Stosik #1 {2013}

Pozazdrościłam tych wszystkich stosików książkowych i też zdecydowałam się podzielić swoim niewielkim stosikiem :) Okazało się bowiem, że małe książkowe co nie co pojawiło się u mnie ostatnio. Kolejna mała porcja jest w drodze :D

1. "Kapuściński: Nie ogarniam świata", ,
Znamię",
Grandhotel. Powieść nad chmurami",
Wyprawa",

ć książki te miałam już wcześniej na oku. Ostatniaa książka napawa mnie szczególnym szczęściem i dumą :D Zdobyta za grosze na pchlim targu. Mała książeczka dotycząc bitwy pod Hafrsfjord w 872 r. napisana prostym czystym norweskim. Coś w sam raz dla mnie! :D
Jak widzicie nie ma u mnie bestsellerów, ale i tak sądzę, że książki mnie nie rozczarują.

Stawiam na Green People!

Na kosmetyki marki Green People ostrzyłam sobie ząbki już od dawna. I jak zwykle powstrzymywała mnie przede wszystkim ich cena. Czekałam, szukałam przecen i promocji, aż niedawno ujrzałam tak wyczekiwana przeze mnie reklamę - wakacyjne przeceny :) Niestety produkty Green People nie były wśród tych najbardziej przecenionych, jednak i tak ich cena była całkiem przyjazna dla mojego portfela :) No, cóż, tak szczerze między nami - była bardziej przyjazna niż wcześniej, ale i tak chętnie kupiłabym je jeszcze taniej :P
W ten oto sposób stałam się posiadaczką czterech kosmetyków - trzech do pielęgnacji skóry twarzy i jednego do stosowania w okolicach oczu. W najbliższym czasie będę się więc troszczyła o swoją cerę, w dużej mierze, z pomocą tych właśnie kremów, więc za jakiś czas możecie się spodziewać moich wrażeń ze stosowania ich.
Oto szczęśliwcy, którzy trafili do mojej szafki z kosmetykami ;)
1.Vita Min Fix 24-Hour Cream (50ml) - odżywczy krem nawilżający
2. Fruitful Nights Night Cream (50ml) - krem na noc zmniejszający zmarszczki i przebarwienia
3. Day Solution Cream SPF15 (50ml) - krem na dzień z filtrem SPF15
4. Neutral Scent Free Rejuvenating Eye Cream (10ml) - bezzapachowy odmładzający krem pod oczy dla skóry wrażliwej.

Ciekawa jestem jak się sprawdzą powyższe kosmetyki na mojej skórze? Czy któryś mnie zachwyci, a może będę całkowicie rozczarowana?

Może ktoś z Was zna, stosuje/stosował jakiś produkt Green People?



Fake Bake - Mistifier - Oil-Free Moisturizer Body Spray

Mistifier - Oil-Free Moisturizer Body Spray kupiłam z myślą o planowanej w tym roku na mojej skórze pięknej i zdrowej (czyt. sztucznej i z tubki) opaleniźnie. Efekt tych planów był mizerny, zamiast brązowego odcieniu skóry wychodziły mi pomarańczki i mandarynki albo efekt był zbyt krótkotrwały, a nakładanie samoopalacza zbyt czasochłonne. Machnęłam więc ręką na opaleniznę, ale nie na ten produkt. Spray Fake Bake jest co prawda przeznaczony przede wszystkim do wspomagania skóry przy (przed, w trakcie i po) stosowaniu samoopalaczy, jednak nic nie stoi na przeszkodzie aby stosować go bez sztucznej opalenizny.
Pojemność
207 ml
Cena
125,75 NOK (na chwilę obecna to jakieś 65 PLN)

Skład 
Aqua, (Purified Water), Dimethyl Ether, Propylene Glycol, Hispagel, C-12-15 Alkyl Benzoate, Sinessis (Green Tea) Leaf Extract, Tocopherol Acetate (Vitamin E), Zingiber Officinate (Ginger) Root Extract, Aloe Vera Gel, Acrylates/C-10-30 Alkyl Acrylate Cross Polymer, Triethanolamine, Methyl Paraben, Propyl Paraben, Parfum (Fragrance). 
Mistifier - Oil-Free Moisturizer Body Spray sprawia, że ​​skóra jest jedwabiście gładka i nawilżona.
Korzeń imbiru i aloes, również zawarte w produkcie, łagodzą wrażliwą i/lub podrażnioną skórę.
Kosmetyk zawiera przeciwutleniacze - zieloną herbatę i witaminę E, które pomagają chronić skórę przed szkodliwym działaniem wolnych rodników.

Produkt jest bardzo prosty w aplikacji, a dzięki innowacji wprowadzonej przez Fake Bake działa pod każdym kątem, nawet do góry nogami. Oto wytyczne producent odnośnie stosowania kosmetyku.
• Używaj codzienne jako balsamu do ciała.
Rozpylaj kosmetyk równomiernie trzymając pojemnik w odległości 25 cm od ciała.
Jeśli stosujesz samoopalacz, przy aplikacji spray
Mistifier zwracaj szczególną uwagę na stopy, kolana i łokcie - to one są zazwyczaj najmocniej przesuszone.
• Jeśli to konieczne, wcieraj w skórę kolistymi ruchami.
Może być stosowany na twarz i ciało - na twarz należy nanosi
ć kosmetyk gąbką.

Nawilżanie skóry z pomocą Mistifier - Oil-Free Moisturizer Body Spray było dla mnie ciekawym doświadczeniem :) W pierwszej chwili skojarzyło mi się to ze spryskiwaniem całego ciała dezodorantem w spray :DDD Było ono zbliżone do stosowania mgiełek, czy oliwek/olejków w spray. Z ta różnicą, że jednak nie była to ani mgiełka ani olejek :P Kosmetyk Fake Bake był lekki i wnikał w skórę równie błyskawicznie jak mgiełka oraz pozostawiał skórę długotrwale nawilżoną i miękką jak olejek.
Rozpylacz dobrze sobie radził i nie psikał na kilometr dookoła wybranego miejsca na ciele. Świetnie sprawdzała się też opcja psikania nim pod każdym kątem, mocno ułatwiała nakładanie kosmetyku samodzielnie na całe ciało, w tym na plecy. Rzeczywiście można go do samego końca stosować do góry nogami. Mimo to i tak wygodniej było gdy ktoś pomagał mi je spryskać. 
Mistifier ma przyjemny zapach egzotycznych owoców, który mnie kojarzy się z pyszną sałatką owocową. Ale może być przy dłuższym stosowaniu męczący. Na szczęście najbardziej wyczuwalny jest w trakcie nakładania kosmetyku na skórę, później stopniowo się ulatnia i zostawia delikatny zapach owocowej gumy balonowej. Jeśli ktoś lubi taki zapach, to pokocha spray Fake Bake.
Początkowo nadużywałam spray, ponieważ wydawało mi się, że nic na skórę na naniosłam. Oczywiście był to mylny wniosek wywołany lekkością produktu i jego szybkim wchłanianiem się. Skutkiem tego nadużycia była lekko lepiąca się skóra w tych miejscach, w których potraktowałam ją wyjątkowo hojnie. Na szczęście nauczyłam się i uwierzyłam z czasem, że wystarczy naprawdę spryskać kosmetykiem ciało delikatnie i ... cieszyć się nawilżoną skórą.
Na wzmiankę zasługuje fakt, że kosmetyk nie jest testowany na zwierzętach.
Teraz czas na pewien minus związany ze stosowaniem Mistifier - Oil-Free Moisturizer Body Spray. Nie jest najprzyjemniejszą rzeczą na świecie spryskanie ciepłej skóry chłodnym sprayem. O ile nogi, czy ręce to nie problem. O tyle za każdym razem gdy spray lądował na moich plecach, czy brzuchu, lekko się wzdrygałam. To uczucie podobne do tego, kiedy budzicie się właśnie z miłego snu i ktoś spryskuje Wam twarz zimną wodą. Brrrrr!
Mimo, że stosowanie kosmetyku sprawiło mi wiele frajdy i przyjemności, raczej do niego nie wrócę. Za taką cenę mogę kupić lepsze kosmetyki :)     

"Wieczna księżniczka"

Tytuł: "Wieczna księżniczka"
Autor:  Philippa Gregory
Seria: Cykl Tudorowski
Oryginalny tytuł: "The Constant Princess"
Tłumaczenie:  Urszula Gardner
Wydawnictwo: Książnica
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 552

Najpierw się Wam do czegoś przyznam :) Podchodziłam z lekkim lękiem do tej lektury, ponieważ należy ona do gatunku, który od zawsze wywoływał we mnie mało przyjemny dreszcz - romans. Na szczęście moje obawy były delikatne, a to dzięki drugiej części dodawanej,w przypadku książek Philippy Gregory, do słowa romans - historyczny :) O! To jest coś co lubię! :) W ten oto sposób, przełamawszy swoje obawy, zabrałam się za I tom Cyklu tudorowskiego Philippy Gregory - "Wieczną księżniczkę".
Bohaterką powieści jest Catalina, hiszpańska infantka, córka Izabeli I Kastylijskiej i Ferdynanda II Aragońskiego, którą poznajemy jako pięcioletnią dziewczynkę towarzyszącą swoim rodzicom i ich armii w walkach toczonych z Maurami. Matka zabiera ją i jej siostry wszędzie, nawet na pole bitwy, nie okazując strachu, nie zważając na śmierć i brud wokoło. Wydawałoby się, że jest to miejsce mało odpowiednie dla księżniczek. Nic bardziej mylnego, według Izabeli. Izabela jest dla Cataliny ucieleśnieniem idealnej królowej. Mała infantka od urodzenia zaręczona jest z księciem Walii - Arturem, dlatego od najmłodszych lat wychowywana jest na przyszłą królową Anglii i tak też o sobie myśli.
W wieku 15 lat przenosi się do Albionu, by wypełnić swoje przeznaczenie. Porzuca ukochaną Hiszpanię, aby wziąć ślub z cichym i nieśmiałym Arturem. Napięcia towarzyszące podróży i przygotowaniom do ceremonii (i nie mam tu na myśli jedynie zwykłego stresu panny i pana młodych przed ślubem), nieporadność i brak zrozumienia między dwojgiem młodych sprawiają, że przez kila pierwszych miesięcy jako małżeństwo stanowią oni bardzo niedobraną parę. Kulminacją niesnasek między księciem i księżną Walii staje się wyjazd do Ludlow Castle. To także moment zwrotny w małżeństwie Cataliny, która odkrywa, czym jest prawdziwa miłość i jakim wspaniałym mężczyzną jest jej mąż. Czyżby happy end? Tak by zapewne było w zwykłym romansie, jednak nie tym napisanym przez Gregory. Małżonkowie cieszą się nowo odkrytym szczęściem niewiele ponad miesiąc, kiedy to Artur umiera złożony nagłą chorobą - prawdopodobnie tzw. "potami angielskimi". Na łożu śmierci Artur wymógł od Cataliny obietnicę, która nie pozwala jej wrócić do Hiszpanii i zmusza ją do pozostania w Anglii. Obietnicę, która sprawiła, że młoda infantka wypowiedziała kłamstwo wielkiej wagi, a które zaciążyło nad je całym przyszłym życiem.
Catalina nie jest już księżną Walii, a jedynie księżną wdową. Musi zmagać się z biedą, upokorzeniem i niechęcią angielskiej arystokracji, a także brakiem zainteresowania ze strony rodziców. Za to król Henryk VII, który owdowiał kilka miesięcy później, okazuje księżniczce coraz większe zainteresowanie. W końcu oświadcza się jej, lecz ta odrzuca zaręczyny, pragnąc poślubić jego drugiego syna - Henryka, czym czyni sobie w królu zapamiętałego wroga i zapewnia kolejne lata upokorzeń i zapomnienia. Dopiero gdy Henryk VII umiera, jej małżeństwo z Henrykiem VIII dochodzi do skutku i staje się Katarzyną Aragońską, królową Anglii. W ten sposób wypełnia też część złożonej przed laty obietnicy. Kto zna choć trochę historię i czytał o Henryku VIII ten wie, że Katarzyna była jego pierwszą żoną, oddaloną w wyniku unieważnienia małżeństwa i za sprawą knowań Anny Boleyn. Niemałą rolę, a kto wie, może nawet najważniejszą, w upadku Katarzyny, odgrywał fakt, że nie udało się jej dać Henrykowi upragnionego następcy tronu.

"Katarzyna Aragońska, królowa Anglii, proszona przed sąd! To o mnie mowa. To moja chwila. To mój okrzyk bitewny. Postępuje krok w przód."

Philippa Gregory przedstawia na łamach swojej książki jedną z niezapomnianych kobiet minionych wieków - Katarzynę Aragońską, infantkę Hiszpanii, księżną Walii i królową Anglii i Szkocji. Królową znaną jako ta, która została wypchnięta z trony przez Annę Boleyn. Mało kto pamięta o tym, że Katarzyna była pewną siebie i odważną kobietą, która pokonała w polu Szkotów; która mimo przeciwności losu, wytrwale dążyła do celu i nie porzucała swojej dumy. Była księżniczką, którą pokochała cała Anglia. Było to uczucie ze wzajemnością.
Historia nakreślona piórem Gregory nie ma w sobie nic z bajeczek o księżniczkach ratowanych przez dzielnych rycerzy. Pisarka tak dokładnie odtwarza realia historyczne epoki tudorowskiej i tak zgrabnie wplata w akcję wymyślone wydarzenia, że czytelnik ma wrażenie, iż wszystko, o czym pisze, wydarzyło się naprawdę. Postaci są wyraziste, namacalne, nie rażą sztucznością. Do tego należy dołożyć barwne opisy życia dworskiego, bajecznych krajobrazów Hiszpanii i jej mauretańskich zamków rodem z "Baśni tysiąca i jednej nocy",  surowej przyrody angielskiej i walijskiej, szczegółowe opisy strojów, pałaców, potraw. Całość składa się na interesującą i ekscytującą powieść o kobiecie, która zamiast poddać się, przejmuje kontrolę nad swoim życiem i dociera na sam szczyt władzy w Anglii.

"Jestem królową Katarzyną, Angielką na wskroś, nie młodą dziewczyną z odległej Hiszpanii, tak bardzo niegdyś zakochaną w pierwszym księciu Walii..."

Muszę napisać jeszcze o dwóch, technicznych, że tak powiem, sprawach związanych z książką "Wieczna księżniczka". Po pierwsze - nie podoba mi się okładka książki. Moim zdaniem sugeruje ona zupełnie inną lekturę mieszczącą się na tych ponad 500 stronach. Tak, wiem, "nie sądź książki po okładce". Ale ... Gdybym nie została zachęcona do jej przeczytania, gdybym nie była przekonana, że warto po nią sięgnąć, prawdopodobnie okładka skutecznie by mnie od tego zamiaru odwiodła. Z tego, co widziałam, pozostałe książki Philippy Gregory wydane na polskim rynku, mają równie "udane" okładki. Na szczęście okładka jest najmniej ważna w odbiorze książki po zapoznaniu się z jej treścią :)
Po drugie - bardzo podoba mi się pomysł pisarki na przeplataną narrację. Raz jest ona trzecioosobowa, by za chwilę przejść w pierwszoosobową. Gregory zrobiła to z taką wirtuozerią, że ten ciekawy zabieg nijak nie utrudnia i nie zakłóca czytania książki. Za to mam wrażenie, że w ten sposób, bardziej zgłębiam opowiadaną historię, poznają różne spojrzenia na przedstawione sytuacje. 

Ciekawa jestem, czy znacie książki Philippy Gregory i jakie jest Wasze zdanie na ich temat.

Książka bierze udział w Wyzwaniu: Czytamy Polecane Książki, a przeczytałam ją za sprawą Karoliny z bloga Zwiedzam Wszechświat ... i jej porywającej recenzji.

http://mkczytuje.blogspot.com/p/wyzwanie.html

Kremowy duet do rąk Yves Rocher

Jak już wspominałam przy okazji wpisu o Intensywnie nawilżającym kremie do stóp Yves Rocher (KLIK), całkiem niedawno postanowiłam powrócić do tej marki i wypróbować kilka produktów. Miesiąc temu było o czymś do pielęgnacji stóp, dziś za to będzie o dwóch produktach do pielęgnacji rąk.

Krem do rąk Owies z upraw Bio

Kilka słów od producenta:
Krem do rąk Owies to kosmetyk do codziennej pielęgnacji dłoni, który dzięki zawartości dobroczynnych olejków roślinnych, odżywia skórę rąk, zapewniając jej elastyczność i miękkość. Krem ma lekką, nietłustą konsystencję, która szybko się wchłania. Kosmetyk pozostawia na skórze łagodny, kojący zapach.
Działanie
· odżywia i chroni skórę rąk
Składniki
· wyciąg z owsa z upraw ekologicznych
· masło karite bio, żel z aloesu bio, olejek ze słodkich migdałów, olejek z awokado, gliceryna roślinna
Rezultaty
100% kobiet uważa, że po użyciu Kremu do rąk Owies, skóra rąk jest miękka i elastyczna.*
92% uważa, że kosmetyk zapewnia komfort skórze rąk.*
92% uważa, że krem jest idealny do codziennego odżywiania skóry rąk.*
Moja opinia
Rzeczywiście krem jest lekki i błyskawicznie się wchłania. Mam wrażenie, że po jego nałożeniu na rękach pozostaje delikatna powłoka ochronna. Produkt ma odpowiednią konsystencję, jak przystało na lekki krem do rąk, ani zbyt lejącą ani zbyt gęstą. Mnie się ona podoba - kojarzy mi się z kremową śmietaną :) Do tego ma delikatny i nienachalny zapach, którego nie jestem w stanie nazwać ani do niczego porównać.
Niestety jego działanie nie jest tak długotrwałe jakbym chciała. Żeby cieszyć się nawilżoną i miękką skórą muszę wsmarowywać go w ręce co najmniej kilkanaście razy dziennie. Jest to także nawilżenie powierzchowne, ponieważ nie zauważyłam zmniejszenia się przesuszenia mojej skóry po dwumiesięcznym okresie stosowania kremu. Ot, takie zwykłe z niego smarowidło; gdy się je nałoży na skórę jest ok, ale nic więcej poza teraźniejszym lekkim nawilżeniem, nie robi.
Krem do rąk z owsem z bio upraw znajduje się pękatej buteleczce z pompką, która działa naprawdę dobrze, dozując taką ilość kosmetyku, która wystarczy na dokładne posmarowanie dłoni. Lubię gdy kremy do rąk o większej pojemności mają takie właśnie rozwiązanie dozowania kosmetyku, wygodne to i praktyczne.

Krem mimo częstego używania okazał się nad wyraz wydajny i nadal została mi 1/4 opakowania do zużycia.

Pojemność
200 ml

Cena
17,90 PLN

Skład
Aqua, Aloe Barbadensis Gel, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Cyclopentasiloxane, Glycerin, Propylene Glycol, Persea Gratissima Oil, Isononyl Isononanoate, Caprylic/Capric Triglyceride, Butyrospermum Parkii Butter, Avena Sativa Extract, Stearyl Alcohol, Stearic Acid, Peg-100 Stearate, Cetyl Alcohol, Coco-Caprylate/Caprate, Sodium Acrylate/Sodium Acryloyyldimethyl Taurate Copolymer, Parfum, Cetearyl Alcohol, Methylparaben, Glyceryl Stearate, Isohexadecane, Alcohol, Tocopheryl Acetate, Phenoxyethanol, Ethylparaben, Cetearyl Glucoside, Allantoin, Amyl Cinnamal, Polysorbate 80, Propylparaben, Bht, Linalool, Hexyl Cinnamal, Butylphenyl Methylpropional, Cinnamyl Alcohol, Isoeugenol, Hydroxycitronellal

Pielęgnujący krem 2w1 do rąk i paznokci

Najpierw opis kremu producenta:
Pielęgnujący krem 2w1 do rąk i paznokci to kosmetyk pielęgnacyjny, dbający o ładny wygląd nie tylko dłoni, ale też paznokci. Krem jednym gestem nawilża i wygładza skórę dłoni, oraz odżywia i chroni dłonie i paznokcie. Kosmetyk szybko się wchłania i nie pozostawia lepkich dłoni. Formuła kremu bazuje na wyciągu z arniki, który działa ochronnie na skórę i wygładzających właściwościach wyciągu z róży.

Działanie
· nawilża i wygładza dłonie
· odżywia skórę dłoni i paznokcie
· chroni skórę i paznokcie
Składniki
· wyciąg z arniki bio - właściwości ochronne · wyciąg z róży damasceńskiej z Maroko - właściwości wygładzające · olej rzepakowy, gliceryna w 100% roślinna
Rezultaty
96% kobiet uważa, że po zastosowaniu Pielęgnującego kremu 2w1 do rąk i paznokci, skóra jest wyraźnie wygładzona.*
*Test satysfakcji przeprowadzony w grupie 27 kobiet w ciągu 3 tygodni stosowania przynajmniej raz dziennie.
Moja opinia
Krem umieszczony jest w plastikowej tubce, którą łatwo się otwiera i zamyka oraz z której łatwo wyciska się krem. Podoba mi się kolorystyka opakowania, utrzymana w ciepłym odcieniu brzoskwini :)
Nakładając krem na skórę rąk, widząc jego konsystencję i teksturę, sądziłam, że będzie to kosmetyk o silnych właściwościach nawilżających i odżywczych. Zresztą tak sugeruje Yves Rocher. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy krem znikał właściwie bez śladu po wsmarowaniu w skórę. I nie mam tu na myśl szybkiego wchłaniania się produktu, lecz brak jakichkolwiek efektów jego nałożenia. Równie dobrze mogłam stosować wodę albo powietrze :P Za każdym razem po nałożeniu kremu miałam dziwne uczucie jakby nie użyła żadnego kosmetyku do rąk. Zupełnie jakby krem znikał i pozostawiał moją skórę w stanie, który wskazywałby na to, że nie potraktowałam ich żadnym kremem. A przecież nakładałam go! 

Dałam kremowi szansę i nie piszę tego posta po kilkudniowym stosowaniu kremu. Pielęgnujący krem 2w1  do rąk i paznokci stosowałam przez miesiąc. W tym wypadku zawiodłam się na firmie Yves Rocher zupełnie. Wydałam pieniądze na kosmetyk, który nie robił nic. Mógłby być przynajmniej przeciętniakiem, jak jego kolega z owsem z upraw bio. Ciekawa jestem, jakie są pozostałe kremy z serii arnikowej.
 
Pojemność
75 ml

Cena
17,90 PLN

Skład
Aqua, Glycerin, Stearic Acid, Dimethcone, Brassica Campestris Seed Oil, Stearl Alcohol, Methylpropanediol, Arnica Chamissonis Flower Ekstract, Potassium Cetyl Phosphate, Phenoxyethanol, Talc, Glyceryl Stearate Se, Trisiloxane, Sorbic Acid, Parfum, Alcohol, Tocopheryl Acetate, Maltodextrin, Sodium Hydroxide, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Rosa Damascena Flower Ekstract, Tetrasodium Edta, CI 15985

Podsumowując, Kremowi do rąk Owies z upraw Bio mówię tak, ale Kremowi pielęgnującemu 2w1 do rąk i paznokci - nie.
Wiem, że są zagorzali i wierni fani kosmetyków Yves Rocher, ale ja dotychczas trafiam albo na kosmetyki kiepskie albo przeciętniaki.

 


Sałatka z łososiem wędzonym i melonem

Bardzo lubię sałatki! Mogę je jeść na śniadanie, obiad, kolację ... Więc jakże by mogło zabraknąć ich na moim blogu? :)
Dziś ostatnio przygotowany zielony specjał :)

Do przygotowania tej sałatki można wykorzystać dowolny rodzaj sałaty. Ja wykorzystałam rukolę, sałatę karbowaną, trochę lollo rosso i roszponki. Ilość potrzebnych do wykonania sałatki składników jest przybliżona.
 
Składniki

150 g różnego rodzaju sałaty, umytej i osuszonej
100 g wędzonego łososia, pokrojonego w paski
1 miodowy melon, pokrojony w kostkę lub wydrążony w kuleczki
1 średniej wielkości czerwona cebula, pokrojona w piórka
4 łyżki oliwy z oliwek
łyżeczka płynnego miodu
świeża mięta lub łyżeczka suszonej
szczypta soli i pieprzu
Czystą i wysuszoną sałatę wkładamy do miski.
Melona należy przekroić na pół, wydrążyć pestki łyżką. Następnie jeśli mamy specjalną łyżkę do wycinania kuleczek (nie mam tu na myśli łyżki do lodów :P) możemy je wykrawać z melona, ale możemy też pokroić go po porostu w sporą kostkę.
Łososia kroimy na raczej cienkie i niezbyt długie paski - takie, aby można je było spokojnie jeść bez krojenia nożem.
Obieramy z łupin cebulę i kroimy w piórka.
Dorzucamy przygotowanego melona, łososia i cebule do sałaty. Mieszamy.
Teraz czas zabrać się za dressing. Mieszamy ze sobą oliwę z oliwek, miód, posiekaną miętę (lub suszoną miętę), odrobinę soli i pieprzu. Ja zazwyczaj wrzucam wszystkie składniki do małej zamykanej szczelnie miseczki i porządnie nią wstrząsam aż wszystkie składniki połączą się.
Gotowym dressingiem polewamy sałatkę. Możemy jeszcze przybrać ją tuż przed podaniem kilkoma listkami świeżej mięty.
Sałatka jest pyszna sama bez żadnych dodatków. Jednak można ją podać z kawałkami podpieczonej lub świeżej bagietki albo pieczywem czosnkowym. 
Smacznego!

Książki jak cukierki ;)

Natchnęła mnie Basia z Czytelni, swoimi pytaniami w zabawie Liebster award, pobudziła do myślenia o moim stosunku do książek, do literatury. I jak to bywa, pewne odpowiedzi przyszły mi do głowy z opóźnieniem. Poniższy cytat byłby jak znalazł jako moja odpowiedź na pytanie nr 4 - "Co dokładnie czujesz podczas czytania książki, którą uznałeś/aś za wspaniałą?"

"Bo ja gdy czytam, to właściwie nie czytam, biorę piękne zdanie do buzi i ssę je jak cukierek, jakbym sączył kieliszeczek likieru, tak długo, aż w końcu ta myśl rozpływa się we mnie jak alkohol, tak długo we mnie wsiąka, aż w końcu nie tylko jest w moim mózgu i sercu, lecz pulsuje w mych żyłach aż po krańce naczyniek włoskowatych.” 
(Bohumil Hrabal "Zbyt głośna samotność")

Moje pierwsze spotkanie z Norwegią

Zastanawiałam się, czy już jest pora na post bardziej osobisty. Post z rodzaju tych intymnych, gdzie uchylam Wam trochę drzwi do mojego życia prywatnego i "wywnętrzam się". Doszłam jednak do wniosku, że dobry moment jest wtedy czuje potrzebę podzielenia się takim wpisem z Wami, kiedy wiem, że mogę liczyć na ciekawą rozmowę z Wami. Zapraszam więc do czytania i komentowania :)
 *********

Już od dawna zastanawiałam się, kiedy właściwie pierwszy raz zetknęłam się z Norwegią (z tematem Norwegii). Przekopywałam swoje wspomnienia wielokrotnie i z dbałością archeologa, który z drobnych odprysków  buduje całe imperia. I, tak, wychodzi na to, że pierwszy raz miałam styczność z "norweskością" w latach 1985-1986 roku. Nijak nie mogę dotrzeć do ewentualnych wcześniejszych wspomnień związanych z tematem Norwegii. A wszystko za sprawą zespołu A-ha i jego słynnego przeboju "Take on me" oraz LP Trójki :) Zespól ten w latach 80-tych święcił tryumfy na międzynarodowej scenie muzycznej, a pewna mała dziewczynka w Polsce rozpoczęła swoją znajomość z Norwegią :) Oczywiście zespół A-ha towarzyszył mi przez całe lata 80-te!
                           Dla tych, którzy nie pamiętają :) A-ha "Take on me"

Do kolejnego spotkania z Norwegią doszło kilka lat później (1992 r.) za sprawą mojej koleżanki z klasy - Marysi i Margit Sandemo oraz jej "Sagi o Ludziach Lodu" ("Sagaen om Isfolket") . Spotkanie to było przypadkowe, bo choć piosenki A-ha mnie zauroczyły i potrafiłam w kółko ich słuchać, to byłam na tyle mała, że nie kojarzyłam nawet, gdzie ta Norwegia jest :D Aż tu któregoś dnia, koleżanka z wypiekami na twarzy zaczęła opowiadać o pewnej cudownej książce, którą się zaczytuje! Pierwszy i drugi tom pożyczyłam od tej właśnie koleżanki i ... wpadlam! Przepadłam zupełnie! Książki zauroczyły mnie chyba jeszcze bardziej niż piosenki zespołu A-ha! Razem ze mną zaczytywała się "Sagą o Ludziach Lodu" moja mama i dzięki temu kolejne tomy "Sagi" (oraz dwa wcześniej przeczytane pożyczone tomy) zostały moją, jakże drogą mi, właśnością.  Dzięki "Sadze" moja znajomość z Norwegią ulegała zacieśnieniu, w końcu było to bardzo przyjemne 47 tomów :D To połaczenie literatury fantastycznej z kryminałem, romansem, a nawet horrorem, z barwnym tłem historycznym, przykuły mnie na dobre. Tak narodziła się moja miłość do sag, podań ludowych i mitologii nordyckiej.
Pomiędzy kolejnymi tomami "Sagi" w ramach pogłębiania znajomości z Norwegią poznałam pana Edvarda Hagerupa Griega, norweskiego kompozytora, pianistę i dyrygenta oraz zespół Bel Canto. Zarówno muzyka Griega, jak i Bel Canto, zabierała mnie w magiczne miejsce - nad norweskie fiordy, w niedostępne góry i malownicze doliny.
"W grocie króla gór" ("I Dovregubbens hall"); I suita "Peer Gynt"
 
Prosta droga od Griega poprowadziła mnie do Henryka Ibsena ("Peer Gynt"!), dzięki któremu polubiłam literaturę społeczno-obyczajową i doceniłam go jako świetnego dramaturga. Przyznam, nie potrafię wybrać jednego ulubionego dzieła tego dramatopisarza! Chciałabym je mieć wszystkie! I mam nadzieję, że kiedyś, w końcu, uda mi się być na Festiwalu ibsenowskim organizowany przez Teatr Narodowy w Oslo.
Z niejakim opóźnieniem poznałam także Josteina Gaardera i jego "Wybór Zofii" ("Sofies verden"), młodzieżowe wprowadzenie do filozofii, które bardzo przypadło mi do gustu.
Oczywiście, gdy tak spojrzeć, na moje kontakty z Norwegią, wydają się one być bardzo skąpe. Cóż, temat Norwegii nie był zbyt populary, dostęp do jakichkolwiek informacji o Norwegii był nikły i utrudniony (brak internetu!). Pamiętam moje poszukiwania albumów grupy Röyksopp. Nikt w żadnym sklepie, do którego dotarłam, nie słyszał o takim zespole te 10 lat temu. Ku mojej ogromnej radości mój obecny mąż wyszukał dla mnie po długich poszukiwaniach moją pierwszą płytę Röyksopp.
 
Röyksopp "Sombre Detune"

Moje buszowanie po bibliotekach dawało mierne efekty i na długie lata musiałam się zadowolić kilkoma albumami o Norwegii  (wręcz skrajnie ubogimi, ale dla mnie były niczym najdroższy skarb), Ibsenem, Sandemo i Griegem. Być może to właśnie ta ubogość sprawiła, że Norwegia stała się dla mnie tak wyjątkowa i bliska (choć równocześnie odległa i niedosiężna).
Muszę tu wspomnieć o jeszcze jednym bardzo istotnym czynniku, który miał wpływa na moją znajomość z Norwegią. Mam tu na myśli moją znajomość z Villemo, którą poznałam poprzez fun club zespołu Hey :) Miałam jakieś 15 lat, gdy pierwszy raz wymieniłyśmy listy i byłam bardzo podekscytowana, że mam norweską koleżankę :D Do dnia dzisiejszego wymieniamy z Villemo listy, choć obecnie robimy to rzadziej i raczej są to listy elektroniczne. Każda z nas dorosła, założyła rodzinę, lecz wciąż pamięta o tej drugiej :)
Czasy szkoły średniej to pewien zastój w mojej znajomości z Norwegią (utrudniony dostęp do informacji o Norwegii + moja nowa znajoma - Japonia :)) Jednak nie było to zerwanie, lecz chwilowe, jak się później okazało, oddalenie.
Nasza znajomość zacieśniła się, paradoksalnie dzięki mojej znajomości z Rosją :P Będąc już na studiach i mając dostęp do cudownie wielkich bibliotek uniwersyteckich oraz do dostępnego już wszędzie internetu, natknęłam się, zaczytując w historii Rosji, na skandynawski wątek! (Dla ciekawych napiszę tyle: biedni Rosjanie nie są tak rosyjscy, jakby chcieli i myśleli, że są :P Toż to skandal! :P)
I tak po nitce do kłębka i do dnia dzisiejszego! Obecnie moja wiedza na tematy interesujące mnie i związane z Norwegią jest o wiele większa niż kilka lat temu, a moje zainteresowanie tematyką norweską o wiele szersze i bardziej dogłębne. Dziś już wiem, gdzie Norwegia leży i nawet wiem, jak wygląda "na żywo" :)
Nigdy nie pomyślałabym te naście lat temu, że moje skromne początki, doprowadzą mnie do tak bliskiej i zażyłej znajomości z Norwegią! Choć marzyłam o tym od pierwszych rytmów "Take on me" i "Peer Gynt" :)
A oto niektóre moje muzyczne norweskie zachwyty ostatnich lat :D
Glitterind "Rolandskvadet", zespół Glitterind należy do muzycznego nurtu folk-metal albo też viking-metal :) Zespół swą nazwę zawdzięcza jednemu ze szczytów Gór Skandynawskich leżącemu w Norwegii w Oppland w paśmie Jotunheimen.

I łagodniej :) Vamp "Tir n'a Noir"; utwór powstały we współpracy z norweskim lirykiem Kolbein Falkeid, który to jest autorem "Tir n'a Noir".

 
Máddji "Iđitguovssu" (Dawn Light)". Máddji to saamisko-norwesko piosenkarka, kompozytorka i ... była najlepsza piłkarka nożna :) Grała jako obrońca w drużynie Asker FK. Do tego z wykształcenia jest lekarzem medycyny

 
Solveig Slettahjell, norweska wokalistka jazzowa "My Heart Belongs to Daddy".


  
Ulver "Østenfor sol og vestenfor maane". Ulver to zespół pochodzący z Oslo. Twórczość grupy ciężko przypisać do konkretnego gatunku muzycznego, ponieważ w swoich albumach łączy black metal, norweską muzyką ludową, a ostatnio także muzyką elektroniczną,

 
Kings of Convenience "I'd Rather Dance With You". Duet pochodzący z Bergen, tworzący spokojną muzykę w stylu określanym jako indie folk-pop. Zespół wystąpił w 2010 r. na Open'er Festival w Gdyni. Ich muzyka koi i sprawia, że weselej patrzę na świat :)

  
A dla zainteresowanych mam i próbkę norweskiego rapu :) Karpe Diem "Toyota'n til Magdi" 

Ha! Wychodzi na to, że Norwegia w duszy mi gra :D
Mam nadzieję, że wpis Wam się podobał mimo, że nie zawarłam tu wszystkiego, co mogłabym, pisząc o Norwegii. I ciekawa jestem,czy znacie może coś z tego, o czym napisałam powyżej? Słyszeliście, czytaliście? A może znacie inne utwory literackie i muzyczne pochodzące z Norwegii?  Podzielcie się nimi ze mną. Ciekawa jestem Waszych skojarzeń z tym krajem :) 

PS. Zapraszam Was na DYSKUSYJE

To nowe miejsce w sieci, gdzie Basia (http://basiapelc.blogspot.com/), Ewa Książkówka (http://ksiazkowka.blogspot.com/), Marta (http://mkczytuje.blogspot.com/), Minerwa (http://minerwaproject.blogspot.com/) i ja zapraszamy wszystkich do rozmów książkowych i okołoliterackich. 
Już jutro - King i Ewa, czyli mistrz pióra grozy i jego wielbicielka :)

 



AHA+PHA Krem z kwasem migdałowym i polihydroksykwasami - BANDI

Dziś trochę o jakże przyjemnej przygodzie z kwasami, czyli o AHA+PHA Kremie z kwasem migdałowym i polihydroksykwasami marki Bandi :)
Według producenta jest to: "Nawilżający krem o działaniu złuszczająco-biostymulującym. Odpowiedni do każdego typu  cery, również wrażliwej. Preparat delikatnie usuwa nagromadzone, martwe komórki warstwy rogowej, oczyszcza i zwęża rozszerzone pory oraz ogranicza błyszczenie skóry. Wygładza zmarszczki, głęboko nawilża oraz intensyfikuje syntezę kolagenu, elastyny i glikozaminoglikanów. Wyraźnie zmniejsza objawy fotostarzenia skóry oraz przebarwienia pigmentacyjne. Zapewnia skórze gładkość, miękkość oraz świetlisty i wyrównany koloryt. Najlepsze efekty przynosi stosowanie kremów z kwasami przez minimum 3 miesiące dwa razy w roku."

Co ja na to? Zgadzam się z tym w 100%! I tak mogłabym zakończyć ten post, ale z czystej przyzwoitości napiszę coś własnymi słowami :)


Pojemność
50 ml

Cena
69 zł

Skład
Aqua/Water, Propylene Glycol, Cyclomethicone, Mandelic Acid, Caprylic/Capric Triglyceride, Ethylhexyl Stearate, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Paraffinum Liquidum, Cyclopentasiloxane, Sodium Hydroxide, Gluconolactone, Dimethicone, Lactobionic Acid, Ceteareth-20, PEG-100 Stearate, Dimethicone Crosspolymer, Disodium EDTA, Cyclohexasiloxane, Parfum/Fragrance, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, D-Limonene, Citronellol, Geraniol, Hexyl Cinnamal, Linalool
Moja cera jest skomplikowana, jak ja :P Mieszana, wrażliwa, często nadreaktywna, kapryśna i wymagająca, z tendencją do przesuszania się, ale i do niedoskonałości, a do tego potrzebuje już pierwszych wspomagaczy w walce o młodość i gładkość. Trudno sprostać tym wymaganiom! Po za tym, często po pierwszym zachwycie, czy po prostu zadowoleniu, z zakupionego kosmetyku i jego stosowania, zaczynają się schody. Moja cera zaczyna kaprysić i okazuje swoje niezadowolenie z produktu wysypem niedoskonałości, ściągniętą zaczerwienioną skórą itp. Zazwyczaj ma to miejsce po około 2 tygodniach od pierwszego nałożenie kosmetyku. W przypadku Krem z kwasem migdałowym i polihydroksykwasami  nic takiego nie miało miejsca :) Stosowałam krem prawie trzy miesiące, na tyle wystarczyło mi opakowanie. Dlatego też uważam, że krem jest wydajny. A muszę jeszcze dodać, że nakładałam go nie tylko na całą twarz, ale i na szyję, a czasami także na dekolt!
 AHA+PHA Krem od Bandi sprawił mi ogromną radość swoim działaniem. Pamiętam, że po pierwszym nałożeniu go na skórę i spojrzeniu w lustro pomyślałam sobie "Wow! Jaką mam ładną cerę!". Dlaczego? Po nałożeniu kremu moja skóra stała się gładsza, a pory mniej widoczne. Efekt ten utrzymywał się przez cały okres stosowania kremu, choć wiadomo, że po przywyknięciu do widoku ładniejszej buzi, nie myślałam już za każdym razem "Wow!" :) Co więcej efekt ładnej, promiennej, cery utrzymuje się nadal, mimo że kremu nie używam już prawie miesiąc
Im dłużej traktowałam swoją skórę AHA+PHA Krem z kwasem migdałowym i polihydroksykwasami - BANDI, tym bardziej zauważałam redukcję przebarwień i wyrównanie kolorytu skóry oraz fakt, że zyskuje sobie ona coraz większe rozświetlenie - tak bym to nazwała. Ale nie mam tu na myśli, okropnego świecenia się, tylko taki zdrowy blask bijący od zdrowej skóry.
Krem z kwasem migdałowym i polihydroksykwasami nie spowodował u mnie wysypu żadnych krost i krosteczek, za to bardzo szybko uporał się z tymi istniejącymi. Niewiele niedoskonałości pojawiało się na mojej skórze w trakcie stosowania w/w kremu, a jeśli już coś mi wyskoczyło, to zmiany te były dużo łagodniejsze, mniejsze, jakby płycej umiejscowione w skórze i znikały dosłownie z godziny na godzinę! 
Mało Wam jeszcze? To, co Wy na to, że krem Bandi doskonale nawilżył moją mieszaną cerę? :) Mam wrażenie, że krem sam dostosowywał się do poszczególnych partii mojej twarzy i jedne nawilżał mocniej inne mniej, jedne bardziej matował - inne mniej. Nie było więc problemu pt. krem daje świetne nawilżenie, ale za cenę świecenia się w strefie T albo krem bardzo dobrze matowi strefę T, ale powoduje nieprzyjemne uczucie ściągnięcia i wysuszenia na policzkach.
Co do jego działania przeciwzmarszczkowego, to moje zmarszczki są na razie za małe, żeby się wypowiedzieć. Choć ta gładkość skóry to jego zasługa :)

Krem jeśli pachnie to bardzo delikatnie, bo żadnego zapachu nie pamiętam, co jest dla mnie plusem przy produkcie, który nakładam na skórę na noc. Musicie pamiętać, że Krem z kwasem migdałowym i polihydrosykwasami należy stosować tylko wieczorem, rano po oczyszczeniu skóry należy nałożyć na skórę krem z filtrami. 
Konsystencja kremu jest lekka i przyjemna, dzięki czemu łatwo rozprowadza się go na skórze. Już niewielka jego ilość pozwala pokryć całą twarz. Krem nie roluje się.
Opakowanie kosmetyku to buteleczka z pompką, która działa bez zarzutu do samego końca "wypluwając" nie za dużo i nie za mało białej emulsji. Otwór przez który wydobywa się kosmetyk, nie zapycha się
Oczywiście nie ma co się spodziewać idealnej cery jak z czasopism, w tym pomoże jedynie Photoshop :) Jednak to w jak bardzo widoczny sposób ten krem poprawił stan i wygląd mojej skóry zasługuje na pochwałę. Nareszcie przestałam się martwić tym, jak zatuszować rozszerzone niemiłosiernie pory, np. na czole, jak nawilżyć równocześnie skórę i jak pozbyć się niechcianych gości na niej. AHA+PHA Krem z kwasem migdałowym i polihydroksykwasami rozwiązał te dylematy :) Na pewno sięgnę po ten krem raz jeszcze, bo moja skóra go pokochała i przyda się jej pomoc w walce o lepszy wygląd.

Ciekawa jestem, czy znacie ten krem? Jeśli tak, co o nim sądzicie? A jeśli nie, to czy to kosmetyk dla Was? A może znacie inne ciekawe i dobre kosmetyki Bandi?

"Melancolia"

Żyje we mnie jakiś głuchy płacz - jakiś szloch i płacz żyją we mnie -
niby w grocie kropel wieczny szmer, monotonnych kropel tajny jęk.
Ach, to pewno przez zbójców zamkniona ze złotymi włosami królewna,
(kasztelanka lub może pasterka) - z pól słonecznych, zielonych porwana,
zapomniana i w grocie zamknięta i na ostrych się głazach krwawiąca,
złotowłosa mej duszy królewna.
Łzy jej płyną jak zimne opale - łzy jej płyną wśród nocy bez końca
i w kryształy się lodów zwisają - w zamyślenia wiszące kryształy.
Raz przypełznął ze szmerem do groty - wąż kusiciel tych głuchych
podziemi,
usta chciwie przyłożył do zdroju, lecz się wzdrygnął przed blaskiem
nieznanym.
A wtem ujrzał w szafirach królewnę - i swe oczy głębokie, zielone -
swoje oczy widzące w ciemnościach utkwił w bladą płaczącą królewnę -
i mądrymi oczyma pocieszał i prowadził ją w otchłań głęboką -
fosforycznie oczyma przyświecał - i prowadził ją w otchłań głęboko.
Aż pod ręką skrwawioną, co szuka w mroku oparcia,
grać poczęły jak dzwony bólów zamarzłych kryształy:
chór wyklętych pielgrzymów nuci pieśń grobu świętego,
tarcze błyskają, miecze - wśród kolumn czarnych bazaltu - wstają z
grobów olbrzymy - szał rozpędzonych rumaków
niesie ich w ogniach kłębiących przed gniewny w piorunach Majestat.
Nagle śpiewy zamilkły - głucha rozwarła się otchłań -
widać wśród ścian obślizgłych mgłą wirujące jezioro.
I na zwilgłym grobowcu drżąca spoczęła królewna,
w otchłań patrzy bezgwiezdną - w świątyń zagasłych jezioro.
Wtem ją mocne ramiona objęły w krzyku bezdźwięcznym
i uniosły nad otchłań skrzydeł sześcioro
i ujrzała cudowną w blasku miesięcznym - twarz Lucifera
(Miciński Tadeusz "Melancolia")


Liebster Award poraz drugi

Otrzymałam kolejne dwie nominacje do Liebster Award, jedną od Arkana Urody i Wdzięku , drugą od Basi z Czytelni. Bardzo Wam dziękuję, miło mi, że o mnie pomyślałyście :)
Ponieważ już raz brałam udział w zabawie, tym razem jedynie odpowiem na zadane przez dziewczyny pytania lecz nikogo nie nominuję i nie zadam własnych pytań.

Pytania Arkan Urody i Wdzięku


1. Tusz ze szczoteczką zwykłą czy sylikonową?
Kategorycznie wolę zwykłą, tradycyjną szczoteczkę, choć bywają tusze z silikonową szczoteczką, z którymi się polubiłam :) Np. Collistar Mascara Infinito

2. Błyszczyk czy pomadka?
Błyszczyk.

3. Podkład czy krem BB?
Krem BB.

4. Jeansy rurki czy legginsy?
Rurki, ale powoli przekonuję się do legginsów. Ale przyznam się, że najbardziej lubię spodnie typu "szwedy" :D

5. Apaszka czy komin (zszyty szal)?
Zależy kiedy. Ciepłą wiosną, czy latem, wybieram apaszki, ale zimą i jesienią lubię opatulić się kominem. Do tego jesienią - kalosze i płaszcz przecideszczowy - i mogę skakać po kałużach, a zimą - ciepłe miękkie rękawiczki i czapka oraz kurtka i cieszę się ze śniegu jak dziecko :)

6. Koturna czy obcas?
Koturny.

7. Paznokcie okrągłe czy kwadratowe?
Nie zwracam na to właściwie uwagi :P Ale powiedzmy, że ideałem byłyby te o kształcie migdała :)

8. Kosmetyk bez którego nie możesz się obejść i który zawsze znajdzie miejsce w twojej łazience?
Na 100% porządny balsam do ciała i krem do rak. Nie cierpię suchej, swędzącej skóry!

9. Porównaj się do jakiegoś zwierzęcia i uzasadnij dlaczego padł taki wybór?
Często mówię o sobie tchórzofretka :P Ale nie wyjaśnię tego, nie ma sposobu, żeby ktoś to zrozumiał :D

10. Jedna osobą, którą zabrałabyś/zabrałbyś na bezludną wyspę?
Będę uprawiała lizusostwo :P To byłby mój mąż :) Zaradny i pomysłowy z niego mężczyzna i jak nikt potrafi mnie i rozśmieszyć, i poprawić mi humor i wkurzyć :P Życie z nim nawet na bezludnej wyspie byłoby urozmaicone :D

11. Co zrobiłabyś/zrobiłbyś z wysoką wygraną w Toto Lotka?
Trochę tego jest :D Dzięki wygranej mogłabym kupić duuuuuuuuuuuuuuużo książek :P Mogłabym też pomóc pewnej osobie w trudnej sytuacji i w ogóle udzielić pomocy i/lub wsparcia tym, którym chcę i wiem, że tego potrzebują, podróżować po świecie, mieć wymarzone własne cztery kąty, zapisać się na dłuuugie i intensywne kursy językowe.

Pytania Basi

1. Dlaczego odwiedzasz mojego bloga? Czy jest może coś co podoba Ci się w nim, a jeżeli tak, to co najbardziej?
Trafiłam do Ciebie, tak, jak na wiele blogów, przypadkiem. Spodobała mi się żyrafa Tosia i zabawa przez Ciebie zaproponowana. Później wgłębiłam się w bloga i zachwyciła mnie rozpiętość tematyki i gatunków Twoich lektur oraz sposób w jaki piszesz :) Czytając Twojego bloga, rozmawiając z Tobą w komentarzach, odnoszę wrażenie, że prowadzą rozmowę z najlepszym przyjacielem, kimś niezmiernie mi bliskim, kimś, kto mimo dzielących nas różnic, rozumie mnie :) Podobają mi się też bardzo wszystkie posty około książkowe (i nie tylko) - nie będące recenzjami.

2. Wolisz czytać wieczorami, czy w ciągu dnia?
Każda pora jest dobra! Nie mam jednej ulubionej, chociaż, jak przystało na typową sowę, najlepiej czuję się ciemną nocą, wtedy też najlepiej mi się pracuje, sprząta, gotuje, więc pewnie również czyta :)

3. Czy kiedy czytasz, to musisz mieć absolutną ciszę, żeby się skupić, czy jednocześnie 4. potrafisz słuchać muzyki, lub oglądać telewizję?
Wszystko zależy od książki i od mojego nastroju. Muzyka mi nie przeszkadza, lubię słuchać  muzyki, kiedy czytam. Jednak bywają takie chwile i takie książki, kiedy jednak wyłączam muzykę i czytam w ciszy. Telewizji nie oglądam w ogóle, więc ten dylemat mam z głowy :)

4. Co dokładnie czujesz podczas czytania książki, którą uznałeś/aś za wspaniałą?
Trudne pytanie! Czuję się częścią książki, częścią opowiadanej w niej historii, jej treść wplata się mocno w moje życie, często pośrednio zmieniając mnie i moje spojrzenie na świat. Często towarzyszy temu fizyczna przyjemność, porównywalna z tą, która się odczuwa, gdy dolatuje mnie jakiś piękny ukochany zapach, gdy obejmuje, czy uśmiecha się do mnie ktoś ważny dla mnie, gdy na podniebieniu czuję rozkoszny smak.

5. Ekranizację jakiej książki chciał(a)byś obejrzeć? Czy została już nakręcona, czy jeszcze nie?
Od zawsze, tj. odkąd przeczytałam, chciałam obejrzeć ekranizację "Sagi o Ludziach Lodu" :D Ponoć islandzki reżyser Garun Danielsdottir wraz z firmą Pegasus Pictures są w początkowej fazie stworzenia serialu telewizyjnego bazującego na tej serii. Aż się boję, co by wyszło, gdyby ktoś się za książki zabrał i nakręcił film lub serial właśnie.
Chciałam też obejrzeć ekranizację "Władcy pierścieni", no i, proszę, jest :)

6. Literaturę którego kraju cenisz sobie najbardziej ?
Nie wydaje mi się, żebym jakąś przedkładała szczególnie nad inną. Mam swoje fascynacje, ale nie ze względu na wyższość jednej literatury nad drugą.

7. Wymień swoją ulubioną lekturę szkolną (o ile pamiętasz).
Pierwsze, co mi do głowy przychodzi to "Karolcia" :D To pierwsza szkolna lektura, którą tak zapamiętałam i wracałam do niej.

8. Wymień ulubionego polskiego autora/autorkę.
Lubię Marię Pawlikowską-Jasnorzewską, Tadeusza Micińskiego, Halinę Poświatowską, Elżbietę Cherezińską, Gabrielę Zapolską, Olgę Tokarczuk... Sporo mogłabym jeszcze wymieniać :) Jednej jedynej autorki/autora nie potrafiłabym jednak wybrać.

9. Jaką postać literacką cenisz sobie najbardziej?
I znowu pytanie z serii trudnych :P Myślę, myślę i myślę ... Ciężki wybór. Dlatego napiszę pierwsze, co mi przyjdzie do głowy, tak jest łatwiej. To będzie Halderd stworzona przez Elżbietę Cherezińską i Behemot z "Mistrza i Małgorzaty" :) Oczywiście to nie jedyne postaci, o których mogłabym powiedzieć, że cenię je sobie najbardziej, ale przecież nie będę pracy naukowej o tym pisała ;) Po za tym, gdybym zaczęła roztrząsać jaka postać jest tą "naj" i dlaczego, zaraz by się okazało, że każda :D

10. Czym się kierujesz kupując książkę o której nigdy i nigdzie wcześniej nie słyszałeś/aś? Ceną? Promocją? Okładką? Czy zdarza Ci się taki zakup?
Krótkim streszczeniem znajdującym się na okładce książki, czasami okładką. Ale w sumie to rzadko kupuje w ten sposób książki, zazwyczaj mam już wcześniej upatrzone tytuły, które chce kupić.

11. Jaką książkę teraz czytasz?
"Mitologia japońska" Kozyra Agnieszka
"Losy niezagubione. Ścieżki Polaków w norweskich fiordach" Bratbak Björn
"Błazen królowej" Gregory Philippa

To było na tyle moi mili :) Pozdrawiam Was ciepło! :)