"Mój lejtnant. Wspomnienia obrońcy Leningradu" Daniił Granin

Tytuł: "Mój lejtnant. Wspomnienia obrońcy Leningradu"
Autor:  Daniił Granin
Oryginalny tytuł: "Moj liejtienant"/"Мой лейтенант"
Tłumaczenie: Galina i Andrzej Palaczowie
Wydawnictwo:  Inicjał
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 254

W tym roku, 22 czerwca, przypada 73 rocznica ataku III Rzeszy na ZSRR. Dzień Pamięci i Smutku. Dzień ten, w 1941 r., był dla Rosjan początkiem Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (czyli walk na froncie wschodnim II wojny światowej albo inaczej wojny niemiecko-radzieckiej), w której zginęło około 27 mln obywateli, a dla Niemców początkiem końca ich marzeń o zajęciu terenów należących do  byłego sojusznika oraz pośrednio początkiem upadku Hitlera. Oto stanęły naprzeciw siebie dwie najpotężniejsze w tamtym czasie armie. Niemcy posiadali liczniejszą armię (ponad 4 mln żołnierzy; Rosjanie dysponowali w tym czasie na froncie zachodnim ok. 3 mln żołnierzy - rachunki przybliżone), za to  Armia Czerwona przeważała nad wrogiem liczbą sprzętu. (Hitlerowcy mieli do dyspozycji na froncie wschodnim zaledwie 2 tys. czołgów, sowieci mieli ich pięć razy więcej. Podobnie sprawa miała się z samolotami:  armia niemiecka dysponowała 3 tys. samolotów bojowych, flota powietrzna ZSRR była trzykrotnie silniejsza.) Armia niemiecka po wcześniejszych zwycięskich kampaniach, m.in. w Polsce, wierząc w swoją siłę i bycie niezwyciężoną, postanowiła raz jeszcze zastosować sprawdzoną taktykę - Blitzkrieg (wojna błyskawiczna). Plan był prosty: szybki atak, przebicie się przez zaskoczoną obronę wroga i przedostanie się na jego tyły. Z kolei Rosja za czasów Stalina dysponowała ogromnym potencjałem ludzkim i przemysłowym, który był ukierunkowany na produkcję zbrojeniową. Zarówno Stalin jak i wysocy rangą dowódcy z całą premedytacją wykorzystali potencjał ludzki,. Rekompensując brak skoordynowanych planów działania,  właściwego przygotowania kadry dowódczej, odpowiedniego wyszkolenia i doświadczenia w walce w polu żołnierzy, świadomie posyłali kompanię za kompanią, często prawie nieuzbrojoną lub pozbawioną odpowiedniego uzbrojenia, na śmierć. Żołnierze byli traktowani jak mięso armatnie. Niemcy postawili na jakość, Rosjanie - na ilość. I jedni i drudzy przekonali się boleśnie o wadach swoich planów. Gdy w czerwcu 1941 r. armia niemiecka zaatakowała ZSRR, armia sowiecka została niemalże sparaliżowana. Linia obrony załamała się, gdy walczący próbowali sprostać wykluczającym się rozkazom, wojska w panice rzuciły się do ucieczki. Niemcy błyskawicznie zajmowali sowieckie tereny, a pierwszy prawdziwy opór napotkali dopiero w okolicach Smoleńska. 

"Choć pod koniec nawet nauczyliśmy się walczyć, w dalszym ciągu nie liczyliśmy się ze stratami i trwoniliśmy życie swoich żołnierzy. Dobrze walczy ten, kto traci mało krwi. O tym wszyscy wiedzieli, ale nikt z tym się nie liczył, na górze też nie, i to szło w dół. Jeżeli już coś liczyli, to ile czołgów spłonęło, o ile kilometrów się przesunęliśmy. Dowódcy nie byli oceniani pod kątem strat własnych ludzi. Ciekawe, jak  by wyglądała reputacja niektórych sławnych marszałków, gdybyśmy policzyli ich zabitych.
(...) Po zakończeniu wojny trzymano w tajemnicy liczbę zabitych, rannych, wziętych do niewoli. W "Wielkiej Encyklopedii Wojny Ojczyźnianej" nie było hasła "straty". Sądząc po tej encyklopedii, gdzie jest wszystko, strat w Wielkiej Ojczyźnianej nie było." [ str. 186]

27 stycznia miała miejsce kolejna rocznica. Były to obchody rocznicy zakończenia blokady Leningradu (obecnie jest to Petersburg) podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Oblężenie miasta nad Newą trwało prawie 900 dni (Niemcy dotarli pod Leningrad 12 września 1941 r. blokada miasta zakończyła się 27 stycznia 1944 r.) i pochłonęło po stronie sowieckiej 2 miliony ofiar, z czego ponad połowę stanowili cywile. Jest to jedna z bardziej tragicznych kart w historii Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

Na niej właśnie koncentruje się książka "Mój lejtnant" Daniiła Granina. Jeśli jednak ktoś sięgając po nią oczekuje kolejnego peanu na cześć nieustraszonych żołnierzy przepełnionych patriotyzmem i ich bohaterskich czynów z pieśnią na ustach, może od razu zapomnieć o swoich oczekiwaniach. Powieść Granina to spojrzenie na Wielką Wojnę Ojczyźnianą oczami zwykłego frontowca, a nie z punktu widzenia wielkich generałów, siedzących z dala od okopów i składających bez mrugnięcia okiem w ofierze setki tysięcy ludzkich żyć. Nie ma patosu.  Jest tylko gorzki ból. Prawda okopu.

"Był upał. Odwrót znaczył się pożarami, spuchniętymi trupami koni i żołnierzy. Krótko mówiąc - smrodem. Klęska to odór. Ubranie, włosy, wszystko przepełnione jest gryząca spalenizną, odorem gnijącego ludzkiego mięsa i koniny. Cofania się nikt Armii Czerwonej nie uczył. Tak, żeby odejść zanim cie okrążą, wywieźć działa, uratować sprzęt." [str. 41]

Książka to ciągły dialog dojrzałego już autora ze swoim drugim ja - lejtnantem D. - nieopierzonym młodzikiem, który zgłosił się do pospolitaków (pospolite ruszenie) na ochotnika, został przemielony przez wojenną maszynkę, przeszedł przez rzeź w trakcie cofania się Armii Czerwonej na linii Ługi (obwód leningradzki), zetknął się z zamieszaniem (choć to delikatne słowo) panującym na froncie i z przeróżnymi ludźmi w tych nieludzkich warunkach (różnymi zarówno ze względu na pochodzenie, jak i wykształcenie oraz światopogląd). Widział upadek i staczanie się ludzi, widział, co czyni z ludźmi wojna. To niekończąca się debata z samym sobą, która ma pomóc zrozumieć: Dlaczego? Jak? W imię czego? Wciąż próbuje pojąć to, co się dzieje, to, co się stało. Tylko, czy jest jasna odpowiedź na te pytania?


"Noce były coraz dłuższe, mrozy coraz silniejsze, zdobywać drwa na opał było coraz trudniej. Batalion chudł w oczach, to jest ludzi ubywało. Z różnych przyczyn. Ostrzał. Dystrofia plus szkorbut, plus furunkuloza. Plus odmrożenia. Ludzie uciekali do Niemców. Czasami aż się chciało płakać. Coś się w człowieku zbierało. Nie coś, to beznadziejność istnienia, które miało skończyć się albo ranami, albo śmiercią. Na nic innego nie mogliśmy liczyć. Zamiast przyszłości - ślepy zaułek." [str. 101]


To nie jest opowieść o  zwycięstwach, o bitwach, o taktycznych manewrach, o heroizmie. Tylko o wojnie, która pachnie strachem, moczem i rozkładającymi się ciałami. O kalectwie, fizycznym, moralnym i duchowym. O głodzie, który wypełnia człowieka całkowicie i jego zaspokojenie jest najważniejsze, więc gotowane zgniłe mięso końskie, czy zmrożone, zgniłe ziemniaki z odrobiną soli stają się najwspanialszym rarytasem. Gdy myśl o kanibalizmie nie budzi obrzydzenia... O ofensywie, która zamienia się w szaleństwo, w rzeź. O chaosie, który staje się codziennością i panice, która wymyka się spod kontroli. Jest to także powieść o miłości, o śmiechu, który pozwala zachować zdrowe zmysły. O przyjaźni. O pożegnaniach. O trudnych wyborach. O wierze i o życiu. W swojej książce Granin stawia pytanie o miejsce człowieka na wojnie i w życiu po niej.

zdj. ozon.ru

"Były dnie, kiedy zaczynałem rozumieć kanibali. Mogłem sobie wytłumaczyć, dlaczego to robią. Zamieniałem się w pusty żołądek, który skręcał się, wył z szalonego pragnienia, by cokolwiek przeżuwać. Śmieci, brudy, garść ziemi, trociny. Zniknęło obrzydzenie. Zaczynałem dostrzegać, że przechodnie to mięso - szkielet, na którym było jeszcze mięso." [str. 158]

"Mój lejtnant" to nie tylko powieść o okopowej i frontowej prawdzie. To także powojenne życie, kraju i tych, co przeżyli. Pisarz pokazuje, jak ciężko jest wrócić do normalnego życia, gdy młodzi wracali z duszą starego człowieka do świata, który nie rozumiał ich i którego oni nie rozumieli. To wciąż ta sama wojna, która im towarzyszy i nie daje o sobie zapomnieć. To również i inna wojna, toczona już nie z okopów, lecz swój przeciw swojemu, jeszcze bardziej zadziwiająca i nieprzewidywalna niż ta na moździerze i czołgi. Wojna z "wrogami ludu".

"Na pierwszej linii zabitych nikt nie liczył, płakali na tyłach. Wszędzie wdowy, zawiadomienia o śmierci, kule, protezy. [str. 220]

Granin ucieka w swojej powieści od patosu. Jego język jest prosty, dokładny, bez ozdobników. Ma swój własny, niepowtarzalny język, który sprawia, że powieść czyta się łatwo i przyciąga czytelnika, wymusza na nim zastanowienie się nad lekturą. Książka napisana jest z lekkością. Pisarz w delikatny sposób przedstawia ponure wydarzenia, porusza trudne i bolesne sprawy. Czemu Armia Czerwona mimo przewagi nad armią niemiecką nie potrafiła pokonać nazistów? Dlaczego dowódcy wojskowi ze Stalinem na czele dali się zaskoczyć armii niemieckiej, mimo doniesień wywiadu? Czemu z kolei Niemcy zamiast ruszyć na Leningrad wzięli go w kleszcze blokady? Dlaczego nie wzięli miasta, gdy było ono przez jeden dzień całkowicie pozbawione obrony? Jaki był sens posyłanie na front nieprzygotowanych i nieuzbrojonych często nawet w zwykły karabin, żołnierzy? Czy łatwo jest zabijać? Jakie to uczucie, gdy się komuś odbiera życie? A, gdy samemu co rusz unika się kuli, a inni wokół Ciebie giną? Dlaczego tak jest? Czemu jeden ginie, a inny nie? Czemu Rosjanie potrafią robić coś dla "sprawy", a dla siebie samych już nie? Bohater i autor starają się zrozumieć. Lecz Granin nie stawia przysłowiowej kropki nad "i", nie ma na celu odpowiedzi na zadane pytania, on tylko relacjonuje wydarzenia, opowiada o frontowych przeżyciach i uczuciach.

 "W pociągu rozmyślał nad swoim życiem. Z młodości nic już nie zostało. Wszystko stracił - jego zabijali, on zabijał, cały aż przegnił śmiercią, wszystko mu zbrzydło." [str. 206]

Daniił Granin to 95-letni dziś pisarz i eseista rosyjski, kombatant, uczestnik Wojny Ojczyźnianej, przeżył oblężenie Leningradu. Jest więc z pokolenia, które odchodzi. Została ich ledwie garstka.  Wraz z nimi odchodzi prawda o tym, co działo się na froncie. Zostają nam książki wraz z nadzieją, że zawarta w nich wiedza jest prawdziwa. Teraz mogliby nareszcie opowiedzieć swobodnie, bez obaw o swoje  i swoich bliskich życie, o tym, co miało wtedy miejsce. Ujawnić przemilczane. Ale większości z nich już nie ma. Kiedyś nie było komu słuchać, teraz nie ma komu opowiadać.  Możliwe, że w książce Granina dostrzegliby to, co przeżyli wtedy sami. Może odważyliby się raz jeszcze wrócić do tamtych dni i raz jeszcze o nich opowiedzieć, przestawić swoją wersje wydarzeń? Pozostaje nam słuchać i spróbować zrozumieć ich prawdę.


"Darem przeszłości jest zdziwienie, a nie pociecha." [str. 247]

                                                                            ***
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Inicjał.

http://www.inicjal.com.pl/

Zajrzyjcie koniecznie na fanpage wydawnictwa na Facebooku - KLIK.
 ***
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:


* Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Mój lejtnant. Wspomnienia obrońcy Leningradu" Daniiła Granina 

21 komentarzy:

  1. Nie sądziłam, że ta książka jest taka drastyczna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bym jej drastyczną nie nazwała, ale dosadną.

      Usuń
  2. nie powiem, kiedyś lubiłam takie lektury i może pora do nich wrócić !

    OdpowiedzUsuń
  3. Choć przy tej lekturze chyba bym się raczej nie odnalazła (tak czuję), to muszę pochwalić Twój tekst. Naprawdę się postarałaś. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To niby nie Twoja tematyka, ale możliwe, że i tak książka by Cię wciągnęła. Dziękuję za pochwałę, przyznam, że cięłam tekst, bo popłynęłam z tematem Wojny Ojczyźnianej :)

      Usuń
  4. Każda wojna jest okrutna. Książkę na pewno przeczytam, bo warto wiedzieć o takich rzeczach. Też chwalę Twój tekst - widać, że temat Wojny Ojczyźnianej Cię wciągnął i emocjonalnie podeszłaś do tej książki. Po sobie wiem, że inaczej się nie da traktować takich tematów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety wojna to nie tylko sprawa wojskowych, dużo mocniej odbija się na zwykłych ludziach, na cywilach. Moim zdaniem "Mój lejtnant" jest ciekawym spojrzeniem na historię z drugiej strony.
      Dziękuję za komplement :)

      Usuń
  5. Bardzo ciekawa recenzja. Tematyka w sam raz dla mego teścia, który uwielbia dostawać i czytać książki z czasów II wojny światowej. Będę pamiętała o niej jak będę przeglądać tytuły nadające się na prezent :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Możliwe, że spodobałaby się Twojemu teściowi.

      Usuń
  6. radzieccy dowódcy nigdy się specjalnie nie liczyli z takimi drobiazgami jak straty własne...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację. Można chyba nawet rzec, że jest to ich znak rozpoznawczy ...

      Usuń
  7. To zdecydowanie nie moja tematyka ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Angua, I coudn't agree more. I takie podejście jest nadal, co było można zauważyć podczas odbijania teatru na Dubrowce...

    OdpowiedzUsuń
  9. Wydaje się interesująca. Dam jej szansę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Daj :) A ja z chęcią przeczytam Twoją recenzję tej książki :)

      Usuń
  10. W ogóle mi ta książka nie leży, ale tekst czytałam z zapartym tchem, fajnie dopracowany!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że mój wpis dobrze Ci się czytało mimo, że książka nie znajduje się w kręgu Twoich zainteresowań.

      Usuń
  11. 95 lat - cudny wiek! Edytko, Dysiu czytałam i jestem zachwycona w jak wspaniały sposób o tym napisałaś. A ile ciekawostek, wiele z tego oczywiście nie wiedziałam. Chyba nie muszę ci mówić, że z ogromną chęcią bym ją przeczytała!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawie 100! I jeszcze jeździ na odczyty, występuje, pisze!
      Cieszę się, że uważasz, że to co napisałam jest ciekawe i wartościowe :) Wiedziałam, że sama chętnie byś po "Mojego lejtnanta" sięgnęła.

      Usuń