"Tancerze Burzy" Jay Kristoff

Tytuł: "Tancerze Burzy"
Autor:  Jay Kristoff
Seria: Wojna lotosowa tom 1
Oryginalny tytuł: "Stormdancer"
Tłumaczenie: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
Wydawnictwo: Uroboros
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 448

Dla nikogo, kto zagląda na mojego bloga nie jest tajemnicą moja fascynacja kulturą japońską, a fantastyka to jeden z moich ulubionych gatunków literackich. Dlatego nie dziwi fakt, że sięgnęłam po książkę Jay`a Kristoffa, z okładki której wabią słowa: "Japoński steampunk. Demony. Miłość. Zdrada. Pojedynki. Spiski. Samurajowie. Buntownicy. Czegóż chcieć więcej?" No, właśnie czegóż? Chyba tylko spełnienia tych obietnic.

Imperium Shimy... Kraina, gdzie demony i bóstwa współistnieją z wysoko rozwiniętą technicznie Gildią. Świat na krawędzi upadku, ekologicznego jak i społecznego, jak się później okazuje; duszący się w oparach spalin lotosowych. Wyspami rządzi szogun Yoritomo, z rodu Kazumitsu, owładnięty obsesją pokonania bliżej niesprecyzowanych gaijnów (obcokrajowców), zakończenia wojny, która ciągnie się już od dwudziestu lat, ogarnięty przez obłęd, postrzegający samego siebie jako największego i najznamienitszego z szogunów. Teraz zażądał, by jego myśliwi, sprowadzili mu Arashitorę, Tygrysa Grzmotu (po "naszemu" gryfa), mityczne stworzenie szybujące wśród burz. Jest jeden szkopuł - zwierzęta te wyginęły przed wieloma laty. Każdy głupiec to wie. Słowo szoguna to rozkaz, którego niewykonanie gwarantuje śmierć. Masaru wraz z córką Yukiko oraz kilkoma przyjaciółmi wyruszają na lotostatku z misją nie do wykonania. O dziwo, Raijin, bóg błyskawic, wraz z tajfunem zsyła im Arashitorę, którą udaje się im złapać i uwięzić. Niezbyt długo mogą cieszyć się swoją zdobyczą. Statek rozbija się, Masaru i Yukiko zostają rozdzieleni. Poraniona dziewczyna trafia do ostatniej dziczy Shimy wraz z okaleczonym, rozwścieczonym gryfem. Zdani są tylko na siebie, mogą liczyć tylko na siebie i muszą sobie zaufać.

"Naszym prapoczątkiem była Otchłań.
Nieskończoność możliwości, nim życie wydało z siebie pierwsze tchnienie.
W nicości zjawiło się tych dwoje: świetlisty pan Izanagi, Stwórca i Ojciec,
i jego umiłowana małżonka, wielka Pani Izanagi, Matka Wszechrzeczy.
A z ich małżeńskiego szczęścia narodziło się ośmioro cudownych dzieci:
Wyspy Shima." [str. 13]

"Tancerze Burzy" to pierwsza część cyklu Wojen lotosowych z lekkim "posmakiem" Japonii, która u mnie, niestety, pozostawiła niedosyt i rozczarowała mnie. Czemu? W "Tancerzach Burzy" natknęłam się na rażące, przynajmniej mnie, błędy, uproszczenia, przeinaczenia językowe i kulturowe, związane z owym "posmakiem" Japonii. Nie jestem wybitną japonistką, nie władam biegle językiem japońskim, a mimo to, tylko albo być może aż, dzięki zwykłej ciekawości literackiej, sięgając po różnorodne książki dotyczące kultury, historii, czy tradycji Japonii, od samego początku dostrzegłam irytujące nieścisłości w powieści Kristoffa. Jakie? Błędne użycie słów "hai" i "sama" (jak się okazało lepiej zaznajomieni z tematem ponoć wytykają pisarzowi więcej językowych błędów i przekłamań w tłumaczeniach). Pewnie w końcu przestałoby mi to przeszkadzać, gdyby nie fakt, że autor ewidentnie sugeruje użycie w/w słów na sposób japoński, ich znaczenie jest identyczne z tym w języku japońskim, tyle, że są błędnie używane przez postaci. W uproszczeniu: "hai" znaczy tyle, co "tak", ale nie można japońskiego słowa używać w przypadku każdego potwierdzenia, co pisarz czyni w "Tancerzach Burzy" non stop. "Sama" to przyrostek dodawany do imienia, czy tytułu jakiejś osoby; bardzo uroczysty przyrostek, stosowany najczęściej w odniesieniu do kogoś o wysokim statusie społecznym albo do kogoś, kogo się podziwia. Kristoff nie dość, że nie używa "sama" jako przyrostka, to jeszcze bohaterowie obdarzają nim inne postaci na lewo i prawo. Świat Shimy to świat rządzący się prawami i tradycjami feudalnej Japonii, autor podkreśla lenne zależności w swojej książce, mimo to postępowanie bohaterów, ich zachowania, relacje z innymi postaciami, pozostają zazwyczaj w sprzeczności z prawami tego świata i porządku w nim panującego. Odniosłam wrażenie jakby pisarz nie mógł się zdecydować, jakim światem jest Shima. Z jednej strony egzotyczna Japonia kusi, z drugiej Kristoff nie potrafi wpasować we właściwy sposób w tą egzotykę swoich bohaterów, którzy mają być wrośnięci w tradycję, ale jednak mają się wyróżniać na tle zwykłych mieszkańców. Było coś niejapońskiego w relacjach między bohaterami. Powieściopisarz jest niekonsekwentny w używaniu japońskiego słownictwa, a nawiązując do japońskiej kultury, bardzo swobodnie ją traktuje. Używa słów i elementów chińskich, hinduskich, wprowadzając w błąd czytelnika, sugerując jakby wszystkie kultury azjatyckie były takie same, a do tego czyni to nieudolnie; np. ja odniosłam wrażenie, że coś mi w fabule nie pasuje, nie rozumiałam, czemu te niejapońskie wtręty miały służyć. Denerwujące było podejście pisarza do strojów, gdzie, np. kimono traktowane jest z założenia jako rodzaj szaty, co z kolei sugeruje, że pisarz nie ma pojęcia, że istnieją przeróżne rodzaje kimon i nie koniecznie muszą to być stroje wykwintne. Podobnie rzecz miała się z bronią, czy bushido. Same ogólniki. Przeszkadzało mi także częste tłumaczenie sobie przez bohaterów, którzy posługują się językiem japońskim, japońskich nazw na język polski (w oryginale na angielski). To tak jak my byśmy sobie tłumaczyli z polskiego na japoński: Truskawka, co znaczy (po japońsku) ichigo. Miało to zapewne na celu wytłumaczenie danego słowa czytelnikowi, ale w takim razie po co na końcu książki umieszczony został mały słowniczek i czemu autor nie tłumaczy w ten sposób wszystkich słów? Jak już wspominałam wyżej autor podszedł do kultury japońskiej w sposób bardzo luźny, co nie przeszkadzałoby mi tak mocno, gdyby nie fakt, że tak mocno do tej kultury nawiązuje, wręcz ją kalkuje. No, cóż. Robi to nieudolnie i jest niekonsekwentny. Widać brak głębszych badań kulturowych, które są konieczne przy tak silnych nawiązaniach do obcej pisarzowi kultury. Brak wiedzy skutkuje tym, że powieść jest nieprzekonująca, pozbawiona jakiejkolwiek głębi, odarta z kolorytu i niezwykłości, przebija z niej sztuczność.

Pewnie część z Was pomyśli sobie, że się czepiam szczegółów. Dla mnie te szczegóły są bardzo ważne. Dlaczego?  Ano dlatego, że to one nadają całej powieści klimat i charakter, stanowią bazę dla fabuły. Także dlatego, że Kristoff zawzięcie twierdzi, że Shima to nie Japonia, a jej mieszkańcy to nie Japończycy, że kultura japońska posłużyła mu jedynie za inspirację przy pisaniu "Tancerzy Burzy", lecz jego słowom zaprzeczają następujące fakty:
- mitologia Shimy, wraz z często przytaczanymi mitami kosmologicznymi, jest identyczna z mitologią japońską, włączając w to imiona bóstw (kami, Iznagai, Izanami, Amaterasu, Kitsune itp.),
- ogromna ilość nazw japońskich, np. broni, przedmiotów, ubiorów, zawodów etc. (mamy więc w powieści tanto i katanę, mamy szoguna, gejsze, sarrimanów, oni - to rodzaj japońskich demonów; wierzcie mi, że "Tancerze Burzy" są wypełnieni w nadmiarze japońskimi słowami),
- mieszkańcy Shimy, a więc i bohaterowie książki, posługują się japońskim językiem,
- opisy ludzi, budynków, przyrody także ewidentnie sugerują Kraj Kwitnącej Wiśni,
- okładka oraz blurb mówią o Japonii i jej kulturze.
Cała książka aż krzyczy, że Shima to Japonia. Tyle, że Jay Kristoff bazuje na powszechnych, niejednokrotnie mylnych wyobrażeniach o niej, wykorzystuje stereotypy, przez co mimo tego natłoku odniesień do kultury japońskiej, brak w książce prawdziwie japońskiego klimatu. Wiecie, samo ubranie kogoś w kimono, uzbrojenie w tanto, czy katanę, i nadanie mu japońskiego imienia to za mało, by można określić książkę przymiotnikiem "japońska".

"Lecz wszystkie kwiaty więdną.
Z Pani Izanami życie wyssał połóg.
Pan Izanagi zapuścił się głęboko do czarnych podziemi, pragnąc odzyskać ukochaną, 
ale nie miał dość mocy, by pokonać chłód śmierci i wyrwać ją z mrocznych objęć Yomi.
I ona mieszka tam dotąd; rodzicielka wszelkiego zła,
a imię jej: Kres Głosząca." [str. 159]

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób wspomniane przeze mnie wyżej mankamenty "Tancerzy Burzy" nie będą wcale wadami. Rozumiem to. Zamierzam zatem wytknąć pisarzowi i jego książce inne błędy. Zacznę raz jeszcze od japońskiego słownictwa, które wypełnia książkę. I to w nadmiarze. Natłok tych obcojęzycznych nazw, osobę nieprzyzwyczajoną i nieobeznaną z nimi, może przyprawić o zawroty głowy, znużenie, zmęczenie, a nawet irytację. Pisarz zarzuca czytelnika japońskimi słowami, wychodząc chyba z założenia, że każdy je zna. (Sądzę, że nawet mały słowniczek umieszczony na końcu książki nie pomoże w tym wypadku, bo nie wierze, żeby osoba, która nigdy wcześniej nie spotkała się z japońskim słownictwem, a nie mam tu tylko na myśli znanych szerokiemu gronu odbiorców nazw typu szogun, katana, geta czy tabi, zapamiętała od razu wszystkie użyte obcojęzyczne słowa i nie musiała w celu pełnego zrozumienia treści sięgać co chwila na koniec książki.) Na wielu stronach powieści, w tym na pierwszych kilkudziesięciu, pisarz zasypuje czytelnika mnóstwem informacji, często zupełnie zbędnych, pełnych zbytecznych detali, które nic nie wnoszą do fabuły. Wystarczyłby ułamek tych opisów i informacji, by wprowadzić odbiorcę w świat Shimy i jej bohaterów. Język powieści jest bardzo bogaty, malowniczy, zdobny. Styl pisarski Kristoffa jest pełen rozmachu, poraża swoim bogactwem porównań i metafor oraz obrazowością. Niestety jest też momentami, i to wcale nie takimi rzadkimi, przyciężkawy. Opisy jakimi okrasza swoją powieść Kristoff potrafią porwać; zdarzało mi się zachłysnąć nimi i z przyjemnością zanurzyć, ale... podobnie jak w przypadku opisów, informacji, słownictwa japońskiego także i tu pisarz często przesadza. Niepotrzebnie rozbudowuje opisy, mnoży zawiłe metafory i niestety sprawia, że można poczuć przesyt. Byłoby wspaniale gdyby zamiast skupiać się na przesadnych opisach i mnóstwie japońskojęzycznych słów przyłożył się do rozbudowania fabuły, pogłębienia postaci, uwiarygodnienia relacji między bohaterami, dopracowaniu kluczowych dla książki momentów. Czyli już znacie kolejne zarzuty, jakie stawiam powieści. Dla mnie "Tancerze Burzy" to zmarnowane okazje. Na ciekawe i nietuzinkowe postaci, na wyjątkowy świat, na porywającą fabułę. Rozwój bohaterów jest minimalny. Relacje między nimi są nieprzekonujące, niewiarygodne, sztuczne, drętwe. Szczególnie nieprawdopodobnie brzmi ta, która nawiązuje się między gryfem a Yukiko. Uważam, że temu wątkowi powinien Kristoff poświęcić dużo więcej uwagi, bo jest on kluczowy dla całej powieści. Żadnego z bohaterów nie polubiłam jakoś szczególnie, tak jak żaden nie wywołał u mnie przeciwnych uczuć, a to dlatego, że są oni bez wyrazu, są nijacy w tej swojej wyjątkowości. Czytelnik pozostaje zupełnie obojętny wobec ich losu. Wątek romantyczny w powieści również pozostawia wiele do życzenia. Jego sztampowość nie przeszkadzałaby mi tak mocno, gdyby nie to, że jest on też nijaki. Nie porywa, nie wzbudza emocji, i to zarówno u mnie jako odbiorcy, jak i u postaci uwikłanych w historię miłosną. Uczucia nie przekonują, wydają się być wymyślone na siłę. Raz jeszcze muszę ponowić zarzuty o niewiarygodności oraz sztuczności także w tym wątku, który jest napisany wyjątkowo źle, wszystko jest takie powierzchowne. Zazwyczaj nie narzekam na wartką akcję, jednak w wypadku "Tancerzy Burzy", historia toczy się zbyt szybko i jest powierzchowna. Istotne dla fabuły wątki nie są odpowiednio wyjaśnione, ciąg wydarzeń nie znajduje często odpowiedniego wytłumaczenia. No i zakończenie książki... Naburmuszone, sztuczne, ciężkawe. Brak w nim dramatyzmu. Zamiast mnie poruszyć, wywołało uśmieszek politowania i zniesmaczenie. Mimo, że to nie ja je napisałam, zawstydziłam się.
"My, którzy pozostaliśmy;
klany zrodzone z wody, ognia, góry i błękitnego nieba,
my o bijących sercach, przeklęci przez straszliwą Izanami, nienawidzącą
wszelkiego życia,
wznosząc swe głosy do Boga Stwórcy, do Jasnego Księżyca i Pani Słońca,
do Boga Burz, do wszystkich, którzy nas usłyszą, tak się modlimy:
O wielkie niebiosa, ocalcie nas." [str. 273]

Czytając wszystko to, co napisałam powyżej można by pomyśleć, że "Tancerze Burzy" to fatalna książka, po którą lepiej nie sięgać. Nie uważam, by było aż tak źle. Pomysł na książkę, na fabułę w niej zawartą jest naprawdę ciekawy. Bardzo podobały mi się elementy steampunkowe, technologie istniejące w świecie Shimy. Intrygowała mnie Gildia i jej członkowie. Ten wątek także powinien zostać rozwinięty. Podobała mi się tematyka ekologiczna, która o dziwo w porównaniu w innymi wątkami, została dobrze zaprezentowana, przedstawiona jest nienachalnie i całkiem spójnie, choć jak w przypadku wszystkich wątków, bez wdawania się w szczegóły. Wiele postaci, gdyby autor właściwie je rozwinął, to bardzo interesujące osobowości. Cała książka ma potencjał, który mam nadzieję, zostanie właściwie wykorzystany i rozwinięty w kolejnych częściach. (Tak, jestem z tych masochistów, którzy muszą przeczytać cały cykl, nawet, gdy pierwsza część nie przypadnie im do gustu.)

"Tancerze Burzy" to bardzo nierówno napisana książka. Czytając ją miałam wrażenie, że autor sam siebie złapał w potrzask świetnego pomysłu i tak się nim zachwycił, że zapomniał go zrealizować. Często, jak gdyby zapomina o fabule i zarzuca czytelnika kwiecistymi opisami i japońskimi nazwami, co nie służy książce. Odniosłam wrażenie, że to zarzucanie czytelnika szczegółami ma na celu ukrycie niedociągnięć. Czasami jednak pisarz się opamiętuje i powieść wciąga, przez wiele stron nie można się od niej oderwać. Opisy zachwycają (gdy Kristoff nie przesadza), porywają odbiorcę do mistycznej krainy. Bohaterowie mają zadatki na ciekawe osobowości, niestety pisarz nie poradził sobie z ich rozwojem. Co ciekawe, sceny akcji są dobrze napisane. Są dobrze wyważone, są dynamiczne, trzymają w lekkim napięciu. Gdybym miała kilkoma słowami opisać tą książkę, określiłabym ją słowami "całkiem dobra" albo "może być".
***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:


* Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Tancerze Burzy" Jay Kristoff

Reakcje:

7 komentarzy:

  1. każdy lektury odbiera subiektywnie, więc nie dziwię się, ze Ty tak mocno chcąca przeczytać tę pozycję i tak "kochająca" Japonię czułaś się zawiedziona, niestety tego typu nadużycia często w literaturze się zdarzają, a ta kultura jest mocno złożona, rozbudowana i tak różna od innych kultur, że naprawdę trzeba się w niej zagłębić by ją poznać, ba myślę, że bez obserwacji mieszkańców nie da się w pełni jej poznać....jestem ciekawa jak ja kompletny laik na nią zareaguje...ekologia mnie nęci choćby z racji wykonywanego przez mnie zawody, te technologie i Gildia także, co do romansu sama nie wiem czy, aż tak bardzo jest potrzebny w takich powieściach...strasznie się rozpisałaś, ale czytało się to fajnie, niczym rozłożenie na czynniki pierwsze;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zacznę od końca Twojej wypowiedzi - dobrze, że nie ganisz mnie za to, że się rozpisałam, bo starałam się wyjaśnić, czemu się zawiodłam tą książką :) Widzę po recenzjach i notach, np. na LC, że książka się bardzo podoba, więc możliwe, że i Tobie się spodoba. Choć ciekawa jestem, czy te inne mankamenty, o których napisałam w niej dostrzeżesz?

      Usuń
    2. czasem takie rozpisywanie jest wskazane, szczególnie gdy to dotyczy Twoich zainteresowań;) zobaczymy, zobaczymy;)

      Usuń
  2. Zgadzam się, że kultura japońska jest niezwykle fascynująca. Jak zwykle jestem pod wrażeniem Twoich recenzji! A tak a propos książek nawiązujących do Japonii to lubię styl i tematykę twórczości Haruki Murakamiego, ale to oczywiście zupełnie inny gatunek...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa :) Murakamiego także lubię, na blogu niedługo powinna się pojawić recenzja "Sputnika Sweetheart".

      Usuń