Japonica. Wszystko o Japonii. - wyzwanie autorskie

To moje pierwsze autorskie wyzwanie czytelnicze :) Proszę o wyrozumiałość i jeśli cokolwiek jest niejasne, pytajcie! 
Pomysł na wyzwanie narodził się z mojej miłości do Japonii oraz z rozmów prowadzonych z osóbką zarażającą otoczenie entuzjazmem i pomysłami czyli Martą :D
Wszystkie osoby zainteresowane wzięciem udział w wyzwaniu Japonica. Wszystko o Japonii zapraszam do zapoznania się z jego zasadami TUTAJ oraz zgłoszenia chęci uczestnictwa w wyzwaniu pod tym postem - należy podać swój nick oraz adres swojego bloga.
Oczywiście ja także biorę udział w tym wyzwaniu :)


Będzie mi miło, jeśli umieścicie na swoich blogach podlinkowany do tej podstrony baner wyzwania (widzicie go powyżej) i/lub napiszecie o tym wyzwaniu na swoich blogach.
Zapraszam serdecznie do wyzwania :) A już niedługo przedstawię Wam kolejne wyzwanie.

"Zimowy monarcha"

Tytuł: "Zimowy monarcha"
Autor:  Bernard Cornwell
Seria: Trylogia arturiańska, tom 1
Oryginalny tytuł: "The Winter King"
Tłumaczenie:   Jerzy Żebrowski
Wydawnictwo: Erica
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 560


Jeśli lubicie legendy arturiańskie ta książka jest dla Was! Jeśli ich nie lubicie to tym bardziej jest ona dla Was! Jednak jeśli już spotkaliście się z opowieściami o królu Arturze, jeśli myślicie, że znacie ten świat, to ... jesteście w błędzie :) Zapomnijcie o jakichkolwiek wyobrażeniach na temat Artura i jego historii; zapomnijcie o rycerskich romansach, o pojedynkach dzielnych i prawych rycerzy, o tradycyjnym - rozpowszechnionym - wizerunku Artura i jego kompanów. Bernard Cornwell przedstawi Wam miniony świat, zaludniony przez Brytów, Saksonów i Franków, w wyjątkowy i bardzo pociągający sposób. I sprawi, że Artur stanie się dla Was bardziej realny niż kiedykolwiek wcześniej.

"Wszystko zaczęło się od narodzin dziecka.
W mroźną noc ciche i białe królestwo oświetlał księżyc w nowiu.
 A w wielkiej sali zamku krzyczała Norwenna.
 Ani na chwilę nie przestawała krzyczeć."

"Zimowy monarcha" to pierwsza część trylogii podejmująca temat legendy króla Artura. To opowieść o jego powrocie do Brytanii z wygnania i o wojnie domowej między drobnymi królestwami, rozsianymi na wyspach, w obliczu zbliżającej się inwazji saksońskiej.
Najpierw poznajemy mnicha o imieniu Derfel - Saksończyka, syna niewolnicy, sierotę przygarniętą przez Merlina. Kiedyś był on kapitanem i czempionem Artura, nosił przydomek Cadarn, co znaczy "potężny" i otrzymał tytuł lorda. Teraz jest starym mnichem, marznącym w klasztorze pełnym przeciągów i człowiekiem, który spisuje historię życia Artura dla księżnej Powys, Igraine. To on wprowadza nas w świat wczesnośredniowiecznej Brytanii. Jego opowieść zaczyna się w chwili gdy sam jest młodym chłopakiem, wciąż żyje na wyspie Ynes Trebes, na którą zabrał go Merlin, a władzę nad Brytanią sprawuje Uther Pendragon, Wielki Król. Stary Uther, który wciąż czeka na prawowitego dziedzica.
Artur - nieślubne dziecko Uthera - przebywa w tym czasie w Benoic u króla Bana, gdzie uczy się, jak być dobrym władcą (Banowi lepiej wychodziła teoria niż praktyka, o czym przekona się boleśnie na własnej skórze) i jest z dala od swego ojca, który znienawidził go za śmierć swojego drugiego syna - prawowitego dziedzica - ukochanego Mordreda. Życie rzadko układa się po naszej myśli, nawet wielcy wodzowie tego doświadczają. Świat, który budowali, o który walczyli, wali się, zawarte sojusze rozpadają się, przyjaciele stają się wrogami. Wtedy potrzebny jest bohater; ktoś, kto przywróci ład i pokój albo przynajmniej równowagę sił w kraju. Tym kimś jest oczywiście Artur.
Nie będę się rozpisywała na temat treści książki, bo każdy choć trochę, tak z grubsza, zna tę historię. Po za tym to pokaźny tom, wielowątkowy i pełen szczegółów. U Cornwella pojawiają się zarówno Galahad jak i Lancelot, jest Ginewra i Merlin oraz Nimue i Morgana. Może Was tylko zaskoczyć fakt, że żadne z nich nie jest takim, jakim zazwyczaj przedstawiają ich legendy. I to mi się podoba!
"Zimowy monarcha" jest bardzo dobrze napisaną książką, wciągającą od samego początku i nie nudzącą czytelnika do samego końca. Pisarz świetnie połączył nieliczne udokumentowane fakty z historyczne z legendami, które powstawały przez wieki wokół Artura i Merlina i pobudzały wyobraźnię kolejnych pokoleń odbiorców. Cornwell stworzył świat, który mógł istnieć naprawdę. Jaka jest Brytania tego okresu w jego wydaniu? To kraj szarpany rozterkami, rozrywany wojnami - domowymi i z najeźdźcami, bez jednolitego prawa po za jednym - zwycięży najsilniejszy. To świat, w którym ścierają się różne religie - od wiary w rzymskich bogów, poprzez wiarę w starych bogów Brytów, aż do chrześcijaństwa. Także i na tej płaszczyźnie toczy się wojna. Wojna nie tylko o dusze, lecz przede wszystkim o wpływy w świecie doczesnym. Bernard Cornwell doskonale wyjaśnia nam w swojej książce źródła tych przepychanek politycznych i religijnych, zgrabnie czerpiąc z dostępnych źródeł historycznych.
Bohaterowie wykreowani przez pisarza są zwyczajni; źli mają swoje zalety, a dobrzy - wady. Nikt nie jest krystaliczny, nikt nie jest nieomylny, nikt nie jest ideałem - choć wielu widzi siebie takimi. Każda postać to człowiek z krwi i kości, popełniający błędy i ponoszący konsekwencje swoich decyzji, dzięki czemu odbiór opowiadanej przez Derfla historii jest bardziej intensywny, a sama historia staje się wiarygodna. I mimo, że przedstawiony w książce świat to także czas ostatnich druidów, których moc jest nadal istotna i przerażająca dla ówczesnych ludzi, to magia nie zdominowała wykreowanego przez pisarza świata. Równocześnie historia zawarta w "Zimowym władcy" jest przesycona, że tak to ujmę, pierwotną magią, tkwiącą w ludziach, w ich podświadomości, w ich tradycjach, w ich pojmowaniu świata; często zapomniana, zepchnięta na bok przez zdobywające co raz więcej wyznawców chrześcijaństwo. Ta magia pulsuje w krwi bohaterów i przydaje powieści lekko mrocznej aury.
Pierwszy tom trylogii arturiańskiej Cornwella to powieść o zagubionych ludziach, o zagubionych społecznościach, plemionach, próbujących znaleźć swoją drogę  i przetrwać w kształtującej się na ich oczach nowej rzeczywistości. Znajdziecie w niej prawdziwą przyjaźń i śmiertelnych wrogów, intrygi, spiski, miłość, namiętność, pychę i ludzką głupotę, zazdrość, żądzę władzy, marzenia, lojalność, przemoc i gwałty, zemstę, bitwy, dawne obrzędy i wiele wiele więcej. A wszystko to wymieszane w idealnie wyważonych proporcjach.

Szepnę Wam jeszcze tylko tyle. Nie macie, co liczyć na turnieje rycerskie ani rycerzy w lśniących zbrojach, bo takowych w V w. nie było. Nigdy nie przepadałam za Lancelotem, a po tej powieści moja niechęć do niego jeszcze wzrosła :D
Teraz czas na kolejny tom!
* * * * * * * * *

Książka bierze udział w wyzwaniach:
 Czytam fantastykę

http://zapiskispodpoduszki.blogspot.com/p/mitologia-w-literaturze.html


Migawki #3

Coś dawno nie było postu z migawkami. Czas to nadrobić!:)
Oto ja pod japońskim klonem :) Przepiękne drzewo! Obfotografowałam je ze wszystkich stron. Zdjęcie zrobione kilka dni temu podczas norweskiej złotej jesieni :)
W tym roku zaszalałam i byłam kilkukrotnie na grzybobraniu, które zazwyczaj polegało na maksymalnie 2-3 godzinnym spacerze po lesie. Zawsze wracaliśmy z kilkoma kilogramami grzybów, które teraz dumnie ponawlekane na sznurki czekają na pierogi :)
Którą ścieżką podążyć? Sowią ścieżką (Uglestien)? A może Słoneczną (Solstien)?
Jedno z moich ulubionych miejsc na podmiejskie spacery :) Jeszcze kwitły wodne lilie!
Jesień to także mgły. Lubię mgłę :) Otula jak kocyk i gwarantuje, że nie wieje żaden zimny i porywisty wiatr! I nadaje nawet najlepiej znanej okolicy tyle tajemniczości :) Owce to stały element krajobrazu norweskiego. Najbardziej podobają mi się reakcje ludzi, będących pierwszy raz w Norwegii, którzy widzą stada owiec w mieście :P
Oczywiście nie mogło w migawkach zabraknąć mojego ukochanego morza! Jesienią, tak, jak i wiosną, morze pachnie intensywnie i przybiera przepiękne kolory. Jesień to także czas, kiedy każdy (!) zachód słońca zapiera dech w piersi. Rowery odpoczywały na wydmie podczas gdy my ... brodziliśmy w morzu :) W październiku!
Baśniowa kraina! Brakuje tylko ruin zamku. Ale są za to w pobliżu pozostałości bunkrów. Mogłabym tam siedzieć lub spacerować godzinami :)
To Avalon? Nie! To wieczorny spacer z przyjaciółmi nad jeziorem, nad którego brzegami rozłożyły się domy : Co ciekawe spotkaliśmy mnóstwo małych żabek i jedną ropuchę, a myślałam, że już zapadły w sen zimowy.

Mam nadzieję, że podobały się Wam moje migawki :)

"Magia i miłość"

Tytuł: "Magia i miłość"
Autor:  Nora Roberts
Seria: Trylogia kręgu
Oryginalny tytuł: "Morrigan's Cross"
Tłumaczenie:  Xenia Wiśniewska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2007
Liczba stron: 240

Chciałam napisać, że "Magia i miłość" jest pierwszą książką Nory Roberts po którą sięgnęłam. Ale to nie prawda! Poszperałam w swoich wspomnieniach, poszperałam w internecie i okazało się, że dobre kilkanaście lat temu zetknęłam z twórczością tej pani. I zrozumiałam też czemu do tej pory tak broniłam się przed sięgnięcie po kolejne książki pisarki. Wszystkiemu winne książki spod znaku Harlequina! A tak! Moje pierwsze spotkanie z Norą Roberts to była najprawdopodobniej (wybaczcie, ale to było tak dawno, że nie mogę zagwarantować na 100%, że to na pewno był ten tytuł) "Zaginiona gwiazda". Pamiętam, że któregoś lata znudzona brakiem czegokolwiek do czytania, będą w odwiedzinach u cioci, byłam tak zdesperowana, że sięgnęłam z ciekawości po stojące u niej na półkach harlequiny. Wśród nich były tytuły napisane przez Roberts. Tym sposobem przekonałam się, że nie jest to lektura dla mnie :) Na szczęście dla siebie i dla Nory Roberts zaczęłam drążyć ten temat dopiero po przeczytaniu "Magii i miłości".

"- Znam pewną opowieść... - zaczął, a dzieci wbiły w niego pełen oczeki­wania wzrok. - Opowieść o odwadze i tchórzostwie, o krwi, śmierci i życiu. O miłości i stracie.
- Czy są w niej potwory? - zapytała jedna z młodszych dziewczynek, a jej niebieskie oczy rozbłysły.
- Potwory są wszędzie - odpowiedział starzec. - Tak jak wszędzie są męż­czyźni, którzy się do nich przyłączą, i tacy, którzy będą z nimi walczyć.
- I kobiety!- zawołała starsza dziewczynka, wywołując uśmiech na twa­rzy gawędziarza.
- I kobiety. Ludzie odważni i uczciwi, przebiegli i bezwzględni. Kiedyś znałem ich wielu. Historia, którą wam opowiem, jest bardzo stara. Ma wiele początków, lecz tylko jeden koniec.
Wiatr wył nieprzerwanie. Starzec napił się herbaty, żeby zwilżyć gardło. Drewno w kominku zatrzeszczało, rzucając światło na twarz mężczyzny, któ­ra wyglądała jak skąpana w pozłacanej krwi.
- Oto jeden z początków. U schyłku lata, wśród błyskawic przecinających czarne niebo, na wysokim klifie stał czarnoksiężnik i patrzył na szalejące morze."


 "Magia i miłość" to pierwsza część opowieści fantasy pióra niezwykle płodnej amerykańskiej pisarki. Opowieść, która przekracza granice między światami, w której przenikają się różne rzeczywistości, gdzie magia miesza się z technologią, miłość i strata kroczą ramię w ramię. Opowieść o tym jak niewyobrażalne zło pragnie unicestwić rasę ludzką i o tym jak garstka osób szykuje się do walki z nim.
W pierwszej części Trylogii Kręgu spotykamy sześcioro wybranych. Sześcioro, których bogowie obrali aby stoczyli wojnę z Lilith, królową wampirów, i jej armią. Sześcioro, których dzieli czas i przestrzeń, lecz łączy wspólny cel - walka o losy ludzkości. Sześcioro zdeterminowanych, by dokonać niemożliwego. Sześcioro: czarnoksiężnik, czarownica, uczony, zmiennokształtny, wojownik i "ten, który został utracony". Sześcioro przeciwko tysiącom.
Hoyt Mac Cionaoith - czarnoksiężnik miotający błyskawice na skalistym urwisku, o sercu zasnutym rozpaczą i bólem. To jego jako pierwszego odwiedza bogini Morrigan. To jemu powierza misję zebrania piątki, wraz z którą stworzy krąg, który będzie w stanie stanąć do walki z wiecznie głodną wampirzą królową. Dla Hoyta to także szansa na zemstę.
Czarnoksiężnik rozpoczyna swoją misję i już wkrótce dołącza do niego jego brat bliźniak - Cian, który umarł choć żyje, którego Hoyt uznał wieki temu za straconego, którego nie zdążył opłakać. Do tej dwójki przyłącza się Glenna - płomiennowłosa czarownica, Moira - uczona przybyła z Gealii oraz Larkin - zmiennokształtny, przyjaciel Moiry. Na ostatniego członka drużyny przyjdzie im poczekać do chwili aż stracą przyjaciela ... Wtedy pojawia się Blair - wojownik. Krąg sześciorga zamknął się, lecz przed bohaterami jeszcze katorżnicze treningi, pokonanie własnych słabości i zaufanie towarzyszom. I najważniejsze: nie dać się zabić czy zwieść Lilith przed Samhain, dniem bitwy o losy całego świata.
Ale to nie koniec historii, to zaledwie początek. Co przyniesie przyszłość? O tym opowiem Wam w innym pości.

" (...) Dalej opowiem wam jutro, obiecuję, bo historia nie jest jeszcze skoń­czona. Ale na razie wyszło słońce i wy też powinnyście wyjść. Nie słyszałyście na początku opowieści, że światło trzeba cenić? Idźcie. Jak skończę herbatę, wyjdę, żeby na was popatrzeć. 
Gdy został sam, pił herbatę i patrzył w ogień. Myślał o historii, którą opo­wie jutro."

Uważam, że książka jest całkiem dobrze napisana, czyta się ją przyjemnie i szybko. Postaci są dobrze rozwinięte, historia jest pełna dynamizmu i wciągająca, język jest prosty (ale nie prostacki), nieco sarkastyczny (co lubię). To świetna powieść, gdy chcesz przeczytać coś lekkiego, ale nieogłupiającego (durnego).

Byłam mile zaskoczona, że "Magia i miłość" nie ma wiele wspólnego z książką, którą czytałam lata temu. Otrzymałam więcej niż się spodziewałam, ale ... No, ale są niedociągnięcia :) Przyzwyczaiłam się do nich i nie przeszkadzały mi mocno w lekturze, jednak muszę tu o nich napisać. Czytając książkę, cały czas na myśl przychodziła mi Buffy - Pogromczyni wampirów :P To przez Blair, którą i tak bardzo polubiłam :D Momenty romansowe denerwowały mnie czasami swoją przewidywalnością i infantylnością (podkreślam - CZASAMI), no i pojawiały się czasami w nieodpowiednim, moim zdaniem, momencie, jakby na siłę, rozbijając niepotrzebnie akcję. Wampiry ... Nie, na szczęście, nie są w stylu tych ze "Zmierzchu", nie błyszczą w słońcu jak oprószone pyłem diamentowym; nie są milusie, jak puszyste kociaki. Płoną w słońcu jak na porządnego wampira przystało :P Jednak trochę mi przeszkadzało, że pani Roberts podeszła do nich lekko i luźno, mieszając ze sobą demony i wampiry - dla mnie to dwie różne istoty - czasami "czarując" i nie potrafiąc dobrze pociągnąć w książce ich wątku, a są one przecież istotną częścią "Magii i miłości". Miałam wrażenia momentami, że pisarka nie mogła się zdecydować, co z tymi wampirami zrobić, jakie mają być. Historia była dla mnie przewidywalna, zawsze wiedziałam, co będzie dalej, lecz pani Roberts tak sprawnie operuje słowami, że nie drażniło mnie to zbyt mocno. Pogodziłam się z tym, dochodząc do wniosku, że każdy pisarz ma swoją wizję pasującą do stworzonej fabuły i zaakceptowałam ten pisarski pomysł. Cieszę się, że zaryzykowałam i skorzystałam z rekomendacji Marty :)

Książka bierze udział w: Wyzwaniu: Czytamy Polecana Książki, a przeczytałam ją za sprawą Marty z bloga MKCzytujeWyzwaniu: Czytamy Norę Roberts oraz Wyzwaniu: Wspieramy Klasyczne Wampiry.






"Mgnienie ekranu"

Tytuł: "Mgnienie ekranu"
Autor:  Terry Pratchett
Oryginalny tytuł: "A Blink of the Screen"
Tłumaczenie:  Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 312

Za oknem ciemno. Dzień jeszcze nie wstał. A ja siedzę z laptopem na kolanach, zakopana pod kołdrą, z gorącą herbatą pod ręką ... I zastanawiam się, czemu do tej pory nie napisałam tutaj nic o Terrym Pratchetcie, którego książki tak bardzo lubię?!? Uspokajam zaraz swoje sumienie: przecież większość jego twórczości mam już za sobą, przeczytałam, więc po co teraz do nich wracać, tak na siłę. Jednak post, który przygotowałam na temat tego pisarza na bloga Dyskusyje, zachęcił mnie do napisania i tutaj słów kilka o ostatniej czytanej przeze mnie książce sir Pratchetta - "Mgnieniu ekranu".
Jak wskazuje tytuł, książka jest zbiorem krótkich opowiadań i innych krótkich form literackich (m.in. ballad i humoresek) napisanych przez Pratchetta, obejmujących całość jego kariery pisarskiej, od czasów szkolnych aż do teraźniejszości. "Mgnienie ekranu" to krótka i zabawna podróż po twórczości pisarza od najwcześniejszych lat; to spojrzenie na rozwój jego umiejętności i wykreowanych przez autora światów. To także gratka dla fanów Pratchetta, którzy mogą zobaczyć, jak pisarz rozwijał mały pomysł zawarty w opowiadaniu, czy innym krótkim utworze, w samodzielną powieść. I, jak to bywa w przypadku książek Pratchetta, "Mgnienie ekranu: pozwala czytelnikowi spojrzeć z dystansem na ludzkie przywary i otaczający go świat.
Każda historia zawarta w tym zbiorze poprzedzona jest krótkim wprowadzeniem samego pisarza, który wyjaśnia w jakich okolicznościach powstał dany utwór, dzieli się swoimi przemyśleniami i przyznaje często, że miałam ochotę na poprawki. Ale nie uczynił tego. Oddał  je czytelnikowi do rąk takimi, jakimi je stworzył pierwotnie.
"(...) Był taki okres - bardzo dawno temu - kiedy wyrzucałem z siebie pomysły, koncepcje, niedopieczone skrawki dialogu, by sprawdzić, czy jakoś magicznie się rozpalą i zmienią w porządne opowiadanie lub powieść. (...) bawiłem się wtedy słowami, żeby zobaczyć, co z tego wyjdzie. Pisarze czasami tak robią."
Na książkę składają się opowieści spoza Świata Dysku (ponad połowa książki), opowiadania związane z tymże światem oraz dodatek - fragment usunięty z "Rybek małych ze wszystkich mórz". "Mgnienie ekranu" rozpoczyna opowiadanie "Piekielny interes". I pomyśleć, że napisał je trzynastolatek! Już w tym pierwszym opowiadaniu można dostrzec "pratchettowskie" poczucie humoru i spojrzenie na świat.
Nie potrafię z całą pewnością wskazać jednego tylko opowiadania, które uważam za najlepsze w zbiorze. Każde powstało z innym okresie, na inne potrzeby i jest inne od poprzedniego i od następnego. Ale, ale ... Zaskoczyło mnie ni i niezmiernie rozbawiło opowiadanie o hollywoodzkich kurczakach i jak zwykle nie zawiodły czarownice, zauroczyło mnie opowiadanie i komputerze i Świętym Mikołaju, po przeczytaniu "Raz na zawsze" legendy arturiańskie już nigdy nie będą takie jak wcześniej, a "Wysokie megi" tylko zaostrzyły mój apetyt na "Długą Ziemię" ... No i jest jeszcze "Śmierć i co potem" ... Widzicie? Jak tu wybrać jedno? Pratchett to umiejętny rzemieślnik i satyryk, świetnie operujący słowami, które z wdziękiem i polotem opowiadają o prawdziwym życiu, czyniąc z czytelnika obserwatora.
Polecam ją każdemu fanowi Pratchetta. To było ciekawe doświadczenie - obserwować dorastanie pisarza, ewolucję jego pisarstwa, pomysł kiełkujący z nasiona. Uważam jednak, że nie jest to odpowiednia książka, aby rozpocząć swoją przygodę z twórczością pisarza. Te opowiadania to smaczki, zarys pisarstwa Partchetta na przestrzeni kilkudziesięciu lat, fragmenty, które z czasem ewoluowały w coś większego albo ... zostały porzucone. I ktoś, kto nie zetknął się wcześniej z twórczością Terry`ego może uznać, że czegoś im brakuje. Np. dalszego ciągu ...

Zapraszam Was serdecznie na Dyskusyje, gdzie pojawił się nowy post, tym razem mojego autorstwa - Pratchettowskie światy.

 

Kiedy zaczyna się w Norwegii zima? W październiku!

Nie, nie mylą Was oczy :) To, co napisałam to prawda! Według kalendarza runicznego dzień 14 października uważany jest za pierwszy dzień zimy. Kalendarz runiczny to stary skandynawski kalendarz powstały na bazie kalendarza juliańskiego, gdzie runy zastąpiły litery i cyfry. Runy ryto na długich drążkach stąd ich inna nazwa - kije runiczne. Taki kalendarz ma dwie strony i właśnie 14 października powinien zostać "odwrócony" z letniej strony na zimową. Symbolem tego dnia była, jakże na miejscu (!), rękawica :) 
Istnieją dwa najbardziej rozpowszechnione powody, dla których to właśnie ten dzień uważany jest za pierwszy dzień zimy w Norwegii. Pierwszy z nich jest nieco zabawny i pokazuje, jak upływ czasu zniekształca dawne wydarzenia. Otóż 14 października w kościele katolickim (tu należy pamiętać, że kalendarz runiczny wzorował się na kalendarzu juliańskim) przypada do dziś wspomnienie liturgiczne
św. Kalikst I - papieża i męczennika. Symbol rękawiczki znajdujący się na kalendarzu był częścią stroju duchownego, razem z nakryciem głowy i laską. Gdy nadeszła reformacja, starzy święci zostali w Norwegii zapomniani, a wraz z nimi znaczenie symboli, które zyskały nowe znaczenia. Drugi powód, który tłumaczy pochodzenie tego święta, wywodzi się z tradycji nordyckiej. Blót - rytualna nordycka ofiara, odbywająca się co roku ku czci bogów nordyckich, w związku z przejściem w zimową część roku. Święto było zazwyczaj obchodzone 28 dni po równonocy jesiennej. Jedną z nazw tej tradycji był, tu Wa zapewne nie zaskoczę, zimowy dzień :)
Co ciekawe do I wojny światowej był praktykowany i zachowany pewien interesujący schemat związany z pracą i jej zmianą. Tylko 14 października i 14 kwietnia (kolejny dzień związany z blót - tym razem związany z przejściem w letnią część roku) były dozwolone i ogólnie przyjęte, jako dni, kiedy można było zmienić lub znaleźć pracę!
I jeszcze jedna, bardziej przyjemna i niewymagająca dobrego planowania ciekawostka - od 14 października każdy koń powinien nosić dzwonek :)
Istnieje norweskie przysłowie mówiące o tym, że cała zima będzie taka, jaki będzie pierwszy dzień zimy.
"Som vinterdagens vær er, skal vinteren bli."
Dobra pogoda, zapowiada dobrą zimę z późnym śniegiem. Zimna pogoda zwiastuje zimę z dużą ilością śniegu. Niebo w odcieniach zieleni zapowiada, że już wkrótce zawita mróz. Jeśli jednak niebo jest jasne i w ciepłych kolorach, w nocy zaś złapie lekki przymrozek, będzie padać nim upłyną trzy dni. 
Jaka więc szykuje się u Was zima w tym roku? :)

PS. W Tromsø w nocy z 14 na 15 października spadł śnieg :) Ale w górach pojawił się ona tam już wcześniej :) 

"Kobiety"

Tytuł: "Kobiety"
Autor: Steinar Bragi
Oryginalny tytuł: "Konur"
Tłumaczenie: Jacek Godek
Wydawnictwo: Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 280


To był trudny do napisania post. Ta książka była dla mnie trudna. Nie, nie do czytania. Bo język powieści jest jak najbardziej w porządku, ale już jej treść nie jest taka. Historia opowiedziana przez Steinara Bragi była o mile oddalona od tego, co sobie wyobrażałam po przeczytaniu opisu książki. Zaskoczyła mnie i zostawiła z mieszanymi uczuciami. Raz wydaje mi się, że nie zrozumiałam nic albo prawie nic z tej książki, że nie dostrzegłam tego, co zawarł w niej pisarz; ale już za chwilę myślę sobie: "Ale tam nic nie ma! Czego się tam doszukiwać? Zwykła historia nieszczęśliwej kobiety, wykolejonych ludzi mieniących się intelektualistami i artystami, bez głębszego sensu.Właściwie bez jakiegokolwiek sensu ...". I tak walczę z tymi wrażeniami od kilku miesięcy. Sami się przekonajcie.

"Eva stuknęła ją popielniczką w głowę, lekko, i ponownie w czoło, jakby chciała wycelować, a potem wstąpił w nią szał i waliła staruchę popielnicą w łeb raz po razie, z całej siły; krew ciurkała z twarzy, nosa, kącików ust i spod powiek, a potem Eva już nie trzymała popielniczki, lecz kawałki szkła, waliła i drapała, i zrywała skórę z twarzy starej, dopóki nie zaczęła się ukazywać czaszka, śnieżnobiała, jakby uśmiechnięta. Za jej plecami bez wytchnienia dzwonił telefon, lecz ona tego nie słyszała, potem coś wylądowało na jej głowie i wszystko stałe się czarne."

"Kobiety" to piąta powieść Steinara Bragi. W Islandii stała się bestsellerem i została okrzyknięta obrazoburczą. I tu już, jak dla mnie, zaczynają się przysłowiowe schody. Nie rozumiem, co i gdzie mogło w niej obrazić? Może powinnam być Islandką żeby to zrozumieć? A może ta obrazoburczość tkwi w sposobie przedstawienia przytłaczających i bolesnych tematów w prostych i dosadnych słowach, ale bez krztyny współczucia? Autor nie rozpisuje się o uczuciach zbyt barwnie i rozwlekle, choć one tam są, krzyczą z każdej strony, a pod koniec książki z każdego zdania. Bragi jest oszczędny i chłodny. Nie ocenia, nie gani, nie broni. Opowiada. Książka jest mocna. Nie potrafię tego inaczej ująć. Czytając ją czułam jak co raz bardziej wbija mnie w fotel, przybija mnie i wprawia w osłupienie i wywołuje niechęć. Chciałam ją odłożyć, odwracałam głowę od tego, co czytałam, chciałam zapomnieć i ... nie potrafiłam. Musiałam czytać. Musiałam dowiedzieć się, co będzie dalej, jak to się skończy.
Książka opowiada historię młodej artystki islandzkiej Evy Einarsdottir, który wraca po kilkuletnim pobycie w Stanach Zjednoczonych do domu, na Islandię, gdzie chce spróbować odbudować swoje życie, poskładać z fragmentów swój związek. Zatrzymuje się w eleganckim apartamencie w drapaczu chmur w Sæbraut, który otrzymała dzięki hojności i pomocy pewnego bankiera. Przynajmniej ten problem wydaje się mieć z głowy i może zająć się uporządkowaniem swojego życia. Ale czy na pewno? Bohaterka boryka się z depresją, skłonnościami do autodestrukcji, opuszczeniem, a także alkoholizmem. Zszokowana stopniowo odkrywa, że wynajęte mieszkanie nie jest tym, czego się spodziewała ani tym na co wyglądało, że jest manipulowana i że zastawiona na nią pułapka już się zatrzasnęła.
Co łączy niedawny boom gospodarczy w Islandii, zagubioną kobietę oraz sztuką nowoczesną, dziejącą się tu i teraz na naszych oczach, sztuką wychodzącą do odbiorcy i stającą się integralną częścią życia? Powieść Steinara Bragi. Jak? W pogmatwany, wynaturzony sposób. A może to tylko ja to tak odbieram?

Eva z powieści Bragi zostaje skonfrontowana ze samą sobą, swoimi obawami i instynktem samozachowawczym, z pomysłem obcych ludzi na swoje życie.
Czy sztuka to wolność, czy może zniewolenie? Dla kogo? A, jakie jest miejsce, jaka jest rola kobiety w sztuce, w społeczeństwie? Czy one także są wolne? Lecz czym właściwie jest wolność? Czy potrafimy odpowiedzieć sobie, czym dla nas jest wolność?
Ponoć pisarz w niewyobrażalnej - przynajmniej dla normalnego umysłu - historii Evy, zawarł krytykę sytuacji kobiet w Islandii. Nie wiem, nie mieszkam w krainie lodu i ognia, nie mogę się wypowiedzieć na ten temat. Ale jestem kobietą, a ta powieść kazała mi ponownie spojrzeć na sytuację kobiet z tzw. cywilizowanego świata, z rozwiniętych krajów, szczycących się swobodą praw obywatelskich, emancypacją i wolnością kobiet. Bo, przecież, my kobiety XXI w., mieszkanki wolnej Europy, jesteśmy paniami swego losu, jesteśmy wolne, nikt nam nic nie każe ... Jesteście tego pewne? Bragi w dość drastyczny sposób pokazuje, że z tą naszą wolnością jest krucho. Bo kobieta to nadal towar ... Ładnie zapakowany, pewny siebie i wierzący, że jest wyjątkowy ... Największe kłamstwo współczesności?

"Charakteryzacja była niczym maska, ściekająca pod wpływem temperatury telewizyjnych reflektorów, a pod nią czaiła się ta druga maska, chłodniejsza, bez wyrazu, nieruchoma i jakby splątana z nią samą, a gdzieś jeszcze głębiej nie było nic, pusta perspektywa, nieosobista, bezideowa - to co prze jej twarz patrzyło na świat, było niczym obraz obrazu obrazu."

Bragi wytyka Islandczykom w "Kobietach" alkoholizm. Ba! To już pijaństwo i chlanie, cotygodniowy rytuał zatracania się w odmętach alkoholowych procentów. Zezwierzęcenie, patologia, przygodny seks - to wierni towarzysze obficie zakrapianych imprez. Bez alkoholu nie ma zabawy, nie ma oderwania się od przytłaczającej rzeczywistości, od problemów. I nikt nie widzi tego problemu ... To tylko beztroskie życie, to luz, to młodość! Alkohol to też rodzaj zniewolenia, więc znowu wraca temat wolności. Może pisarz pisząc książkę miał na uwadze swoich rodaków, ja uważam, że i inne społeczeństwa mogą się przejrzeć, jak w lustrze, w opisywanych przez Islandczyka wydarzeniach.
Steinar Bragi bardzo często pisząc o Reykiawiku nazywa go "miastem grzechu". Patrząc oczami wędrującej po mieście Evy, opisuje drobne sygnały świadczące o jego zmianie na gorsze, o jego zepsuciu. Stolica Islandii błyszczy, tętni życiem, ale pod tą błyszczącą powłoką, tą "twarzą" na pokaz, gnije i psuje się, jak nieświeże mięso. Toczy ją choroba, którą zna każde rozwinięte państwo - banki i ich nienasycona żądza zysku. Prawda, że brzmi znajomo?
Pisarz pisząc o swojej ojczyźnie, chcąc wytknąć swoim rodakom niedoskonałości, potrząsnąć nimi, by się opamiętali i nie popadali w samozachwyt (bo nie ma powodów), pokazać w jakim zakłamanym społeczeństwie żyją, napisał książkę, którą łatwo odnieść do sytuacji obywateli innych krajów. Stworzył książkę-obraz, w której możemy się przejrzeć i dostrzec swoje wady. Tylko, czy możemy coś zmienić? Czy mamy dość sił? A może wcale tego nie chcemy, bo jest nam dobrze, tak jak jest?

"Wstała i wtarła zimną wodę w twarz, ściągnęła włosy z tyłu głowy i spojrzała na siebie w lustrze, na resztki samej siebie, zaczęła coś mruczeć do lustra, a potem znalazła się z telewizji, w wywiadzie dla programu Elly. (...) - Dzieło dokonane - ktoś szepnął; może ona, która dopiero co doszła do stołu, zrozumiała to jako ostatnia? Albo może był to tylko cichy szelest wieczności kładącej się nad domem, nad trzema kobietami wokół stołu, plecy proste, palce dotykają rantu, wzajemne usytuowanie ciał wobec siebie - trójkąt doskonały; (...) - jakby te kobiety zebrały się wokół stołu, żeby grać w grę, której, jak się później okazało, nie zrozumiały, więc zrezygnowały, już nie patrzą na stół ani na siebie nawzajem, lecz prosto przed siebie, pomiędzy dwie pozostałe, na ściany,  które je zamykają."


Gjølmunnebrua

Pamiętacie, jak pisałam o Hardangerbrua? (KLIK) Fajny most, prawda? To teraz chcę Wam pokazać inny most. Też niedawno otwarty. Skromniejszy. Nie poraża swoją wielkością ani rozpiętością ani kwotą, jaka została przeznaczona na jego budowę. Jednak na mnie zrobił o wiele, wiele większe wrażenie. Dlaczego? Hardangerbrua to most, który pokonacie jadąc samochodem, widząc jedynie przed sobą i za sobą drogę biegnącą przez most i piękne widoki dookoła, ale nie spoglądacie bezpośrednio w dół. I to 160 m w dół. 160 m pomiędzy metalową kratkowaną kładkę mostu wiszącego nad przepaścią. Mostu, którym właśnie idziecie pokonując jedną z tras wspinaczkowych w norweskich górach.
www.nrk.no
Widok zapiera dech w piersiach, lecz czy pokonacie swój lęk i kolana jak z waty? :)
www.stryn.no
Most wiszący Gjølmunnebrua został otwarty 24.08.2013 r. Most znajduje się na szlaku Via Ferrata Loen, nieopodal Stryn w regionie Sogn og Fjordane, zawieszony pomiędzy górami Hoven i Midt-Tunga. Jest najdłuższym mostem wiszącym na trasie wspinaczkowej w Europie (120 m długości). Most znajduje się na wysokości 750 m n.p.m.,a jego środek znajduje się nad 160-metrową przepaścią. Zanim jednak będzie można nacieszyć swe oczy porażającymi widokami, należy wejść po zboczu góry na wysokość 750 m n.p.m.
www.stryn.no
Jak już dotrzecie do 120-metrowej długości mostu, będziecie mogli podziwiać z góry Hundvikfjord i turkusowe jezioro Lovatnet.
www.firda.no
Niewątpliwie jest to niezapomniane przeżycie, a widok wspaniały ... O ile zdobędziesz się na odwagę i rozejrzysz :)
Tak to wygląda! Zapraszam :) Wchodzicie?



Haul kosmetyczny albo inaczej marchewkowe pole ;)

Pozazdrościłam wszelkiej maści blogerom tzw. modowym i urodowym tytułu posta :P \
Skąd to marchewkowe pole? Ano stąd:
"Marchewkowe o ogrodzie miewam sny
W marchewkowym stanie jest najlepiej mi
Rosnę sobie, dołem głowa, górą nać
Kto mi powie co się jeszcze może stać"
:)
I stąd, że marchewki uwielbiam: w postaci naturalnej, w postaci soku, w postaci przecieru, w postaci dżemiku, w postaci ciasta ... i w postaci kosmetyków :D Kilka marchewkowych kosmetyków znajdzie się z tym pości :)

1. Yes To Carrots Daily Softening Hand and Elbow Cream, krem do rąk i łokci o ładnej pojemności 191g.
2. Yes To Carrots Hydrating Shower Gel, nawilżający żel pod prysznic, 500 ml pomarańczowej marchewkowej przyjemności.
3. Yes To Carrots C Me Smile Lip Butter, masełko pielęgnujące do ust w sztyfcie.
Teraz już nie będzie marchewkowo, poza kolorem opakowania jednego produktu ;)

1. Sans Soucis Gentle Toner, tonik bezalkoholowy z wodą termalną z Baden-Baden.
2. REN Glycolactic Radiance Renewal Mask, maska z kwasem glikolowym, na którą polowałam prawie rok i która ma pomóc mi zadbać o moją mieszaną cerę.
3. I Love... Strawberries & Milkshake Moisturizing Body Lotion, lotion kupiony na szybko, bo czegoś potrzebowałam (a teraz mam tyle smarowideł do ciała, że się rzucać nimi mogę :P); pachnie jak shake z truskawkami i wafelkami mleczno-waniliowymi.
4. Ciaté Unrestricted Glam, mój wymarzony czarny lakier do paznokci (klasyczna czerń).

Zaśpiewajcie ze mną!
"Wszystko się może zdarzyć
Wszystko się może zdarzyć"




"Kobiety dyktatorów"

Tytuł: "Kobiety dyktatorów."
Autor: Diane Ducret
Oryginalny tytuł: "Femmes de dictateur"
Tłumaczenie: Maria Rostworowska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Znak
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 360 

"Berlin 10 września 1939 r.
Mój drogi i cudny Adolfie,
(...) Ciągle przeglądam Twoje fotografie i kładę je przed sobą, nim je ucałuję. Tak jest, mój kochany, mój najdroższy, mój dobry Adolfie, miłość jest szczera jak złoto. Poza tym mój drogi, teraz mam już nadzieję, że otrzymałeś moja paczkę z ciastem i że też Ci bardzo smakowało. Wszystko, co Ci posyłam, płynie z czystej miłości. (...)"

W książce Diane Ducret znajdują się historie kobiet, które wybrały na swych kochanków, mężów i ojców swoich dzieci, mężczyzn, którzy zapisali się niechlubnie w historii XX w. Należą do nich: Benito Mussolini, Lenin, Stalin, Antonio Salazar, Bokassa, Mao Zedong, Nicolae Ceauşescu, Adolf Hitler. Dlaczego wybrały właśnie ich? Co je tak pociągało w tych mężczyznach? Co się z nimi działo, gdy dyktator tracił zainteresowanie nimi? Jak reagowały na informacje przedstawiające ich wybranków jako bezlitosnych katów? Co myślały o swoich ukochanych? Czy wiedziały, były świadome tego z kim się wiążą? Autorka przybliżając nam losy tych kobiet, stara się odpowiedzieć na te pytania, stara się dotrzeć do motywów, jakie nimi powodowały. A dzięki swoim staraniom rysuje także portret jednych z najbardziej znienawidzonych ludzi XX stulecia, portret widziany oczami zakochanych w nich kobiet. 

"Berlin, 17 lipca 1941
 Drogi Adi!
 Pewnie będziesz za mną tęsknił odrobinę. Pragnę Ci jeszcze posłac fotografię, jako symbol mojej miłości. Zatem dołączam moje maleńkie zdjęcie. Przypominam na nim Madonnę na nieboskłonie. (...) Gorące pocałunki dla Ciebie, moja Ty dzika Bestio.
Ritschi"


Czyż to nie porażające, dla nas, współczesnych odbiorców, że kobiety pisały listy do obcych, nigdy osobiście nie poznanych mężczyzn, którzy zapisali się w historii jako bezlitośni oprawcy? Hitler otrzymał więcej listów od fanek niż The Beatles i Mick Jagger razem wzięci! Co istotne, nie były to odosobnione wyjątki, zarówno Hitler, jak i Mussolini, byli zasypywani listami pełnymi wyznań miłosnych, propozycji matrymonialnych, podarunków, pocieszeń, opisami codziennego życia kobiet w wielu zakątków kraju i nadziei na spotkanie, a także lepszą i silniejszą ojczyznę. Kobiety, które pisały te listy był bardzo różne; nastolatki i stateczne matrony, siwowłose staruszki i młode kobiety wkraczające dopiero w dorosłe życie, mężatki, panny i wdowy, bogate i biedne. To były czyjeś żony, matki, siostry, babcie ... 

"Florencja, 8 maja 1936 r. 
Duce,
w tym dniu Komunii świętej, dla mnie szczególnie uroczystym, moje myśli biegną do Pana, którego zawsze uważam za drugiego ojca. W podniosłym momencie, kiedy otrzymałam Jezusa, pragnęłam przyjąć Go z Pana błogosławionych rąk! Wyobraziłam sobie, że to Pan! Ja, taka młoda i niedoskonała ... Tak egoistyczna: przyjąć Pana jednocześnie z Jezusem! Złożyć na języku, złożyć na piersi, na moim biednym sercu. Jakież by to było szczęście!  
Margherita V."


W odróżnieniu od Hitlera, Mussolini odpisywał wybranym kobietom, wiele z nich zapraszał do siebie i uwodził, pozostawiając je szczęśliwe, bo oto dotykał je sam boski Duce, oto uszczęśliwiły mocarnego Benito ... 
Ale zarówno w życiu Hitlera jak i Mussoliniego były kobiety, które z różnych względów były dla nich ważne, przynajmniej przez pewien czas. Były też kobiety wyjątkowe; tak je właśnie nazwę nie bacząc, że raczej nie są to postaci popularne i lubiane, lecz potępiane i traktowane często na równi ze swoimi kochankami. O kim myślę? O Clarze Petacci, nazywanej "suką Mussoliniego", o tej, która jako jedna z nielicznych jego kochanek, dostrzegła jego samotność ukrywaną za pozą niezłomnego macho; tej, która była mu wierna do samego końca i razem z nim została rozstrzelana. O Ewie Braun, młodziutkiej dziewczynie zaślepionej uczuciem i niepomnej na okrucieństwa wyrządzane milionom ludzi w Europie na rozkaz jej Adiego oraz o Magdzie Goebbels, żonie kanclerza Rzeszy, zagorzałej zwolenniczce polityki Hitlera, jego najgorliwszej wyznawczyni. Obie zostały z Hitlerem do końca, odbierając sobie życie razem z nim w bunkrze pod koniec kwietnia 1945 r.
Lenin wyznaczał kobietom limity dotyczące życia seksualnego, lecz sam żył przez wiele lat w trójkącie z małżonką Nadią i kochanką-przyjaciółką Inessą. Pierwsza darzyła Lenina wierną miłością i udała się za nim na zesłanie na Syberię, opiekowała się nim, matkowała mu; druga to wolny duch, kobieta, która widzi we Włodzimierzu nadzieję na lepszą przyszłość dla ludzkości, podziwia jego determinację, pomaga Władowi i Nadii stworzyć rodzinę, o której ta druga zawsze marzyła. 
Stalin ujmował i czarował, był porywczy i miał napady gniewu, ale potrafił deklamować wiersze, być duszą towarzystwa, romantykiem. Stalin to przykład typowego słodkiego łajdaka. Wszyscy, którym było dane poznać Stalina bliżej, zgodnie uznawali go, ujmując to delikatnie, za człowieka o bardzo trudnym charakterze. Przekonały się o tym także jego żony, które przeżywały u jego boku prawdziwą udrękę, wywoływaną jego gniewem i chorobliwą zazdrością. Każda z nich pożegnała się dość wcześnie z tym światem. Do końca jego życia pozostała przy nim wierna gospodyni domowa. Czy byli kochankami?
I choć o Mussolinim i jego męskiej witalności krążyły legendy, nie mógł się on równać z Bokassą i Mao. Ich erotyczne wybryki, ich pożądliwość i brak hamulców (czy to w postaci własnego sumienia, czy w postaci jakiejkolwiek osoby, która byłaby w stanie się im przeciwstawić) zapewniały im rozrywkowe życie na miarę rozpasanego cesarza Nerona. Anie jeden ani drugi nie przejmował się porzuconymi kochankami, które były niczym zabawki w rękach kapryśnych chłopców.
Antonio Salazar całe życie pozował na świętoszka, na mnicha, któremu nie w głowie kobiety i zakładanie rodziny, bo całym sobą oddany jest swoje ojczyźnie, więc cóż mógł by zaoferować kobiecie. Ale oferował i to całkiem sporo. Przez jego sypialnię przewinęło się trochę kobiet, niektóre z nich znane są z imienia i nazwiska. Do tego lubił pławić się w ich uwielbieniu, bawiło go znęcanie się nad nimi, zwodzenie.
A, co, gdy uczeń przerósł mistrza? Albo może lepiej gdybym użyła bardziej pasujących w tym wypadku słów: kiedy kochanka przerosła swego wybranka? Mao Zedong i Nicolae Ceauşescu z takimi właśnie kobietami się związali. Te panie w wielu aspektach przerosły w/w dyktatorów, bywały bardziej okrutne niż Ci, których i potomni i im współcześni, uznali za krwawych katów i ciemiężycieli. Z biegiem lat Ci, dzięki którym osiągnęły wyżyny społeczne, bogactwo i wolność, która nie była znana większości obywateli, co raz częściej pozostawali w ich cieniu. Był to cień rzucany przez ambitne i żądne władzy absolutnej żony i kochanki. Czy Mao i Ceauşescu widzieli to odsuwanie od władzy? Czy przeczuwali, do czego dążyły ich partnerki? Elena Ceauşescu, żona Nicolae i Jiang Qing, żona Mao - zostały skazane na śmierć. Pierwsza zginęła razem z mężem, druga - po jego śmierci, skazana przez przeciwników przejęcia przez nią władzy w Chinach. 

"Maszty wstrząsane są wiatrem,
Góra Żółwia i Góra Węża trwają nieruchome.
Z północy na południe rzucony będzie most,
Otwierając drogę tam, gdzie ciągnął się rów.
Na zachodzie powstanie kamienna zapora,
Która zatrzyma chmury i deszcz znad góry Wu.
Jezioro o spokojnych wodach powstanie w wąwozach,
O bogini góry Wu, jeśli nadal tam jesteś,
Zachwyca Cię przemiany tego świata."
(wiersz miłosny Mao do Jiang)

Dyktatorzy mają charyzmę gwiazd muzyki rock i jak one przyciągali rzesze kobiet. Wygląd to sprawa drugorzędna. Wpatrzone w swoich idoli nie dostrzegały ich wad, umniejszały ich przewiny, widziały w nich mężczyzn, których tylko one mogą prawdziwie kochać oraz zrozumieć i których tylko one mogą zmienić w lepszych ludzi. Losy tych kobiet to opowieści o nieszczęśliwych miłościach, tzw. głupich miłościach, kiedy wbrew wszystkim  i wszystkiemu lokuje się swoje uczucia w niewłaściwej osobie, o młodzieńczych zadurzeniach, o ambitnych kobietach, karierowiczkach wspinających się po plecach despotów i ich ofiar ku władzy. To także opowieść o ich mężczyznach, spojrzenie na świat zbrodniarzy oczami kobiet.
Diane Ducret szczegółowo pisze o spotkaniach, strategiach uwodzenia, związkach miłosnych, przeplataniu się polityki z seksem. Z tych kilku rozdziałów,w  których całkiem zgrabnie autorka pomieściła tak rozległy i różnorodny temat, jasno wynika, że seks i władza się przyciagają, że seks to władza.
Trudno dziś zrozumieć te kobiety, które historia oceniła surowo. Ale czy wszystkie należy "wrzucić do tego samego worka" co Elenę Ceauşescu, czy Jiang Qing?





* Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Kobiety dyktatorów" Diane Ducret

Czy wiesz, że ... #4

... Pierwszy rekord w BASE jumping, który został kiedykolwiek zarejestrowany w Światowych Rekordach Guinnessa (wcześniej Światowa Księga Rekordów Guinnessa) należy do Carla Boenisha w 1984 roku, który skoczył z Trollveggen w Norwegii?
Został on opisany jako najwyższy skok BASE. Skok został wykonany dwa dni przed śmiercią Boenisha, który zmarł w tym właśnie miejscu.
zdjęcie pochodzi ze strony http://www.peron4.pl/base-jumping-w-norwegii/
Nazwa B.A.S.E. (BASE jumping) pochodzi od pierwszych liter angielskich słów: Building (budynek), Antenna (antena), Span (przęsło), Earth (ziemia). BASE jumping to jeden z rodzajów sportów ekstremalnych, polegający na wykonywaniu skoków spadochronowych z obiektów takich jak: wieżowce, mosty, maszty, urwiska górskie, itp. Dodajmy, ze jest to także jeden z bardziej niebezpiecznych sportów ekstremalnych. A to dlatego, że jest to stosunkowo nowy sport, gdzie bardzo wiele zależy od przypadku, często człowiek nie ma wpływu na to, jak zakończy się jego skok. Wypadki do których dochodzi wynikają zazwyczaj z nagłej zmiany pogody lub niedoskonałości sprzętu (np. nieprawidłowe ułożenie czaszy spadochronu). Specjaliści i obserwatorzy zwracają uwagę na fakt, że często skoczka gubi zbytnia pewność siebie i adrenalina, które powodują uśpienie jego czujności. Base jumper zazwyczaj wyposażony jest tylko w jeden spadochron, nie ma zapasowego, bo i tak nie zdążył by go rozłożyć w trakcie tak krótkiego lotu. Do tego dochodzi także czynnik związany z miejscem lądowania, które jest zazwyczaj niewielkie oraz wspomniany już bardzo krótki czas lotu, który czasami uniemożliwia (szczególnie przy nagłej zmianie warunków pogodowych) prawidłowe otwarcie spadochronu (czyt. pełne, potrzebne do bezpiecznego wylądowania).
zdjęcie pochodzi ze strony http://www.peron4.pl/base-jumping-w-norwegii/
Norwegia jest jednym z ulubionych miejsc base jumperów :)

Przedstawiam Wam jednego z najbardziej znanych base jumperów. Oto Jeb Corliss, pieszczotliwie zwany przeze mnie polatuchą :P 
 

A to trochę Norwegii z perspektywy base jumpera :)


"Mitologia japońska"

 Zapraszam Was na DYSKUSYJE, gdzie Marta odkrywa przed nami sekrety kryminałów :)


********************

Tytuł: "Mitologia japońska"
Autor: Agnieszka Kozyra
Cykl wydawniczy: Seria mityczna
Wydawnictwo: Wydawnictwo Szkolne PWN Sp. z o.o. ParkEdukacja
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 544

OPOWIEŚCI O BOGACH I DEMONACH
KONTEKSTY KULTUROWE
HISTORIA I WSPÓŁCZESNOŚĆ

Jakże ja na tą książkę czekałam! Zdobycie jej jedynej wartościowej poprzedniczki - "Mitologii Japonii", która wyszła spod pióra Jolanty Tubielewicz, jest właściwie niemożliwe! (Nadal o niej marzę!) Tak, więc pomiędzy latami 80-tymi, a obecnymi, nie było nic. Pustka w tej materii. Oczywiście pojawiały się różne książki poruszające tematykę japońskiej kultury (choć i w tej materii było biednie), jednak mitologii jako takiej nie było. I oto, pani Agnieszka Kozyra, która chyba mnie podsłuchiwała, wydała tę oto książkę :)
"Mitologia Japońska" została wydana w formie albumowej, w twardej okładce, z pięknymi zdjęciami i mnóstwem materiału zgromadzonego w jednym miejscu. W odróżnieniu od "Mitologii..." Jolanty Tubielewicz, autorka tej pozycji omawia skomplikowane mity japońskie czerpiąc z różnych źródeł - nie z jednego w jednej wybranej wersji - zarówno z "Kojiki" (czyli "Księgi dawnych wydarzeń"), jak i "Nihongi" (zwanej również "Nihonshoki" tj. "Kronika Japonii") - dwóch najważniejszych kronik japońskich. Agnieszka Kozyra nie skupiła się tylko, jak jej poprzedniczka, na przedstawieniu tylko jednej wersji mitów. Dzięki temu w książce otrzymujemy możliwie jak najobszerniejsze informacje dotyczące prezentowanych postaci i wydarzeń.
Strona z kroniki Kojiki czyli Księgi dawnych wydarzeń (712 r.) ("Mitologia japońska", str. 40).

Czterdzieści pierwszych stron "Mitologii japońskiej" to wprowadzenie czytelnika w świat mitów japońskich, krótkie objaśnienie religii wyznawanych przez Japończyków: sintozimu oraz buddyzmu. Wszystko po to by czytający "Mitologię.." lepiej rozumiał złożoność japońskiej religii oraz to, jak ważną rolę odgrywała (i nadal odgrywa) ona w życiu Japończyków, którzy być może sami sobie z tego nie zdają obecnie sprawy.
Uważam, że pani Kozyra dobrze zaplanowała i podzieliła swoją książkę na rozdziały i podrozdziały, które ładnie systematyzują informacje na temat japońskich wierzeń. Wszystkie wiadomości przedstawione są w uporządkowany sposób, dzięki czemu przy tej mnogości mitów, bóstw, demonów i innych nadprzyrodzonych istot, od których roi się w japońskiej mitologii, nie panuje tu chaos. Po za tym łatwo jest odnaleźć interesujący nas fragment lub przypomnieć sobie jakąś wcześniej przeczytaną informację. Na końcu prezentowanej książki znajduje się cudowna bibliografia (moje pożądanie książkowe wzrasta ilekroć tam zajrzę :P), a także indeks osób i postaci historycznych, który pomaga szybko znaleźć interesujący nas temat.
Koło narodzin i śmierci w sześciu ścieżkach transmigracji. Potwór trzymający koło symbolizuje nietrwałość. ("Mitologia japońska", str. 31)

I tak po wprowadzeniu, autorka opowiada nam w pierwszej kolejności, jak na mitologię przystało, o japońskich mitach kosmologicznych oraz mitach o boskim pochodzeniu japońskich cesarzy.

"Narodziny pierwszych bogów
Otóż, gdy chaos pramaterii już krzepł, jeszcze się w niej nie przejawiał żaden dech ni układ. Nie było nazw ani żadnego działania. Któż by zdołał w tym stanie rozpoznać kształty? Niebo i ziemia poczęły się jednak od siebie oddzielać, trzy bóstwa powstały jako początek stworzenia. (...) Duchy, które się poczęły w Przestworze Wysokich Niebios, gdy niebo i ziemia dopiero się rozwijały, nazwano: Pan Ogarniający Wszystko na Niebie (Amenominakanushi no kami), dalej Najwyższa Święta Moc Życiodajna (Takami musubi), dalej Boska Moc Życiodajna (Kami musubi). Te trzy duchowe osoby są dychami jednostkowymi o niewidzialnych postaciach."
("Mitologia japońska" Agnieszka Kozyra za "Kojiki, czyli Księga dawnych wydarzeń" Wiesław Kotański)

Następnie prezentuje legendarnych władców Japonii - Jimmu, Suinin, Yamatotakeru, Jingū, Nintoku, Yūryaku, by przejść do omówienia najważniejszych bóstw mitologicznych i postaci mitologicznych, zarówno z kręgu tradycji sintoistycznej, jak i buddyjskiej. 
Tsukioka Yositoshi, Yamatotakeru, ok. 1850 r. ("Mitologia japońska", str. 81)


Cesarzowa Jingū i generał Takenouchi no sukune ("Mitologia japońska", str. 90)
Posąg Buddy Dainichiego, X-XI w. Pod wpływem buddyzmu pierwotne wierzenia Japończyków uległy przemianom i bogini Amaterasu została uznana za przejaw bodhisattwy Kannon lub Buddy Mahavairoćany - jap. Dainichi - najważniejszej istoty oświeconej według buddyzmu ezoterycznego. ("Mitologia japońska", str. 127)
Tsukioka Yositoshi, Susanoo walczy z wężem, 1887 r. ("Mitologia japońska", str. 137)

"Oczy jego są czerwone jak kwiaty miechunki:
Cielsko ma jedno, ale osiem łbów i osiem ogonów. 
Na cielsku rośnie mu mech, cyprysy i kryptomerie,
Jest tak wielki, że zajmuje osiem kotlin i osiem wzgórz.
A jego kałdun wszędzie i o każdej porze ocieka krwią."
("Mitologia japońska"Agnieszka Kozyra, str. 137)
Inari (bóg ryżu, bóstwo opiekuńcze handlu i rybołówstwa) i lisy ("Mitologia japońska", str. 156)
Figurka Okama ("Mitologia japońska", str. 184) Okame lub inaczej Otafuku to bogini wielorakiego szczęścia, silnie związana z kultem płodności. Bogini to wzór idealnej żony oraz patronka ogniska domowego.
Bishamonten ("Mitologia japońska", str. 193) Najsilniejszy z czterech niebiańskich królów, a jako niepokonany wojownik obiekt kultu samurajów.
Po lewej: Kannon o Tysiącu Rąk w świątyni Darumaji w Narze; po prawej: Kannon z Głową Konia w świątyni Zenkōji w miejscowości Shiga ("Mitologia japońska", str. 223). To dwa z sześciu rodzajów Kannon w sześciu ścieżkach transmigracji, są jeszcze Czcigodna Kannon, Kannon - Matka Buddów, Kannon o Jedenastu Twarzach i Kannon z Klejnotem Spełniającym Życzenia.

"Wsłuchująca się w głosy świata,
doskonała i święta.
Ofiaruje swoją pomoc cierpiącym
i tym, których życie jest zagrożone.
Uosabia wszelkie cnoty,
patrzy na istoty czujące litościwym wzrokiem.
Jej zasługi są jak niezmierzony ocean,
właśnie dlatego należy oddawać jej cześć."
(fragment jednego z rozdziałów "Sutry lotosu" poświęconego Kannon; "Mitologia japońska" Agnieszka Kozyra, str. 222)
Omówienie mitologii japońskiej nie było by pełne bez przedstawienia istot magicznych (duchów, demonów, magicznych zwierząt) oraz przynajmniej niektórych ważnych obiektów sakralnych, co profesor Agnieszka Kozyra w niniejszej książce czyni.
Kawanabe Kyōsai, Nocny pochód demonów, 2 poł. XIX w. ("Mitologia japońska", str. 257) W japońskich wierzeniach wyróżniano określone dni (data ruchoma), kiedy to nie wolno było wychodzić z domu po zmierzchu, ponieważ można było spotkać na swojej drodze pochód demonów, a to oznaczało niechybną śmierć osoby, która je spotkała, ale także jej najbliższych.
Katsushika Hokusai, Duch Oiwy, 1831 r. ("Mitologia japońska", str. 297) Duch należący do kategorii "zemsta zza grobu" :) Oiwa to zdradzona i oszukana (często także zabita) przez męża żona, która w chwili śmierci przeklęła go; jej historia jest najbardziej znaną i popularną historią tego typu w Japonii. Oglądaliście japoński (nie amerykański!) "Ring"? On także nawiązuje do historii nieszczęsnej Oiwy ze sztuki teatru kabuki "Niesamowita opowieść z traktu Tōkaidō" ("Tōkaidō Yotsuya kaidan")
Utagawa Kuniyoshi, Wojownik Keyamura Rokusuke walczy z grupą kapp, 1836 ("Mitologia japońska", str. 336) Kappy to wodniki, zwane także kawako - "rzeczne dzieci". Groźne stworzenia wodne, czyhające na nieostrożnych zażywających kąpieli lub spacerujących brzegiem rzeki. Jednak kappy bywają przedstawiane także w pozytywnym świetle; są honorowe, dotrzymują danego słowa, są waleczne i ... można je oswoić i zaprzyjaźnić się z nimi.
Utamura Kitagawa, Yamauba, 2 poł. XVIII w. ("Mitologia japońska", str. 370) Yamauba/Yamamba czyli Górska Starucha to taka nasza swojska Baba-Jaga. I tak, samo jak Babą-Jagą, straszono nią dzieci i przestrzegano przed oddalaniem się od domu. Mieszka samotnie w górach, potrafi czytać w myślach, przybierać różne postaci, by zwodzić nieszczęśników i pożera ludzi, którzy zabłądzili w pobliże jej chaty lub weszli jej w drogę. Yamauba ma też dobre oblicze: pomaga ludziom w potrzebie, ma dobre i współczujące serce.
Bertha Boynton Lum, Kobieta-lis, 1923 r. ("Mitologia japońska, str. 411) Lisy od zamierzchłych czasów uznawane były w Japonii za istoty magiczne, obdarzone nadnaturalnymi mocami. Niestety skojarzenia wywoływane przez te zwierzęta były negatywne, ponieważ uosabiały nieokiełzane siły przyrody, przypisywano im wszelkie nietypowe (czyt. także wywołujące szkody) zjawiska pogodowe. Lisy mogły przybierać ludzką postać, oszukiwały ludzi, a nawet doprowadzały do ich śmierci. I jak to bywa w legendach jest i druga strona medalu. Lisy są także często ukazane w legendach jako istoty przychylne ludziom, odwdzięczające się pomocą za przysługę. Kiedyś może Wam napiszę, jak rozpoznać magicznego lisa :D
Ogata Gekkō, Czarno-biały pies, 1918 r. ("Mitologia japońska", str. 426) Psy (Inu) to dla Japończyków nie tylko wierni towarzysze człowieka, lecz także istoty przynoszące szczęście. Suki rodzą młode zazwyczaj szybko i bez komplikacji, stąd dawniej dawano młodym mężatkom pudełeczka na kosmetyki i inne pierdółki z wieczkiem w kształcie psiaka :) Psy chroniły także śpiące dzieci od chorób i nieszczęść - a to za sprawą inuhariko, czworonogów wykonanych z papierów ustawianych przy śpiących maluchach. Należy jednak uważać, ponieważ pies jako zwierzę, które łatwo podporządkować, może stać się narzędziem zła w rekach nieodpowiednich ludzi.
Tsukioka Yoshitoshi, Kiyo zamienia się w węża, 1889-1892 r. ("Mitologia japońska", str. 447) Dla Japończyków węże były bóstwami wody, którym składali ofiary z ludzi przy budowie tam lub umacniania ich. Wierzono także, że kobiety porzucone przez mężczyzn zamieniały się w węże, przez co zwierzęta te stały się symbolem zazdrości.

Świątynia Tōji w Kioto ("Mitologia japońska", str. 155) Bóstwem opiekuńczym tej świątyni jest Inari (ten od lisów i ryżu :P). Według legend założyciel świątyni, mnich Kūkai, spotkał Inariego wędrującego pod postacią starego mężczyzny niosącego worek ryżu.
Lisy w Fushimi Inari Taisha ("Mitologia japońska", str. 469) Kolejna świątynia, w której czczony jest Inari; tym razem w Kioto. Świątynia założona w 711 r. przez ród Hata.
Itsukushima Jinja ("Mitologia japońska", str. 484) to świątynia bogiń morza znajdująca się na wyspie Itsukushima w prefekturze Hiroszima. Świątynia została zbudowana w 593 r. przez Kuramoto Saekiego, przodka rodu kapłanów, któremu objawiły się trzy boginie morza: Ichikishimahime, Takirihime i Takitsuhime. (Połamaliście sobie język? :P) Dosłowne tłumaczenie nazwy Itsukushima brzmi "wyspa, na której zachowano czystość rytualną i oddawano cześć bogom".
Izumo Taisha ("Mitologia japońska", str. 490) Świątynia znajduje się w mieście Izumo i poświęcona jest Ōkuninushiemu, boskiemu potomkowi Susanoo (Susanoo to bóg wiatru i burzy, stąd jego gwałtowny charakter ).
Ōkuninushi uznawany jest za nowatora i pomysłodawcę skutecznych metod upraw i połowu oraz lecznictwa, jest on także opiekunem par (ze względu na swoje szczęście w miłości).
Weranda w świątyni Kiyomizudera ("Mitologia japońska", str. 503) Pełna nazwa świątyni brzmi Otowasan Kiyomizudera ("Świątynia Czystej Wody na Wzgórzu Otowasan").  Przybytek poświęcony jest Kannon i znajduje się w nim słynny posąg bodhisattwy Kannon o jedenastu twarzach i tysiącu rękach. Weranda widoczna na zdjęciu jest bardzo słynna, więc zawsze można tam spotkać turystów. Weranda pełni funkcję sceny podczas ceremonii i rytualnych tańców. Jak napisała autorka: "W Japonii znane jest powiedzenie "skoczyć z werandy Kiyomizudery", co oznacza podjęcie decyzji, która może mieć tragiczne skutki."
Mostek Sorihashi w Shimogamo Jinja ("Mitologia japońska", str. 512) Świątynia Shimogamo Jinja to świątynia zbudowana  VII w., w której czci się boginię Tamayorihime oraz jej ojca Taketsunumiego - protoplastę rodu Kamo. Za panowania cesarza Murakamiego (na tronie 946-967) świątynia stała się jednym z najważniejszych przybytków na dworze cesarskim i składano tam sprawozdania z najważniejszych wydarzeń w państwie.
Posąg Tokugawy Ieyasu w świątyni Tōshōgū ("Mitologia japońska", str. 518) Słynny protoplasta nie mniej słynnego rodu siogunów Tokugawa został, na własny rozkaz wydany jeszcze za życia, uznany po śmierci za bóstwo, otrzymując imię Shōichi`i Tōshō ("Światło Wschodu"). Dzięki temu, że został bogiem mógł opiekować się swoimi potomkami zza światów i zapewnić Japonii pokój. Świątynia znajduje się w Nikkō w prefekturze Tochigi.
Pokazałam Wam jedynie niewielki wycinek znajdujący się w "Mitologii japońskiej" Agnieszki Kozyry, tak, jak autorka, mimo wykonanej olbrzymiej pracy i zgromadzeniu w tej książce mnóstwa informacji, przedstawiła czytelnikom mity japońskiej i tak w okrojonej i uproszczonej formie. Mimo to, za tą czarną okładką można odnaleźć najważniejsze, będące podstawą kultury japońskiej, legendy. Wszystko podane jest w sposób prosty, przejrzysty, a wplecione co jakiś czas ciekawostki, anegdoty, podania ludowe okraszone zdjęciami i rysunkami, sprawiają, że lektura "Mitologii japońskiej" jest bardzo ciekawą przygodą. Bardzo podoba mi się fakt, że autorka nie poprzestała na przybliżeniu czytelnikowi dawnych wierzeń, lecz pokazała nawiązania do nich współczesnej kultury japońskiej. Bardzo interesujące!


 "Drzewa są tam moimi
wrogami, krople rosy to strzały,
ostrza mieczy wyrastają 
                                        z ziemi.
Wzgórza to żelazne zamki,
chmury - wojenne proporce.
Wokół mnie wrogowie szykują
                                           broń,
a ich oczy przepełnione są 
                                nienawiścią.
Nie ma nic prócz walki.
Nieprzyjaciel napiera jak fala
i jak fala się wycofuje.
Wszystkie bitwy toczone są od 
               nowa i tak bez końca."
(Kiyotsune opisuje krainę ashurów (walczących demonów, czyli odrodzonych pod tą postacią wojowników poległych na polu bitwy);"Mitologia japońska" Agnieszka Kozyra, str. 284)

 
PS. 
Odnośnie imion i nazw japońskich. Dla osoby, która styka się z nimi pierwszy raz są to koszmarne łamańce językowe i twory co najmniej niezrozumiałe. Jednak w "Mitologii" na samym początku znajduje się nota edytorska, w której autorka książki, przedstawia  czytelnikowi sposób wymawiania spółgłosek i samogłosek w języku japońskim. Większość z nich wymawia się w ten sam sposób, jak w języku polskim, są tylko nieliczne wyjątki. Co istotne, zgodnie z japońską tradycją, w zapisie nazw osobowych zastosowany szyk: nazwisko i imię - czyli inaczej niż jest to przyjęte w języku polskim. Nazwy własne, które mają swoje odpowiedniki w języku polskim, zostały zapisane w spolszczonej formie, w przeciwnym wypadku, została zachowana pisownia oryginalna. Jeśli jesteście ciekawi tych wyjątków, dajcie znać, postaram się wtedy przygotować krótki post na ten temat , ale bez potrzeby, nie chcę Was zanudzać:)




* Wszystkie zdjęcia i cytaty pochodzą z książki "Mitologia japońska" Agnieszki Kozyry

* * * * * * * * *
Recenzja bierze udział w wyzwaniu Japonica. Wszystko o Japonii. 
http://zapiskispodpoduszki.blogspot.com/p/wyzwanie-japonica-wszystko-o-japonii.html