Rosja - dobra znajoma :)

Długo zastanawiałam się, czy w obliczu obecnych wydarzeń publikować ten wpis. Obawiałam się, że zostanie on źle odczytany. Po namyśle doszłam jednak do wniosku, że otaczają mnie, również wirtualnie, inteligentni ludzie i zapoznawszy się z tym wpisem, zrozumieją, że traktuje on o mojej fascynacji kulturą i historią rosyjską, a nie jest wyrazem poparcia dla polityki prowadzonej przez Putina :) Zapraszam więc do czytania!
***
Może być też taki nagłówek: Dobra znajoma - Rosja :) Patrząc z punktu widzenia chronologii, powinnam o tej właśnie znajomości napisać jako pierwszej.
W czasach, kiedy to, co rosyjskie było raczej znienawidzone, opluwane i wyśmiewane, ja zadzierzgnęłam z Rosją nić porozumienia i zapragnęłam ją bliżej poznać. Uczęszczałam wtedy do szkoły podstawowej i język rosyjski był jeszcze językiem obowiązkowym w programie nauczania. To była moja pierwsza świadoma styczność z Rosją. Cóż, była to głównie styczność z językiem rosyjskim, jednak od początku spodobała mi się jego śpiewność i do dnia dzisiejszego słuchanie, jak ktoś mówi/czyta/śpiewa po rosyjsku sprawia mi przyjemność. I to do tego stopnia, że lubię słuchać samą siebie czytającą lub śpiewając coś "pa ruski" na głos, a śpiewać to ja nie potrafię :) Być może to zasługa mojej pierwszej nauczycielki tego języka? A może przyjaźni, jeszcze z czasów szkolnych mojej mamy, z dwoma Rosjankami - Soniuszką i Taniuszką, jak o nich mawiała? :) Czy raczej przygód Wilka i Zająca albo wszędobylskich matrioszek? Czy może czegoś jeszcze innego? Do dziś nie potrafię tego rozstrzygnąć.
"Wilk i Zając" ("Ну, погоди!" Wiaczesława Kotionoczkina)

W podstawówce uczyłam się gramatyki i pisowni, podśpiewywałam sobie pod nosem "Пусть всегда будет солнце, Пусть всегда будет небо, Пусть всегда будет мама, Пусть всегда буду я."* i nie w głowie mi były jakiekolwiek aspekty polityczne, mogące rzucić cień na moją znajomość z Rosją.
Wiedziona sercem, w liceum jako jeden z języków obcych, wybrałam oczywiście język rosyjski. Coraz bardziej zagłębiałam się w zawiłości językoznawcze zostawiając na uboczu kwestie polityczne i historyczne, ale do czasu. W tym okresie zaczęłam się też zaczytywać klasykami rosyjskimi.
Szerzej literaturę rosyjską dane mi było poznać dopiero na studiach. To właśnie po maturze, oprócz szlifowania języka rosyjskiego i zaczytywania się Bułhakowem, Lermontowem, Nabokowem czy Tołstojem, sięgnęłam po pierwsze interesujące książki historyczne i pierwszych niezbyt popularnych (jeszcze) w Polsce autorów. Nie będę tu, tak, jak w przypadku znajomości z Norwegią, wymieniać wszystkich nazwisk i tytułów, gdyż byłaby to bardzo długa lista i nie potrafiłabym wybrać z niej tych najistotniejszych dla rozwoju mojej znajomości z Rosją, podam więc tylko kilka przykładowych: Wiktor Pielewin, Siergiej Łukjanienko, Borys Akunin, Ludmiła Pietruszewska, Wiktor Jerofiejew, Wieniedikt Jerofiejew i inni. Kochałam fonetykę rosyjską i śpiewny akcent mojej profesorki, pokochałam też historię Rosji, choć to bardziej zawdzięczam ciekawym książkom niż moim wykładowcom. Podziwiałam różnorodność literatury rosyjskiej (nadal to czynię). Teraz napiszę coś, co niektóre osoby wprawi w osłupienie i zapewne ostatecznie zostanę przez nie uznana za wariatkę :) Rzecz tyczy języka scs, czyli staro-cerkiewno-słowiańskiego. Otóż bardzo mi się ten, martwy już, język podoba! Za nic w świecie nie chciałabym musieć go wkuwać, szczególnie gramatyki, i zdawać egzaminów z niego, niemniej podoba mi się jego brzmienie i wygląd/kształt liter. A spisane nim, zazwyczaj krótkie, historie przemawiają do mnie z tych odległych wieków mocniej niż opasłe tomiszcza. Tyle wariactw :)
Dzięki muzyce mogłam na moją znajomą (Rosję) spojrzeć z innej perspektywy. Np. zespołu Tatu :P Przyznam się, że ich "Я сошла с ума" ("Ja soszła s uma") czy "Нас не догонят" ("Nas nie dogoniat") słyszałam zewsząd. Moja ulubiona piosenka z tego albumu to jednak "Досчитай до ста" ("Dosczitaj do sta"). A może bardziej "Полчаса" ("Polchasa")? 
                                                                 Tatu "Полчаса"
Oczywiście do gustu przypadł mi tylko album w języku rosyjskim, wersja anglojęzyczna już nie była dla mnie tak interesująca. Tu zapraszam do wysłuchania dziewczyn z Tatu. Ja swoją płytę już odpaliłam i zapewniam właśnie moim sąsiadom niezapomniane wrażenia muzyczne w swoim wykonaniu :P Do Tatu, dorzuciłabym jeszcze takie zespołu jak: Arkona, Epidemia, Svarga czy Volkola. Te lata temu usłyszałam po nich po raz pierwszy.
             Epidemia "Krew elfów" (to tylko fragment z metal opery)

To także okres kiedy poznałam czym jest miłość od pierwszego wejrzenia. A wszystko za sprawą kilku rosyjskich kompozytorów oraz szeroko pojętej muzyki cerkiewnej :)

Aleksander Borodin
Tutaj jeden z najbardziej znanych fragmentów opery "Kniaź Igor", "Tańce połowieckie"


Requiem Borodina

Modest Musorgski
np. "Pieśni i tańce śmierci"

tutaj "Baba Jaga" :)

Siergiej Prokofiew
tutaj III Koncert fortepianowy C-dur, op. 26 

fragment baletu "Romeo i Julia"

I oczywiście Piotr Iljicz Czajkowski


 Cherubikon - w obrządku bizantyńskim hymn kościelny towarzyszący przejściu z liturgii słowa do liturgii eucharystycznej.
Jak już jestem przy cerkiewnych tematach, to przyznam się, że mogę godzinami kontemplować i czytać (może raczej próbować czytać) ikony rosyjskie. Jest w nich jakaś tajemnica, głębia. Tchną mistycyzmem. Jeśli kiedyś będziecie mieli możliwość zajrzyjcie do cerkwi, najlepiej starej i przypatrzcie się uważnie ikonom. Dostrzeżecie, że postaci na nich umiejscowione wodzą za wami oczami, zawsze patrzą Wam prosto w oczy. A jeśli z cerkwią Wam nie po drodze, może uda się Wam trafić do muzeum, które ma w swoim zbiorze ikony? Cerkwie, w znaczeniu budowli, to także dla mnie powód do zachwytu! Właściwie mam tu na myśli te starsze, bo tylko takie znam i widziałam, choć niestety tych najstarszych i najbardziej znanych jeszcze nie odwiedziłam. Zapewniam Was, że ikonostas (ściana pokryta ikonami znajdująca się między miejscem ołtarzowym (swiatłyszcze, prezbiterium) a nawą (naos), przeznaczoną dla wiernych.) na pewno przyciągnie Wasz wzrok!  Nawet nieznajomość układu ikonostatsu (jest on ustalony) oraz brak umiejętności odczytania ikon wchodzących w jego skład, nie będę dla Was przeszkodą, by się nim zachwycić. W tym miejscu nadmienię tylko jeszcze, że także architektura i malarstwo rosyjskie nieodmiennie zapierają mi dech w piersi. Lubię czasem obejrzeć coś z rosyjskiego kina. (Zainteresowanych odsyłam do postu na temat "ja" Igora Voloshina KLIK ) Wybaczcie, lecz w niniejszym wpisie mogę zawrzeć jedynie ułamek tego, co przyciąga mnie do Rosji.
Znajomość z Rosją nie jest burzliwa, to spokojne dorastanie razem i dojrzewanie do trudniejszych rozmów, a także odkrywanie tajemnic głęboko skrywanych. Mimo nawiązania nowych znajomości, nie porzucam Rosji. Bez niej byłoby mi smutno :) A jeśli ktoś kiedyś szukałby prezentu dla mnie niech w ślepo podaruje mi ikonę rosyjską (a, co! może go stać!) lub coś z rosyjskiej literatury w oryginale :) Albo po prostu rosyjską matrioszkę lub pięknie zdobione rosyjskie ludowe rękodzieło. Ewentualnie podaruje mi wizytę w Tretiakowkie (Galerii Tretiakowskiej) albo Ermitażu!
Moje znajomości z Norwegią i Japonią wciąż wnoszą bardzo wiele nowego w mój związek z Rosją. 

A teraz dzieci zaśpiewajmy razem! :D
Солнечный круг, небо вокруг -
Это рисунок мальчишки.
Нарисовал он на листке
И подписал в уголке:

Пусть всегда будет солнце,
Пусть всегда будет небо,
Пусть всегда будет мама,
Пусть всегда буду я. (x2)

Милый мой друг, добрый мой друг,
Людям так хочется мира.
И в тридцать пять сердце опять
Не устает повторять:

Пусть всегда будет солнце,
Пусть всегда будет небо,
Пусть всегда будет мама,
Пусть всегда буду я. (x2)

I tak to leci jeszcze kilka zwrotek :)




* "Солнечный круг" ("Słoneczny Krąg") - piosenka autorstwa Lwa Oszanina do muzyki Arkadiego Ostrowskiego wykonana po raz pierwszy w 1962 przez radziecką piosenkarkę Tamarę Miansarową.

"Wiosna życia" Artur Kosiorowski

Tytuł: "Wiosna życia"
Autor:  Artur Kosiorowski
Wydawnictwo:  Sowa/Self Publishing
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 94

Któż z nas będąc młodym człowiekiem, dojrzewając i dorastając, nie szukał swojej drogi w życiu, nie szukał sam siebie? Zazwyczaj czyniliśmy to w sposób chaotyczny, bardziej intuicyjnie niż w sposób zaplanowany, czując gdzieś podskórnie, że zasady, które są nam narzucane (także przez rówieśników) godzą w naszą indywidualność, w nasze pojmowanie świata. Zadawaliśmy pytania i sami na nie odpowiadaliśmy. Szukaliśmy odpowiedzi na te jeszcze niewyartykułowane zagadnienia. Błądziliśmy, potykaliśmy się, eksperymentowaliśmy - ze swoim wyglądem, ze swoim światopoglądem, ze swoim życiem. Niektórzy z nas odczuli te poszukiwania bardzo boleśnie. A ich echo towarzyszy nam do dziś. 

"Do środków zmieniających świadomość zawsze miałem słabość. Zaczęło się tradycyjnie od papierosów i alkoholu, gdzieś w siódmej klasie podstawówki, a potem to już poszło jak z płatka." [str. 11-12] 
 
Właśnie o tym jest książka Artur Kosiorowskiego. O poszukiwaniu. Głównych bohater "Wiosny życia", Artur, jak wielu innych nastolatków przed nim, zetknął się ze środkami zmieniającymi świadomość. Już na początku swojej wędrówki przez życie, tej bardziej świadomej, kiedy otaczający świat już nie tylko zachwyca i zadziwia, ale i przeraża, młody chłopak wie, jak smakuje alkohol, papierosy, marihuana, amfetamina etc. To ucieka od nich, próbuje się wyrwać, to wraca. Ta niewielka objętościowo książka jest zapisem obserwacji samego siebie, które prowadził bohater. Z wielu zdań zawartych w "Wiośnie życia" jasno wynika, że Artur zauważał zmarnowane okazje, zaprzepaszczone szanse na lepszą przyszłość (i nie mam tu na myśli od razu świetnie płatnej pracy, lecz po prostu dzień jutrzejszy bez krępujących go uzależnień), popsute relacje z ludźmi oraz powierzchowność życia, jakie prowadził. A mimo to brnął dalej. Chciał być wolny, a stał się niewolnikiem, więźniem. Religia ku której się zwraca, również staje się jego przekleństwem. Mistycyzm, w którym upatrywał wybawienia, staje się jego pułapką. Nawet miłość, to jedno z największych ludzkich uczuć, nie jest w stanie go oswobodzić, lecz tylko spycha coraz  głębiej w otchłań obłędu. (Bohater oprócz tego, że był uzależniony, chorował także na depresję oraz schizofrenię paranoidalną.) Co ciekawe, wygląda na to, by przez te wszystkie lata włóczęgi, najpierw po rodzinnych Pabianicach, a później nawet po Polsce, Artur nie napotkał na swojej drodze nikogo, kto byłby w stanie mu pomóc. Możliwe, że sam musiał dojrzeć do tej pomocy, bo inaczej nie byłby w stanie jej dostrzec i z niej skorzystać. Jakkolwiek było, bohater został sam na pastwę swoich uzależnień i lęków.

Przyznam się, że mam mieszane uczucia odnośnie "Wiosny życia". Książka porusza istotny problem uzależnień, w jakie wpadają młodzi ludzie. Przedstawia relację osoby, która sama przez lata zmagała się z tymi dmeonami. Dla mnie jest ewidentną przestrogą przed sięganiem po środki zmieniające świadomość, które wypełniają życie bohatera lękami, pustką, samotność, ciągłym głodem.  Jednak sposób w jaki jest napisana, w formie luźnej opowieści głównego bohatera, która kojarzy mi się z opowieściami w jakich brałam udział jako nastolatka na imprezach, wydaje mi się zbyt lekkim. To opowieść typu: "Stary pamiętasz, jak wtedy mieliśmy jazdę po maryśce i ... (tu wstaw dowolna szalona przygodę)". Według mnie, szczególnie dla młodych ludzi, może być historią zachęcającą do sięgnięcia po narkotyki. Obawiam się, że oni mogą odczytać książkę jako zapis jednej wielkiej imprezy, gdzie wszystko jest łatwe i przyjemne i nie ma żadnych zmartwień. Sądzę, że przydaoby się dodać do "wiosny życia" kilkanaście, może kilkadziesiąt stron, traktujących o odwykach przez które bohater przechodził, o jego pobycie w szpital. Ta niełatwa zapewne droga uświadomiłaby dobitniej każdemu czytelnikowi, jak złudnym jest świat na haju, że środki zmieniające świadomość nie są rozwiązaniem żadnych problemów. To tylko ułuda, okłamywanie samego siebie. Prosty, potoczny, chaotyczny język "Wiosny życia" pozwala odczuć czytelnikowi, że tu nic nie jest wymyślone pod publikę, nic nie jest ubarwione, Artur naprawdę to wszystko przeżył. Tylko mnie te potoczność i chaotyczność czasami męczyły. Przeszkadzało mi ciągłe powtarzanie się tych samych słów, w szczególności "albowiem" i "ażeby" wydawały się być ulubionymi wyrazami autora, które w dodatku nijak nie pasowały mi do języka książki. Zachęcam mimo to do sięgnięcia po tą niewielką książeczkę, bo jest ona istotnym zapisem zmian (na gorsze) jakie zachodzą w człowieku, który pozwolił, by narkotyki przejęły kontrolę na jego życiem.

Książką Artura Kosiorowskiego wywołała we mnie wiele wspomnień. Sama zaledwie otarłam się o uzależnienia, za to przez narkotyki pożegnało się z życiem kilku moich znajomych. A było nam tak dobrze, tak radośnie, wesoło. Tylko ja potrafiłam powiedzieć stop, oni - nie. Ja dalej cieszyłam się życiem, oni - coraz częściej zapominali, co to radość. Ja ruszyłam do przodu, wszystko mnie ciekawiło, dalej szukałam, oni - utknęli w narkotykach. I ostatecznie, to właśnie one przekreśliły ich szanse na odnalezienie samego siebie, przecinając nic życia w "Wiośnie życia". Czy żałuję tego, co przeżyłam jako nastolatka? Nie! To wszystko mnie ukształtowało. Cieszę się jednak, że moja droga ku samej sobie nie była tak wyboista i bolesna, jak tytułowego Artura.

*** 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi :)
Zajrzyjcie koniecznie na fanpage książki na Facebooku - KLIK.
***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:

* Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Wiosna życia" Artur Kosiorowski

Chleb razowy z ziarnami

Wspominałam już przy okazji postu o chlebie słonecznikowym (klik), jak bardzo lubię zapach świeżego pieczywa. Od czasu mojego chlebowego debiutu upiekłam już kilkanaście chlebów, w tym jeden bezglutenowy, specjalnie dla mojej koleżanki na ostatnie Święta. Jednak nie o chlebie dla bezglutenowców dziś będzie, a o poczciwym razowcu, wypełnionym ziarnami lnu zwyczajnego i słonecznika, który stał się ulubionym chlebem mojego męża :)
Składniki
350 g mąki razowej żytniej
150 g mąki pszennej razowej
ok. 30 g ziaren słonecznika
ok. 30 g ziaren lnu zwyczajnego
25 g drożdży
325 ml letniej wody
1 łyżeczka soli
1 łyżka oleju (słonecznikowego lub rzepakowego)
1 łyżeczka miodu płynnego
Przepis jest bardzo podobny do poprzedniego, właściwe różni się tylko rodzajem mąki, więc i wykonanie jest identyczne.
Ziarna słonecznika (ok. 50 g) wsypujemy na suchą rozgrzaną patelnię i lekko prażymy przez kilka minut delikatnie mieszając, żeby się nie przypaliły. Ziarna powinny się lekko zrumienić. Pozostałe 10 g ziaren zostawiamy do posypania chleba.
Mieszamy dwa rodzaje mąki i dorzucamy podprażone ziarna słonecznika, ziarna lnu (tych nie prażyłam i zostawiłam też trochę do posypania wierzchu chleba) oraz sól.
Drożdże rozpuszczamy dokładnie w letniej wodzie i dodajemy do mąki i ziaren. Na końcu dodajemy olej oraz miód.
Dokładnie wyrabiamy ciasto przez około 10 minut, jeśli korzystamy z robota kuchennego lub trochę dłużej - ręcznie.
Po wyrobieniu przekładamy ciasto do misy obsypanej delikatnie mąką, przykrywamy lnianą ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na minimum 1 godzinę. Po tym czasie ciasto nam wyrośnie.
Wykładamy ciasto do przygotowanej formy wyłożonej papierem do pieczenia albo na blachę przykrytą papierem do pieczenia i nadajemy pożądany kształt swojemu bochenkowi. Delikatnie pędzlujemy wierzch chleba wodą. Ponownie przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na minimum 45-50 minut.
Po upływie tego czasu przyszła pora na pieczenie chleba. Zanim włożymy chleb do piekarnika możemy posypać go pozostałymi ziarnami słonecznika.
Chleb pieczemy 40-45 minut w temp. 200-225 stopni. Długość pieczenia zależy od piekarnika. Wyjmujemy i chłodzimy chleb na kratce. A później nić tylko jeść i palce lizać :)
Do chleba można dodać, np. suszone śliwki, owoce żurawiny albo morele. W każdym wypadku chleb smakuje przepysznie.

Smacznego!




"Światła września" Carlos Ruiz Zafón

Tytuł: "Światła września"
Autor:  Carlos Ruiz Zafón
Oryginalny tytuł: "Las luces de septiembre"
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas
Wydawnictwo:  Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 256

Po niezbyt udanej przygodzie z "Córką Dymu i Kości" (klik) sięgnęłam po kolejną książkę z nurtu YA. Ktoś może się postukać znacząco w głowę, że niby wcześniejsze doświadczenia nic mnie nie nauczyły (tak, oprócz książki Taylor, czytałam również inne młodzieżówki, które nie przypadły mi zbytnio albo wcale do gustu, ale i trafiałam na takie, które są warte przeczytania). Książka Zafóna to dowód na to, że można napisać ciekawą powieść YA bez zbędnej tandety, infantylnych i nijakich bohaterów, a historia nie musi się ograniczać tylko do nieszczęśliwej czy trudnej miłości głównych bohaterów. Poza tym pisarz udowadnia, że można opisać to uczucie z lekkością i realizmem, lecz bez zbędnych, naburmuszonych słów. To taka miłość, która wywołuje przyśpieszone bicie serca, motyle w brzuchu i delikatne zaciekawienie drugą osobą. To uczucie, które sami dobrze znamy i które lubimy wspominać, a wspomnienia te zawsze przywołują na nasze usta zabłąkany uśmiech i zapalają iskierki dawnej radości w oczach.

"Światła września" to trzecia, napisana z myślą o młodym odbiorcy, książka Zafóna. Dla mnie to pierwsze zetknięcie z twórczością pisarza. Celowo nie sięgnęłam po jego najbardziej znane powieści - "Cień wiatru", czy "Gra anioła" - chciałam poznać Zafón sprzed okresu bycia sławnym i sprawdzić, czy przekona mnie bym sięgnęła po bestsellery, jakie wyszły spod jego pióra.

Historia przedstawiona w "Światłach września" rozgrywa się głównie w 1937 r. Nastoletnia Irene Sauvelle, wraz z owdowiałą matką Simone oraz bratem Dorianem, przenosi się z Paryża do Normandii. Zamieszkują w małym miasteczku Błękitna Laguna,  gdzie jej matka podejmuje pracę jako ochmistrzyni u ekscentrycznego i tajemniczego wynalazcy i fabrykanta zabawek Lazarusa Jann`a. Ten wyjazd odmieni ich życie, a rezydencja Lazarusa, Cravenmoore, na zawsze pozostanie w ich pamięci. Hannah, młoda i gadatliwa mieszkanka Błękitnej Laguny, będąca także kucharzem w rezydencji, szybko zaprzyjaźnia się z Irene i wtajemnicza ją w życie miasteczka. Sprawia też, że w życie Irene wkracza Ismael, kuzyn Hannah. Między młodymi ludźmi rodzi się uczucie. Niestety sielankę zakłóca morderstwo i mroczny sekret, którą kryje Cravenmoore i przeszłość fabrykanta zabawek. Zło przyczajone w zakamarkach tajemniczego domu wydostało się na wolność, by siać zniszczenie i śmierć. Irene i Ismael zostają zmuszeni by stawić mu czoło. Ruszają by pośród labiryntu świateł i cieni odkryć skrywane sekrety.

Cała książka przesycona jest tajemniczością. Groza snuje się w niej delikatnie niczym mgła. I jak ona, gęstnieje coraz bardziej, przesłania rzeczywistość, ale i odsłania czasami zupełnie znienacka niektóre jej elementy. Tylko, że wtedy zyskują one nowy obraz, a nasze spojrzenie na nie zmienia się. Widzimy je w nowym świetle, dostrzegamy to, czego dotąd nie zauważaliśmy albo nie chcieliśmy zauważyć. Jest stary dwór, nieznane zagrożenie, strach obezwładniający ciało i umysł, karykaturalne i zarazem przerażające automaty wypełniające Cravenmoore, dziwne wycinki ze starych gazet i tajemnicze listy z Berlina. Są elementy horroru i fantastyki, delikatna nutka romantyzmu, fatum ciążące nad człowiekiem oraz lekki mistycyzm. Wszystkie te elementy, które budują nastrój w powieści oraz sposób prowadzenia fabuły przez Zafóna przywodzą mi trochę na myśl dawne powieści grozy. Pisarz w swojej książce buduje napięcie krok po kroku, dzięki czemu czytelnik jest w stanie ciągłego zaciekawienia i nie nudzi się w trakcie lektury. Postaci stworzone przez Zafóna są realistyczne i wielowymiarowe. To osobowości. I choć "Światła września" nie są książką idealną, to są bardzo dobrze napisane i sprawiły, że mam chęć na więcej prozy Hiszpana.

Światła września [Carlos Ruis Zafon]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
 ***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:





Wielkanoc po norwesku

Wielkanoc to najważniejsze święto w kulturze chrześcijańskiej, choć każdy naród znajdujący się w tym kręgu tradycji, świętuje je po swojemu. Norwegowie w większości należą do kościoła protestanckiego (wiara ewangelicko-augsburska (luterańska) jest religią państwową; prawie 90% społeczeństwa należy do Kościoła Norweskiego, który jest państwowym Kościołem protestanckim.). Nie będę się jednak rozpisywała na temat tej gałęzią chrześcijaństwa, w tym wpisie chcę się z Wami podzielić kilkoma ciekawymi, tak sądzę, faktami na temat sposobu celebrowania Świąt Wielkanocnych przez obywateli Królestwa Norwegii. Pamiętajcie proszę, że piszę o swoich spostrzeżeniach, o tym, z czym sama się spotkałam, czy czego dowiedziałam się od Norwegów i z norweskich mediów, a wyjątki zdarzają się wszędzie :)
Wielkanoc (Påske) mimo religijnego charakteru nie jest ostatnimi czasy związana zbyt mocno ze śmiercią i zmartwychwstaniem Jezusa. Dla większości Norwegów Wielkanoc wiąże się przede wszystkim z wielkanocnymi wakacjami (påskeferie), które nad fiordami rozpoczynają się już w środę po południu (a dla sporej ilości Norwegów już w piątek po południu przed Niedzielą Palmową). Norwegowie mają więc wolnych 5 dni (Wielki Czwartek, Wielki Piątek, Wielka Sobota, Wielka Niedziela i Poniedziałek wielkanocny), a jeśli wezmą urlop w dni poprzedzające Wielki Czwartek lub/i w dni po wielkanocnym poniedziałku, mogą cieszyć się nawet kilkunastoma dniami wolnymi. Norweska tradycja wielkanocna nakazuje spędzenie okresu świątecznego aktywnie, najlepiej w górach na nartach (påskeski) i cieszyć się ostatnimi zimowymi dniami oraz wiosennymi promieniami słońca. Mile widziane są także wycieczki wielkanocne (påsketur). Takie wycieczki mogą być małe i większe, blisko i dalej, górskie i nadmorskie, krajowe i zagraniczne. Ważne, by zabrać ze sobą pomarańcze, kvikk-lunsj (norweski batonik) i krem do opalania :) Dużym powodzeniem cieszy się także w tym okresie żeglarstwo, a Norwegowie spędzają całe Święta na morzu. 
Część Norwegów spędza Wielkanoc w swoich domach (oczywiście także udają się na wycieczki) i cieszą się Świętami w mieście (bypåske). Miasta oferują z roku na rok co raz więcej. Do niedawna Wielkanoc był to bardzo spokojny czas z powodu tych wszystkich dni wolnych, Wielki Tydzień oznaczał zamknięte sklepy i wszelkie lokale. Sklepy nadal są zamknięte (część z nich otwiera swoje podwoje jedynie w Wielką Sobotę na kilka godzin; zazwyczaj do godz. 15), ale w miastach kawiarnie, restauracje, czy puby są otwarte (szczególnie popołudniami i wieczorami), a Wielkanoc jest mniej spokojna niż kiedyś. Można więc wyskoczyć na spacer po mieście i zajrzeć do ulubionej knajpki, czy do teatru albo kościoła, by wysłuchać jednego w wielu koncertów wielkanocnych (polecam szczególnie tą ostatnią opcję). Jedna ciekawostka odnośnie norweskich sklepów: jeśli w Wielką Środę do godziny 15-16 nie kupicie alkoholu, nie zrobicie tego aż do wtorku po Świętach. Chyba, że udacie się do Szwecji :) Tak, tak dobrze przeczytaliście. Wielki Czwartek (Skjærtorsdag) bywa nazywany przez Norwegów Sverigedag (szwedzki dzień). Wszystko za sprawą masowych zakupów czynionych przez Norwegów za szwedzka granicą. Wierzcie mi, każdy Norweg, który znajduje się w miarę blisko granicy norwesko-szwedzkiej udaje się tego dnia do szwedzkich sklepów na łowy (w Szwecji dzień ten nie jest wolny ustawowo i na drogach do i z Szwecji ciągną się kilometrowe kolejki).  W tym roku szwedzkie miasto Strømstad zapowiedziało, że nie otworzy w Wielki Czwartek sklepu z alkoholem (Systembolaget) z obawy przed pijanymi Norwegami ...
źródło zdjęcia http://www.dagbladet.no
Co jednak istotne, dla Norwegów, okres wielkanocny to czas spędzony z najbliższymi. To czas by odpocząć i nacieszyć się sobą. To czas leniuchowania i dobrego jedzenia. Jak już jestem przy jedzeniu to muszę wspomnieć o wielkanocnym jedzeniu (påskemat), w skład którego wchodzą przede wszystkim jagnięcina (påskelam), kurczak (påskekylling), jaja (påskeegg), czekolada, marcepan (påskemarsipan), pomarańcze i kiełki rzeżuchy. Jagnięcina jest dla mnie oczywistym elementem påskemat - Jezus jest Barankiem Bożym, który poniósł karę za nasze grzechy, a także w tradycji żydowskiej baranek jest składany w ofierze w okresie wielkanocnym. Podobnie ma się sprawa z jajami, które są symbolem witalności. Około równonocy wiosennej kury zaczynają ponownie znosić jaja, odradza się życie. W tradycji chrześcijańskiej symbolem zmartwychwstania Jezusa. (Kolejna ciekawostka: ponoć w ciągu Wielkanocy - od Wielkiego Czwartku do Poniedziałku wielkanocnego - Norwedzy zjadają 21 milionów jajek!) Norwedzy obdarowują dzieci czekoladowymi i marcepanowymi jajkami. Jak Norwegia długa i szeroka wszystkie dzieci (i dorośli także) otrzymują påskeegg wypełnione słodkościami, czasami innymi drobiazgami. Påskeegg powinno zostać wręczone w Wielką Niedzielę lub późnym wieczorem w Wielką Sobotę. Kurczak symbolizuje to, co jajka. Kurczak wydostający się ze skorupy jaja jest symbolem Jezusa, który wyszedł z grobu. Kurczak jako symbol Wielkanocy jest specyficzny dla Skandynawii. Kiełki rzeżuchy to także symbol budzącego się życia, jak wszelkie inne kiełkujące na wiosnę rośliny. Wyjaśnienia, dlaczego marcepan, pomarańcze oraz czekolada są zaliczane do wielkanocnych potraw nie znalazłam, ale sądzę, że w tym wypadku chodzi o nasze ludzkie przyjemności, a może także o trudny dostęp do tych delicji w dawnych czasach :)
Coraz większą popularność zdobywa w Norwegii zajączek wielkanocny (påskeharen), a tradycja ta zapewne przywędrowała tutaj ze Stanów Zjednoczonych. Zajączek to starożytny symbol celtyckiej bogini  Astarte i symbol płodności, lecz jego obecna popularność wiąże się raczej z faktem, że przynosi on dzieciom czekoladowe jajka i jest napędzana przez producentów słodyczy. 
Bardzo ważnymi symbolami Wielkanocy są cztery kolory: żółty (symbol słońca), zielony (symbol życia), fioletowy (kolor pokuty, symbol kary) i biały (symbol czystości, radości i zmartwychwstania). Norwedzy szczególnie mocno upodobali sobie kolor żółty i przyozdabiają swoje domy żonkilami (påskelilje), żółtymi tulipanami, żółtymi serwetkami, żółtymi kurczaczkami itp.. Żonkile, symbol czystego życia, zazwyczaj pojawiają się w ogromnych ilościach na dwa tygodnie przed Wielkim Tygodniem (ale i wcześniej już je widać) i są najbardziej rzucającym się w oczy symbolem wiosny i Wielkanocy.
W przerwach między wędrówkami, jazdą na nartach oraz ucztowaniem każdy Norweg znajdzie czas na czytanie kryminałów (påskekrim), które Świętami wyglądają z każdej półki sklepowej i zachęcają do kupienia ich (zazwyczaj są w specjalnych pakietach, wersjach pocket i promocyjnych cenach). Ale påskekrim to także seriale i filmy kryminalne, które należy tradycyjnie w okresie wielkanocnym obejrzeć.
Norwedzy lubują się w przyozdabianiu swoich domów z okazji różnych świąt. Wielkanoc nie stanowi tu wyjątku. Wspominałam powyżej o żonkilach i żółtym kolorze, które królują w okresie świątecznym. Wielkanocne przyozdabianie przybiera różne formy, najczęściej ma postać kącików (ja tak to nazywam) zaaranżowanych w świątecznym klimacie. Znajdziemy w nich pisanki, kurczaczki, zajączki, żonkile i inne kwiaty, gałązki brzozowe i wierzby płaczącej. Wszystko w wielkanocnych kolorach.
zdj. pinterest.com
zdj. pinterest.com














































zdj. pinterest.com
zdj. pinterest.com
zdj. pinterest.com








































Co jest jeszcze ważne dla Norwega, a co nieodmiennie wiąże się z wielkanocnymi wakacjami? Opalenizna! Najlepiej opalić się na stoku lub na tarasie domku letniskowego (hytte), ale można wspomagać się samoopalaczami lub solarium :)
Wielkanoc to zlepek tradycji judaistycznych (pamiątka wyjścia z Egiptu), chrześcijańskich (pamiątka cierpienia, śmierci i zmartwychwstania Jezusa ) i pogańskich (święto słońca). Nie dziwi więc, że istnieje wiele tradycji wielkanocnych czerpie z ludowych wierzeń i przesądów. Oto kilka z nich wpisanych w norweską wielkanocną tradycję:

Wielki Czwartek (Skjærtorsdag
Dzień latających czarownic, które tego dnia udają się na sabat na górę Bloksberg (czyli Brocken, najwyższy szczyt gór Harz, który możecie kojarzyć z Nocą Walpurgii). Sabaty odbywały się także na Blåkulla, Lyderhorn, Hekkenfjell. Dlatego wiele osób  tego dnia umieszczało na schodach miotły, by czarownica nie ukradła im kozła, baran, czy konia, by na nim udać się na sabat. Co ciekawe zdarzyło mi się widzieć miotły przy wejściu do domu obecnie i słyszeć o wystawianiu miotły od Norwegów. 
Aby dodatkowo ochronić się przed czarownicami umieszczano także stal w drzwiach, w łóżkach, w stajniach, oborach i stodołach. 
Na południowym wybrzeżu istniał zwyczaj, by bić w dzwony jeszcze przed świtem w Wielki CzwartekPonoć był to niezawodny sposób, aby uziemić czarownice i nie pozwolić im polecieć na sabat.
Inny przesąd związany z Wielkim Czwartkiem mówi, że tego dnia mężczyźni nie powinni używać zarówno siekiery jak i noża. Dlaczego? Ponieważ tego dnia został wyciosany krzyż Jezusa. Kobiety z kolei nie powinny używać tego dnia drutów, które przypominają włócznie, która Jezus został przebity.
Także w Wielki Czwartek w niektórych miejscach młodzi mężczyźni kręcili się wokół młodych kobiet na wsi i błagali je, by te dały im coś, co nazywali langfredagstråd (w wolnym tłumaczeniu będzie to wielkopiątkowa lub długopiątkowa nić). Langfredagstråd był to rodzaj lalki z nici w różnych kolorach, którą młode kobiety mocowały do kurtek i koszul żebrzących mężczyzn :) Cel: móc pochwalić się jak największą ilością laleczek przymocowanych do piersi.
Jest i przesąd dla zakochanych :) Jeśli w nocy w Wielki Czwartek umieścisz w swoim lewym bucie monetę to przyśni Ci się Twoja przyszły(a) oblubienic(a) :)

Wielki Piątek (Langfredag
Zwany Czarnym Piątkiem. Dzień zbiorowej żałoby. Dzień, w którym należało upamiętnić cierpienie Jezusa. Tego dnia należało, np. bardzo ciężko pracować (najlepiej były widziane prace wymagające szczególnego wysiłku, czy szczególnie niemiłe do zrobienia, np. rozrzucenie gnoju na polach) i tym samym cierpieć razem z Jezusem. W tym samym celu należało otrzymać chłostę tudzież należało okładać się rózgami. Jednak w większości przypadków rytuał ten traktowany był bardziej jako zabawa niż prawdziwe przysparzanie sobie bólu i cierpienia. Wielki Piątek trzeba było przeżyć boleśnie.
Był to okres ciszy, postu i niekończących się modlitw oraz umartwiania.
Jeszcze do niedawna zwyczajem było opuszczanie flag do połowy masztu (w niektórych miejscach nadal jest on praktykowany). Flaga była podnoszona w niedzielny poranek. To także był akt na pamiątkę śmierci Chrystusa na krzyżu.
Kościoły w Wielki Piątek nie są w żaden sposób udekorowane oraz zupełnie pozbawione światła (poza tym wpadającym przez okna). Kolorem liturgicznym tego dnia jest kolor czarny. 

Wielka Sobota (Påskeaften)
Wielka Sobota była dniem, gdy ludzie mogli odetchnąć z ulgą. To ostatni dzień postu. Zbliżała się Niedziela Wielkanocna, nazajutrz nastaną jaśniejsze czasy.
Wieczorem w Wielką Sobotę rozpalano ogniska i strzelano w powietrze. Był to sposób na pożegnanie się z postem i na powstrzymanie złych duchów, w oczekiwaniu na zmartwychwstanie Jezusa. Był to bowiem czas największego zagrożenia dla wszystkich istot. Jezus jeszcze nie zmartwychwstał, życie jeszcze nie zwyciężyło śmierci. Żaden inny dzień spośród dni Wielkiego Tygodnia nie był tak wypełniony czarami ochronnymi. Ciemne siły mogą przejąć władanie nad widzialnym i niewidzialnym światem.
W sobotę tradycyjnie barwiono także jajka, wcześniej rysując na nich świecą wybrany przez siebie wzór.

Wielka Niedziela (1 Påskedag)
To dzień świętowania i radości. Post i cisza zostają zakończone. Kościelne dzwony biją, robocze i zgrzebne (pokutne) ubrania  zostają zastąpione odświętnymi i czystymi.
W dawnych czasach ludzie szli wczesnym rankiem w Wielką Niedziele w góry, najlepiej jeszcze przed wschodem słońca, aby przywitać je na górskim szczycie. Wierzono, że słońce tego dnia zachowuje się wyjątkowo i tańczy na niebie, radując się zmartwychwstaniem Jezusa. Mówiło się, że jeśli zabrałoby się tego ranka chorych na szczyt, na pewno by się im polepszyło (a nawet mogliby wyzdrowieć całkowicie), bo wschodzące w wielkanocny poranek słońce ma uzdrawiającą moc. (Całkiem możliwe, że stąd biorą się obecne påsketur, czyli tradycyjne norweskie wyprawy w góry.)
Nie można było rozpalić ognia w palenisku, czy piecu, nim nastanie ranek w Wielka Niedzielę. Nie przestrzeganie tego przesądu groziło nieszczęściem zarówno ludziom jak i zwierzętom. Rozpalenie ognia w wielkanocny ranek wiązało się ryzykiem, że czarownica przejmie władze nad pierwszym, który to uczynił, a poprzez niego nad innymi.
W niedzielny poranek należało zjeść jak najwięcej jajek na twardo, które od dawien dawna są symbolem płodności, życia i mocy. 
W dawnych czasach jaja były także używane do różnych gier i zabaw. W niektórych rejonach ukrywano jaja pod ubraniem, a następnie uderzano się wzajemnie próbując owe ukryte jajka rozbić.
Młode dziewczyny gotowe do zamążpójścia mogły włożyć jajko między piersiami. A wszystko po to by chłopcy spróbowali je wydobyć :)
Kolejny przesąd mówi, że pierwsze żywe stworzenie zobaczone w wielkanocny dzień będzie miało ogromne znaczenie w nadchodzącym roku. I tak, jeśli będzie to koń- będziesz silny, kot - uczyni cię leniwym, małe ptaki - dadzą ci rok wypełniony radością.
Jest też tradycja mówiąca o tym, że w Wielką Niedzielę podłoga w stodole musiała być dokładnie zmieciona aby Dziewica Maryja mogła tańczyć. 
W wielu miejscach okres około wielkanocny był to czas  wypuszczania zwierząt na pastwiska. Dlatego też był zwyczaj aby dawać niedźwiedziom kaszkę/owsiankę (bassegraut), aby osłodzić drapieżniki (w pewien sposób ułagodzić) zanim zwierzęta zostaną uwolnione na pastwiska. Ale i tak cały proceder był przerażający, a podjęte środki ostrożności niewystarczające, ponieważ pierwszy, który rozpalił ogień w piecu i tak musiał się liczyć z tym, że jego zwierzęta zostaną zaatakowane przez drapieżniki.
Pierwszy dzień Wielkanocy niósł ze sobą przepowiednię na temat pogody. Jeśli w noc przedwielkanocną był mróz, to będzie on trzymał jeszcze przez długi czas. Jeśli w Wielką Niedzielę padał deszcz, wróżyło to złe lato, a tym samym kiepskie zbiory.

Wiele tradycje wielkanocne przetrwały tysiące lat i kilka religii. Istnieją nawet w dzisiejszych czasach choć na ogół nie są one kultywowane jako element rytuałów religijnych. Nadal czczone jest słońce, gałązki wielu drzew, domy przystrajane są dawnymi symbolami płodności i wiosny, często bez naszej świadomość znaczenia tego, co robimy. W ten sposób łączymy się niejako z naszymi przodkami. Wygląda na to, że wiosenne święto słońca, nowego życia i zmartwychwstania jest głęboko zakorzenione w ludzkiej tradycji. Jesteśmy prawdopodobnie bardziej religijni niż jesteśmy tego świadomi :)

***
 Z okazji Wielkanocy chcę Wam złożyć najserdeczniejsze życzenia. Nieważne, czy zaliczacie się do wierzących, czy nie, chcę Wam życzyć aby Wasze dni były wypełnione radością, miłością i zdrowiem, abyście mieli czas żeby kolekcjonować dobre wspomnienia. Dbajcie o siebie nawzajem, bądźcie optymistycznie nastawieni i przyjaźni i pomyślcie o tych, którzy są samotni i nieszczęśliwi albo są z dala od swoich bliskich.
Radosnych Świąt Wielkanocnych! Gledelig Påske!



                                                                              ***


"Wiedźma naczelna" Olga Gromyko

Tytuł: "Wiedźma naczelna."
Autor:  Olga Gromyko
Seria: Wolha Redna tom 5
Oryginalny tytuł: "Верховная Ведьма"
Tłumaczenie: Marina Makarevskaya
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 526

Cisza i spokój to błogosławieństwo. Wszystko jest i/lub/oraz/albo będzie dobrze (niepotrzebne skreślić). Wolha wychodzi za mąż. Jest tylko jeden mały problem - Wolhy nie ma w miejscu zamążpójścia. Narzeczony jej szuka, przyjaciele też. Nawet dawni nauczyciele zostali zaangażowani w akcję. To zrozumiałe - przedślubna trema nikogo nie szczędzi i a nuż wiedźma zrobi coś nierozważnego ... W.Redna ma nielichy powód, by nie przebywać tam, gdzie wszyscy jej oczekują - napisanie pracy w celu otrzymania tytułu bakałarza III stopnia magii bojowej. Kariera rzecz ważna! Błogosławieństwo łatwo staje się przekleństwem. Bywa także zachętą, by owe ciszę i spokój zburzyć.  Żeby nie było zbyt nudno.  I tak, rudzielec udaje się na wyjątkowo długi objazd w celach naukowych. Ściśle rzecz ujmując, by zachłysnąć się po raz ostatni wolnością i  odnaleźć wszystkie składowe swojego szczęścia. Przygoda goni przygodę, a Wolha przeżywa męki pt. - Wyjść za mąż, czy uciekać póki czas? I - Jestem za młoda, muszę się wyszaleć. Oraz - A jak on się odkocha, gdy za pięćdziesiąt lat pokurczę się jak suszona śliwka?

"(...) suknia ślubna (...) Całun pogrzebowy! - A wesele? - Stypa!! - Yyyy... Pierwsza noc poślubna? - Uroczyste wniesienie trumny do grobowca i oddanie do użytku!"

Co jest w takim razie niezbędne do szczęścia Wiedźmie Naczelnej najbardziej pospolitej z pospolitych dolin zamieszkanej przez najzwyczajniejsze na świecie wampiry? Ukochana praca? Wspinanie się po szczeblach kariery? Stopień arcymaga? Szacunek wieśniaków i kolegów po fachu? Drżenie wodników, strzyg i innego tałatajstwa magicznego pętającego się po świecie, na sam dźwięk imienia Wolhy? Szalone przygody z mieczem u boku i dzielną kobyłką pod siodłem? Mocny alkohol? Miłość? Zazdrosne spojrzenia odrzuconych zalotników? A może ... wiśniowa nalewka, która wyleczy z przedślubnej depresji? Przyjaciele i Len są bez szans, by udzielić na to pytanie poprawnej odpowiedzi, za to wrogowie z chęcią pomogą rozstrzygnąć ten oraz inne dylematy Wolhy. Przecież śmierć też może przynieść szczęście.
Przygoda wzywa! Czarna klacz osiodłana, miecz naostrzony i bezpiecznie schowany w pochwie, a Wolha ponownie wyrusza w Belorię z rozwianym włosem i podwianą suknią, by psuć nastrój nieumarłym i konkurentom w jednym, rycerzom, magom, wampirom, świętym ...czyli wszystkim, którzy staną jej na drodze oraz szukać odpowiedzi na dręczące ją pytania. Panna wiedźma, jak raczył nazwać Wolhę pewien zacny aczkolwiek zaślepiony wiarą wielki mistrz zakonny, z rodzaju tych zakutych w ciężką zbroję i z wielkim mieczem, jest w swoim żywiole.

"I dokładnie w tej samej chwili na sterczący smoczy tyłek wpadła z rozpędu trójka desperacko wrzeszczących chłopów. Uczestnicy karambolu nie od razu połapali się w sytuacji i przez chwilę tępo patrzyli po sobie, przy czym zszokowany taką bezczelnością smok wzleciał na prawie zniszczoną samotnię jak panna na widok myszy, a krzyki Gdynia wręcz weszły w tony naddźwiękowe. Po chwili stwór zrozumiał, że to tylko kolejni włóczędzy sięgają po to, co dla niego najświętsze, z irytacją szczęknął zębami i syknął na nowo przybyłych. Na szczęście wstrząs nerwowy przeszkodził mu w dokładnym celowaniu i ogień przeszedł górą, skupiając się na szczycie pionowo uniesionego wiosła. Przez dobre pół minuty Gdynio i jego towarzysze z powodzeniem imitowali słynny złotolity gobelin „Święty Kanary i dwaj jego uczniowie przynoszą ludziom boski ogień”, zdobiący ścianę głównej świątyni w Starminie, ale już po chwili święty z hukiem oblał zadanie dostarczenia ognia wdzięcznemu pospólstwu, upuszczając wiosło i razem z „uczniami” wiejąc gdzie oczy poniosą."
źródło ozon.ru

W ostatniej części opowieści o W.Rednej zbiegają się wszystkie wcześniejsze wątki. Tutaj kończą się historie pozornie zamknięte we wcześniejszych książkach. Nareszcie wszystko się wyjaśnia. I to w bardzo ciekawy, nieco zaskakujący, a przy okazji zabawny sposób. Tym razem układ powieści jest nieco inny niż w poprzednich. "Wiedźma naczelna" została podzielona na rozdziały, każdy opowiadający o innej przygodzie naszej bohaterki. Początkowo niezbyt spodobał mi się ten pomysł, jednak z czasem przekonałam się, że moje odczucia są błędne, a autorka zgrabnie połączyła wszystkie opowieści w jednolitą fabułę. Okazało się, że taki podział pozwolił zapanować nad chaosem, który mógłby powstać przy próbie zamieszczenia wszystkiego naraz. Dodatkowo rozdziały były niczym tropy, które krok za krokiem okazały się prowadzić czytelnika do zakończenia opowieści o wiedźmie i jej przygodach. Muszę podkreślić, że mimo, iż cała książka zmierzała ku nieuniknionemu i szczęśliwemu zakończeniu, to nie było ono banalne i oklepane, choć wykorzystuje szeroko znane i powszechnie lubiane elementy, takie jak: śpiewany sabat, uściski, biadolenie, okup, konkursy, "desperacko wydzierającego się kota w worku", wiadro wody, kwietne dekoracje, tłumy gości i trumnę.

"Orsana osobiście odkryła wywernę, przy czym tajemnicą pozostało, która z pań przestraszyła się bardziej. W każdym razie potwór rzucił się do ucieczki ile sił we wszystkich ośmiu łapach, z całego serca żałując, że nie ma czym zatkać uszu."

Raz jeszcze (oby nie ostatni!) na kartach książki pojawiają się najbliżsi przyjaciele Wolhy. Są bardzo istotną częścią "Wiedźmy naczelnej", której część akcji skupia się na ich przygodach. Czytelnik czytając ostatni tom przygód Wolhy jest już pewien, że stali się oni także jego dobrymi przyjaciółmi. Z rodzaju tych, z którymi można konie kraść. Pisarce udało się powołać do życia wyjątkowych bohaterów, takich swojskich, dających się lubić. I raz jeszcze Olga Gromyko zafundowała mi wspaniałą, wciągającą lekturę, która wywołała łzy i ból brzucha, spowodowane przedawkowaniem śmiechu. (Nadal na wspomnienie niektórych fragmentów zaczynam chichotać :))

źródło read.ru
 "Wiedźma naczelna", podobnie jak wcześniejsze części cyklu, nie jest literackim arcydziełem, ale to kawał porządnego fantasy. Autorka bawi się konwencją fantasy, naginając ją do wykreowanego przez siebie świata i dostosowując do swoich bohaterów. To takie fantasy z ironicznym uśmiechem i w krzywym zwierciadle, gdzie wielkie przygody przytrafiają się niechcący i wciągają niczego nie świadomych bohaterów w pułapkę bohaterskich czynów. Powieść napisana jest prostym i dynamicznym  językiem, bardzo dobrze dopasowanym do poszczególnych postaci i do tempa fabuły. Mimo braku mocno rozbudowanych epickich opisów, Gromyko stworzyła baśniowy klimat świata, który odszedł w zapomnienie. Za każdym razem czytając kolejne historie o W.Rednej odnosiłam wrażenie, że to albo sama Wolha mi je opowiada albo jakiś grajek spotkany na wsi snuje swoją opowieść. Wszystkie książki opowiadające o wiedźmie Rednej zostały napisane na podobnym poziomie, nie ma tam wybitnej ani fatalnej części, choć jedne mogą się podobać bardziej, a inne mniej. Za każdym razem gdy kończyłam czytać którąś z części cyklu Wolha Redna, sama siebie zapewniałam, że nie rzucę się łapczywie na kolejną. Oczywiście nic mi z tych planów nie wychodziło. I nie żałuję! No, może trochę żałuję, że tak szybko (za szybko!) je przeczytałam. Na szczęście mam już pierwszą część po rosyjsku :)

"Już mi niosą trumnę z welonem.
 Nie dałeś słowa - to wytrwaj,
 A jak dałeś, to się żeń! 
(Mądrość ludowa)" 

I ja tam byłam, miód i wino piłam, a co widziałam i słyszałam, Wam opowiedziałam :)


***

* Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Wiedźma naczelna" Olga Gromyko

Day Solution Cream SPF15 Green People

Pod koniec września minionego roku chwaliłam się, że pod moją strzechę zawitały kosmetyki marki Green People. (KLIK) Firma ta znana jest ze swoich naturalnych kosmetyków dla całej rodziny, w których nie znajdziecie substancji chemicznych takich jak SLS, parabeny, ftalany, substancje ropopochodne, zapachowe i koloryzujące. W zamian otrzymacie certyfikowane produkty ekologiczne pachnące naturalnymi olejkami eterycznymi. Green People to firma z ponad piętnastoletnim doświadczeniem w tworzeniu zdrowych i przyjaznych kosmetyków, słusznie uznawana za pioniera organicznej pielęgnacji. Marka Green People powstała w wyniku choroby skóry 2-letniej wówczas córki Charlotte Vohtz, założycielki firmy. Charlotte odkryła, że alergie skórne, na które cierpiała dziewczynka, są spowodowane reakcją na stosowane przez nią kosmetyki, wypełnione chemicznymi składnikami. Zaczęła poszukiwania bardziej naturalnych produktów pielęgnacyjnych dla córki. I ze zdziwieniem i przerażeniem odkryła, że nawet kosmetyki zachwalane jako naturalne, składają się w większości (w ponad 90%) z syntetycznych substancji chemicznych. Kobieta wzięła sprawy w swoje ręce i zaczęła leczyć dziewczynkę domowej roboty produktami. Kiedy okazało się, że domowe mieszanki mają zbawienny wpływ na skórę córki, Charlotte Vohtz postanowiła podzielić się swoim doświadczeniem i wykreowała markę Green People. Jakość kosmetyków sygnowanych marką Green People potwierdzają liczne certyfikaty organizacji ekologicznych między innymi: EcoCert, Fairly Traded, Vegan Society oraz Soil Association.
 
Zakup produktów Green People miałam w planach od dawna, a czytając coraz więcej i więcej na ich temat coraz mocniej przekonywałam się, że mój zakup okaże się trafiony. Dziś zapraszam na pierwszy post, w którym opowiem Wam o swoich spostrzeżeniach na temat jednego z produktów tej marki - kremie na dzień z filtrami SPF15.
Najpierw raz jeszcze przypomnę Wam, że jestem posiadaczką cery mieszanej, kapryśnej i wrażliwej przy okazji. Miewam problemy z doborem kosmetyków, które odpowiednio by ją nawilżyły, a do tego nie zostawiały tłustej warstwy, nie podrażniły jej i nie spowodowały wysypu niedoskonałości. Często mój początkowy zachwyt jakimś produktem przeradza się w rozpacz i zgrzytanie zębami. Dlatego zawsze z obawą podchodzę do kosmetyków, jakimi pielęgnuję moją cerę. Tak samo było w przypadku Day Solution Cream SPF15.  

Krem Day Solution SPF15 to, jak sama nazwa wskazuje, krem na dzień zapewniający ochronę przed promieniami UVA i UVB (zawiera naturalny filtr SPF: Isoamyl p-Methoxycinnamate - produkowany z olejku cynamonowego i Titanium dioxide - czyli tlenek tytanu). Kosmetyk ten zapobiega też starzeniu się skóry, nawilża ją, odżywia i chroni przed uszkodzeniami spowodowanymi przez wolne rodniki i inne szkodliwe czynniki. Polecany jest dla wszystkich rodzajów cery, także dla cery wrażliwej. Jest to produkt nietestowany na zwierzętach, odpowiedni dla wegan i wegetarian i nie zawierający:
- parabenów
- ftalanów
- lanoliny
- alkoholu
- związków ropopochodnych
- sztucznych aromatów 
- sztucznych barwników.
Za to w jego składzie znajdziemy:
- aloes
- wyciąg z konopi
- olejek jojoba
- zieloną herbatę
- rumianek.

Pojemność
50 ml

Cena

119,- NOK (około 60,- PLN)

Skład
AQUA (SPRING WATER), ELAEIS GUINEENSIS (PALM) OIL*^, HELIANTHUS ANNUUS (SUNFLOWER) SEED OIL*, ISOAMYL P-METHOXYCINNAMATE (NATURALLY OCCURRING UV-FILTER), CETEARYL GLUCOSIDE (PLANT DERIVED EMULSIFIER), TITANIUM DIOXIDE (MINERAL UV-FILTER), SIMMONDSIA CHINENSIS (JOJOBA) SEED OIL*, CANNABIS SATIVA (HEMP) SEED OIL*, CETEARYL ALCOHOL (EMULSIFYING PLANT WAX), GLYCERYL STEARATE (PLANT DERIVED EMULSIFIER), OLEA EUROPAEA (OLIVE) FRUIT OIL*, ALOE BARBADENSIS (ALOE VERA) LEAF JUICE POWDER*, SODIUM STEAROYL GLUTAMATE (PLANT DERIVED EMULSIFIER), ROSMARINUS OFFICINALIS (ROSEMARY) LEAF EXTRACT*, CAMELLIA SINENSIS (GREEN TEA) LEAF EXTRACT*, CHAMOMILLA RECUTITA (CHAMOMILE) FLOWER EXTRACT*, AROMA [PELARGONIUM GRAVEOLENS (ROSE GERANIUM) OIL*^], PHENOXYETHANOL, BENZOIC ACID, DEHYDROACETIC ACID, GERANIOL*, CITRONELLOL*, LINALOOL*, CITRAL*, LIMONENE*

*85.1% organic
Opakowanie kremu to smukła biała butelka z porządnego tworzywa sztucznego, z poręcznym dozownikiem - pompką, który umożliwia łatwą, sprawną i higieniczną aplikację kremu. Krem nie zasycha i nie zatyka otworu dozownika. Nie przeszkadza mi zupełnie fakt, że nie widzę, ile jeszcze zostało produktu w opakowaniu.
Jedna pompka wystarcza mi na dokładne pokrycie kremem całej twarzy i szyi. Dodam, że stosując ten krem warto go wklepywać zamiast wmasowywać/wcierać (robię tak z większością kremów), dzięki czemu kosmetyk dokładniej się rozprowadza i nie zostawia na skórze białych smug, a my niepotrzebnie nie naciągamy skóry.
Według producenta krem ma delikatny zapach geranium, którego jednak mój narząd powonienia nie wychwytuje. Ja określiłabym ten krem bardziej jako bezzapachowy, ewentualnie troszeczkę ziołowy. Możliwe, że nosy przyzwyczajone do kosmetyków perfumowanych wyczułyby to geranium :)
Produkt bardzo dobrze się wchłania i nie pozostawia tłustej warstewki na mojej skórze (zazwyczaj nakładam go ciut więcej na policzki i nos niż na czoło, brodę i szyję). Jest to świetny krem pod makijaż. Nie roluje się i nie powoduje, że makijaż trzyma się gorzej, czy krócej niż bez tego kremu, czy przy zastosowaniu innego. Chciałabym również podkreślić, że krem Day Solution SPF15 nie bieli skóry, choć kosmetyk po wyciśnięciu może trochę przestraszyć, co bardziej opalone lica.

Day Solution Cream SPF15 stosuje już ponad 5 miesięcy i jeszcze końca nie widać/czuć. Czyli krem jest z tych wydajnych, co daje dobry stosunek ilości do ceny. A jeśli jeszcze wziąć pod uwagę jakość kosmetyku, to okazuje się, że nie jest taki drogi.
Możliwe, że dla osób z cerą suchą potrzebne byłoby jakieś serum nawilżające pod ten krem, ale może się mylę, bo sama nie jestem posiadaczką takowej. Mnie na przesuszone policzki krem w zupełności wystarczał. Dla mnie krem Day Solution to dobro zamknięte w prostej białej butelce :)

A, czy Wy może zetknęliście się z kosmetykami Green People?