"Losy niezagubione. Wojenne ścieżki Polaków w krainie fiordów"

Tytuł: "Losy niezagubione. Wojenne ścieżki Polaków w krainie fiordów"
Autor:  Bjørn Bratbak
Oryginalny tytuł: "Polsk grinifange - norsk sjøkaptein"
Tłumaczenie:  Maria Gołębiewska-Bijak
Wydawnictwo: Bellona
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 280

Młody Polak, Mietek Krakowski, dociera jesienią 1943 r. do Mo w Rana, do, jak wierzy, pracy w niemieckiej firmie budowlanej. Zamiast tego, zostaje robotnikiem przymusowym, a później trafia do niemieckiego obozu pracy Grini w lla (Bærum). Wojna skończyła się, Mietek przeżył i postanowił zostać w Norwegii. Tu zdobył wykształcenie i spełnił swoje największe marzenie. Historia Mietka to punkt wyjściowy książki, od którego zaczyna się opowieść o losach młodych polskich mężczyzn, w Norwegii, w trakcie i po II wojnie światowej.
Już od pierwszych dni, kiedy wojna dosięgła Norwegię, splotły się losy Polaków i Norwegów. Tysiące mężczyzn trafiło do krainy fiordów. Niektórzy przybyli jako żołnierze i marynarze, inni jako więźniowie i robotnicy przymusowi. Wielu z nich zostało zabitych i rannych w walkach; wielu skończyło jako uchodźcy, wybierając emigrację, sceptycznie patrząc na nową komunistyczną Polskę. 
"Losy niezagubione" powstały, jak mówi sam autor "(...) aby przypomnieć Norwegom o zaangażowaniu Polski w okresie wojny, ale także by uświadomić im tragiczne losy Polski i Polaków po tym, jak wiosną 1945 r. Norwegia i pozostałe kraje demokratycznej Europy Zachodniej odzyskały po wojnie wolność."
Bjørn Bratbak interesuje się losami i historią Polski od dawna - szczególnie bliski jest mu okres II wojny światowej - jest autorem wielu artykułów o Polsce i Polakach, zamieszczanych w norweskich gazetach, wydał także własnym sumptem broszurę dotyczącą niewygodnej prawdy o Katyniu. Od lat uświadamia swoich rodaków w kwestii historii Polski. Co ciekawe Bratbak publikuje także po polsku.
Książka jest ciekawą publikacją, dotykającą trudnych tematów, skupia się na miejscach i osobach, które także w Polsce są traktowane po macoszemu i odsunięte w zapomnienie. Któż wie coś ponad to, że Polacy brali udział w bitwie o Narwik? Mimo ciekawej tematyki książka jest ciężka w odbiorze. A to za sprawa języka, którym jest napisana; języka sztywnego, jak z raportów. Niestety napisana jest bez polotu i lekkości, jaką potrafią zawierać prace historyczne, jest nudnawa, chaotyczna, pełna wyliczeń, powtórzeń, co wiele osób może zniechęcić. Spodziewałam się wciągającej lektury, a czytałam książkę na raty, co rzadko mi się zdarza w przypadku książek historycznych. Jednak i tak uważam książkę za wartą przeczytania.
"Losy niezagubione" zawierają sporo małych ciekawostek o Polakach w Norwegii, poruszają opisami ciężkiego życia obozowego. Bratbak mocno skupił się w swojej książce na opisie losów ludzi rzuconych nad fiordy norweskie. Prześledził historię swoich bohaterów najdokładniej jak mógł, by pokazać, że każdy z nich był zwykłym człowiekiem posiadającym rodzinę, chcącym żyć w wolnym kraju, lecz zmuszonym przez wojnę podążyć inną drogą. Co gorsze, wraz z zakończeniem wojny losy wielu z tych, którzy ją przeżyli, wcale nie uległy poprawie i szukali schronienia przed nowym ładem za granicą - chociażby w Norwegii. 
Komu polecam tą książkę? Fanatykom, którzy mimo trudności są w stanie dostrzec walory tej książki. Tym, którzy dostrzegą, jak wiele pracy włożył autor w odszukanie swoich bohaterów, przekopanie się przez różnorakie archiwa i docenią ludzi takich jak Bratbak.

Balsam do ciała poprawiający koloryt skóry z pomidorem i marchewką

Dziś ponownie zabieram Was w świat kosmetyków Zielonego Laboratorium, świat, który mnie całkowicie zachwycił!
Tym razem przedstawię Wam Balsam do ciała poprawiający koloryt skóry z pomidorem i marchewką, który według słów producenta "Wzmacnia i ujednolica koloryt oraz wspiera cykl odnowy komórek. Pozostawia skórę gładką, nawilżoną i promienną." Chcecie wiedzie, co sądzę o tych zapewnieniach? Zapraszam do przeczytania posta.

Balsam otrzymałam w ramach wygranej w konkursie zorganizowanym na FB Zielonego Laboratorium, dlatego też recenzję tego produktu znajdziecie także na stronie firmy - KLIK.
Jak każdy kosmetyk pochodzący z Zielonego Laboratorium, także ten został umieszczony w prostym plastikowym opakowaniu z ekologiczną etykietą. Bardzo lubię tą schludną, ale przykuwającą spojrzenie estetykę. Butelka nie jest zamknięta na typowy zatrzask lub zakrętkę; naciskamy na tą część nakrętki z napisem Press i otwiera się "dziubek" przez który dozujemy balsam. W wypadku tego produktu takie rozwiązanie dobrze się sprawdza. Co istotne nie ma on pompki, jak egzemplarz widniejący na zdjęciu na stronie producenta.
Pierwsze, co zwraca uwagę po otwarciu balsamu, to jego zapach. Człowiek się zastanawia, jakim cudem w balsamie może być świeżo starta marchewka? To zapewne zasługa oleju z marchwi, znajdującego się w kosmetyku! Dla mnie jest to zapach cudowny, smakowity - zawsze po zastosowaniu balsamu przychodzi mi ochota żeby schrupać marchewkę lub dwie :) Zapach ten oczywiście szybko się ulatnia i nie pozostaje, ku mojemu rozczarowaniu, na skórze ;)
Kolor balsamu z pomidorem i marchewką również przywodzi na myśl te warzywa (tak, celowo nie nazwałam pomidora owocem :P), określiłabym go jako żółtawo-pomarańczowy, jasny.
Konsystencja kosmetyku jest w sam raz - ani za rzadka ani za gęsta, bardzo dobrze rozsmarowuje się na skórze. Ten balsam rzeczywiście jest lekki i bardzo szybko się wchłania, nie pozostawia tłustej warstewki, a mimo to skóra jest przyzwoicie nawilżona. Dla skóry przesuszonej może być jednak za lekki i może wymagać częstszej aplikacji niż wieczorem i/lub rano.
balsam zaraz po wydobyciu go z butelki
lekko rozsmarowany balsam
Pojemność
250 g

Cena
45 zł

Skład
aqua/water, caprylic/capric triglyceride, glyceryl stearate, myristyl myristate, glycerin,
erythrulose, glyceryl stearate citrate,butyrospermum parkii (shea) butter, dihydroxyacetone, troxerutin, 
cetearyl alcohol, daucus carota sativa (carrot) seed oil, daucus carrota sativa (carrot) root extract, beta-carotene, solanum lycopersicum (tomato) fruit juice, theobroma cacao (cocoa) seed butter, tocopherol,

citrus grandis (grapefruit) peel oil, cinnamomum ceylanicum bark oil, pelargonium graveolens oil, d-limonene, cinnamal, linalool, eugenol, lysolecithin, sclerotium gum, xanthan gum, pullulan, sodium phytate, sodium citrate, sodium benzoate, potassium sorbate, synthetic fluorphlogopite, titanium dioxide, iron oxide
Balsam do ciała poprawiający koloryt skóry z pomidorem i marchewką zawiera świeżo wyciśnięte soki z pomidora i marchwi (mniam!), nie zawiera: PEGów, silikonów, olejów mineralnych, parabenów, sztucznych barwników. To także produkt, który spokojnie mogą stosować weganie, ponieważ nie zawiera żadnych surowców pochodzenia zwierzęcego.
A, właśnie! Co z tą poprawą kolorytu skóry? Jest! Moja skóra jest z tych bladych i wraz z upływem jesiennych i zimowych dni lubi nabierać nieco niebieskawego odcienia. Ten balsam sprawił, że moja skóra wygląda jakby była bardzo delikatnie opalona, na zdrowszą. Efekt ten utrzymuje się cały czas, nawet po prysznicu oraz wszelkich peelingach ciała. Poddałam go nawet małej próbie i przez trzy dni nie nakładałam kosmetyku na skórę. Mimo to nadal miała ona ładny, zdrowy kolor.
Balsamu używam od miesiąca, stosuję zazwyczaj wieczorem, czasami rano, w butelce nadal mam ponad połowę produktu.
Muszę Wam napisać o pewnej wadzie produktu. Niestety skóra posmarowana balsamem brudzi jasne ubrania, może zażółcić jasne prześcieradła, czy ręczniki. Mimo, że kosmetyk błyskawicznie i całkowicie wchłania się w skórę, ubrania ocierające się o skórę, lekko się brudzą. Na szczęście bez problemu zabrudzenia te spierają się.
Niedogodność ta nie zniechęciła mnie do stosowania balsamu, ponieważ jego zalety przeważają. Dzięki Balsamowi do ciała poprawiającemu koloryt skóry z pomidorem i marchewką mogę cieszyć się miękką, nawilżoną, delikatnie opaloną i zdrową skórą. No i ten marchewkowy zapach!

Najseksowniejszy norweski mężczyzna 2013 r.

Dzisiejszy post sponsorują: norweska edycja Elle, norweska płeć brzydka oraz ... mój dzisiejszy sposób na naukę języka norweskiego, czyli czytanie norweskich babskich miesięczników :)
Jak co roku, pod koniec roku, miesięcznik dla kobiet Elle, w ramach podniesienia nastroju i rozgrzania krwi przed zbliżającymi się Świętami, przedstawił dziesiątkę norweskich seksownych ciach. Chciałam Was zapoznać z norweskim postrzeganiem męskiego piękna, norweskim gustem ... ale nie wiem na ile poniższe zestawienie oddaje ogólnonarodowe upodobania. Powiedzmy, że wierzę iż jest ono w jakimś stopniu wyznacznikiem norweskich upodobań i że panowie przedstawieni poniżej wywołują przyspieszone bicie serca u większości pań, a także u wielu panów :) Ciekawe, czy i Wam krew zacznie szybciej krążyć w żyłach :)

1. Niekwestionowanym zwycięzcą tegorocznej edycji Norges mest sexy mann (najseksowniejszy norweski mężczyzna) został Aksel Lund Svindal. Ten 30-latek jest mistrzem olimpijskim (olimpiada w Vancouver) w supergigancie, wicemistrzem w zjeździe i brązowym medalistą w slalomie gigancie, wielokrotnym mistrzem, wicemistrzem i brązowym medalistą mistrzostw świata oraz oczywiście mistrzem Norwegii. Pierwsze narty otrzymał jako trzylatek - miały 100 cm długości - od swoich rodziców, zapalonych narciarzy i od tamtej pory się z nimi nie rozstawał. Narciarz ma 189 cm wzrostu, waży 97 kg i ma uśmiech topiący serca, więc aż dziw, że gdy śmiga na swoich nartach nie topi się śnieg - tak twierdzi Elle.
Więcej o zwycięzcy dowiecie się na jego stronie i blogu.
http://www.klikk.no/mote/elle/article875517.ece

2. Drugie miejsce zajął aktor, Tobias Santelmann (ha! znam go!). Ten 33-letni szorstki łamacz serc zdobył ich ostatnimi czasy wiele, przebojem wdzierając się do szerszego kręgu odbiorców rolami w bardzo popularnych (w Norwegii) filmach "Kon-Tiki", "Jeg etter vind" ("Goniąc wiatr"), czy "Jeg er din" ("Jestem Twój").

3. Trójkę zamyka 37-letni aktor, reżyser i scenarzysta Aksel Hennie. Cytując Elle (moje tłumaczenie): Co za ciało, co za mężczyzna! Największa krajowa gwiazda kina, jada wołowinę i podnosi ciężary, aby uzyskać formę do hollywodzkiego filmu "Hercules", co nie pozostało niezauważone. Jak donosi Elle, nadal jest singlem. Jakże ja mogłam go nie zauważyć!? ;)

4. Leo Ajkic (29 l.), to kolejny przystojniak, który jest mi znany (uczę się na jego programach norweskiego :P). Urodzony w Bośni, od prawie 20 lat mieszka w Norwegii. Nie jest w moim typie, ale lubię oglądać jego program "Typen til", w którym staje się częścią życia prywatnego kilku znanych norweskich kobiet i pokazuje widzom ich świat od kuchni.

5. Chirag Patel, 29-letni raper pochodzenia indyjskiego, znany pod pseudonimami scenicznymi:
Raggen, Chicosepoy i Chico. Najbardziej znany jako członek norweskiej grupy Karpe Diem - wspominałam o tym zespole tutaj. Przez Elle docieniony za talent, wygląd, inteligencję, tzw. spojrzenie szczeniaczka i umiejętność tańczenia.

6. Drugą połowę zestawienia otwiera Stian Blipp. 23-letni hip hopowiec, beatboxer i prezenter.
Zabawny, utalentowany, wysportowany, przystojny i sympatyczny - Stian ma to wszystko. Co więcej, jest wolny (o ile wiemy). Kto pierwszy ten lepszy! - moje tłumaczenie z Elle.

http://www.klikk.no/mote/elle/article875517.ece
7. Kolejny muzyk (raper i autor piosenek) w zestawieniu to 28-letni Lars Vaular. Według Elle, czy gładko wygolony, czy z brodą, wygląda świetnie. Moim zdaniem nie :P

8. Ja wiedziałam, że jeden z nich wyląduje w takim zestawieniu! Kogo mam na myśli? Komika Bårda Ylvisåker`a. To ten z duetu Ylvis, najlepiej znanego światu z piosenki The Fox (What Does the Fox Say?). Kto nie widział teledysku i nie słyszał piosenki może zajrzeć tutaj. Cały świat został oczarowany przez lisa bez imienia, a redakcję Elle oczarował Bård. Ponoć swoim spojrzeniem.

9. Przedostatni w zestawieniu jest Jakob Oftebro. Podobnie, jak Tobias Santelmann, ten 27-latek, zagrał w norweskiej megaprodukcji "Kon-Tiki". W zeszłym roku Jakob okupował miejsce pierwsze najseksowniejszych mężczyzn według Elle, w tym roku ledwo załapał się do pierwszej dziesiątki. 

10. Zestawienie zamyka kolejny raper, Vincent Dery. 23-latek to połówka duetu Envy (oficjalna strona zespołu). Podczas letniego festiwalu Elle sprawiał, że letnie ciepłe wieczory stawały się gorące - podaję za Elle :)
http://www.klikk.no/mote/elle/article875517.ece
Więcej można przeczytać w grudniowym numerze norweskiego Elle. Co mnie uderzyło? Chyba lubią raperów ;))) Co jeszcze? Jest tylko jeden sportowiec! O, zgrozo! A ja myślałam, że Norweżki i Norwegowie, tylko o sporcie myślą ;)
Spodobał się Wam któryś z najseksowniejszych norweskich mężczyzn? Czekam na Wasze typy :)
Udanego poniedziałku! :)


* Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony: http://www.klikk.no/mote/elle/




Czy wiesz, że ... #5

... król norweski Olaf Tryggvason był ponoć mistrzem w skakaniu po wiosłach?

Skakanie po wiosłach było jedną z ulubionych, jakbyśmy to dziś nazwali, dyscypliną sportową Wikingów. Skakanie odbywało się oczywiście na głębokich wodach fiordów, gdy pod pokładem statku załoga wiosłowała z całych sił :)
To się nazywa mieć fantazję!

* * * * * * * * *
Zapraszam Was dziś także na blog Dyskusyje, gdzie rozmawiamy na temat dobrej i złej książki. Zapraszam! :)
http://dyskusyje.blogspot.com/



"Nieprzyjaciel Boga"

Tytuł: "Nieprzyjaciel Boga"
Autor:  Bernard Cornwell
Seria: Trylogia arturiańska, tom 2
Oryginalny tytuł: "The Enemy of God"
Tłumaczenie: Jerzy Żebrowski
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 520

„ -Bogowie nienawidzą porządku - burknął. - Porządek, Derfel, niszczy bogów, bogowie zatem muszą zniszczyć porządek. ”

Bądź przygotowany! To nie jest elegancki i szlachetny Camelot z opowieści, które słyszałeś. Bądź przygotowany! To świat, w którym trudno o przyjaciół, za to każdy może się okazać Twoim wrogiem. Bądź przygotowany! Bo zawsze przychodzi czas rozliczeń i zapłaty.

"Nieprzyjaciel Boga" to kontynuacja "Zimowego monarchy", w której Artur jednoczy Brytanię i pokonuje Saksonów, chrześcijan ogarnia szaleństwo przemocy i prześladowań związane z przekonaniem, że oto Jezus powróci lada dzień na Ziemię (zbliża się 500 r. n.e.), a Merlin wraz z Nimue odnajdują i tracą skarby Brytanii, zdolne przywołać starych bogów i stary ład. Podobnie jak pierwszy tom Trylogii arturiańskiej pióra Cornwella, także ten, to opowieść snuta przez Derfla, dawnego przyjaciela i ulubionego wojownika Artura. Dzięki niemu po raz kolejny Brytania i jej mieszkańcy ożywają. Z opowieści wyłania się mroczny i pełen przemocy obraz średniowiecznej Brytanii; kraju pełnego reliktów dawnej kultury i tradycji; kraju podbitego i opuszczonego przez Rzymian, którzy zbudowali pełne przepychu, zapierające dech w piersi marmurowe świątynie, drogi i mosty; kraju, po którym wędrują bandy Saksonów i Irlandczyków, szukających nowych miejsc do osiedlenia się; kraju rozbrzmiewającego śpiewem i krzykami fanatycznych chrześcijan oraz szczękiem mieczy, włóczni i toporów, tępionych w bratobójczych wojnach. 

Wywalczona przez Artura zjednoczona Brytania nie jest tą wymarzoną. Artur pragnął spokoju i pokoju, lecz jego sojusznicy, mają swoje własne plany, których żadne przysięgi i przymierza nie są w stanie zmienić. Pod powierzchnią braterstwa kłębią się zdrada i kłamstwa. 
Wśród ciemności i zamętu, walki o dominację nad Brytanią, pobłyskuje także rzadki klejnot - to miłość: krótkotrwała, jak ta, pomiędzy Tristanem i Izoldą; skomplikowana i trudna, w którą uwikłani są Artur i Ginewra; silna, pokonująca przeciwności, której dane było doświadczyć Derflowi i Ceinwyn; macierzyńska i ojcowska. Miłość jest siłą i słabością. 
Antagonizmy między chrześcijanami i druidami (dawnymi bogami) narastają, zmuszając Artura do tłumienia chrześcijańskich rebelii i, w ich mniemaniu, występowania w obronie pogan. Z kolei Merlin wraz z Nimue oraz wiernymi dawnym obrządkom, zarzucają Arturowi sprzyjanie chrześcijanom i odwracanie się od starych bogów.

"Nieprzyjaciel Boga" jest dużo bardziej przesycony zapachem krwi i magicznych ziół niż "Zimowy monarcha", zewsząd otaczają nas zabobony i wrogowie, klątwa goni klątwę, przepowiednia - przepowiednię. Czytając tom drugi Trylogii arturiańskiej miałam wrażenie, że zapadam się co raz mocniej i mocniej w grząskie bagno, a zewsząd otaczają mnie co raz ciaśniej mrok i zło. Im bardziej staram się uwolnić tym bardziej się pogrążam. Znikąd wsparcia, znikąd pomocy.

"Do Cadarn przybędą dwaj królowie, ale będzie tam władał człowiek, który królem nie jest. Martwi zostaną sobie poślubieni, zagubiony zostanie odnaleziony, a miecz będzie na gardle dziecka.”
 
Raz jeszcze Bernard Cornwell z ogromną wirtuozerią przeplata legendy z prawdą historyczną i raz jeszcze jego opowieść uwodzi. Poprzez mroczne krainy, zalane posoką pola walki, magiczne rytuały, krwawe obrzędy, seksualne orgie, opary magicznej (?) mgły, złamane przysięgi, zdradzone obietnice i wszechobecne szaleństwo, widzimy już zakończenie tej historii. Niesamowite, jak autor, historię, wydawałoby się, rozwijającą się po myśli Artura, prowadzącą do wolnej i zjednoczonej Brytanii, potrafił przedstawić w sposób niejednoznaczny, wieszcząc, to co dopiero nadejdzie. Powieść opowiadająca o największym zwycięstwie Artura naznaczona jest smutkiem i bólem, rozczarowanie i rezygnacja przebijają z jej kart. Jakże miłe było mi to pogrążanie się w splątanej boleśnie opowieści.

* * * * * * * * *
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:
Czytam fantastykę
http://magicznyswiatksiazki.pl/czytam-fantastyke/#comment-20600

http://zapiskispodpoduszki.blogspot.com/p/mitologia-w-literaturze.html


Liftactiv Serum 10 Eyes&Lashes Vichy

Już bardzo bardzo dawno nie miałam styczności z kosmetykami marki Vichy; zraziłam się do nich, nic z ich gamy mi nie odpowiadało, a kosmetyki, po które sięgałam ostatnimi czasy, albo mi szkodziły albo nie robiły zupełnie nic. Czy coś się zmieniło od tamtego czasu? Przeczytajcie o moim spotkaniu z Liftactiv Serum 10 Eyes&Lashes.
Nie od dziś wiadomo, że skóra wokół oczu jest delikatna i szczególnie narażona na utratę jędrności. Do tego wiele z nas boryka się z mniejszym bądź większym zasinieniem pod oczami - sama jestem posiadaczką ogromnych cieni pod oczami, na które nic (!) nie pomaga! Laboratoria Vichy stworzyły więc serum, które ma wygładzać i rozświetlić skórę oraz dać długotrwały efekt liftingu. Ponadto, serum to ma wzmocnić i dodać objętości naszym rzęsom, które podobnie jak skóra wokół oczu, codziennie narażone są na szarpanie i pocieranie (makijaż+demakijaż oczu).
Liftactiv Serum 10 Eyes&Lashes obiecuje nie tylko zredukować drobne linie i zmarszczki wokół oczu, ale także wzmocnić rzęsy i sprawić, że nasze spojrzenie stanie się młodsze. Oto zapewnienia firmy Vichy:
"Natychmiastowy efekt rozświetlenia.
Zmarszczki wygładzone już po 10 minutach.
Dzień po dniu, rzęsy wydają się wzmocnione i zdrowsze.
Skóra wokół oczu wygładzona według 90%* kobiet.
Rzęsy wzmocnione według 77%** kobiet. 
(*Test samooceny, 51 kobiet, rezultat po 4 tygodniach.
**Test samooceny, 128 kobiet, rezultat po 4 tygodniach.)"
Hmmmmmm ... Brzmi, jak bajka, prawda? :) Dziś mijają dwa miesiące odkąd pierwszy raz nałożyłam w okolice oczu serum od Vichy, więc mogę poddać tą bajkę ocenie :)
Serum zamknięte jest w metalowej, zgrabnej i stylowej buteleczce, utrzymanej w kolorystyce przypominającej inox (stal nierdzewną). Buteleczka posiada dozownik z pompką, przez który wydobywa się odpowiednia ilość kosmetyku, jakiej trzeba, by dokładnie pokryć okolice oczu. (Na poniższym zdjęciu możecie zobaczyć kroplę, którą codziennie rano i wieczorem nakładałam na skórę pod oczami i na powieki.) Nigdy nie miałam problemów z dozowaniem produktu, nie zdarzyło się, żeby serum "wystrzelało" na boki.
Liftactiv Serum 10 Eyes&Lashes to biały, perłowy krem o lekkiej konsystencji. Serum wchłania się błyskawicznie, wtapia się w skórę i nie pozostawia tłustej, czy lepkiej warstwy. Jego wsmarowywanie/wklepywanie jest bardzo przyjemne. Dzięki swojemu perłowemu odcieniowi serum natychmiast po nałożeniu rozświetla delikatnie skórę pod oczami. Nie ma tu mowy o całkowitej likwidacji cieni pod oczami, jednak już nie straszę rano, bez makijażu, podkrążonymi oczami jak po ostrej balandze :) Co ważniejsze efekt ten utrzymuje się przez cały dzień, a im dłużej stosuję serum, tym na bardziej wypoczętą wyglądałam :) Należy jedynie uważać, aby nie nakładać większej ilości kosmetyku niż zalecana, np. dwóch warstw, ponieważ wtedy produkt ten, szczególnie używany pod makijaż, roluje się, a efekt rozświetlenia wcale nie jest mocniejszy.
Mimo swojej lekkości, dla mojej skóry, serum daje odpowiednie nawilżenie. Nie wiem jednak, jak sprawdzi się w przypadku bardzo suchej skóry.
Kosmetyk jest zupełnie pozbawiony zapachu - nic nie wyczułam. Oczywiście jest hipoalergiczny i przeznaczony dla wrażliwców - także dla osób noszących szkła kontaktowe. To ważne, ponieważ serum nakłada się nie tylko pod oczy, ale także na górną (ruchomą) powiekę. O, to mnie zaskoczyło Vichy! Od zawsze słyszałam, że wszelkie mazidła są na okolice oczu, ale że nie nakłada się ich na górną powiekę, bo podrażnię sobie oczy i łzy mi będą ciekły. I tak się nieodmiennie działo, gdy przez przypadek jakiś kosmetyk dostał mi się do oczu. Dlatego trochę nieufnie podchodziłam do pomysłu na stosowanie serum na całą powierzchnię. Serum Vichy totalnie mnie zaskoczyło! Nie było żadnych podrażnień, szczypania, pieczenia, swędzenia, łzawienia etc. Na znajdującym się poniżej zdjęciu możecie zapoznać z instrukcją nakładania serum - instrukcja ta znajduje się wewnątrz pudełka, w którym otrzymujemy buteleczkę z kosmetykiem.
A osobom, które potrzebują lepszej wizualizacji techniki nakładania serum polecam obejrzeć filmik instruktażowy :)


Pojemność
15 ml

Cena
około 90,- PLN (widziałam już to serum w aptekach internetowych po około 70,- PLN)

Skład
Aqua/Water, Rhamnose, Glycerin, Alcohol Denat, Dimethicone, Hydroxyethylpiperazine Ethane Sulfonic Acid, Peg-20 Methyl Glucose Sesquistearate, CI 77891/Titanium Dioxide, Mica, Triethanolamine, Sodium Hyaluronate, Salicyloyl Phytosphingosine, Palmitoyl Oligopeptide, Palmityol Tetrapeptide-7, Phenoxyethanol, Adenosine, Ammonium Polyacryldimethyltauamide/Ammonium Polyacryloyldimethyl Taurate, Chlorphenesin, Disodium Edta, Xanthan Gum, Octyldodecanol, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, N-Hydroxysuccinimide, Chrysin
Ponieważ nie mam szczególnie widocznych zmarszczek, trudno jest mi się wypowiedzieć na temat, sugerowanego prze Vichy, natychmiastowego wręcz ich wygładzenia, czy długotrwałego efektu liftingu. Skóra wokół oczu wygląda lepiej, jest mocniej nawilżona, jest elastyczna.
Teraz najciekawsze: wpływ serum na stan rzęs. W początkowym okresie stosowania serum - jakieś 2 tygodnie - zauważyłam pojedyncze rzęsy na policzkach i/lub wacikach. I tyle z poprawy kondycji rzęs! - pomyślałam sobie. Cierpliwość i systematyczność w stosowaniu Liftactiv Serum 10 Eyes&Lashes jednak popłaciły, bo z każdym kolejnym dniem moje rzęsy stawały się coraz mocniejsze i od tamtej pory nie zauważyłam już żadnej migracji włosków :) Nie, serum nie sprawiło, że nagle moje rzęsy są równie oszałamiające, jak po ich przedłużeniu. W takie cuda to ja nie wierzę :) Ale ... dzięki temu kosmetykowi moje rzęsy stały się na pewno mocniejsze, bardziej elastyczne, sprężyste, nieco gęstsze, a co za tym idzie ciemniejsze. Skąd wiem, że to zasługa produktu Vichy? Ponieważ nic innego nie stosowałam na rzęsy, nie zmieniła mi się także dieta. Co jeszcze? Wszystko wskazuje na to, że regularnie nakładane na rzęsy serum od Vichy, działa jak coś w stylu bazy pod tusz do rzęs :) Tusz do rzęs, po porannym zastosowania serum, wygląda lepiej na rzęsach; mam wrażenie, że wydobywa całą długość moich rzęs, bo obciążania ich. Bez dwóch zdań - moje rzęsy wyglądają lepiej i zdrowiej :)
Liftactiv Serum 10 Eyes&Lashes Vichy to najlepszy produkt francuskiej marki, jaki do tej pory używałam. Na korzyść kosmetyku przemawia także fakt, że nie zawiera parabenów i jest wydajny. Niestety cena jest dość wysoka i jestem przekonana, że mogę znaleźć coś lepszego lub równie dobrego za niższą cenę, tylko jeszcze na miałam okazji trafić na taki specyfik :) Polecicie coś?

Stosik #2

Albo inaczej 12 kg książkowej przyjemności albo "słodki ciężar" ;) Tyle właśnie kilogramów książek ostatnio przygarnęłam. Poniżej znajdziecie wszystkie tytuły składające się na ten "słodki ciężar". Musiałam się nimi pochwalić :P
1. "Dziennik Mistrza i Małgorzaty" ,
Zmyślone życie Siergieja Nabokowa" Paul Russell
3. "Potem" Rosamund Lupton
4. "Siostra" Rasamund Lupton
5. "W komnatach Wolf Hall" Hilary Mantel
6. "Legion" Elżbieta Cherezińska
7. "Listy" J.R.R.Tolkien
8. "Legenda o Sigrudie i Gudrun" J.R.R.Tolkien
9. "Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa" Haruki Murakami
10. "Zmierzch" Osamu Dazai
11. "Saga o Olafie Tryggvasonie"












30 miejsc, które każdy powinien odwiedzić przed 30-tką

Jakiś czas temu natknęłam się w norweskiej gazecie, zdaje się, że w Dagbladet, na artykuł nawiązujący do publikacji The Huffington Post z września br. (KLIK). Artykuł był zatytułowany tak, jak mój post i jak sam tytuł sugeruje, przedstawiał 30 miejsc na świecie, które wedle w/w tytułów należy zobaczyć na własne oczy zanim przekroczy się trzydziestą wiosnę życia. Wśród tych miejsc znalazło się także norweskie Bodø. I to wysoko w rankingu, bo już na 2 miejscu! Stąd zapewne artykuł w norweskim dzienniku :)
Dlaczego akurat przed 30-tką? Ponieważ, jak twierdzi The Huffington Post, jako młodzi ludzie, mamy jeszcze najważniejsze wybory życiowe przed sobą (np. założenie rodziny, karierę, małżeństwo itp.), nasz światopogląd nadal się kształtuje, a - jak każdy wie albo przynajmniej kojarzy odpowiednie powiedzenie - podróże kształcą. Podczas podróży uczymy się samych siebie, poznajemy swoje ograniczenia i pragnienia, dorastamy do ważnych i często trudnych decyzji, stajemy się bardziej otwarci. Nic tylko pakować plecak/walizkę/torbę i ruszać w drogę! :)

A oto miejsca, gdzie przyszli trzydziestolatkowie powinni udać się w pierwszej kolejności:

30. Suche jezioro w Sossusvlei na pustyni Namib, Namibia
29. Klasztor Tiger Nest (Paro Taktsang), Bhutan
 28. Jellyfish Lake (Jezioro Meduz) na wyspie Eil Malk, Palau
27. Dharavi (największe slumsy na świecie) w Mumbaju, Indie
26. Granitowa formacja skalna Half Dome w Parku Narodowym Yosemite, Kalifornia, USA 
25. Święto Songkran w Chiang Mai, Tajlandia
 24. Wyspa Hydra leżąca w archipelagu Wysp Sarońskich, Grecja
23. Pomnik Waszyngtona w parku National Mall w Waszyngtonie, USA
 22. Rajd terenowy The Rhino Charge w Nairobi, Kenia
21. Stadion piłkarski Estadio Azteca (Stadion Azteków) w Meksyku, Meksyk
20. Solnisko (pozostałość po wyschniętym słonym jeziorze) Salar de Uyuni na obszarze płaskowyżu Altiplano w Andach, Boliwia
 19. Park Disney World na Florydzie, USA 
 18. Piramidy w Gizie, Egipt
17. Rzeka Upano, Ekwador
 16. Restauracja La Closerie des Lilas w Paryżu, Francja 6.


15. Szlak Inków Machu Picchu, Peru
 14. Impreza NoWhere, Hiszpania
 13. Ścieżka Pamięci Muru Berlińskiego przy Bernauer Straße w Berlinie, Niemcy
 12. Plac Plaza Mayor w Madrycie, Hiszpania
 11. Macau Tower - wieża w Makau, Chiny
 10. Cieśnina Drake'a leżąca między Ziemią Ognistą, a zachodnią Antarktydą, łącząca Ocean Atlantycki z Oceanem Spokojnym
 9. Morze Martwe na pograniczu Izraela i Jordanii
 8. Klub nocny XS Nightclub w Las Vegas, USA

7. Stary Cmentarz Żydowski w Pradze, Czechy

6. Karnawał w Rio de Janeiro, Brazylia
 5. Havana, Kuba
 4. Kwiatowy Parki Hitachi Seaside Park w mieście Hitachinaka w prefekturze Ibaraki, Japonia 

3. Plaża Zurriola w San Sebastian, Hiszpania 
 2.  Bodø, Norwegia

1. Góra Fitz Roy, na granicy Chile i Argentyny


Przyznam się, że lubię sobie poczytać tego typu, lekkie artykuły. Szkoda tylko, że w tym zestawieniu nie ma Polski.
A, jak to jest z Wami? Byliście, w którymś z wymienionych miejsc? Pochwalcie się swoimi wrażeniami :) A może uważacie, że są inne miejsca, w których byliście, a które powinny się w tym zestawieniu znaleźć?


* Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony http://www.huffingtonpost.com