej miejscowości Daigo, gdzie czeka na nich stare mieszkanie pozostawione przez zmarłą matkę mężczyzny oraz przykre wspomnienia. Dla Daigo to porażka. Sprzedaje swoją wiolonczelę i wraca tam, gdzie zaczął. Bohater szukając pracy odpowiada na ogłoszenie firmy o nazwie "Pożegnania", które błędnie bierze za anons biura podróży, a które okazuje się być firmą zajmującą się przygotowaniem ciał niedawno zmarłych osób w ich ostatnią podróż w zaświaty. Jego nowy szef, pan Sasaki, jest wyrozumiały, wie, że Daigo potrzebuje czasu, aby oswoić się ze swoim nowym zajęciem. Bohater asystuje Sasakiemu w pracy, ma obserwować i uczyć się i ukrywa charakter swojej nowej pracy przed żoną, bojąc się odrzucenia. Ma rację. Gdy Mika dowiaduje się, jaki rodzaj pracy wykonuje jej mąż, wyprowadza się do swojej rodziny w Tokio. Kobieta chce by Daigo podjął normalną pracę i nie potrafi zrozumieć, że dla niego śmierć jest normalna i że ta nietypowa praca przynosi mu satysfakcję. Czasami potrzeba czasu, by rozumieć i dostrzec piękno tam, gdzie inni widzą głównie brzydotę i skalanie. Na szczęście Miko dojrzewa do decyzji męża i z czasem staje się dumna z tego, co robi.  Daigo odnajduje spokój w swojej pracy, poprzez śmierć odnajduje piękno w życiu, zaczyna je coraz bardziej doceniać. Na nowo odkrywa radość płynącą z gry na wiolonczeli, a także rozlicza się nareszcie z przeszłością.

Nokanshi (najbliższym zawodem tej profesji znanym w świecie zachodnim jest balsamista, choć nie są one identyczne), którym zostaje Daigo, to osoba zajmująca się przygotowaniem ciała zmarłego do kremacji. Do jej obowiązków należą: rytualne obmycie ciała, ubranie ciała, umalowanie i uczesanie go. I tak jak to bywa w przypadku japońskiej kultury, skomplikowany rytuał przygotowania, oczyszczenia i prezentacji zmarłego, wykonywany jest z wielką precyzją, zręcznym wdziękiem i największym szacunkiem zarówno dla niego, jak i członków rodziny. To rodzaj wykwintnego i magicznego przedstawienia, mającego pomóc rodzinie w czasie żałoby. Zawód przedstawiony w filmie, jest na najwyższym poziomie. Widzimy, jak dokładnie nokanshi podchodzą do swojej pracy oraz jak wygląda podział obowiązków z zakładem pogrzebowym. W "Pożegnaniach" reżyser przybliża widzowi rytuały otaczające śmierć w Japonii. Sceny oczyszczenia i prezentacji zmarłych są przepojone żałobą, lecz nie beznadziejną rozpaczą, są wypełnione spokojem i smutkiem. Z każdego ruchu Sasakiego, czy Daigo, przebija wielki szacunek dla zmarłego. Dodatkowo dla zachodniego widza to możliwość poznania bardzo intymnej, przeznaczonej tylko dla najbliższych, ceremonii, która jest dla niego obca. Przyznam się, że sceny pokazujące pracę Daigo i pana Sasakiego są malownicze, choć słowo to może się wydać komuś nie na miejscu w przypadku tej tematyki, nieco mistyczne, wprowadzają w zadumę. Mnie osobiście nasuwa się w związku z tymi scenami skojarzenie z dawnymi rytuałami pogrzebowymi, choć zawód nokanshi uważany jest raczej za współczesny pomysł bazujący na dawnych tradycjach buddyjskich. "Pożegnania" demistyfikują zawód nokanshi w japońskim kontekście. Należy także zaznaczyć, jak wspomina sam właściciel firmy "Pożegnania", że zawód nokanshi jest w Japonii niszowy, więc nie jest to tak powszechne zjawisko jak można by sądzić.

                                             "Pożegnania" trailer

Uwaga w filmie koncentruje się na tych, którzy przeżyli i na sensie życia tych, którzy właśnie odeszli. Obraz dotyka z wyczuciem tematu śmierci. (Znajdziecie tu również elementy humorystyczne, które nie umniejszają powadze śmierci i nie noszą znamion braku szacunku dla zmarłych i ich rodzin.) Nie ma tu na siłę wymyślonych problemów, jest zwyczajne życie. "Pożegnania" dotykają głęboko skrywanych uczuć, z którymi bohaterowie uczą się sobie radzić. Film zachwyca pięknymi zdjęciami, pełnymi detali, umieszczającymi bohaterów, gdzieś na pograniczu rzeczywistości i magii, i muzyką, która jest ważnym jego elementem filmu, oddającą emocje i przemyślenia, głównie Daigo, bez słów. Sądzę, że fanom twórczości Murakamiego "Pożegnania" przypadną do gustu.

Czy wiesz, że ... #9

... córka Mieszka I, Świętosława, została wydana za mąż za króla szwedzkiego Eryka Zwycięskiego, a po jego śmierci - za króla Danii Swena Widłobrodego oraz, że była matką m.in. Kanuta Wielkiego króla Danii i Anglii i Olofa Skötkonunga przyszłego króla Szwecji? :)

Na temat Świętosławy niestety niewiele jest potwierdzonych i pewnych w 100% wiadomości, w końcu była "tylko" kobietą i to żyjącą w bardzo odległych czasach. Tymczasem jeśli wszystko to, co przypisują jej nie tylko sagi, ale i kroniki historyczne jest prawdą, polska księżniczka, była ważną osobą w ówczesnym świecie i miała całkiem duży wpływ (również za sprawą swoich synów), na kształtowanie się historii kilku europejskich krajów. Sagi islandzkie nazywają ją Sygrydą, miała też przydomek Storråda czyli dumna, mocna w słowach; na duńskim dworze znana jako Gunhilda. 

Istnieją różne legendy, sagi dotyczące Świętosławy (to dowód na to, jak mocno kobieta ta oddziaływała na współczesnych!). Są takie, które łączą ją z norweskim królem Olafem Tryggvasonem. Jedna mówi o tym, jak to Świętosława odrzuciła propozycję małżeństwa z norweskim monarchą po śmierci swojego pierwszego męża, ponieważ wymagałoby to od niej przejścia na chrześcijaństwo (była poganką). Wzburzony i obrażony Olaf spoliczkował ją publicznie, a ta z dumą i spokojem odpowiedziała "Któregoś dnia to może doprowadzić do twojej śmierci" :) I słowa dotrzymała, doprowadzając do powstania koalicji antynorweskiej i przegranej Olafa Tryggvasona w bitwie pod pod Svold, zwanej także Bitwą Trzech Królów :D

Druga - twierdzi, że Świętosława kochała króla norweskiego Olafa, lecz ten ją odtrącił, co doprowadziło do sprzymierzenia się Szwecji i Dani przeciwko Norwegii w skutek intryg urażonej księżniczki :D

Kto wie, może sagi mówią prawdę o Świętosławie, królowej Szwecji i Danii, matce potężnych królów: Olafa, Haralda i Kanuta, kobiecie silnej i dumnej, nieulękłej i sprawnie poruszającej się w świecie polityki, kobiecie, z którą nierozerwalnie wiąże się historia nie tylko Danii i Szwecji, ale także Norwegii, a nawet Anglii. Jej losy opiewają sagi, będące dla Skandynawów, tym, czym dla większości narodów kroniki, niezniszczalnym świadectwem ich historii.

"Amulet" Roberto Bolaño

Tytuł: "Amulet"
Autor:  Roberto Bolaño
Oryginalny tytuł: "Amuleto"
Tłumaczenie: Tomasz Pindel
Wydawnictwo:  Muza S.A.
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 128

Z literaturą iberoamerykańską, czy nawet szerzej z latynoamerykańską, jestem na bakier. Nie znam jej, nie przyciąga mnie, nie sięgam po nią świadomie. Moje spotkania z pisarzami z tego kręgu kulturowego są raczej przypadkowe. Za to nieodmiennie lektura takiej książki odciska na mnie silne piętno. Mam wrażenie, że uaktywnia mi się jakaś zapomniana część mózgu, którą są w stanie pobudzić tylko dzieła pochodzącego właśnie z Ameryki Łacińskiej. I to niezależnie, czy książka mi się spodobała, czy nie. Tak też było w przypadku Roberto Bolaño i jego "Amuletu", który otrzymałam od Marty (tu możecie zajrzeć na jej bloga).

Roberto Jonatán Bolaño Ávalos to nieżyjący już (zm. w 2003 r.) chilijski pisarz, poeta i prozaik. Ze względy na swoje powiązania w młodości z ruchem lewicowym skupionym wokół prezydenta Allende, po przejęciu władzy przez generała Pinocheta, był zmuszony wyemigrować z kraju. Od 1978 r. osiadł na stałe w Hiszpanii, w której pozostał do swojej śmierci. Sławę zdobył dopiero pod koniec lat 90, gdy opublikowana w 1998 r. powieść "Dzicy detektywi" zdobyła prestiżowe nagrody: Premio Herralde i Premio Rómulo Gallegos. Utwory Bolaño są zazwyczaj niewielkie objętościowo i skupiają się na różnych wydarzeniach z chilijskiej historii oraz na mentalności Chilijczyków. Pisarz umieszcza w swoich książkach realnie istniejące postaci, miesza prawdziwe wydarzenia z wymyślonymi. 

"I słyszałam, jak śpiewają, wciąż słyszę ich śpiew, nawet teraz, kiedy nie jestem w tej dolinie, bardzo cichutki, ledwie słyszalny pogłos, najśliczniejsze dzieci Ameryki Łacińskiej, dzieci niedożywione i te dobrze odżywione, te, co miały wszystko, i te, co nic nie miały, ależ piękny śpiew wydobywa się z ich ust, ależ oni śliczni, co za uroda, choć kroczyli ramię w ramię ku śmierci, słyszałam, jak śpiewają, i traciłam rozum, słyszałam, jak śpiewają, i nie mogłam zrobić niczego, by ich zatrzymać (...)" [str. 126]

"Amulet" to cieniutka książka, choć nie należy jej nie doceniać z tej racji i uznawać za lekką lub mało ważną.  Powieść to wewnętrzny monolog kobiety o imieniu Auxilio Lacouture, Urugwajki, przebywającej nielegalnie w Meksyku, "matki meksykańskiej poezji", która jako jedyna osoba pozostała na terenie kampusu uniwersyteckiego, po wkroczeniu na jego teren wojska i grenadierów, którzy siłą zajęli budynki uniwersyteckie. Bojąc się ujawnić, pozostając strażniczką wolności, tkwi przez kilkanaście dni w łazience na drugim pietrze Wydziału Filologicznego, z tomikiem poezji Pedro Garfiasa, który służy jej za pokarm i dodaje sił. Incydent ten wiąże się z innym ważniejszym i bardziej krwawym wydarzeniem, jakie miało miejsce w tym czasie - z masakrą na Placu Tlatelolco w 1968 r. Podobnie jak miało to miejsce w innych częściach świata również w Meksyku w 1968 r. nasiliły się protesty studenckie, które nie podobały się ówczesnemu prezydentowi tego państwa. Gustavo Díaz Ordaz wydał więc rozkaz rozprawienia się ze studentami, którzy mogli zakłócić mające się odbyć w Meksyku XIX Igrzyska Olimpijskie i rzucić cień na jego prezydenturę. Według współczesnych ocen w wyniku przeprowadzonej akcji życie straciło od 200 do 300 osób (źródła rządowe mówią o 35 osobach), o wiele więcej zostało rannych oraz aresztowanych. 

W październiku 1968 r. demonstranci wyszli na ulice, krzycząc "Nie chcemy Igrzysk Olimpijskich, chcemy rewolucji!" Za swoją butę zostali zmiażdżeni. Roberto Bolaño w sposób krótki, mocno symboliczny, lecz porażający siłą, przedstawił te dramatyczne chwile na stronach "Amuletu", czyniąc centralnym punktem swojej książki okupację UNAM przez armię. Uwięziona Auxilio jest subtelnym i monumentalnym równocześnie symbolem aktu oporu. Opowieść głównej bohaterki to podróż w czasie, która zabiera czytelnika w przeszłość i przyszłość, ale zawsze wraca do dni spędzonych w łazience i do księżyca odbijającego się od płytek na podłodze. Bolaño wykorzystuje piękny umysł Auxilio, jej sposób postrzegania świata, by zestawiając ze sobą pozornie rozbieżne historie odmalować silnie naładowany emocjami i jednolity obraz walk i cierpienia narodów Ameryki Łacińskiej. Narracja Auxilio jest chaotyczna, tajemnicza, wnikliwa i poetycka. Zmusza czytelnika do zastanawiania się nad każdym zdaniem, każdym słowem. Dlatego jeśli chcecie przeczytać "Amulet" i dostrzec w nim wartościową i piękną książkę nie pozwólcie, by cokolwiek Was rozpraszało. To lektura wymagająca. Im więcej wiecie na temat realiów Ameryki Łacińskiej, historii i kultury tej części świata tym więcej warstw odkrywacie czytając "Amulet". Wszystkie książki Roberto Bolaño wydają się być połączone tematycznie (tak przynajmniej wynika z opisu okładkowego chociażby samego "Amuletu"), więc w pewnym sensie jest to dokuczliwe dla niezaznajomionego z jego twórczością czytelnika, czyli na przykład dla mnie, i najpewniej ta niewiedza spłyca odbiór jego dzieł. 

"I choć pieśń, którą słyszałam, mówiła o wojnie, o heroicznych wysiłkach całego pokolenia młodych Latynosów złożonych w ofierze, ja wiedziałam, że ponad tym wszystkim mowa jest o odwadze i o lustrach, o pragnieniu i o rozkoszy.
I ten śpiew jest naszym amuletem." [str. 127]

"Amulet" to ważna powieść, pełna niezaprzeczalnego, trudnego piękna. Styl pisarski Bolaño jest zwodniczo prosty, lecz przykuwający. Książka chwyta nie tyle za serce, co za mózg, powodując mnożenie się wciąż nowych i nowych myśli, których czytelnik nie jest w stanie się pozbyć. Te myśli, początkowo ścisle związane z fabułą książki, okazują się nagle rozrastać i mknąć w zaskakujących kierunkach, wyciągając z odmętów zapomnienia inne zagadnienia. Polecam tą książkę tym, którzy nie zniechęcają się łatwo.

***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:







* Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Amulet" Roberta  Bolaño

"Mój lejtnant. Wspomnienia obrońcy Leningradu" Daniił Granin

Tytuł: "Mój lejtnant. Wspomnienia obrońcy Leningradu"
Autor:  Daniił Granin
Oryginalny tytuł: "Moj liejtienant"/"Мой лейтенант"
Tłumaczenie: Galina i Andrzej Palaczowie
Wydawnictwo:  Inicjał
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 254

W tym roku, 22 czerwca, przypada 73 rocznica ataku III Rzeszy na ZSRR. Dzień Pamięci i Smutku. Dzień ten, w 1941 r., był dla Rosjan początkiem Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (czyli walk na froncie wschodnim II wojny światowej albo inaczej wojny niemiecko-radzieckiej), w której zginęło około 27 mln obywateli, a dla Niemców początkiem końca ich marzeń o zajęciu terenów należących do  byłego sojusznika oraz pośrednio początkiem upadku Hitlera. Oto stanęły naprzeciw siebie dwie najpotężniejsze w tamtym czasie armie. Niemcy posiadali liczniejszą armię (ponad 4 mln żołnierzy; Rosjanie dysponowali w tym czasie na froncie zachodnim ok. 3 mln żołnierzy - rachunki przybliżone), za to  Armia Czerwona przeważała nad wrogiem liczbą sprzętu. (Hitlerowcy mieli do dyspozycji na froncie wschodnim zaledwie 2 tys. czołgów, sowieci mieli ich pięć razy więcej. Podobnie sprawa miała się z samolotami:  armia niemiecka dysponowała 3 tys. samolotów bojowych, flota powietrzna ZSRR była trzykrotnie silniejsza.) Armia niemiecka po wcześniejszych zwycięskich kampaniach, m.in. w Polsce, wierząc w swoją siłę i bycie niezwyciężoną, postanowiła raz jeszcze zastosować sprawdzoną taktykę - Blitzkrieg (wojna błyskawiczna). Plan był prosty: szybki atak, przebicie się przez zaskoczoną obronę wroga i przedostanie się na jego tyły. Z kolei Rosja za czasów Stalina dysponowała ogromnym potencjałem ludzkim i przemysłowym, który był ukierunkowany na produkcję zbrojeniową. Zarówno Stalin jak i wysocy rangą dowódcy z całą premedytacją wykorzystali potencjał ludzki,. Rekompensując brak skoordynowanych planów działania,  właściwego przygotowania kadry dowódczej, odpowiedniego wyszkolenia i doświadczenia w walce w polu żołnierzy, świadomie posyłali kompanię za kompanią, często prawie nieuzbrojoną lub pozbawioną odpowiedniego uzbrojenia, na śmierć. Żołnierze byli traktowani jak mięso armatnie. Niemcy postawili na jakość, Rosjanie - na ilość. I jedni i drudzy przekonali się boleśnie o wadach swoich planów. Gdy w czerwcu 1941 r. armia niemiecka zaatakowała ZSRR, armia sowiecka została niemalże sparaliżowana. Linia obrony załamała się, gdy walczący próbowali sprostać wykluczającym się rozkazom, wojska w panice rzuciły się do ucieczki. Niemcy błyskawicznie zajmowali sowieckie tereny, a pierwszy prawdziwy opór napotkali dopiero w okolicach Smoleńska. 

"Choć pod koniec nawet nauczyliśmy się walczyć, w dalszym ciągu nie liczyliśmy się ze stratami i trwoniliśmy życie swoich żołnierzy. Dobrze walczy ten, kto traci mało krwi. O tym wszyscy wiedzieli, ale nikt z tym się nie liczył, na górze też nie, i to szło w dół. Jeżeli już coś liczyli, to ile czołgów spłonęło, o ile kilometrów się przesunęliśmy. Dowódcy nie byli oceniani pod kątem strat własnych ludzi. Ciekawe, jak  by wyglądała reputacja niektórych sławnych marszałków, gdybyśmy policzyli ich zabitych.
(...) Po zakończeniu wojny trzymano w tajemnicy liczbę zabitych, rannych, wziętych do niewoli. W "Wielkiej Encyklopedii Wojny Ojczyźnianej" nie było hasła "straty". Sądząc po tej encyklopedii, gdzie jest wszystko, strat w Wielkiej Ojczyźnianej nie było." [ str. 186]

27 stycznia miała miejsce kolejna rocznica. Były to obchody rocznicy zakończenia blokady Leningradu (obecnie jest to Petersburg) podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Oblężenie miasta nad Newą trwało prawie 900 dni (Niemcy dotarli pod Leningrad 12 września 1941 r. blokada miasta zakończyła się 27 stycznia 1944 r.) i pochłonęło po stronie sowieckiej 2 miliony ofiar, z czego ponad połowę stanowili cywile. Jest to jedna z bardziej tragicznych kart w historii Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

Na niej właśnie koncentruje się książka "Mój lejtnant" Daniiła Granina. Jeśli jednak ktoś sięgając po nią oczekuje kolejnego peanu na cześć nieustraszonych żołnierzy przepełnionych patriotyzmem i ich bohaterskich czynów z pieśnią na ustach, może od razu zapomnieć o swoich oczekiwaniach. Powieść Granina to spojrzenie na Wielką Wojnę Ojczyźnianą oczami zwykłego frontowca, a nie z punktu widzenia wielkich generałów, siedzących z dala od okopów i składających bez mrugnięcia okiem w ofierze setki tysięcy ludzkich żyć. Nie ma patosu.  Jest tylko gorzki ból. Prawda okopu.

"Był upał. Odwrót znaczył się pożarami, spuchniętymi trupami koni i żołnierzy. Krótko mówiąc - smrodem. Klęska to odór. Ubranie, włosy, wszystko przepełnione jest gryząca spalenizną, odorem gnijącego ludzkiego mięsa i koniny. Cofania się nikt Armii Czerwonej nie uczył. Tak, żeby odejść zanim cie okrążą, wywieźć działa, uratować sprzęt." [str. 41]

Książka to ciągły dialog dojrzałego już autora ze swoim drugim ja - lejtnantem D. - nieopierzonym młodzikiem, który zgłosił się do pospolitaków (pospolite ruszenie) na ochotnika, został przemielony przez wojenną maszynkę, przeszedł przez rzeź w trakcie cofania się Armii Czerwonej na linii Ługi (obwód leningradzki), zetknął się z zamieszaniem (choć to delikatne słowo) panującym na froncie i z przeróżnymi ludźmi w tych nieludzkich warunkach (różnymi zarówno ze względu na pochodzenie, jak i wykształcenie oraz światopogląd). Widział upadek i staczanie się ludzi, widział, co czyni z ludźmi wojna. To niekończąca się debata z samym sobą, która ma pomóc zrozumieć: Dlaczego? Jak? W imię czego? Wciąż próbuje pojąć to, co się dzieje, to, co się stało. Tylko, czy jest jasna odpowiedź na te pytania?


"Noce były coraz dłuższe, mrozy coraz silniejsze, zdobywać drwa na opał było coraz trudniej. Batalion chudł w oczach, to jest ludzi ubywało. Z różnych przyczyn. Ostrzał. Dystrofia plus szkorbut, plus furunkuloza. Plus odmrożenia. Ludzie uciekali do Niemców. Czasami aż się chciało płakać. Coś się w człowieku zbierało. Nie coś, to beznadziejność istnienia, które miało skończyć się albo ranami, albo śmiercią. Na nic innego nie mogliśmy liczyć. Zamiast przyszłości - ślepy zaułek." [str. 101]


To nie jest opowieść o  zwycięstwach, o bitwach, o taktycznych manewrach, o heroizmie. Tylko o wojnie, która pachnie strachem, moczem i rozkładającymi się ciałami. O kalectwie, fizycznym, moralnym i duchowym. O głodzie, który wypełnia człowieka całkowicie i jego zaspokojenie jest najważniejsze, więc gotowane zgniłe mięso końskie, czy zmrożone, zgniłe ziemniaki z odrobiną soli stają się najwspanialszym rarytasem. Gdy myśl o kanibalizmie nie budzi obrzydzenia... O ofensywie, która zamienia się w szaleństwo, w rzeź. O chaosie, który staje się codziennością i panice, która wymyka się spod kontroli. Jest to także powieść o miłości, o śmiechu, który pozwala zachować zdrowe zmysły. O przyjaźni. O pożegnaniach. O trudnych wyborach. O wierze i o życiu. W swojej książce Granin stawia pytanie o miejsce człowieka na wojnie i w życiu po niej.

zdj. ozon.ru

"Były dnie, kiedy zaczynałem rozumieć kanibali. Mogłem sobie wytłumaczyć, dlaczego to robią. Zamieniałem się w pusty żołądek, który skręcał się, wył z szalonego pragnienia, by cokolwiek przeżuwać. Śmieci, brudy, garść ziemi, trociny. Zniknęło obrzydzenie. Zaczynałem dostrzegać, że przechodnie to mięso - szkielet, na którym było jeszcze mięso." [str. 158]

"Mój lejtnant" to nie tylko powieść o okopowej i frontowej prawdzie. To także powojenne życie, kraju i tych, co przeżyli. Pisarz pokazuje, jak ciężko jest wrócić do normalnego życia, gdy młodzi wracali z duszą starego człowieka do świata, który nie rozumiał ich i którego oni nie rozumieli. To wciąż ta sama wojna, która im towarzyszy i nie daje o sobie zapomnieć. To również i inna wojna, toczona już nie z okopów, lecz swój przeciw swojemu, jeszcze bardziej zadziwiająca i nieprzewidywalna niż ta na moździerze i czołgi. Wojna z "wrogami ludu".

"Na pierwszej linii zabitych nikt nie liczył, płakali na tyłach. Wszędzie wdowy, zawiadomienia o śmierci, kule, protezy. [str. 220]

Granin ucieka w swojej powieści od patosu. Jego język jest prosty, dokładny, bez ozdobników. Ma swój własny, niepowtarzalny język, który sprawia, że powieść czyta się łatwo i przyciąga czytelnika, wymusza na nim zastanowienie się nad lekturą. Książka napisana jest z lekkością. Pisarz w delikatny sposób przedstawia ponure wydarzenia, porusza trudne i bolesne sprawy. Czemu Armia Czerwona mimo przewagi nad armią niemiecką nie potrafiła pokonać nazistów? Dlaczego dowódcy wojskowi ze Stalinem na czele dali się zaskoczyć armii niemieckiej, mimo doniesień wywiadu? Czemu z kolei Niemcy zamiast ruszyć na Leningrad wzięli go w kleszcze blokady? Dlaczego nie wzięli miasta, gdy było ono przez jeden dzień całkowicie pozbawione obrony? Jaki był sens posyłanie na front nieprzygotowanych i nieuzbrojonych często nawet w zwykły karabin, żołnierzy? Czy łatwo jest zabijać? Jakie to uczucie, gdy się komuś odbiera życie? A, gdy samemu co rusz unika się kuli, a inni wokół Ciebie giną? Dlaczego tak jest? Czemu jeden ginie, a inny nie? Czemu Rosjanie potrafią robić coś dla "sprawy", a dla siebie samych już nie? Bohater i autor starają się zrozumieć. Lecz Granin nie stawia przysłowiowej kropki nad "i", nie ma na celu odpowiedzi na zadane pytania, on tylko relacjonuje wydarzenia, opowiada o frontowych przeżyciach i uczuciach.

 "W pociągu rozmyślał nad swoim życiem. Z młodości nic już nie zostało. Wszystko stracił - jego zabijali, on zabijał, cały aż przegnił śmiercią, wszystko mu zbrzydło." [str. 206]

Daniił Granin to 95-letni dziś pisarz i eseista rosyjski, kombatant, uczestnik Wojny Ojczyźnianej, przeżył oblężenie Leningradu. Jest więc z pokolenia, które odchodzi. Została ich ledwie garstka.  Wraz z nimi odchodzi prawda o tym, co działo się na froncie. Zostają nam książki wraz z nadzieją, że zawarta w nich wiedza jest prawdziwa. Teraz mogliby nareszcie opowiedzieć swobodnie, bez obaw o swoje  i swoich bliskich życie, o tym, co miało wtedy miejsce. Ujawnić przemilczane. Ale większości z nich już nie ma. Kiedyś nie było komu słuchać, teraz nie ma komu opowiadać.  Możliwe, że w książce Granina dostrzegliby to, co przeżyli wtedy sami. Może odważyliby się raz jeszcze wrócić do tamtych dni i raz jeszcze o nich opowiedzieć, przestawić swoją wersje wydarzeń? Pozostaje nam słuchać i spróbować zrozumieć ich prawdę.


"Darem przeszłości jest zdziwienie, a nie pociecha." [str. 247]

                                                                            ***
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Inicjał.

http://www.inicjal.com.pl/

Zajrzyjcie koniecznie na fanpage wydawnictwa na Facebooku - KLIK.
 ***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:


* Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Mój lejtnant. Wspomnienia obrońcy Leningradu" Daniiła Granina