"Skazaniec. Na pohybel całemu światu" Krzysztof Spadło

Tytuł: "Skazaniec. Na pohybel całemu światu"
Autor:  Krzysztof Spadło
Seria:  Skazaniec, tom I
Wydawnictwo:  Self Publishing/Krzysztof Spadło
Rok wydania: 2013
Liczba stron:  428

(...) zawsze należy być przygotowanym na solidnego i bolesnego kopa, którym może nas poczęstować nieprzewidywalny los.[s.216]

Czym jest dla was więzienie? Jakie skojarzenia wywołuje u Was to słowo? Czy nie jest tak, że gdy tylko pojawi się temat więziennictwa to przede wszystkim narzekamy na to, że my, praworządni obywatele, utrzymujemy zgraję darmozjadów i leni, zbijających bąki w ciepłych celach? Zżymamy się, że kryminalista ma lepiej niż chory przebywający w szpitalu. a od czasu do czasu stukamy się w głowę słuchając/czytając o np. futurystycznych skandynawskich więzieniach, wyglądających jak przytulne hoteliki. (Przynajmniej z zewnątrz.) Czy zauważyliście może, że gdy ktoś mówi o osadzonych to generalizuje? Traktuje się aresztantów jak jeden organizm, pozbawia ich indywidualności, odczłowiecza. Wszystkich, którzy lądują za kratkami wrzuca się do jednego worka. Zastanawialiście się, kim są ludzie, którzy oglądają świat zza krat? Kim są Ci, którzy pracują w więziennictwie? Sądzę, że większość z nas tego nie robi. Czasami jedynie emocjonujemy się chwilową sławą aferzystów, nakręcaną przez media. Więzienie jest tajemnicą i tabu. To oddzielny świat, inny niż ten w którym żyjemy. Ba! To wręcz równoległa rzeczywistość, do której zsyłani są Ci, którzy sprawiają problemy. A kiedy już zamknie się za nimi brama więzienia, znikają. Prawie tak jakby ktoś wymazał ich gumką z zapisanej kartki. Zapominamy, że niezależnie od tego za co ludzie Ci zostali skazani, nadal pozostają ludźmi. Choćby dopuścili się strasznych czynów. Nie jest tak, że nazwanie ich więźniami i umieszczenie w areszcie pozbawia ich uczuć, marzeń, wspomnień, a nawet planów. O tym właśnie traktuje książka Krzysztofa Spadło.

Musicie wiedzieć, że każda cela to miejsce kaźni, gdzie czas znęca się nad człowiekiem. Jesteś tylko ty, twoje myśli i czas płynący w zwolnionym tempie. Sunie leniwie i pastwi się nad tobą, zagląda ci w umysł, budzi wspomnienia, zadaje pytania, na które nie ma odpowiedzi. [s.18-19]

"Skazaniec. Na pohybel całemu światu" rozgrywa się w latach dwudziestych XX wieku, a głównym bohaterem książki jest Stefan "Ropuch" Żabikowski, młody mężczyzna który trafia do więzienia we Wronkach, uważanego za najostrzejszy zakład karny II RP. Do miejsca, w którym jesz na sygnał, sikasz na sygnał, srasz na sygnał... [s.52] Od dnia, w którym przekracza bramę aresztu staje się więźniem numer dwadzieścia dziewięć-jedenaście, skazanym na dożywocie i odbywającym karę w Centralnym Więzieniu we Wronkach, blok B, oddział dziesiąty. [s.40] Staje się numerem odnotowanym w dokumentach. Uczniem, który musi pilnie i szybko nauczyć się niepisanych praw i  reguł rządzących tym miejscem, by przeżyć. Na swoje szczęście poznaje Ojczulka, Romana, Suchego, Kazika i Franka, z których pomocą będzie poznawał więzienne życie i którzy staną się jego kompanami więziennej niedoli. Staną się dla niego kimś na kształt przyjaciół, mimo, że w areszcie przede wszystkim myśli się o sobie samym i czasami ma się chęć dać im w zęby. Na kartach książki Stefan opowiada nam dzień po dniu o pierwszych latach swojego pobytu w więzieniu. Z jego opowieści wyłania się niezmiernie złożony, mimo swojej, wydawałoby się, prostoty, świat, istniejący za wysokimi murami. Cały czas stąpasz po cienkiej linie, a jeden zły krok sprawia, że spadasz na samo dno, które w areszcie we Wronkach można śmiało uznać za piekło na ziemi. Wraz z Ropuchem przemierzamy ciemne więzienne korytarze, biegamy z wiadrami wypełnionymi odchodami, dostajemy wycisk, lądujemy w karcerze, zmagamy się z własnym umysłem, widzimy śmierć, podłość, ból, strach, nienawiść ale i tzw. ludzkie odruchy, nadzieję. Zauważamy, że mimo mroku jaki zasnuwa to miejsce, więźniowie starają się odnaleźć w swoim życiu sens i cel, które pozwolą utrzymać im zdrowe zmysły. Każdy musi odnaleźć własny sposób na to by nie zwariować.

Brak naturalnego światła, wilgoć, zimno, kiepskie jedzenie, utrata rachuby czasu, szykany ze strony strażników i nierówna walka świadomości z demonami własnego umysłu to najskuteczniejsze sposoby, żeby najpierw zawlec człowieka na skraj psychicznego i fizycznego zniszczenia, a potem pchnąć w paszczę szaleństwa. [s.371]

Im bardziej poznajemy Ropucha tym częściej zastanawiamy się, co takiego uczynił, że trafił do tego więzienia i to z wyrokiem dożywocia. Spaprał sobie życie, nie ma szans na naprawienie błędów. Do końca swoich dni jego domem pozostanie mała więzienna cela. Jedni będą odchodzić, w zmian pojawią się inni. On będzie tkwił w więzieniu jak na posterunku. Swoje marzenia i plany musi upchnąć w ciasnej przestrzeni więziennych murów. Musi zapomnieć o tym, co było, nie wybiegać zbyt daleko myślami w przód, skupić się na tu i teraz. Musi zmienić się by przetrwać. Lecz, jak to uczynić, by nie zgubić samego siebie? Wyobraźcie sobie, że znikacie z tego świata jeszcze za swojego życia, a kiedy umieracie nikt nawet nie pamięta o tym, że żyliście. Ktoś obcy zbija dla Was skrzynię, która posłuży Wam za trumnę. Nikt nie przyjdzie odprowadzić Was w ostatnią drogę. Nikt nie wspomni nawet słowem o Waszej przeszłości. Człowiek-widmo.
 
Nie spłodziłem syna, nie zbudowałem domu, nie posadziłem drzewa. Nic po sobie nie zostawiłem. Czy to nie jest przerażające?! [s.13]

Uczucie odizolowania bardzo dobrze podkreślają zamieszczone niby mimochodem informacje, np. o wysadzeniu składu amunicji w Cytadeli Warszawskiej, wprowadzeniu polskiej waluty, czy o wykonaniu pierwszej na świecie egzekucji więźnia skazanego na karę śmierci z użyciem gazu. Wiadomości te stanowią, co najwyżej ciekawostkę, która urozmaica na krótki czas monotonne życie osadzonych. Podkreślają oderwanie skazanych od świata istniejącego po za murami. Chociaż tematyka książki nie należy do łatwych i nie jest to przyjemna lektura, Krzysztofowi Spadło udało się napisać powieść, od której człowiek nie chce się oderwać.

Bohaterowie wraz z przeczytanymi stronami stawali się mi co raz bliżsi, zaczęłam ich lubić i wreszcie stali się moim kumplami. Cieszyłam się razem z nimi, złościłam, płakałam i umierałam. Pisarz sprawił, że czułam się, w pewnym sensie, jakbym sama stała się skazańcem. Czułam obezwładniającą samotność, wyrzuty sumienia, miażdżące poczucie przegranej,  które doprowadzają na skraj szaleństwa i popychają do samobójstwa.  Autor świetnie oddał panującą atmosferę w więzieniu. Pokazał, co dzieje się z człowiekiem i jego psychiką w takim miejscu.
Koniecznie muszę wspomnieć o języku, którym został napisany "Skazaniec. Na pohybel całemu światu". Dla mnie to majstersztyk! Bywa dosadny, brudny, mroczny i brutalny. Potrafi ranić równie mocno, jak pięść. Czasami nawet mocniej. Bywa poetycki, delikatny, marzycielski. Kilka słów i więzienna rzeczywistość na chwilę staje się jaśniejsza, pogodniejsza, piękniejsza. Tworzy złudzenie normalności. Jest zwyczajnie piękny.

Kto walczy z potworami, niech uważa, by sam nie stał się potworem, jak powiedział Nietzsche. [s.210-211]
Ja z niecierpliwością czekam na kolejny tom, a Was zachęcam do sięgnięcia po pierwszy. Przy okazji zerknijcie na  film krótkometrażowy promujący książkę, które idealnie oddaje ducha powieści.


***
Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi :)
Zajrzyjcie na stronę internetową książki - KLIK oraz na fanpage książki - KLIK.

Skazaniec [Krzysztof Spadło]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
 ***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:
Czytam opasłe tomiska: 428 str.
Czytamy polecane książki: Ann RK z bloga Myśli i słowa wiatrem niesione


* Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Skazaniec. Na pohybel całemu światu" Krzysztof Spadło

And the winner is ... czyli wyniki konkursu urodzinowego :)

Wczoraj do północy można było zgłosić swój udział w małym konkursie urodzinowym na moim blogu.
Dla przypomnienia. Do wygrania były:
- Książka "Kobiety" Steinara Bragi (moja recenzja na blogu KLIK).
- Uroczy notes.
- Herbata sypana Apple Ginger.
- Zaparzaczka do herbaty w kształcie imbryczka.

W konkursie wzięło udział 40 osób. Jest mi niezmiernie miło, że tak wiele osób uznało nagrody za ciekawe :) Dziękuję za wszystkie miłe słowa na temat mojego bloga, postów, które się na nim pojawiają. Cieszy mnie, że ktoś jeszcze, oprócz mnie, uznaje za ciekawe to, o czym piszę :) Dziękuję także za życzenia urodzinowe i rozpropagowanie informacji o konkursie w sieci :) Serdecznie witam nowych Czytelników :)

Maksymalna ilość losów, jaką można było zdobyć wyniosła 5 (1 los za zgłoszenie, 1 los  za udostępnienie, 1 los za obserwowanie, 1 los za odp. na pytanie, 1 los za Top Komentatora). Najwięcej z Was miało po 4 i 3 losy.

Losowanie odbyło się w stylu retro, przywodzącym mi na myśl losowania mikołajkowe w podstawówce ;) Jakąś niebywałą frajdę sprawiło mi wycinanie i wypisywanie karteczek z Waszymi imionami/ksywkami. Gdy już wszystkie losy były gotowe wrzuciłam je do kapelusza (możliwe, że dzisiejsze słońce mi przygrzało ;)), zamieszałam i wyciągnęłam jedną karteczkę.


Zwycięzcą została ...



Serdecznie gratuluję i za chwilę ślę do Ciebie wiadomość :)

Pozostałym raz jeszcze dziękuję za udział w konkursie i zapewniam, że będą jeszcze inne możliwości za zdobycie różnych nagród :) Zapraszam do czytania bloga:)


Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego

Z językiem jest tak jak z powietrzem i ze zdrowiem. Ich wartość odczuwamy dopiero po stracie. (Piotr Bąk)

Każdy z nas posługuje się jakimś językiem. Najczęściej, na co dzień towarzyszy nam język ojczysty. Jest on dla nas czymś równie naturalnym jak oddychanie i podobnie jak tej czynności, nie poświęcamy mu w swojej codzienności zbyt wiele czasu. Chyba, że narzekając na zawiłe zasady ortograficzne i gubiąc się w gąszczu trudnych wyrazów. W zmieniającym się i kurczącym świecie, gdzie człowiek często żyje z dala od swoich korzeni, bardzo istotnym jest pielęgnowanie języka ojczystego na co dzień, nie uciekanie się do uproszczeń i zapożyczeń, bycie dumnym z faktu posługiwania się swoim językiem. Język polski należy do grupy trudnych języków i to nie tylko dla obcokrajowców. Pamiętajmy jednak, że ma on długą i bogatą przeszłość. Na przestrzeni wieków wiele pięknych słów zniknęło z polszczyzny. Wiele z nich zostało utracocnych lub odeszło w zapomnienie i teraz są przede wszystkim ozdobą słowników poprawnej polszczyzny. Wiele wyrazów zmieniło swoje znaczenie, wyszło z użycia. Jak wiele istnieje wciąż jeszcze słów, których znaczenie znają nasi rodzice i dziadkowie, ale my, czy jeszcze młodsze pokolenia nie mamy pojęcia o ich istnieniu? A przecież język, także ten potoczny, może być piękny, różnorodny i bogaty. Wcale nie musi sprowadzać się do skrótów, zapożyczeń i wulgaryzmów. (Tak, wiem, to taka wersja ekstremalna. Przynajmniej mam taką szczerą nadzieję.) Warto próbować łączyć język potoczny z poprawną polszczyzną.

Należy [...] uznać języki i ich zróżnicowanie za potęgę władającą dziejami ludzkości, a jeśli jej nie docenimy albo nie dość wyraźnie lub w sposób zbyt ograniczony uchwycimy jej oddziaływanie, wówczas uzyskamy niepełne pojęcie o tym, jak ludzkość weszła w posiadanie - jeśli można się tak wyrazić - tej masy intelektualnej, którą w sposób jasny i określony udało jej się wydobyć z królestwa myśli. (Wilhelm von Humboldt)

Dziś po raz czternasty świętujemy Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego, święto ustanowione przez UNESCO 17 listopada 1999 roku. Dzień ten upamiętnia dramatyczne wydarzenia, jakie miały miejsce w 1952 r. w Bangladeszu, kiedy to podczas demonstracji osób domagających się nadania językowi bengalskiemu statusu urzędowego, zginęło pięciu studentów. Według zamierzeń organizacji dzień ten ma promować językowe różnorodność i bogactwo, podkreślać, jak ważne jest dziedzictwo językowe oraz zwracać uwagę na liczbę języków zagrożonych i ginących (do tej grupy zalicza się aż (!) 43% wszystkich aktualnie używanych języków).  Językoznawcy alarmują, że żyjemy obecnie w epoce wymierania języków, warto więc poświęcić choć dziś, kilka chwil, żeby się zastanowić nad tym problemem.
Obecnie na świecie w użyciu znajduje się 6-7 tysięcy języków. (Problem z dokładnym ustaleniem ich liczny wynika z braku zgody wśród językoznawców, co do klasyfikacji niektórych dialektów jako odrębnych języków.) Od 1950 r. zniknęło 250 języków. Mniej niż 10 osób posługuje się 204 językami na świecie. 184 językami posługuje się od 10 do 50 osób. Językoznawcy obawiają się, że w ciągu najbliższych 100 lat zniknie połowa z obecnie używanych języków. Ponoć języki wymierają szybciej niż zagrożone gatunki zwierząt.
UNESCO opracowała "Atlas Języków Zagrożonych", w którym umieszczono dane dotyczące 3 tys. języków. W Atlasie znalazły się także języki z obszaru Polski. Są to: kaszubski, białoruski, jidisz, rusiński, romski, poleski, wiliamowicki (język, którym mówi obecnie około 70 starszych mieszkańców miasteczka Wiliamowice koło Bielska Białej), a także słowiński (uważany za język wymarły od lat 60. XX wieku).

Każdy język jest jakimś sposobem dojścia do świata; każda wspólnota językowa jest tworzona przez wspólny obraz świata zawarty w języku ojczystym.(Leo Weisgerber)

Nasz język ojczysty wyróżnia nas spośród innych, stanowi o naszej tożsamości i przeszłości. W nim mają odbicie nasza historia oraz zmiany kulturowe i społeczne. Język ojczysty w sposób nieoczywisty przekazuje innym bardzo dużo informacji o nas jako narodzie, jako ludziach, jako jednostkach. Stanowi podstawę poznawania, uczenia się i nazywania otaczającego nas świata od najwcześniejszych lat naszego życia. Opowiada o nas i o naszej rzeczywistości. Daje poczucie przynależności. Dlatego pielęgnujmy go, czytajmy książki w języku ojczystym, rozmawiajmy w nim na co dzień, nawet gdy jest to trudne, słuchajmy jego brzmienia i nie zapominajmy posługiwać się nim w formie pisemnej. Przekazujmy go dalej, inaczej tak dobrze nam znane i lubiane przez nas słowa odejdą w zapomnienie.


Polecam Wam stronę internetową kampanii Ojczysty - dodaj do ulubionych :)


Ps. Przepraszam za wszelakiego rodzaju błędy językowe. Postaram się w przyszłości poprawić :)

"Zawód: Wiedźma. Część 2"

Tytuł: "Zawód: Wiedźma. Część 2"
Autor:  Olga Gromyko
Seria: Wolha Redna tom 2
Oryginalny tytuł: "Профессия: ведьма"
Tłumaczenie: Marina Makarevskaya
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2007
Liczba stron: 315

Zdrowy rozsądek okazał się być cechą, jakiej ludzie są pozbawieni. Ewentualnie gatunek człowieka rozsądnego wymarł. Wampiry spokojnie żyją i za nic mają sobie nauki zawarte w książce niejakiego Tudora Wybawiciela pt. "Krwiopijcy". Tylko dziwi je ludzka naiwność i wiara w przesądy nieprzystające do rzeczywistości. Ludzie to uparte istoty, mocno trzymające się tradycji i tego, co dziadek powiedział, choćby gadał o tym po pijaku albo w malignie. Może ich upór przekona wampiry do stosowania się do wytycznych Tudora Wybawiciela? Wszystkim ułatwiłoby to znacznie życie. No, może, poza wampirami.

Wolha Redna po ukończeniu misji dyplomatyczno-ratunkowej w Dogewie powróciła do nauki, przemycania niedozwolonego alkoholu na teren szkoły, zaglądania do podejrzanych spelun, psot i rozmów z smokiem Lewarkiem, unikania rektora szkoły, zacieśniania znajomości z trollami i do ... tego wszystkiego, z czego Wolha słynie. Magiczka z niewyparzonym językiem miała spokojnie ukończyć swoją edukację w Starmińskiej Szkole Magii. Niestety albo na szczęście - w tej kwestii Wolha skłania się ku tej drugiej opinii - jak Cię raz wampiry nie wyssały do cna z krwi, to widać im nie smakujesz i nie ma co ryzykować, że kto inny może okazać się smakowitym kąskiem, więc jesteś od tej pory dożywotnio z nimi związana. Tak twierdzi rektor szkoły i wręczając swojej podopiecznej pokaźnych rozmiarów mieszek złotych monet, czyni Wolhe odpowiedzialną za opiekę i spełnianie żądań Lena, który przybył do Starminu z Dogewy specjalnie na turniej łuczniczy. Dziwne. Podejrzane. Ale, kto zabroni władcy?
I to był początek szaleństwa. Len zgłupiał na punkcie jakiegoś pordzewiałego miecza "wielkiego bohatera wszystkich czasów i narodów, sławionego w legendach i balladach rycerza, Uliona Smokobójcy", który padł ofiarą kradzieży. Do tego wzbudził niezdrowe zapędy wśród starmińskiej ludności do organizowania polowań na wąpierze, wilki i nietoperze. Wałdakowie (dwunożne istoty żyjące pod ziemią, nie mylić z kretami) zwariowali, bo to oni okazali się być złodziejami owego miecza. A, co gorsza, obrali sobie na króla szalonego arcymaga nekromantę. Wolha nie miała wyjścia. Też poddała się szaleństwu i ruszyła zdobywać wałdacze miasto i odzyskać utracone trofeum. W tym szaleństwie oraz wyprawie, towarzyszem Lena i Wolhy, został troll Wal. Kluczową rolę odegrali/odegrały tu także - kolejność przypadkowa - kicia Tyśka zatrudniona w roli matykory stróżującej, pustelnik zielarz oraz jego pomocnik i uczeń w jednej osobie - Kuźma, zombie z bagien, Stokrotka, święto Babożnik, wieś Kosuty Dolne, dziewica domagająca się swoich praw do złożenia w ofierze i inni.
Książka kończy się widowiskowo i z hukiem - dosłownie - wywołując szok i zbieranie szczęk z podłogi znajomych Wolhy. Pozostawia czytelnika w niemym zachwycie dla zdolności adeptki, z pełnym zrozumienia uśmiechem co do działań Wala i nadzieją na kolejne spotkanie z Lenem. Ale to nie happy end, bo oto: "Po raz pierwszy od siedemdziesięciu czterech lat krąg był zamknięty. Arr'akktur tor Ordwist Szeonell westchnął głęboko, otworzył oczy i podniósł się z kamiennego łoża. Z braku przyzwyczajenia czuł dreszcze. Starszy z szacunkiem podał mu płaszcz. Arrakktur podziękował krótko i narzucił go na nagie ramiona. Dotknął lewej piersi i w zamyśleniu roztarł między palcami grudkę skrzepłej krwi. "

Nie wiem, czemu tak długo czekałam z sięgnięciem po książki traktujące o rudowłosej magiczce. Za to teraz czuję, jakbym wpadła w trans. Już jestem w trakcie kolejnej opowieści o przygodach Wolhy i głodnym okiem spoglądam na rosyjskojęzyczne wydania książek :)

***

Tego mogłeś nie wiedzieć o Norwegii cz.1

Post spontaniczny. Napisany na podstawie moich obiektywnych obserwacji i doświadczeń, a także na bazie reakcji osób odwiedzających mnie w krainie trolli oraz w oparciu o odbyte rozmowy z różnymi osobami, wyrażającymi zainteresowanie i zaskoczenie, poruszonymi poniżej kwestiami.
Pamiętajcie, proszę, że piszę o tym, z czym się spotkałam, więc czasami inne osoby mogą mieć odmienne od mojego doświadczenia.

1. Wejdź kochanie na drabinę, czyli, co robi ten kontakt na suficie?!?
To zawsze budzi zdziwienie i rozbawienie osób stykający się po raz pierwszy z tak umiejscowionymi gniazdkami. Otóż w Norwegii jest całkiem normalnym, czy to w nowym, czy starszym budownictwie, że część gniazdek elektrycznych znajduje się w suficie przy ścianie. Często można znaleźć w internecie zdjęcia, na których widać przewód biegnący od tego gniazdka do żyrandola/lampy. I, nie, nie trzeba wyciągać z gniazdka ani wkładać do niego wtyczki od takiego żyrandola, żeby go wyłączyć bądź włączyć. Odpada więc codzienne wspinanie się po drabinie ;) Światło w takich lampach zaświeca się zwyczajnie, za pomocą przełącznika znajdującego się na ścianie, np. przy wejściu do pokoju.
norskeinteriorblogger.no
fot. NIB
norskeinteriorblogger.no
fot. NIB
http://stylizimo.com/
fot. Stylizimo
Oczywiście nie są to jedyne gniazdka, jakie znajdziecie w przeciętnym norweskim domu. Są też te montowane bardziej standardowo, czyli nisko nad podłogą, czy w ścianie nad blatem w kuchni i przy szafkach (lub w szafkach) w łazience.

Po za tym w norweskich domach znajdziecie również oświetlenie górne zainstalowane bez podłączania do gniazdka w suficie.

2. Okno na świat.
W Norwegii spotkacie się w większości z oknami skrzydłowymi otwieranymi do góry. Skrzydło otwierane jest zazwyczaj w całości na zewnątrz i można je obrócić o 180° w celu umycia strony zewnętrznej. Można je także uchylać na wybraną szerokość. Podobny typ okien, o ile mi wiadomo, spotykany jest w Wielkiej Brytanii i Szwecji. Przy otwieraniu takie okno nie zajmuje miejsca i oczywiście posiada zabezpieczenia nie pozwalające na otwarcie, czy zamknięcie okna przez przypadek.
Ponoć Norwegowie nazywają ten typ okna "oknem gospodyni domowej" ("husmorvinduet") :)
fot. Hvidbjerg Vinduet
fot. Hvidbjerg Vinduet
3. Gaz, ropa -  głównie na eksport.Norwegia to kraj, w którym niewiele gospodarstw domowych korzysta z innej enrgii elektrycznej niż ta pochodząca z odnawialnych źródeł, głównie w elektrowni wodnych. Gaz jest tu dodatkiem i to głównie sprzedawanym w butlach podpinanych do przenośnych, turystycznych kuchenek lub do grilli gazowych. W przeciętnym norweskim domu wszystko jest na prąd. Dodatkowo wiel domów norweskich posiada kominek, który raczej traktowany jest jako miejsce przy którym się relaksuje niż stosuje do ogrzewania.

Gaz i ropę naftową Norwegia przeznacza na eksport i stanowił 86% norweskiego eksportu w 2012 r.. W 2013 r. całkowity norweski eksport wyniósł 899,7 miliardów, w tym:
- ropa naftowa 278 871 miliny koron
- gaz ziemny 241 650 miliony koron.  (za http://www.ssb.no)

 
4. Kap, kap, kap ...Więcej deszczu = tańsza energia elektryczna.
Norwegia jest jednym z największych na świecie oraz największym w Europie producentem energii elektrycznej pochodzącej z wody. Energia wodna jest głównym źródłem energii w Norwegii, a 99% całej produkcji energii w tym kraju pochodzi tylko z elektrowni wodnych.

Norwegowie mają ponad 100 lat doświadczenia w wytwarzaniu energii elektrycznej w elektrowniach wodnych. Pierwsza elektrownia wodna została zbudowana w 1882 roku na wyspie Senja w Troms.
Elektrownia na Senja była pierwszą elektrownię wodną w Europie. Najstarsza, działająca do dnia dzisiejszego elektrownia wodna znajduje się w dolinie Maridalen w Oslo i została zbudowana w 1900 r.
Całkowity użyteczny potencjał techniczno-ekonomiczny elektrowni wodnych w Norwegii wynosił na na początku 2013 r. ok. 214 TWh rocznie; z tego 50,4 TWh rocznie to zabezpieczenie/zapas. Jest to o wiele więcej niż wynosi zapotrzebowanie norweskich odbiorców.

Roczna produkcja elektrowni wodnych wynosi średnio około 120 TWh w roku normalnych opadów, co stanowi 99% całkowitej rocznej produkcji norweskiej energii elektrycznej. Sprawia to, że im więcej opadów w kraju oraz im większa pokrywa śnieżna wysoko w górach, tym bardziej wzrasta produkcja energii w elektrowniach, a co za tym idzie, prąd, za który płaci indywidualny odbiorca, staje się tańszy. Normalnym jest, że nasz dostawca prądu przysyła nam informacje o obniżkach (bardzo rzadko o podwyżkach) energii elektrycznej.

5. Czy kupujesz, czy wynajmujesz mieszkanie, przygotuj się na duży wydatek.
Mimo, że we wszystkich możliwych dziennikach norweskich pojawiają się artykuły o spadku cen mieszkań (o 0,6% w grudniu 2013 r. w porównaniu do grudnia 2012 r.), co daje ujemny przyrost po raz pierwszy od 2009 r., to i tak ceny wynajmu oraz kupna mieszkania/domu w Norwegii są jednymi z wyższych na świecie. Średnia cena za metr kwadratowy przy kupnie mieszkania/domu wynosi obecnie 30.000 koron (za EFF).

Oczywiście są regiony tańsze oraz droższe. Do pierwszej grupy można zaliczyć Hedmark za wyjątkiem Hamar, Telemark, Oppland wykluczając Lillehammer, do drugiej - Oslo, Baerum, Stavanger. Przykładowe ceny? Proszę bardzo (ceny za metr kw w grudniu 2013 r.).
Hedmark - 17.300 koron za metr kw
Telemark - 17.900 koron za metr kw
Oppland - 18.700 koron za metr kw
Oslo -  42.800 koron za metr kw
Baerum - 40.200 koron za metr kw
Stavanger - 39.700 koron za metr kw
(za EFF, Eiendomsverdi, Finn.no)

Gdy mowa o wynajmie mieszkania, układ najdroższych i najtańszych miast wygląda nieco inaczej. Tutaj prym wśród najdroższych w 2013 r. wiedzie Stavanger - średnia cena wyniosła 12.262 koron miesięcznie. Następne jest Oslo - 11.666 koron miesięcznie oraz Bergen - 11.103 koron miesięcznie. Najtaniej było w Kristiansand, gdzie należało zapłacić średnio 8.444 koron miesięcznie.

6. Parafrazując Maksa z Seksmisji: Biel, widzę biel, biel widzę ;)
Norwedzy kochają biel! Szczególnie w swoich domach. Biel króluje na ścianach, na sufitach, na płytkach w łazience, wśród dodatków i mebli. Kolorowe ściany są dość rzadko spotykane, sama nie widziałam  jeszcze żadnej. Czasami, bywa kolorowy duży zagłówek przy łóżku, ewentualnie jedna cała ściana w jednym pokoju w innym kolorze niż biały. Szaleństwo! ;) Nawet w czasopismach, na blogach, w programach telewizyjnych można zauważyć tą, wszechobecną w norweskich domach, biel. Początkowo brakowało mi kolorowych ścian, teraz te różnobarwne ściany mnie rażą. Wolę spokojną norweską biel, która rozświetla całe mieszkanie. Co w połączeniu z dużymi oknami (niektórymi) i drewnianymi elementami sprawia, że jest bardziej ciepło i przytulnie.
Biel bieli nierówna i tu spotkacie się z jej różnymi odcieniami, które, w większości, na pierwszy rzut oka, są identyczne. Do bieli dołączyłabym jeszcze szarość, do której również wydają się mieć Norwegowie słabość.
http://stylizimo.com/
fot. Stylizimo
http://stylizimo.com/
fot. Stylizimo

http://stylizimo.com/
fot. Stylizimo

http://stylizimo.com/
fot. Stylizimo
http://stylizimo.com/
fot. Stylizimo
7. O, jakże piękny beton!
Cóż pięknego jest w betonie? - zapytacie. Szare to, zimne. Odnoszę wrażenie, że źle patrzycie na to zagadnienie. W takiej oto Norwegii, mimo, że domy w dużej mierze drewniane, to jednak beton jest traktowany nie tylko czysto użytecznie, do wylewania fundamentów, stropów, elementów ścian, mostów, kładek etc., ale i pełni rolę ozdobnika, np. elewacji budynków. Dlatego prawie nikt nie tynkuje wystających elementów betonowych, nikt ich nie maluje na różne kolory, nie zakrywa tego, co w mniemaniu Norwegów, dobrze wygląda. Czasami można się spotkać z pewnym urozmaiceniem, drobnymi ozdobnikami, czyli betonem szarawym, betonem zielonkawym lub betonem niebieskawym (bywają i inne kolory, ale są rzadko spotykane) albo, co mnie osobiście się naprawdę podoba, odbitą strukturą desek w betonie.
http://www.byggutengrenser.no/
fot. Bygg uten grenser

http://www.byggutengrenser.no/
fot. Bygg uten grenser
A jeśli chcielibyście wprowadzić beton na salony, możecie zamontować sobie betonową kuchnię. Albo betonową tapetę, czy też po prostu ścianę z "gołych" płyt betonowych.
 
http://www.ideastosteal.com/
fot. Ideas To Steal
http://www.ideastosteal.com/
fot. Ideas To Steal
http://www.ideastosteal.com/
fot. Ideas To Steal
http://www.ideastosteal.com/
fot. Ideas To Steal

http://digernesbetong.no
fot. Gigernes Betong AS
Okazuje się, że beton można wykorzystać na wiele, często zaskakujących, sposobów.

Mam nadzieję, że wpis Wam się podobał. Dajcie znać mi znać, co myślicie i czy chcecie więcej, bo jak widzicie w tytule posta jest "cz. 1". Mam w zanadrzu więcej takich informacji.

Balsam brzozowy z betuliną Sylveco

Moja skóra należy do tych, które łatwo ulegają przesuszeniu. Szczególnie zimą, gdy na zewnątrz zimno i wieje, a w domu ciepło i sucho. Co roku muszę potroić wysiłki, by nie łuszczyła się, nie pękała i nie swędziała. Tym razem z pomocą przyszła mi polska marka kosmetyków naturalnych Sylveco i jej Balsam brzozowy z betuliną.
Balsam brzozowy z betuliną przeznaczony jest do skóry szczególnie wrażliwej, przesuszonej, wrażliwej i szorstkiej, której ma przynieść ukojenie i odpowiednie długotrwałe nawilżenie. Główną rolę w przywracaniu skórze komfortu odgrywają olej z pestek winogron - bogate źródło nienasyconych kwasów tłuszczowych oraz betulina - ekstrakt z kory brzozy. Pierwszy z nich m.in. wzmacnia naturalną barierę skóry, natłuszcza ją i nawilża, hamuje procesy starzenia skóry i działa tonizująco i przeciwzapalnie. Drugi - składnik flagowy kosmetyków Sylveco - to istna kopalnia dobroczynnego działania nie tylko na skórę. W skrócie: betulina wykazuje działanie antyoksydacyjne, przeciwnowotworowe, immunostymulujące i przeciwzapalne, przeciwwirusowe, przeciwbakteryjne i przeciwgrzybicze, antyalergiczne, regulujące proces melanogenezy w skórze, regulujące proces syntezy kolagenu i elastyny. Więcej na ten temat przeczytacie TUTAJ.

Wedle zapewnień producenta balsam:
  • optymalnie natłuszcza, odżywia i wygładza
  • zapewnia długotrwałe uczucie nawilżenia
  • odbudowuje i wzmacnia barierę hydrolipidową
  • hamuje procesy starzenia się skóry przedłużając jej zdrowy, młody wygląd
  • poprawia kondycję skóry, ujędrnia ją i uelastycznia
  • likwiduje uczucie swędzenia i ściągnięcia
  • łatwo się rozprowadza i wchłania nie pozostawiając tłustej powierzchni
Czy moje spostrzeżenia pokrywają się z tymi obietnicami? Przeczytacie o tym poniżej.

Zacznę od tego, że bardzo podoba mi się stylistyka opakowania balsamu. Butelka z pompką jest prosta i smukła. Balsam mimo, że gęsty łatwo dozuje się za pomocą tejże pompki. Jedynie pod koniec napotkałam lekkie trudności z wydobyciem z butelki tego treściwego kosmetyku. Co istotne, produkt nie zasycha nieestetycznie na dziubku.
Kosmetyk pachnie w sposób znany wszystkim użytkownikom kosmetyków brzozowych marki Sylveco. Mnie zupełnie nie przeszkadza, a nawet go polubiłam. Za to mąż twierdzi, że śmierdzi łojem.
Jak już wspomniałam balsam jest raczej gęsty, lecz mimo to całkiem dobrze się wchłania i rozprowadza (trzeba go wmasowywać w skórę trochę dokładniej i dłużej niż produkty o lżejszej konsystencji). Konsystencja Balsamu brzozowego z betuliną przywodzi na myśl bardzo gęsty krem ubity ze śmietany :)
Już od pierwszej chwili po nałożeniu kosmetyku skóra korzysta z dobroczynnych składników w nim zawartych. Pierwsze, co zauważyłam, to ukojenie wysuszonej skóry. Pierwsze, co pomyślałam po nabalsamowaniu ciała to ulga. Nareszcie nie odczuwałam swędzenia ani ściągnięcia skóry. Nie miałam ochoty zdzierać jej z siebie. A później jest już tylko lepiej. Skóra staje się lekko natłuszczona i efekt ten utrzymuje się długie godziny. Po kilku minutach kosmetyk ulega całkowitemu wchłonięciu, pozostawiając skórę mięciutką i elastyczną.
Ja nakładałam produkt tylko raz dziennie, po wieczornej kąpieli. Rano aplikowałam na ciało jedynie lekki lotion albo ... nic, a mimo to moja skóra nadal była świetnie nawilżona i odżywiona. Balsam okazał się też całkiem wydajny. Ja zużyłam do w 3 miesiące.

Na koniec kilka danych technicznych :)

Pojemność
300 ml

Cena
35,65 zł

Skład
Woda,  Olej z pestek winogron,  Triglicerydy kwasu kaprylowego i kaprynowego,  Sorbitan Stearate and Sucrose Cocoate,  Stearynian glicerolu,  Kwas stearynowy,  Alkohol cetylostearylowy,  Alkohol benzylowy,  Betulina,  Witamina E,  Ekstrakt z aloesu,  Guma ksantanowa,  Kwas dehydrooctowy,  Lupeol,  Kwas oleanolowy,  Kwas betulinowy
Balsam brzozowy z betuliną Sylveco sprawił, że nareszcie moja skóra przestała wyglądać, jak popękany stary pergamin. Teraz już nie straszne mi mrozy, wiatry, wysuszone ogrzewaniem powietrze w domu. Mogę się cieszyć zimą i grubymi swetrami! :)

Podzielcie się swoimi ulubionymi kosmetykami pielęgnacyjnymi do ciała. Może cośw padnie mi w oko :)

"Mroki. Tom I." Katarzyna Szewioła-Nagel

Tytuł: "Mroki. Tom I."
Autor: Katarzyna Szewioła-Nagel
Wydawnictwo: Wydawnictwo Gremlinz
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 233

Ci, którzy mnie znają i zaglądają na mojego bloga wiedzą, że bardzo lubię sięgać po książki z kręgu fantastyki. Jednak całkiem niedawno ze zdumieniem odkryłam, że zazwyczaj sięgam po pisarzy o ugruntowanej pozycji na rynku, doświadczonych i mogących się pochwalić kilkoma wydanymi tytułami. Odkrycie to wprawiło mnie w lekką konsternację i zmusiło do zastanowienia się, dlaczego tak czynię. Nie odnalazłam żadnych przekonujących i rzetelnych powodów takiego postępowania z mojej strony, więc zrzuciłam to na karb pewnego rodzaju zabezpieczania się przed rozczarowaniem. Postanowiłam to zmienić i sięgnęłam po "Mroki", książkowy debiut Katarzyny Szewioły-Nagel.

Historia opowiedziana w "Mrokach" zaczyna się przy ołtarzyku poświęconym Odkupicielom i od kopniaka w żebra, jaki otrzymuje Leto, główny bohater powieści. Ten kopniak dramatycznie zmieni zarówno jego życie, jak i mieszkańców niewielkiej wioski, do której trafił i która na kilka miesięcy stanie się dla niego miejscem, jakiego nigdy w swoim życiu nie miał.
Kim jest Leto? Elfem, skrytobójcą sprawnie posługującym się sztyletami i truciznami, mężczyzną doświadczonym przez los, miłośnikiem płaszczy, kapturów i orzeźwiających kąpieli w zimnych rzekach, samotnikiem. Sam obrał ścieżkę, którą kroczy. Zabijanie na zlecenie sprawia mu przyjemność, choć nigdy nie dręczy swoich ofiar. Swoją pracę wykonuje czysto i sprawnie. 

 Rzadko ktokolwiek mógł mu się przyjrzeć. Był po prostu wysoką, szczupłą postacią, zakapturzonym zabójcą, który najpierw wbija ostrze, potem zadaje pytania. Nie zdawał sobie sprawy ze swojej sławy. Wieści o jego czynach, były bardziej lub mniej barwnie przekazywane z ust do ust. Nazywano go Cieniem.

Mieszkańcy wioski do której trafił Leto nękani są coraz częstszym i coraz bardziej zuchwałymi atakami wilków. Zatrudniają więc elfa, by ten rozprawił się z bestiami. W zamian skrytobójca otrzymuje przyjazny dach nad głową i ciepłą strawę u mag uzdrowicielki Meran i jej męża Ulfrika  oraz zaufanie i przyjaźń, których się nie spodziewał i które go zaskakują. Zwykłe polowanie na wilki przeradza się w walkę na śmierć i życie z dzikimi magami. Wioska, która na pierwszy rzut oka wydaje się być zwyczajnym, niczym niewyróżniającym się miejscem, okazuje się kryć w sobie tajemnice, o których nawet sami mieszkańcy nie wiedzieli. Spokojne sioło zamienia się w miejsce krwawych rytuałów, wypełnione strachem i odorem śmierci.

Autorka udowodniła w "Mrokach", że aby napisać dobrą powieść fantasy nie trzeba posługiwać się językiem pełnym zawiłych ozdobników. I choć czasami nie pasował mi użyty zbyt potoczny język, spokojnie mogłam na to przymknąć oko. Szczególnie, że jest to debiut! Pisarka stworzyła powieść o wartkiej akcji, która co chwila zaskakuje czytelnika. (Napiszę tyle: trup ściele się gęsto.) Zapełniła jej strony ciekawymi postaciami, które ubarwiają fabułę i idealnie pasują do przedstawionego w książce świata. Sprawiła, że bardzo chętnie dowiem się, jakie były dalsze i wcześniejsze (pani Katarzyna ujawnia w I tomie bardzo niewiele szczegółów) losy bohaterów. Ta książka to dla mnie wstęp do tajemniczego i pociągającego świata, który mam nadzieję poznań dokładniej w dwóch kolejnych tomach. Zostawia po sobie niedosyt.

Odwrócił się do niej plecami i odszedł, zagłębiając się w półmrok. Nora nie zdążyła powiedzieć „do widzenia”, poruszyła jedynie niemo ustami, wypowiadając te słowa. Poprawiła zmierzwione wiatrem włosy i udała się wskazaną jej przez przyjaciela ścieżką, która tak samo i ją pochłonęła półmrokiem
starych drzew.

***
Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce :)
Zajrzyjcie na fanpage książki - KLIK oraz na bloga pani Katarzyny - KLIK.

***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:
Czytam opasłe tomiska: 233 str.


* Wszystkie cytaty pochodzą z książki  "Mroki. Tom I." Katarzyny Szewioły-Nagel

Konkurs urodzinowy :)

Konkurs został zakończony. Tutaj znajdziecie wyniki :)

***

Pomysł zorganizowania małego konkursu na blogu chodził za mną już od jakiegoś czasu. Postanowiłam jednak, że poczekam, aż będę mogła coś uczcić na swoim blogu, pochwalić się i jednocześnie kogoś z Was obdarować. Chwila ta nastąpiła już jakiś czas temu. Po pierwsze: Zapiski spod poduszki 22 stycznia obchodziły 1 urodziny. Po drugie: mój blog przekroczył magiczną dla mnie liczbę obserwatorów, tj. 100. Po trzecie: Zapiski mają już okrągłe 60 fanów na Facebooku. Nawet nie wiecie, jak mnie to cieszy! :)
Dziękuję Wam Kochani za to, że jesteście, czytacie, komentujecie! Teraz czas na konkurs, czyli małe co nie co dla Was.

Do wygrania nagroda w skład której wchodzą:
Książka "Kobiety" Steinara Bragi (moja recenzja na blogu KLIK). Książka została przeczytana przeze mnie raz i jest w stanie idealnym.
Uroczy notes (Nowy).
Herbata sypana Apple Ginger (Nowa. Bardzo smaczna herbata, sama ją pijam :)).
Zaparzaczka do herbaty w kształcie imbryczka (Nowa. Każdy miłośnik herbaty lubi mieć takich kilka :)).
Nagroda jest w całości sponsorowana przeze mnie :D


Zasady konkursu:
1. W konkursie może wziąć udział każdy, bez wyjątku. Nie trzeba prowadzić bloga.
2. Konkurs trwa od 10.02.2014 r. do 24.02.2014 r. do północy.
3. Aby wziąć udział w losowaniu należy zgłosić się pod poniższym postem dając mi o tym znać i zostawić namiary do siebie (adres e-mail, żebym się mogła skontaktować ze zwycięzcą).
4. Wśród osób, które zgłoszą się pod konkursem wylosuję jednego szczęśliwca, który otrzyma nagrodę.
5. Wyniki zostaną ogłoszone następnego dnia i tego samego dnia wyślę do wylosowanej osoby e-mail informujący o wygranej oraz z prośbą o podanie danych do wysyłki nagrody. Na odpowiedź zwrotną czekam 3 dni. Jeśli wylosowana osoba się nie zgłosi w tym czasie, losuję zwycięzcę raz jaszcze :)
6. Nagrody nie można wymienić na równowartość pieniężną.

Można również zdobyć dodatkowe losy za (nie jest to obowiązkowe):
- udostępnienie informacji o konkursie na blogu (w dowolnej formie), na facebooku, na twitterze, na G+, gdzie kto zechce (jeśli ktoś to uczyni niech w swoim komentarzu poinformuje mnie o tym i poda link do miejsca udostępnienia informacji)
- zostanie obserwatorem mojego bloga (w tym wypadku proszę o informację w komentarzu jako kto i gdzie mnie obserwujecie)
- odpowie na pytanie: Który post na moim blogu spodobał Ci się najbardziej i dlaczego? (nie trzeba się rozpisywać).

Moi Top Komentatorzy dostają po jednym losie dodatkowo :) Są to:  Marta Kor, Basia Pelc, Miziol Janek, Lustitia, Ewa Książkówka, Minerwa i Marie. 

Trzymajcie kciuki i bawcie się dobrze :) 

Powodzenia!:)





Chleb słonecznikowy

Kocham zapach świeżego pieczywa. Gdy do domu zawita jeszcze ciepły i pachnący bochenek, mam ochotę zjeść go od razu całego. Bez żadnych dodatków. Dom wydaje mi się bardziej ciepły i przytulny, gdy rozchodzi się w nim zapach chleba.
Pewnie dla wielu z Was własnoręczne upieczenie chleba to żaden wyczyn i robicie to od lat. Tak prosty chleb, jak ten, który niedawno sama upiekłam, to rzeczywiście żaden kulinarny wyczyn.  Jednak z niewyjaśnionych przyczyn zabierałam się za jego upieczenie kilka dobrych lat. Wstyd! Ostatecznie, natchnęła mnie, moja przyjaciółka i jej przepyszny chleb i oto jest. Proszę, byście byli wyrozumiali dla mojego zachwytu nad moim pierwszym chlebem :)
Składniki
200 g pełnoziarnistej mąki pszennej
300 g pełnoziarnistej mąki żytniej
ok. 60 g ziaren słonecznika
25 g drożdży
325 ml letniej wody
1 łyżeczka soli
1 łyżka oleju (słonecznikowego lub rzepakowego)
Ziarna słonecznika (ok. 50 g) wsypujemy na suchą rozgrzaną patelnię i lekko prażymy przez kilka minut nie przypalając, czyli mieszamy :) Ziarna powinny się lekko zrumienić. Pozostałe 10 g ziaren zostawiamy do posypania chleba.
Mieszamy dwa rodzaje mąki i dorzucamy podprażone ziarna słonecznika oraz sól.
Drożdże rozpuszczamy dokładnie w letniej wodzie i dodajemy do mąki i ziaren. Na końcu dodajemy olej.
Teraz pora na dokładne połączenie wszystkich składników. Wyrabiamy ciasto przez około 10 minut, jeśli mamy do pomocy robota kuchennego lub trochę dłużej - ręcznie.
Po wyrobieniu przekładamy ciasto do misy obsypanej delikatnie mąką, przykrywamy lnianą ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na minimum 1 godzinę. Po tym czasi ciasto powinno urosnąć.
Wykładamy ciasto do przygotowanej formy wyłożonej papierem do pieczenia albo na blachę przykrytą papierem do pieczenia i formujemy swój bochenek. Delikatnie pędzlujemy wierzch chleba wodą. Ponownie przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na minimum 45-50 minut.
Po tym czasie możemy rozpocząć pieczenie chleba. Zanim włożymy chleb do piekarnika możemy posypać go pozostałymi ziarnami słonecznika.
Chleb pieczemy 40-45 minut w temp. 200-225 stopni. Długość pieczenia zależy od piekarnika. Wyjmujemy i chłodzimy chleb na kratce.
W ten oto sposób w sobotni ranek cieszyłam się jak dziecko spożywając śniadanie z własnoręcznie upieczonym chlebem :)

Smacznego!


"Zawód: Wiedźma. Część 1"


Tytuł: "Zawód: Wiedźma. Część 1"
Autor:  Olga Gromyko
Seria: Wolha Redna tom 1
Oryginalny tytuł: "Профессия: ведьма"
Tłumaczenie: Marina Makarevskaya
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2007
Liczba stron: 292

Każdy rozsądny człowiek wie, że wampiry nie istnieją oraz zna niepodważalne fakty mówiące o tym, że wampiry bardzo lubią ludzką krew, szczególnie wprost ze śnieżnobiałych łabędzich szyi nadobnych dziewcząt. Wiadomym jest także iż wampiry boją się czosnku, osiki i światła słonecznego. A także, że zakradają się chyłkiem pod postacią nietoperzy, są bezwłose i cuchnie im z ust zgniłym mięsem. Ciekawie byłoby się dowiedzieć, co mają do powiedzenia na ten temat same wampiry. Pewnie chętnie by się wypowiedziały, podzieliły swoimi doświadczeniami, gdyby tylko udało się im znaleźć odpowiednio bezstronnego i odważnego słuchacza. Panie i panowie! Przed wami - szczegółowe sprawozdanie na podstawie obserwacji osobistych, wykonane przez skorą do psot i pełną życia adeptkę Starmińskiej Wyższej Szkoły Czarodziejów, Pytii i Zielarek! Poznajcie Wolhę Redną! (tłumaczenie własne na podstawie fragmentów blurbu książki w oryginale)

fot. www.armada.ru
A było to tak ... Dawno, dawno temu. Za górami, za lasami ...  była sobie nikomu nieznana pannica imieniem Wolha, która pragnęła stać się wiedźmą/magiczką (ta druga nazwa pojawia się w polskim tłumaczeniu). Powody tego pragnienia są proste: przyzwoite zarobki i dobre wykształcenie oraz 100% gwarancja dobrego zachowania u napotkanych mężczyzn. Nie namyślając się zbyt długo (jeszcze by jej przeszło!), dziewczyna udała się do Starmińskiej Wyższej Szkoły Czarodziejów, Pytii i Zielarek i została adeptką. I jak przystało na szanującą się adeptkę zaczęła siać wśród profesorów i wykładowców zgorszenie swoją lekkomyślnością.  Okazało się też, że była pieruńsko zdolna. Czysty naturalny talent. Jak wiadomo (każdy student o tym wie) po części teoretycznej zajęć i zdanych egzaminach przychodzi czas praktyk. Każdy marzy o temacie ciekawym, acz łatwym do zaliczenia. Każdy, tylko nie Wolha. I tu zaczyna się właściwa opowieść.  Adeptka W. Redna zostaje wysłana do Dogewy z listem. I z misją dyplomatyczno-ratunkową ... Do wampirów ...  Nieszczęsnych krwiopijców, gnębi jakieś licho, z którym nikt sobie poradzić nie potrafi. "Nie jest ani żywe, ani martwe, ale na tyle dziwne i niezrozumiałe, że samo jego istnienie przeczy wszystkim znanym prawom. Ale ono o tym nie wie i sobie korzysta z życia." A bestia ta przebiegła jest! Bruździ, napuszcza na siebie ludzi i wampiry, wysysa krew, rozrywa wątłe ludzkie ciała na strzępy. Przy tym zmienia postać, podszywa się pod różne istoty nadprzyrodzone, nie da się podejść ni człowiekowi ni wampirowi. Teraz, mieszkańcom Dogewy do kompletu się jeszcze trafiła uparta wiedźma, która wprowadza w ich życie chaos i dysharmonię, mając głęboko w ... poważaniu zasady etykiety.  Tylko, czy potwór podda się wszechobecnemu zamętowi?
W przerwach, między pisaniem sprawozdania ze swoich działań oraz obserwacji poczynionych w Dogewie, a zmaganiami z potworem, Wolha zdołała ponaprzykrzać się Radzie Starszych i poflirtować z niejakim Lenem, przystojnym blondynem i wampirzym władcą Arr'akkturem tor Ordwista, w jednej osobie. Ma dziewczyna rozmach!

Tak, książka Olgi Gromyko jest nieco naiwna. Tak, napisana jest prostym i lekkim językiem. Tak, nie ma w niej zapierających dech w piersi zwrotów akcji. I, tak, jest nieco przewidywalna. Tu dobro zawsze zwycięża. Mimo to, przypadła mi do gustu. Wciągnął mnie odmalowany przez pisarkę świat, spodobała się mi Wolha - energiczna dziewczyna z niewyparzonym językiem, która zanim pomyśli, to już działa. Autorce udało się stworzyć całkiem oryginalny i piękny świat. Taki świat z klechd i ludowych podań, wypełniony kudłakami, leszymi, strzygami, wodnikami, polłudnicami, wijami i innymi nadprzyrodzonymi istotami . Mnie kojarzył się z ludowymi rosyjskim bajkami. Główni bohaterowie, choć nieco schematyczni, budzą sympatię i chce się ich bliżej poznać. Wierzę, że w dalszych częściach cyklu o przygodach Wolhy Rednej zarówno fabuła, jaki bohaterowie oraz folklor ulegną rozwojowi.
Spędziłam z tą książką wiele miłych chwil i czytałam ją z uśmiechem na ustach. Może to Wolha rzuciła na mnie jakiś czar? :)

***

"Dolina ciszy"

Tytuł: "Dolina ciszy"
Autor:  Nora Roberts
Seria: Trylogia kręgu, tom 3
Oryginalny tytuł: "Valley of Silence"
Tłumaczenie:  Xenia Wiśniewska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2007
Liczba stron: 232

Oto nadeszło wyczekiwane zakończenie trylogii kręgu pióra Nory Roberts. (Recenzje dwóch pierwszych części możecie przeczytać tutaj i tutaj.) Raz jeszcze spotykamy szóstkę wybrańców bogini Morrigan. I raz jeszcze stawimy wraz z nimi czoła żądnym krwi hordom wampirów pod wodzą Lilith. Czas biegnie nieubłaganie, zbliża się ostateczna bitwa, która rozstrzygnie ludzkie losy. 
Lecz, jak to bywa w przypadku pani Roberts, to także opowieść o wielkiej miłości. Tym razem książka opowiada o Moirze, nieśmiałym uczonym i następczyni tronu Gealli, i Cianie, bracie Hoyta przemienionym w wampira przez Lilith kilkaset late temu. Oboje krążą wokół siebie, kluczą uciekając przed uczuciem, które się między nimi rodzi. Ona jako wymówki używa swoich królewskich powinności, on - wampirzej natury. Oboje zdają sobie sprawę, że ich wspólna przyszłość niesie ze sobą ból i rozstanie, nawet jeśli uda się im pokonać Lilith.
W ostatniej części trylogii kręgu pisarka opowiada również o przeszłości Lilith, o jej kochankach (w tym o kilkuletnim chłopcu wampirze), jej przemianie i dążeniu do przejęcia władzy nad światami.
Ci, którzy czytali dwie poprzednie części trylogii, wiedzą, czego się spodziewać po tej książce. "Dolina ciszy" jest utrzymana w tej samej stylistyce, co jej poprzednicy. Powiela ich schemat. I tu przyznam się, że dla mnie ta część była najsłabsza. Miałam nadzieję, że skoro w "Tańcu bogów" tempo akcji przyśpieszyło, fabuła stała się bardziej dynamiczna, to i "Dolina ciszy" nie będzie pod tym względem słabsza. Niestety tak się nie stało. Rozczarował mnie opis ostatniej bitwy (same przygotowania i mniejsze potyczki były ciekawsze). Rozczarował mnie także związek, zdawałoby się, dwóch najbardziej zagadkowych i interesujących bohaterów spośród wybrańców. Nie poczułam tej chemii, jaka wytworzyła się w poprzednio opisywanych związkach. Tej namiętności, która obezwładnia. No i zakończenie ... Oczywiście, że się spodziewałam takiego, a nie inne finału. Jednak było ono dla mnie zbyt proste, zbyt oczywiste, jakby dopisane na siłę. Bez polotu, bez rozmachu. Końcówka nie sprawiła, że pomyślałam: "Hej! Inaczej być nie mogło" i uśmiechnęłam się. Taka zapchaj dziura. Widać, że tak miał się zakonczyć ten cykl. Cała fabuła "Doliny ciszy" w zauważalny sposób zmierzała ku niemu, jednak miałam wrażenie, że albo sama pisarka nie była do niego przekonana albo nie potrafiła tego ubrać w odpowiednie słowa, stworzyć właściwej oprawy dla niego.
Mimo tych wad, nie żałuję, że sięgnęłam po nią, jak i po całą trylogię kręgu.
***

Kartki z kalendarza: Luty


Ariake ni
furimuki - gataki
samusa kana


Ależ ziąb!
Że aż trudno wypatrywać
Sierpu księżyca.

(Kyorai 1651 - 1704)

*Źródła: "Wybór klasycznych wierszy haiku" w tłumaczeniu Agnieszki Żuławskiej-Umedy   
** Hiroshige, Orzeł nad równiną Jumantsubo z serii: Sto słynnych widoków Edo. Zdjęcie pochodzi z mojego kalendarza wydanego przez teNeues :)

"Północne sąsiedztwo. Historia krajów i narodów Morza Bałtyckiego"

Tytuł: "Północne sąsiedztwo. Historia krajów i narodów Morza Bałtyckiego"
Autor: Alan Palmer
Oryginalny tytuł: "Northern shores. A history of the Baltic Sea and its peoples"
Tłumaczenie: Eugeniusz Możejko
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 468

Oto mijamy legendarne zamki Helsingør i Halsingborg strzegące dostępu do Morza Bałtyckiego. Tutaj cieśnina Sund ma zaledwie 4 km szerokości. Nikt nie przemknie się niespostrzeżony. To wejście do regionu, gdzie od wieków  krzyżowały się drogi i wpływy Germanów, Słowian, Bałtów, Ugrofinów i wielu innych ludów. Do regionu, który uważany jest za Morze Śródziemne środkowo-wschodniej i północnej Europy i który odegrał ważną rolę, i nadal ją odgrywa, w historii całej Europy. Dziś wielkie promy i wysokie kontenerowce krzyżują swoje drogi kursując między miastami o dumnej przeszłości, a zachwyceni podróżni podziwiają legendarne zamki, urzekające pałace, zaglądają w okna domów, które przesycone są historią i podążają ścieżkami wydeptanymi wieki temu.
Bałtyk był zawsze czymś więcej niż tylko zaściankiem Europy. W czasach średniowiecza obszar ten był ważnym terenem handlowym, siedzibą prężnie rozwijającej się Hanzy. Był świadkiem zmagań o wpływy, prób stworzenia jednego wielkiego imperium nad jego brzegami przez Szwedów w XVII i XVIII w., wzrostu znaczenia Rosji i jej podbojów i aneksji, powstania i rozwoju świadomości narodowej nadbałtyckich społeczności. W XX w. obszar Morza Bałtyckiego stał się terenem dwóch największych wojen światowych i to one na długie lata zdefiniowały wygląd mapy politycznej tego regionu. To miejsce narodzin rewolucji październikowej, która niczym niepowstrzymana pożoga przetoczyła się przez wiele krajów oraz walki o suwerenność i wolność wielu państw, które wraz z zakończeniem II wojny światowej dostały się w obszar wpływów komunistycznej Rosji i stały się ofiarami obojętności innych państw, stojących w obliczu innej wojny, tzw. zimnej wojny. Ostatnie lata to rozprzestrzenianie się idei Unii Europejskiej, dążenie do zbudowania wspólnoty obejmującej wszystkie kraje europejskie, wraz z ich bogactwem i doświadczeniem minionych wieków.
Alan Palmer podjął się trudnej pracy przedstawienia historii regionu skupionego wokół Morza Bałtyckiego. Książka rozpoczyna się w epoce brązu, a kończy w 2004 roku. Główne tematy podjęte w niej to ekspansja wikingów, wzrost znaczenia Szwecji, Krzyżacy, reformacja, Hanza, powstanie Prus i Rosji, burzliwe losy Polski, skutki rewolucji francuskiej i Napoleona, I i II wojny światowe. Wszystkie poruszane w książce kwestie są opisane w odpowiedni sposób, z wystarczającą dozą dokładności, ale bez roztrząsania, dzięki czemu książka ma tylko 468 stron zamiast co najmniej setek tomów po 500 stron.
Książka jest pełna interesujących, pouczających i zajmujących szczegół, zwłaszcza w części środkowej, gdzie historia staje się bardziej złożona. Ilość faktów przedstawiona w "Północnym sąsiedztwie" przyprawia o zawroty głowy. Zdarzało mi się wertować książkę wstecz, gdy potrzebował przypomnieć sobie coś, co umknęło mojej uwadze w tym natłoku wiadomości, a było istotne w dalszej części książki. Mimo to, wszystkie informacje poukładane są nad wyraz sensownie i nawet styl, jakim napisana jest książka, określiłabym go jako skłaniający się w stronę prac akademickich, nie odebrał mi przyjemności z jaką czytałam książkę Palmera. Co chwila też informowałam męża o fascynujących lekcjach historii, jakie właśnie odbywałam. Nie jest to jednak pozycja dla osób, które nie orientują się w historii państw nadbałtyckich. By ją docenić trzeba wykazać się całkiem sporą wiedzą, wtedy przypisy ułatwiają jej czytanie, zamiast utrudniać i męczyć.
Autor koncentruje się w swojej książce przede wszystkim na historii politycznej / dynastycznej i wojskowej regionu Morza Bałtyckiej, choć można w niej znaleźć także trochę informacji o geografii i gospodarce regionu oraz garstkę faktów językowych i kulturowych. To inne spojrzenie na historię, którą znamy głównie z podręczników szkolnych i książek autorów pochodzących w krajów nadbałtyckich.
Książką "Północne sąsiedztwo. Historia krajów i narodów Morza Bałtyckiego" zasługuje na uwagę i polecam ją wszystkim zainteresowanym, jako kopalnię interesujących tematów i wstęp do pogłębiania swojej wiedzy historycznej.

***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:
http://basiapelc.blogspot.com/p/osoby-zainteresowane-wyzwaniem-z-anne_4.html

http://temporrada.blogspot.com/p/jasna-strona-mocy.html

http://hugekultura.blogspot.com/2014/01/wyzwanie-historia-z-trupem.html

http://recenzjeami.blogspot.com/2014/02/wyzwanie-czytam-opase-tomiska_4.html#comment-form