"Ja" Igora Voloshina

Tytuł: "Ja"
Tytuł oryginalny: "Я"
Reżyseria: Igor Voloshin
Obsada: Artur Smolyaninov, Andrei Khabarov, Oksana Akinshina, Aleksey Gorbunov, Pyotr Zaychenko
Produkcja: Rosja
Rok produkcji: 2009
Czas: 1 h 29 minut

Moje drugie spotkanie z Igorem Voloshinem i po raz drugi spotykamy się w niepokojącym świecie narkotycznych odlotów. Z twórczością rosyjskiego reżysera spotkałam pierwszy raz kilka lat temu i z zachwytem obejrzałam "Nirvanę", psychodeliczną surrealistyczną, cyberpunkową opowieść o narkotycznym transie podziemnego świata Petersburga. Tym razem akcja filmu toczy się na rosyjskiej prowincji końca lat 80-tych i początku 90-tych XX wieku w rytm wielkich przebojów tamtego okresu, z Sandrą i jej "(I'll Never Be) Maria Magdalena" na czele. Polecam kliknąć Play, żeby wprowadzić się w odpowiedni nastrój ;)

Jak sugeruje sam tytuł, "Ja" jest filmem autobiograficznym, do którego scenariusz napisała sam Voloshin, opierając się na własnych przeżyciach z okresu dojrzewania i młodości w późnych latach 80-tych i połowie lat 90-tych, w Sewastopolu nad Morzem Czarnym.
"Ja" toczy się równolegle, ale skokami, w dwóch przestrzeniach czasowych: w 1987 r., gdy bohater ma dwanaście i przesiaduje ze swoimi starszych kolegami naprzeciwko szpitala psychiatrycznego robiąc narkotyki i w 1993 r., kiedy mając osiemnaście lat dobrowolnie zgłasza się do szpitala psychiatrycznego aby uniknąć powołania do wojska. W szpitalu bohater styka się z brutalnością przymusowego leczenie odwykowego, zwierzeniami psychopatów oraz ni to wspomnieniami ni to halucynacjami o swoich przyjaciołach, teraz już martwych. W filmie nie ma pytań, o to, który z tych światów jest prawdziwy, bo każdy z nich jest równie realny i trudno je od siebie odróżnić.
Całą historię opowiedzianą w filmie spina narrator-bohater, grany przez Artura Smolianinova, który jedzie autobusem w nocy i  kręci film o swoich przyjaciołach, "demo dla Boga" - jak sam go nazywa. Tylko on przeżył "szalone" lata, być może po to by Ci, którzy odeszli nie zostali zapomniani, by opowiedzieć ich i swoją historię. Być może także po to by dać innym przestrogę? Voloshin maluje przed nami kolorowo-szare obrazki życia na prowincji, przeplata ze sobą sceny radości i kumpelstwa oraz smutku i zawiści, potrafi przeskoczyć od łagodności do brutalności. To historia straconego pokolenia. O ludziach na ekranie trudno cokolwiek powiedzieć. Nieżywi i niemartwi, istniejący w świecie urojeń, narkotycznych odlotów. Byli? Nie istnieli?. Żyli? Oni nie są już w stanie myśleć, mówić, nie wiedzą, co to realny świat. Nie wiedzą kim są i po co są. Bo czy to ważne?
Dlaczego tak się stało? Dlaczego postawili w swoim życiu na narkotyki? Po upadku żelaznej kurtyny, młodzież mogła zacząć cieszy się nowo odzyskaną wolnością, mogła wszystkiego spróbować i robiła to. Robiła to zachłannie i bez opamiętania, tracąc kontrolę. Ten film jest o prostym życiu, bez sztuczności. O życiu, które dzięki narkotykom było bardziej barwne. Reżyser opowiada historię ludzi, czasu i społeczeństwa.
Tylko czasami, mimo ogólnej wymowy filmu, mam wrażenie, że Voloshin trochę się pogubił; że za dużo chciał przekazać w swoim filmie, za dużo miał na to pomysłów i sprawił, że widz nie zauważa wszystkiego, wszystkich aluzji i odwołań - np. biblijnych czy do filmu "Ładunek 200" Aleksieja Bałabanowa. Możliwe też, że reżyser nie miał wyklarowanego do końca pomysłu na film, lecz wiedział jedynie w zarysach co i jak chce przedstawić i stąd, nazwałaby to, taka nierówność scen filmowych, sprzeczność emocji w jego odbiorze. Niby dobrze, ciekawie, ale ... coś tu nie do końca gra.

My generation
My friends slashed their wrists.
My friends committed suicide.
My friends died from overdoses.
My friends loved life and paid for it with their own lives.
My friends drowned in freedom when the Iron Curtain fell.
How could I not make a film about this – especially as it was the
turn of the decade, from the 1980s to the 1990s?
When the Berlin Wall fell, my generation collapsed.
This movie is a memorial to my generation; it’s a movie about a
war that never happened, but which destroyed this generation
anyway.
I used to make films about what I know, but my next film will be
about the future.
(Voloshin, wywiad dla berlinale.de)

"Ja" nie wzbudziło u mnie takich emocji, jak "Nirvana" tego samego reżysera, ale i tak jest to film godny polecenia.

 
trailer

Polska słodyczami stoi? :D

To, że my Polacy mamy przepyszne słodycze, chyba żadnemu z Was nie trzeba dowodzić :) Nie wiem, czy wiecie, ale Prince Polo jest bardzo znane i bardzo lubiane na Islandii, a jednym z prezentów z Polski, jaki bardzo lubią otrzymywać obcokrajowcy jest Ptasie Mleczko :) Zawsze z uśmiechem obserwuję reakcję obcokrajowców, którzy pierwszy raz wkładają do ust kostkę Ptasiego Mleczka, czy delicję - to połączenie zaskoczenia i rozkoszy malującej się na ich twarzach jest zabawne :)
Jedna z moich ulubionych "youtuberek" (jest takie słowo???), Japonka Emmy (emmymadeinjapan), wzięła jakiś czas temu "na tapetę" polskie słodycze. Na żywo przed kamerą rozpakowuje wielką paczkę, która dotarła do niej z Polski. W paczce oczywiście jest mnóstwo słodkości made in Poland; każdy smakołyk trafia do ust Emmy, a my możemy obserwować jej reakcje i zmagania z polskim językiem. Emmy zawsze podaje nazwę próbowanego produktu, dokładnie pokazuje jego opakowanie, przegryza go na pół, aby jak sama mówi zobaczyć, co jest w środku i opisuje swoje doznania. Opisuje smak produktu, zapach, teksturę. Choć i tak jej mimika mówi sama za siebie :D No i te wszystkie: ooooo!, mhhmmmm! i inne piski :D A nazwy polskich specjałów w jej ustach brzmią uroczo :) Obejrzyjcie i posłuchajcie. Itadakimas :D

Emmy Eats Poland - Polish Sweets Part 1

Emmy Eats Poland - Polish Sweets Part2

Mam nadzieję, że się Wam podobało :) Zachęcam do obejrzenia innych filmików Emmy! 
Macie swoje ulubione słodycze? Jeśli tak, to napiszcie jakie. Jestem bardzo ciekawa :)

Intensywnie czekoladowe ciasto


Lubię piec i gotować dla własnej - i bliskich - przyjemności. Nie robię tego jednak z myślą o konkursach, czy wpisach blogowych. Próżno więc u mnie szukać zdjęć, przepisów i porad w stylu blogów kulinarnych. Czasami jednak, gdy coś robię i uda mi się pstryknąć zdjęcia, mogę się z Wami podzielić moimi małymi kulinarnymi odkryciami, smakołykami, które szczególnie przypadły mi do gustu. Kiedy jestem w kuchni i coś przygotowuję robię to z miłością, ale bez napięcia i zadęcia, chcąc sprawić najbliższym i sobie odrobinę przyjemności :)
Tak też powstało to ciasto. Moje urodzinowe ciasto :D
Czekoladowe ciasto "chodziło" za mną już od dłuższego czasu. Ciągle jednak znajdowałam wymówki i przygotowywałam inne słodkości. Tym razem postanowiłam nie wymigiwać się po raz kolejny i podjęłam wyzwanie :)


Składniki

Ciasto 
250 g mąki pszennej, przesianej
50 g kakao w proszku
1 łyżeczka proszku do pieczenia
180 g masła niesolonego
150 g białego cukru
2 duże jajka, oddzielone
1 1/4 szklanki mleka
1/8 łyżeczki soli
świeże maliny, do dekoracji

Polewa czekoladowa

180 g gorzkiej czekolady, grubo posiekanej
90g masła niesolonego
1 1/4 szklanki mleka skondensowanego, słodzonego
kakao w proszku do posypania na wierzch
100 g gorzkiej czekolady, struganej, do przybrania


Okazało się, że ciasto jest bardzo proste w przygotowaniu, pełne aromatu kakao i bogatego czekoladowego smaku. Aby cieszyć się tym mocno czekoladowym ciastem należy wykonać poniższe sześć nieskomplikowanych kroków.

1. Rozgrzej piekarnik do 180 ° C. Wysmaruj masłem okrągłą formę,  ok. 20 cm średnicy, i oprósz mąką (może to być także bułka tarta albo możesz użyć silikonowej formy, w której ciasto nie potrzebuje takich "wspomagaczy"). Wymieszaj mąkę pszenną, kakao i proszek do pieczenia w dużej misce.

2. Wymieszaj dokładnie masło i jasny cukier w dużej misce. Dodaj żółtka, po jednym na raz, mieszając między każdym. Do powstałej masy dodawaj na przemian suche składniki i mleko. Mieszaj na niskich obrotach.

3. Ubij pianę z białek z odrobiną solą. Dodaj je delikatnie do ciasta. Wlej całe ciasto do przygotowanej formy.

4. Piecz przez 40-50 minut. Sprawdzaj patyczkiem środek ciasta. Gdy będzie czysty i suchy po wyjęciu, ciasto jest upieczone. Przestudź ciasto. Najpierw,
przez ok. 5 minut, nie wyjmując go z formy. Następnie wyłóż je na przygotowany stelaż/talerz etc. i niech ostygnie całkowicie (co najmniej 1 godzinę).

5. Teraz czas na polewę czekoladową :) Rozpuść posiekaną czekoladę i masło w skondensowanym mleku w misce nad wrzącą wodą. Wystudź.

6. To już prawie koniec :) Posyp przestudzone ciasto grubą warstwą kakao. Udekoruj  dowolnie ciasto polewą, struganą czekoladą i malinami.

Smacznego! :)

Ciasto jest mocno czekoladowe i wywołuje uśmiech na każdej twarzy :) Sprawdziłam! Pochwalę się nieskromnie, że wszyscy jedli je aż się im uszy trzęsły i wzdychali, że tak cudownie pachnie :)

Odżywka do włosów odbudowująca z miętą, jabłkiem i ekstraktem zbożowym z Zielonego Laboratorium

I tak oto nastał ten dzień. Dzień, którego się spodziewałam; dzień, który choć wiedziałam, że jest już blisko, wciąż oddalałam go od siebie. Smutny to dzień... A dlaczego? - spytacie. Ponieważ dziś nałożyłam na włosy resztki odżywki, która przez ostatnie trzy miesiące umilała mi pielęgnacje włosów i sprawiała, że były miękkie, lśniące, świeże, nieplączące się, nieprzyklapnięte i otulone delikatnym aromatem mięty. Ostało mi się jeno puste opakowanie.
Przedstawiam Wam Odżywkę do włosów odbudowująca z miętą, jabłkiem i ekstraktem zbożowym z Zielonego Laboratorium.
Pojemność
250 g

Cena
45 zł (ale w tym tygodniu jest w cenie promocyjnej 38 zł - KLIK; jeszcze zdążycie :))

Skład
aqua/water, behentrimonium methosulfate, cetearyl alcohol, glycerin, mentha piperita (pepermint) extract, equisetum arvense extract, pyrus malus fruit juice, butyrospermum parkii (shea) butter, spent grain wax, salvia sclarea (clary) oil, eucalyptus globulus leaf oil, mentha piperita leaf oil, d-limonene, sodium phytate, sodium citrate, potassium sorbate, sodium benzoate
Odbudowująca odżywka z miętą, jabłkiem i ekstraktem zbożowym to produkt w 100% wegański i naturalny, przy jego produkcji nie ucierpiało żadne zwierzę ani żaden człowiek :)
Dodatkowe atuty odżywki to: 
- zawartość świeżego soku z jabłek, ekstraktu z mięty i skrzypu oraz ekstraktu zbożowego
- zawartość tylko łagodnych środków kationowych, które pielęgnują włókno włosów 

- cudowny zapach olejku eukaliptusowego, szałwiowego i miętowego (żadnych sztucznych śmierdzieli!)
- nie zawiera: PEGów, silikonów, olejów mineralnych, parabenów, sztucznych barwników.
Odżywka "mieszka sobie" w prostym opakowaniu-słoiczku, wykonanym z plastiku (oczywiście do powtórnego przetworzenia), z uroczą, w stylu retro, etykietą. Wszystkie niezbędne informacje o kosmetyku znajdują się na tej etykiecie (oraz na stronie internetowej Zielonego Laboratorium), więc nie ma potrzeby dodatkowych opakowań. Tym bardziej, że opakowania kosmetyków, a więc i tej odżywki, spod znaku sióstr z Laboratorium, są solidne i odporne na wszelkie uszkodzenia. 
Dodatkowo odżywka zabezpieczona jest "sreberkiem", co gwarantuje, że nikt przed nami nie dotykał naszego egzemplarza.
Po otwarciu odżywki uderza w nozdrza silny zapach mięty, następnie wyczuwam eukaliptus; szałwii nie czuję, ale może to dlatego, że nie potrafię odróżnić jej zapachu lub tak bardzo dominuje tu mięta. A, kiedy już wsmarowuję odżywkę we włosy i rozkoszuje się rozchodzącym się dookoła zapachem, dociera do mnie subtelny powiew aromatu jabłek, owianych ciepłym wiatrem i "opalonych" sierpniowym słońcem. Odpływam ... Ten ostry miętowy zapach to jest to, co lubię. Bardzo lubię! Kto by pomyślał, że ja, osoba, która na myśl o wypiciu zaparzonej mięty, wzdryga się i dostaje torsji, zakocha się w miętowym zapachu smarowidła do włosów! :) Zapach nie wietrzeje, nie traci nic ze swojej siły, za każdym razem sprawiał mi tą samą przyjemność.

Odżywka ma białawy kolor; nie jest to czysta biel, lecz lekko poszarzała. Ma dość gęstą konsystencję. Ale trzeba uważać przy jej nakładaniu, bo ławo o zbyt duże nabranie kosmetyku z opakowania. Dobrze rozprowadza się na włosach, nie spływa i nie trzeba jej dużo stosować, by uzyskać świetne rezultaty. Łatwo się wypłukuje i rzeczywiście ułatwia rozczesywanie - a ja o tym coś wiem :)
Odbudowująca odżywka Zielonego Laboratorium jest, moim zdaniem, bardzo wydajna. Jak już wyżej wspomniałam, stosowałam ją nieprzerwanie od trzech miesięcy, codziennie lub co drugi dzień (ale czasami też dwa razy dziennie jeśli była taka potrzeba ze względu na trening, czy kąpiel w morzu). Dodam, że mam gęste i grube włosy sięgające do łopatek.
Odżywka doskonale sprawdza się przy delikatnej skórze głowy, nie wywołuje żadnych podrażnień, czy innych niepożądanych efektów.
Delikatny zapach miętowo-eukaliptusowy utrzymuje się przez kilka godzin po umyciu i wysuszeniu włosów (nie używam suszarki!). Zupełnie mi nie przeszkadzał i nie drażnił. Po kolejnych godzinach, jeśli wsadziłam nos we włosy, to nadal go czułam. Teraz też siedzę, piszę ten post i co chwila zaciągam się zapachem otulającym moją czuprynę :D
Już wiem, że jak tylko będę mogła wrócę do tej odżywki, bo warta jest swojej ceny i będę ją polecała innym.

Jeszcze jedna ważna kwestia, o której zapomniałam napisać! Na stronie Zielonego Laboratorium przy każdym produkcie możecie przeczytać dokładny skład kosmetyku, z objaśnieniami, co oznacza ta, często trudna, nazwa. Ponadto możecie śmiało pisać do nich, zawsze odpowiedzą, pomogą wyjaśnią :)

I jeszcze raz tak, na wszelki wypadek. Pamiętajcie, że jeszcze macie możliwość kupić coś z Zielonego Laboratorium po promocyjnych cenach. Przez cały sierpień, co tydzień, dwa inne produkty są w specjalnej okazyjnej cenie.

Krem intensywnie odżywiający do stóp Yves Rocher

Sądzę, że francuskiej firmy Yves Rocher nie trzeba nikomu przedstawiać i większość z Was o niej słyszała. Od paru dobrych lat właściwie nic albo prawie nic nie kupowałam z ich kosmetyków. Jakoś było mi nie po drodze, mimo, że regularnie korzystam z gabinetu kosmetycznego w jednym z ich sklepów i oddaję się w ręce cudownej pani Ani :) Z zakupem czegoś z ich oferty nosiłam się już od dłuższego czasu; zamiar ten zrealizowałam 3-4 miesiące temu.
Jednym z kupionych wtedy przeze mnie kosmetyków był Krem intensywnie odżywiający do stóp.
Jest to gęsty krem, zamknięty z plastikowej tubce w kolorze fioletowym, nawiązującej swoją barwą do olejku eterycznego z bio lawendy, który to olejek znajduje się w składzie kosmetyku. Skoro o lawendzie mowa ... Niestety zapach kremu nie przypomina mi lawendy stojącej w doniczce na balkonie, zbyt wiele w nim duszącej sztuczności, a zbyt mało prawdziwej lawendy. A, tak lubię jej zapach!

Pojemność
50 ml

Cena
19 zł  (ja tyle zapłaciłam, ale kosmetyki YR często występują w różnych, czasami nawet dużych promocjach)

Skład
Aqua, Lavandula Angustifolia Water, Glycerin, Stearic Acid, Persea Gratissima Oil, Sorbitan Stearate, Cocos Nucifera Oil, Butylene Glycol, Myristyl Myristate, Macadamia Ternifolla Seed Oil, Hydrogenated Palm Kernel Oil, Coco-Caprylate/Caprate, Butyrospermum Parkii Butter, Glyceryl Caprylate, Cetyl Alcohol, Methylpropanediol, Shorea Stenoptera Butter, Parfum, Caprylyl Glycol, Sodium Cetearyl Sulfate, Linalool, Carbomer, Dipropylene Glycol, Sodium Hydroxide, Xanthan Gum, Tocopherol, Lavandula Angustifolia Oil, Bisabolol, Tetrasodium Edta, Coumarin, Limonene
Krem, według producenta, ma odżywić na długi czas nawet najbardziej suche stopy. 
Po kilku użyciach kremu pomyślałam sobie, że nici z ratunku dla moich wysuszonych stóp, zastanawiałam się nawet, czy nie darować sobie codziennego wmasowywania go w stopy. Dobrze, że tak nie uczyniłam! Z każdym kolejnym dniem i każdą kolejną warstwą kremu wsmarowanego w skórę moich stóp, jej stan w widoczny sposób ulegał poprawie. Nie miałam łuszczącej się skóry, tylko mocno wysuszoną; tak, jak bywa wysuszona skóra ciała, czy twarzy. Skóra była szorstka, nieprzyjemnie napięta i swędziała. Krem pomógł mi poradzić sobie z tym problemem. 
Jak długotrwałe będzie jego działanie? To się okaże, ponieważ wyskrobałam już resztki kremu z tubki. 
Produkt mimo treściwej konsystencji wchłania się całkiem szybko. Nie błyskawicznie, czy od razu po nałożeniu; potrzebuje kilka chwil żeby się nie kleił i nie tłuścił wszystkiego dookoła. Całkowicie wchłania się po kilku minutach (o ile nie nałoży się go zbyt dużo), zostawiając na stopach ochronną warstwę. Trzeba uważać przez te kilka-kilkanaście minut po nałożeniu kosmetyku przy chodzeniu bez skarpetek, aby nie wpaść w poślizg i nie przewrócić się ;) Dla mnie to jednak nie jest minus. Albo nie chodzę albo mam skarpety na podorędziu.
Krem jest całkiem wydajny - przynajmniej tak mi się wydaje; w końcu to zaledwie 50 ml. Przy codziennym stosowaniu (tylko wieczorem) zużyłam go w miesiąc. Na razie nie planuję kupować go ponownie, wypróbuję inny produkt do stóp.

Ciekawa jestem, czy ktoś z Was jest fanką/fanem kosmetyków Yves Rocher. Możecie mi polecić coś z ich oferty? Jestem ciekawa Waszych typów :)

Szampon aromaterapeutyczny z olejkami eterycznymi od Zielonego Laboratorium

Pod koniec maja pisałam Wam o przesyłce otrzymanej od Zielonego Laboratorium (KLIK). Paczka zawierała trzy naturalne kosmetyki. Dziś podzielę się z Wami moim wrażeniami po zużyciu Szamponu aromaterapeutycznego z olejkami eterycznymi. Zapraszam :)
Szampon umieszczony w przeźroczystej, ale lekko matowej, plastikowej butelce z czarną nakrętką, to kosmetyk do codziennego stosowania. Według producenta nadaje się on do każdego rodzaju włosów, a po jego użyciu nasze włosy staną się mocniejsze i bardziej błyszczące. Co ważne nie wywołuje podrażnień skóry głowy oraz łagodzi te już istniejące. 
Moje włosy są półdługie, gęste, farbowane. Nie mam problemu z ich matowieniem i raczej nie potrzebują wzmocnienia. Nie mogę więc wypowiedzieć się na temat w/w właściwości kosmetyku. Jedyne co mogę napisać, to że jego stosowanie nie dało odwrotnego efektu :) Na pewno nie podrażnia! Jest bardzo łagodny dla skóry. Co sobie szczególnie cenię, ponieważ często po zastosowaniu przeze mnie innych produktów do pielęgnacji włosów borykam się ze swędzeniem, a nawet pieczeniem skóry głowy.
Moim problem są również plączące się włosy. Jak na razie nie udało mi się znaleźć naturalnego szamponu, który nie powodowałbym powstawania na moich włosach jednego wielkiego kołtuna :( Tutaj także szampon z Zielonego Laboratorium mi nie pomógł. Niestety plątał moje włosy niemiłosiernie. Do tego stopnia, że miałam problemy z dokładnym umyciem włosów i skóry głowy, nie wspominając już o trudnościach, jakie napotykałam podczas wypłukiwania kosmetyku. Na szczęście miałam też odżywkę :) Ale to temat na inny post :)

Pojemność
250 g

Cena
40 zł

Skład
aqua/water, sodium cocoamphoacetate, cocamidopropyl betaine, disodium lauryl sulfosuccinate, glycerin, rosmarinus officinalis (rosemary) leaf extract, ekstrakt z rozmarynu, equisetum arvense extract, mentha piperita (pepermint) extract, lavandula officinalis oil, rosmarinus officinalis oil, pelargonium graveolens oil, eucalyptus globulus leaf oil, melaleuca alternifolia (tea tree) leaf oil, d-limonene, linalool, citronellol, geraniol, guar hydroksypropyltrimonium chloride, sodium phytate, sodium citrate, sodium benzoate, potassium sorbate

Szampon aromaterapeutyczny z olejkami eterycznymi zachwycił mnie swoim zapachem! Mogłabym wąchać go bez końca. Mąż śmieje się ze mnie, że zachowuję się jak narkomanka :P Pierwszy zapach, który uderzał w moje nozdrza po otwarciu szamponu, to mięta, która zawsze pobudzała mnie i sprawiała, że czułam się rześko i świeżo. Może to dzięki wzmocnieniu aromatu olejkiem z eukaliptusa i drzewa herbacianego? Co ciekawe produkt nie ma swoim składzie jabłek ani cynamonu, a mimo, to jego zapach kojarzył mi się z konfiturami z tymi właśnie składnikami :) W trakcie wmasowywania szamponu we włosy zaczynał docierać do mnie delikatny zapach lawendy. Przyjemność płynąca z bogatego i cudownego aromatu wydobywającego się z niepozornej butelki wynagradzała mi trochę trudności z plątaniem się włosów.
Również konsystencja szamponu mimo, że płynna (jak to zazwyczaj w przypadku tego typu produktu), była równocześnie aksamitna. Trudno to inaczej opisać. Lubiłam wylewać szampon na dłonie i masować włosy oraz skórę słowy. Nie jest to gęsty produkt.
Szampon jest przeźroczysty, lekko żółtawy. Trudno określić jego kolor. Kosmetyk dobrze się dozuje, przez dziubek powstający po naciśnięciu górnej części nakrętki. Dodatkowy plus należy się szamponowi za brak przyśpieszania przetłuszczania się włosów, za nieobciążanie ich oraz za bardzo długie uczucie świeżości, mimo nie wyczuwalnego już (lub wyczuwalnego ledwo, ledwo) zapachu mięty.

Jest to także całkiem wydajny produkt. Zazwyczaj myję włosy co drugi dzień, czasami codziennie, i starczył mi on na trochę ponad dwa miesiące stosowania.
Jak przystało na kosmetyki spod szyldu Zielonego Laboratorium, szampon jest produktem w 100% wegańskim i pozbawionym SLES, SLS, ALS, PEGów, silikonów, olejów mineralnych, parabenów, sztucznych barwników.
Bardzo ubolewam nad tym, że szampon ten tak bardzo plątał moje włosy. Miałam nadzieję, że tym razem będzie to strzał w dziesiątkę. Mimo to cieszę się, że zdecydowałam się na niego i radzę, żeby każdy wypróbował go sam. Nie każdy ma takie włosy jak ja :) Nie wiem, czy teraz jakikolwiek inny szampon dorówna mu pod względem zapachu :)

Może ktoś z Was miał już styczność z kosmetykami Zielonego Laboratorium?

PS. Jeśli jesteście zainteresowani tym szamponem lub innymi kosmetykami wytwarzanymi w Zielonym Laboratoirum polecam Wam zajrzeć na ich stronę internetową - Zielone Laboratorium - oraz na ich funpage na facebooku - KLIK. Tym bardziej, że sierpień to miesiąc promocji z ich sklepie. Co tydzień, dwa inne kosmetyki z ofert Zielonego Laboratorium, można kupić w promocji. Promocja trwa przez cały sierpień.

"Coco Chanel. Życie intymne"

Tytuł: "Coco Chanel. Życie intymne"
Autor: Lisa Chaney
Oryginalny tytuł: "Coco Chanel: an Intimate Life"
Tłumaczenie: Anna Gralak, Anna Sak
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 624

"Odnalezione po latach listy i pamiętniki odkrywają największą tajemnicę Coco Chanel.
On był szarmancki i uwodzicielski. Ona, choć miała wątpliwości, czy powinna zadawać się z Niemcem, nie mogła się mu oprzeć. Trwała wojna. Coco Chanel i baron von Dincklage zostali kochankami. Ich romans był na językach całego Paryża.
Czy słusznie oskarżono ją o kolaborację? Czy świadomie związała się z niemieckim szpiegiem? Kim byli jej adoratorzy i jakimi uczuciami obdarzała bliskie jej kobiety? To tylko przedsmak tajemnic projektantki.
Lisa Chaney dotarła do niepublikowanych wcześniej pamiętników i listów miłosnych Chanel. Dzięki nim Coco Chanel. Życie intymne to podróż w dotychczas nieznany i niedostępny świat. Zakazana miłość, narkotyki i sekrety artystycznej bohemy. Tego nie ma w żadnej innej książce o Coco Chanel." (opis pochodzi ze strony wydawnictwa)

"Coco Chanel. Życie intymne" z powodu poruszanych tematów, dotyczących życia jednej z najsławniejszych projektantek mody, została okrzyknięta książką kontrowersyjną. Kontrowersje miały by budzić jej skłonności homoseksualne (Coco była biseksualna), uzależnienie od narkotyków, podejrzenia o kolaborację z nazistami, jej życie jako utrzymanki bogatych mężczyzn. U mnie nie wzbudziły, ale za to zaciekawiły mnie bardzo. Fanką tzw. wielkiej mody nie jestem, Coco Chanel znam za sprawą małej czarnej, perfum No5 i zgiełku robionego w związku z tą modową wyrocznią we wszelkich mediach. Żałuję jednak, że zazwyczaj wśród informacji podawanych o tej Francuzce brak jest tych dotyczących jej osobistego życia. Dla mnie dzięki tym nielicznym faktom, które udało się do tej pory ustalić na jej temat (projektantka sumiennie zacierała ślady związane ze swoją przeszłością i celowo wprowadzała w błąd odnośnie swojego życia podając sprzeczne ze sobą informacje, budując w ten sposób swój mit i image) sprawiają, że Chanel nareszcie jest dla mnie kobietą z krwi i kości, a nie jakimś bóstwem bez wad i słabości. Dzięki temu, czego się o niej dowiedziałam, o jej dzieciństwie i młodości, o jej determinacji w dążeniu do celu, bardziej doceniam to, czego dokonała w modzie.

Gabrielle "Coco" Chanel była najbardziej wpływowym projektantem XX wieku, to ona zrewolucjonizowała strój kobiety. Książka Lisy Chaney opowiada historię drogi, jaką pokonała Gabrielle - od nędzy do ikony mody i stylu glamour - lecz skupia się przede wszystkim na jej osobistym i zagmatwanym życiu, traktując modę jako tło.  Autorka opiera się w swojej książce na nowo odkrytych listach miłosnych i innych dokumentach, co niestety bywa strasznie często w książce podkreślane i było męczące. No ile razy można o tym czytać? Przecież już to wiem, ze wstępu, z okładki.Pozostawia to we mnie lekki niesmak, że pisarka sama na swój temat pieje peany.

Gabrielle Chanel urodziła się w 1883 jako nieślubne dziecko w rodzinie drobnych rzemieślników i kupców z Cevennes. Nie miała szczęśliwego dzieciństwa. Wcześnie straciła matkę, a ojciec wkrótce po jej śmierci, porzucił rodzinę. Od 11 roku życia dorastała pod opieką sióstr Najświętszego Serca Marii w Aubazine. Próbując odnaleźć swoje miejsce na świecie i wyrwać się ze smutnej przeszłości Chanel próbuje swoich sił jako piosenkarka i tancerka w kawiarniach Moulins i Vichy (w tym drugim mieście poniosła klęskę). W Moulins, tętniącym życiem mieście garnizonowym, zyskała jednak szybko sławę i wysoko postawionych kochanków. Ale młoda kobieta jest ambitna; wykorzystuje swoich kolejnych kochanków i swoją inność (zarówno zewnętrzną, jak wewnętrzną - nie była typem słodkiej kobietki poddającej się woli mężczyzny), by dostać się do "wyższych sfer". Równocześnie pilnie obserwuje i uczy się właściwych tej klasie zachowań i manier, okraszając je swoim temperamentem. Z kochanki staje się utrzymanką. Ale i to jej nie wystarcza, chce mieć coś swojego, chce być znana, nie tylko jako czyjaś kochanka, lecz przede wszystkim jako Coco Chanel. I tak z pomocą Arthura "Boya" Capela otwiera swój pierwszy "biznes". W przyszłości spłaci mu całą zaciągniętą pożyczkę. Chanel ma rękę do "modowego biznesu" i głowę pełną pomysłów. Nie dziwi więc, że z małego sklepiku upartej Chanel, wyrósł wielki dom mody.

Z książki przebija wielki upór i całkowite oddanie Gabriel Chanel modzie, która była jej pasją i pracą. Moda była jej kochankiem, jej mężem, jej dzieckiem ... Jej projekty nigdy jej nie zdradziły ani nie zawiodły, bo każdy z nich miał w sobie jej duszę. Chanel była dokładna i wymagająca, przez co przez wielu uważana była za tyrana. Jednak wymagała nie tylko od innych, przede wszystkim wymagała od siebie.

Z książki, wynika dla mnie jasno, że nie tylko moda i potrzeba niezależności finansowej, zaprzątały jej głowę. Mężczyźni również zajmowali tam niepoślednie miejsce. Chanel romansowała namiętnie, nie wstydziła się swoich potrzeb, potrafiła otwarcie opowiadać o potrzebie bliskości i seksu. Czasami można odnieść wrażenie, że zmieniła kochanków jak rękawiczki, szukając wciąż i wciąż nowych podniet, namiętności. Ale, co widać także, w książce Chaney, Gabriel potrzebowała silnego męskiego ramienia na którym mogłaby się czasami wesprzeć, które zapewniłoby jej bezpieczeństwo. Jednak, jak przystało na uparciucha, którym była, nie chciała za wszelką cenę szukać miłości i się jej oddawać, trudno jej było iść na kompromisy, także w związkach. Trudno było więc znaleźć jej mężczyznę, który wytrzymałby jej temperament, docenił jej pracę, jej intelekt, ale dostrzegł w niej również delikatna kobietę. Chanel była kobietą pełną sprzeczności.
Coco romansowała z bogatymi i sławnymi. Wśród jej kochanków byli, m.in. Reverdy, Dali, Picasso, Visconti, książę Westminster Hugh Grosvenor, książę Dymitr Pawłowicz, Strawiński, oficer Abwehry baron Hans Günther von Dincklag. Ten ostatni budzi najwięcej kontrowersji, to jego nazwisko przytaczane jest w związku z podejrzeniem Gabriele Chanel o kolaborację w trakcie II wojny światowej. Pani Chaney oczywiście porusza temat współpracy Coco z nazistami, lecz pokazuje projektantkę jako nieświadomą i naiwną kobietę poszukującą miłości (męskiego ramienia) i ratującą swój dorobek. Co, jak co, ale taki obraz nie pasuje mi do projektantki. Nie wiem, czy autorka, nie miała dostępu do pewnych i przekonujących ją dokumentów dowodzących winy bądź niewinności Chanel, czy po prostu starała się nie zbezcześcić mitu i ikony. Mnie rozdziały poświęcone życiu Chanel w trakcie II wojny światowej wydały się rozmyte, pełne ciągłego usprawiedliwiania Coco. A wszystkie usprawiedliwienia sprowadzają się do "przecież wszyscy wtedy współpracowali w ten, czy inny sposób, prawda?". Coco Chanel nie została nigdy ukarana za swoją kolaborację; była tylko na krótko aresztowana, po czym zwolniono ją i projektantka wyjechała do Szwajcarii. Już po wydaniu "Coco Chanel. Życie intymne" światło dzienne i większe audytorium ujrzały dokumenty i prace potwierdzające świadomą współpracę Chanel z nazistami i jej szpiegostwo na ich rzecz. Więc tym bardziej mam wrażenie, że Lisa Chaney próbuje wybielić w swojej książce postać Gabriel.

Mimo, to tytuł "Coco Chanel. Życie intymne" uważam za całkiem udane wydawnictwo. Nie miałam zbyt dużych wymagań i oczekiwań w stosunku do tej książki - a to za sprawą opisu w stylu tabloidów z tyłu na okładce książki (skojarzyło mi się z krzykliwymi nagłówkami z plotkarskiej prasy :)). Może stąd brak rozczarowania? Nie wiem, jak zareagują na tytuł fani Chanel i osoby lubujące się w biografiach... Czytałam lepsze biografie, ale czytałam też gorsze. Ta plasuje się po środku.

Jeśli czytaliście ciekawą biografię dotycząca Chanel podzielcie się jej tytułem ze mną :) Chętnie poznam tez inne ciekawe biografie. Piszcie!

Obon, czyli Święto Zmarłych po japońsku

Dziś (15 sierpnia) przypada kulminacyjny dzień obchodzonego w większej części Japonii święta Obon, będącego, można by rzec, odpowiednikiem naszego Święta Zmarłych. Jest to jedno z najważniejszych świąt w Japonii (dla Japończyków przodkowie są bardzo ważni!) i przypada na połowę sierpnia (13-16 sierpnia). Są też miejsca w Japonii, gdzie święto to obchodzone jest według starej tradycji i przypada na 15 dzień siódmego miesiąca według kalendarza księżycowego (wiele miejsc na Okinawie). Jednak, jak już wspomniałam wyżej, w przeważającej części Japonii obchody Obon zaczynają się 13 sierpnia i trwają do 16 sierpnia. W tym czasie wiele osób bierze wolne i wyjeżdża na wakacje i/lub w rodzinne strony; świętowanie Obon jest istotnym przystankiem w tych wakacjach. Obon to święto ku czci zmarłych, wywodzące się najprawdopodobniej z obrzędów buddyjskich. Według dawnych wierzeń w te dni duchy ich przodków powracają do swoich domów, aby połączyć się z rodziną. Ze względu na to, obon jest ważnym czasem spotkań rodzinnych.
Japończycy sprzątają dokładnie swoje domy i umieszczają przed butsudan (buddyjski ołtarz w domu) ofiary z żywności, głównie są to warzywa i owoce, dla duchów przodków. Przed ołtarzem umieszcza się także zazwyczaj latarnie chochin i aranżacje z kwiatów.
źródło zdjęcia chrisdesu
W pierwszym dniu Obon Japończycy odwiedzają tłumnie groby rodzinne i składają na nich ofiary z żywności (np.dango– kulki ryżowe).
W niektórych regionach kraju Japończycy przygotowują z ogórka, bakłażana i zapałek
shōryōuma czyli zwierzęta, mające posłużyć zmarłym krewnym za wierzchowce, na których mogą powrócić w rodzinne strony i na których będą mogli odjechać po zakończeniu Obon. Ogórek to symbol zwinnego konia, gwarantujący szybkie przybycie przodków; bakłażan symbolizuje powolną i juczną krowę, która nie poniesie zbyt prędko przodków z dala od domu, lecz pozwoli im jak najdłużej pozostać z rodziną i zabrać ze sobą liczne podarki.
źródło zdjęcia pinterest.com

Wieczorem  na wzgórzach i polach zapalane są mukaebi – ogniska, które służą za drogowskaz dla zmarłych, wskazujący im drogę powrotną w ich rodzinne strony.
Ostatniego dnia Obon zapalane są okuribi - ogniska-drogowskazy, które tym razem mają za zadanie odprowadzić dusze zmarłych do zaświatów.
Jednym z bardzo ważnych elementów obchodów tego święta są bon odori, czyli tańce
obon. Wykonują je wspólnie kobiety i mężczyźni w różnym wieku, w parkach, w prywatnych ogrodach, na terenach świątynnych. Często ulice miast pełne są kolorowych korowodów tancerzy. Tańcom zawsze towarzyszy muzyka (prosta i rytmiczna melodia zachęcająca do włączenia się do tańca) wykonywana na tradycyjnych japońskich instrumentach (m.in. shamisen, taiko i inne) oraz przyśpiewki, które łatwo powtórzyć i włączyć się do ogólnej radości ze świętowania. Tańce wyrażają radość duchów zmarłych, którzy uniknęli cierpień w piekle.
źródło zdjęcia japantravelinfo.com

źródło zdjęcia pinterest.com
W niektórych regionach Japonii ważnym (i pięknym!) zwyczajem święta Obon jest puszczanie wieczorem zapalonych lampionów na wodzie.
Marzę, że pewnego dnia i ja również będę mogła obejrzeć to święto na własne oczy (i wziąć w nim udział) :)
źródło zdjęcia pinterest.com

Szaleństwa zakupowe + mały dodatek :)

Dziś zapraszam Was na wpis z serii chwalipięta, czyli co ostatnimi czasy kupiłam/dostałam ;) Trochę się tego nazbierało, ale nie martwcie się nie będzie tu nic o majtkach, podpaskach, proszkach do prania i tym podobnych :)

Zacznę od swetra wygranego u Leny i Lony, czyli na blogu Bless the Mess. Sweter pochodzi ze sklepu SheInside (tu możecie zobaczyć więcej zdjęć swetra). To moja pierwsza rzecz z tego, jakże popularnego wśród blogerek modowych, sklepu. I powiem Wam szczerze - nie ostatnia :) Okazało się, że wybrany przeze mnie sweter jest bardzo dobrej jakości, jego wygląd nie odbiega od zdjęć ze strony internetowej i dobrze mi się go nosi. A zakładam go do wszystkiego: do jeansów, do leginsów, do sukienek, do balerinek, do ciężkich butów, do sandałów, do wszelkich butów sportowych. Moje serce podbił kształt swetra i genialny sposób zapinania i drapowania go. Na chwilę obecną wszelkie zdjęcia, na których byłam w tym swetrze, gdzieś poznikały i nie mogę się nimi z Wami podzielić.

1. Ażurowy sweter w intensywnym, nieco neonowym zielonym kolorze (na żywo kolor jest bardziej intensywny) z C&A.
2. Bluzka/tunika w kobaltowym kolorze z Reserved.
3. Lekki sweterk mgiełka z koronkowymi wstawkami na rękawach z Reserved.
4. Mocno pomarańczowa bluzka, lekko prześwitująca, z Orsay.

Spodnie ze sklepu Promod zasługują na szczególna uwagę :) A to dlatego, że:
1. jest to krój, za którym nie przepadam i dotychczas nie potrafiłam sobie wyobrazić, że mogę wyglądać i czuć się w nim dobrze,
2. spodnie są szalenie wzorzyste, a u mnie w szafie nic takiego wcześniej nie gościło.
Spodnie przymierzone trochę przez przypadek, właściwie dla zabawy, okazały się jednym z moich najlepszych ostatnio zakupów ubraniowych :)
Jak widać gusta się zmieniają i czasami warto zaryzykować i dać szansę czemuś, na widok czego wcześniej się krzywiliśmy :)
PS. Oczywiście na sylwetce spodnie wyglądają o wiele lepiej niż po prostu rozłożone na kanapie do zdjęcia.


Ostatnie już zakupy z działu odzieżowego, jakimi chcę się z Wami podzielić. Porządne buty turystyczne Quechua Forclaz 800. Kupiłam po wcześniejszych bardzo dobrych doświadczeniach z obuwiem tej marki, no i dlatego, że jedna jedyna para została (nie mierzona!) i czekała na mnie na sporej przecenie (189 zł!) :)
Jeszcze nie testowane, czekają na dłuższą wyprawę :)

Torebka nr 1 - to pamiątka z wakacji z Włoch, dokładnie z Wenecji :D Skórzana, ciemnobrązowa.
Torebka nr 2 -  wpadła w moje ręce dzięki konkursowi na blogu Diva na ulopie oraz Ms.DEsign. Niewielka torebka PASTElove z łańcuszkiem wykonana jest ze skóry i bardzo lubię ją zakładać na letnie wypady na miasto :)
 
Dwa kapelusze, które były jak znalazł w te wakacje. U góry, kapelusz pleciony ze skórzanym paskiem, kupiony we Włoszech dla mojego męża - tu jednak mam nadzieję, że jeśli zachodziła by taka potrzeba, podzieli się on ze swą małżonką owym nakryciem głowy, jak miało to miejsce wcześniej, gdyż małżonce bardzo on pasuje :))) Na dole - kapelusz z dość sztywnego płótna w drobne paseczki, w kolorystyce marynarskiej. Bardzo wygodny, nie przepuszczający słońca, ale pozwalający skórze oddychać.

Kategoria "gąbki" :D
Na pierwszym planie widnieje różowe "jajko" beautyblendera, na drugim - gąbka Konjac do ciała przeznaczona dla skóry suchej oraz gąbka Konjac do twarzy odpowiednia dla skóry normalnej i tłustej. Przyznam się, że jestem bardzo ciekawa wszystkich trzech gąbek. Legendy, jakie krążą na ich temat w internecie, spowodowały, że już od dłuższego czasu przymierzałam się do ich zakupu.
Gąbki Konjac dotarły do mnie ze sklepu Lovely Skin

Kosmetyczne małe co nie co w sam raz do podróżnej kosmetyczki albo do wypróbowania przed zakupem pełnowymiarowych produktów.
Zestaw tworzą:
- Decleor Aroma Cleanse tonujący żel pod prysznic i do kąpieli,
- md formulations Total Protector 30, czyli krem z serii chroniącej przed promieniowaniem UVA i UVB, rekomendowany przez The Skin Cancer Foundation,
- podkład w kompakcie bareMinerals Ready SPF 20 Foundation wraz z uroczym małym pędzelkiem kabuki.

Kolejna pamiątka z włoskich wakacji - kosmetyki PUPA :)

- EASY LINER Eyliner o Intensywnym Kolorze Zakończenie Filcowe (taka była nazwa po polsku na pudełku) - będę się uczyła, po raz kolejny, robić kreski,
- ILUMINYS TOUCH Face Illuminator with Light-Effect Treatment - rozświetlacz do twarzy w pisaku,
- Mascara Vamp! Objętość Ponad Normę - Rzęsy Nieumiarkowanie Gęste; tusz już wypróbowałam i już go kocham :)

Teraz czas na zakupy włosowe. Wspominała Wam w przypadku posta na temat farbowania włosów farbą Majirel (KLIK), że przymierzam się do zmiany farby stosowanej przeze mnie do koloryzacji włosów. Oto i ona - delikatna farba BioKap Nutricolor prosto z Włoch :), choć kupiona w Polsce.

Na dole, po lewej - olejek arganowy do włosów włoskiej marki Vitacare, kupiony we Włoszech w drogerii. Już używany i na razie sobie chwalę :)
Po prawej stronie, kultowa już, chyba tak mogę rzec, maska do włosów mleczna Kallos, Serical, Crema al Latte. Kupiona w Hebe, duże opakowanie, która ma mi służyć długie miesiące.

 
To również produkt, na który ostrzę sobie pazurki już od jakiegoś czasu. Zresztą firma Bandi ma w swojej ofercie jeszcze kilka takich "smakołyków". Bandi AHA+PHA Krem z kwasem migdałowym i polihydroksykwasamito "Nawilżający krem o działaniu złuszczająco – biostymulującym. Odpowiedni do każdego typu  cery, również wrażliwej." Stosuje go już dość długo i powiem Wam, że coś jest na rzeczy z tyloma dobrymi opiniami na jego temat :) Więcej w oddzielnej notce :)



Perfumy ... Moje ukochane Flower by Kenzo i nowość, u mnie oczywiście, nie w perfumeriach, Mexx Woman Summer. W Kenzo zaopatrzyłam się w perfumerii tagomago.pl/, z kolei Mexx wpadł do mojego koszyka w Rossmanie w trakcie wakacyjnych przecen pachnideł wszelakich.
Perfumy są w towarzystwie kota, który jest moim domownikiem już od wielu wielu lat :)

Oto, również mały drobiazg przywieziony z Włoch. Jednak tym razem nie jest on kupiony przeze mnie. Przepiekny szklany wisiorek otrzymałam w prezencie od przyjaciół :) Dziękuję im raz jeszcze, trafiliście w 100% :)
Wisiorek jest wykonany ze słynnego szkła z Murano, małej włoskiej wysepki usadowionej na lagunie niedaleko Wenecji. Murano słynie z wielu zabytków oraz z tradycyjnych wyrobów szklarskich; ze szkła rzemieślnicy z Murano potrafią wykonać chyba wszystko. Na wyspie warto zajrzeć m.in. do Museo del Vetro.
 Na koniec zostawił coś, co tygryski lubią najbardziej :) Książki!
1. "Coco Chanel. Życie intymne"
2. "Marilyn. Ostatnie seanse"
3. "Drogi Gabrielu. List"


5. "Mgnienie ekranu" Terry Pratchett
6. "Długa ziemia" Terry Pratchett, Stephen Baxter
7. "Spryciarz z Londynu" Terry Pratchett
8. "Miłość z kamienia" Grażyna Jagielska
9. "Losy niezagubione. Ścieżki Polaków w norweskich fiordach"
Diane Ducret
11. "Kobiety dyktatorów 2" Diane Ducret.
Jak zwykle w przypadku zakupów książkowych pozostał mi ogromny niedosyt, więc będę nadrabiała w tym temacie e-bookami i pożyczonymi książkami :) 

Taaak, trochę długi z tego wyszedł post, mam nadzieję, że mi wybaczycie :) Czy coś Was zainteresowało? A może mieliście już z którymś z przedstawionych zakupów do czynienia?
Nie podawałam cen przy żadnej z zakupionych rzeczy ponieważ po prostu w większości wypadków nie pamiętam jej. Jeśli jednak jesteście jakoś szczególnie mocno zainteresowani podaniem którejś z nich, spytajcie w komentarzach, a ja postaram się sobie przypomnieć i/lub poszukać zagubionych paragonów.

Radiant Touch 2in1 Detoxifying Mask & Micro Scrub Lumene

Pamiętam, że z kosmetykami Lumene spotkałam się po raz pierwszy bardzo bardzo dawno temu i to dzięki mojej mamie. Byłam wtedy jeszcze dziecięciem, a może już podlotkiem ... W każdym razie nie w głowie było mi kupowanie własnych kosmetyków, ale intrygowały mnie już te pachnące mamine tubeczki, flakoniki, pudełeczka etc. I tak, o ile mnie pamięć nie myli, natknęłam się na jakiś krem i puder w kamieniu Lumene. Nie pamiętam nazw, kolorów opakowań, zapachów i nie mam pojęcia skąd się wzięły te dwa kosmetyki w kosmetyczce mojej mamy. Pamiętam za to, że puder tej firmy był jej szczególnie drogi i strzegła go jak oka w głowie :D Stąd wnioskuję, że uważała go za dobry kosmetyk. Lata minęły i oto ostatnio ponownie natknęłam się na kosmetyki Lumene. I raz jeszcze był to przypadek :) Jak wiadomo z takich przypadkowych spotkań czasami rodzą się wielkie uczucia i dziś o takim spotkaniu chcę Wam napisać kilka słów :)
W żółto granatowej tubce kryje się produkt typy 2w1 - Radiant Touch 2in1 Detoxifying Mask&Micro Scrub - maska i peeling do twarzy w jednym. Za tą nie co długą nazwą kryje się jeden z lepszych kosmetyków, jakie dane mi było kiedykolwiek używać.

Lumene to fińska marka powstała w 1970 r. Jej twórców zainspirowały krystalicznie czyste wody jeziora Lummenne, leżącego na Pojezierzu Fińskim i siła arktycznej przyrody, budzącej się do życia i rozkwitu tylko na bardzo krótki czas w ciągu całego roku. Krótkie lecz intensywne arktyczne lato to sekret zdrowia i blasku cery według Lumene. Stąd w tych fiński kosmetykach można znaleźć m.in. jagody arktyczne, moroszkę, borówki, wrzos, rokitnik zwyczajny, dziką różę. Czerpiąc z bogactwa i dobroczynnych właściwości przyrody, Lumene nie zapomina o innowacyjności i swoje kosmetyki tworzy w najnowocześniejszych laboratoriach na świecie, stale dbając o rozwój technologii. Celem firmy jest tworzenie jak najbardziej naturalnych produktów, dbając o ich bezpieczeństwo (zrównoważane wykorzystywanie składników roślinnych) i skuteczność, a także dostosowanie do potrzeb każdego rodzaju cery. Dlatego prezentowany Wam przeze mnie produkt zawiera ponad 95% naturalnych składników. Co równie ważne, ani Radiant Touch 2in1 Detoxifying Mask&Micro Scrub ani żaden inny kosmetyk wychodzący z laboratoriów Lumene nie jest testowany na zwierzętach (zarówno sam kosmetyk, jak i poszczególne jego składniki; firma nie zleca też takich testów podwykonawcom).
Pojemność
75 ml

Cena
105,- NOK (to jakieś 56 zł)

Skład
Aqua (Water), Caprylic/Capric Triglyceride, Kaolin, Polylactic Acid, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Cetyl Alcohol, Propylene Glycol, Ceteryl Glucoside, Phenoxyethanol, Vaccinium Myrtillus (Bilberry) Fruit Extract, Ethylhexylglycerin, Rubus Chamaemorus (Cloudberry) Seed Oil, Butylene Glycol, Saccharum Officinarum (Sugar Cane) Extract, Oxycoccus Palustris (Cranberry) Berry Fibre, Caprica Papaya (Papaya) Fruit Extract, Sodium Hydroxide, Xanthan Gum, Hydroxyethylcellulose, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Fruit Extract, Citrus Medica Limonum (Lemon) Fruit Extract, Acer Saccharum (Sugar Maple) Extract, Rubus Chamaemorus (Cloudberry) Seed Extract, CI 19140 (Yellow 5), CI 17200 (Red 33), Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool, Parfum (Fragrance)


Radiant Touch 2in1 Detoxifying Mask&Micro Scrub ma konsystencję kremowej maski, w której zatopione są drobinki włókien żurawiny oraz mikro ziarna kwasu mlekowego. Konsystencja kosmetyku zmienia się po nałożeniu na skórę, jakby wtapiając się w nią pod wpływem ciepła. Radiant Touch 2in1 Detoxifying Mask&Micro Scrub można stosować na trzy sposoby: jako maskę (nakładamy i nie rozcieramy na skórze)​​, peeling (nakładając produkt przez chwilę intensywnie masujemy skórę) lub ich kombinację (nakładamy, czekamy chwilę, masujemy i spłukujemy). Ja stosuję go jako kombinację produktu złuszczającego martwy naskórek i bogatej w naturalne składniki maski. Kosmetyk jak każdy tego typu, nakładam na dokładnie oczyszczoną skórę twarzy i szyi. Po upływie 3-4 minut, delikatnie masuje wilgotnymi palcami skórę, unikając okolic oczu. Spłukuję wodą i voilà, mogę cieszyć się, tak jak obiecuje producent, odświeżoną, czystą i promienną skórą:) A im dłużej go stosuję tym bardziej zauważam poprawę w wyglądzie mojej skóry. Znika gdzieś szarość, w zamian skóra zyskuje naturalny lekko różowy koloryt (jak po seksie :P) i blask, które utrzymują się jeszcze długo po zastosowaniu peelingu/maski. Moja cera wygląda bardziej zdrowo, młodziej, promienieje.


Kosmetyk w żaden sposób mnie nie podrażnił ani nie uczulił, nie zapchał porów. ani nie wysuszył skóry. Dla niektórych jego zapach może się okazać mało przyjemny, ale ja go lubię. Przypomina mi suszone na słońcu owoce i zioła :) I kojarzy mi się z leżeniem na rozgrzanej letnim słońcem łące, gdzieś w pobliżu rosną poziomki, maliny ...

Jak już wspominałam Radiant Touch 2in1 Detoxifying Mask&Micro Scrub nakładam nie tylko na twarz, lecz także na szyję, mimo to, po ponad miesiącu stosowania, nadal w tubce jest sporo produkt. Tak teraz zerknęłam - wciąż mam pół tubki! Więc jest to także produkt bardzo wydajny, ponieważ nie trzeba go nakładać grubą warstwą. Wystarczy rozprowadzić kosmetyk cienką warstwą, prawie jak krem.


Hasło Lumene brzmi - The Power of Arctic Nature. Gwarantuję Wam, że za każdym razem po zastosowaniu peelingu/maski Lumene odczuwam tą siłę arktycznej przyrody! Mam wrażenie, że moja skóra dostaje zastrzyk energii, który wspomaga jej naturalne procesy regeneracyjne. 

Teraz mam chęć wypróbować inne kosmetyki tej firmy i udało mi się nawet już znaleźć sklepy, w których mają całkiem bogatą ofertę Lumene.

Może znacie/stosowaliście produkty Lumene? Chętnie przeczytam o Waszych sugestiach, co warto, a czego nie, wypróbować z kosmetyków fińskiego producenta :)  

W drodze - podróż w zdjęciach

Dosłownie! Większość zdjęć powstała przez szybę i/lub okno z samochodu. Tylko wtedy miałam pod ręką aparat/telefon. Do tego kilka bliżej nie sprecyzowanych tematycznie zdjęć, które nie załapały się do wcześniejszych postów. Z góry przestrzegam, że jakość większości fotek jest, hmmmm, taka sobie - patrz wyżej info o robieniu ich w czasie jazdy. W zamian za brak dobrej jakości otrzymujecie dawkę odbitych w szybie samochodowej elementów wyposażenia samochodu oraz szczególnie natarczywe fragmenty jego pasażerów, jak również smugi ze spotkanych po drodze owadów wszelkiej maści, które nadają tym zdjęciom osobistego wyrazu i wyjątkowości ;) Większość obrazków zrobiona została zgodnie ze wszystkimi regułami metody zwanej: Oooooo! zobacz jakie super! zrób zdjęcie :) Niestety zdjęcia nie oddają piękna tego, co widziały moje oczy, mimo to mam nadzieję, że i Wam któreś przypadnie do gustu :)

Autostrada + Alpy + majestatyczne zamki (tu tylko jeden, któremu udało się załapać w obiektyw).
Cd. jw. + wjazd na włoską autostradę (jakże oni mają cudownie równy i cichy asfalt!) + kościółki/klasztory.
Cd. Alp + jeden z głównych kanałów komunikacyjnych Wenecji.
Napotkany "maluch" i karabinierzy w pakiecie ze "śpiącymi" parasolami plażowymi :)

Herbal Day Creme SPf 15 Ole Henriksen

Już dawno nie było na blogu posta kosmetycznego (nie wspominając już o tzw. kulinarnym). Dziś chcę nadrobić zaległości w tej pierwszej kategorii.
Opisywał Wam już dwa inne kosmetyki tej firmy - tonik oraz żel oczyszczający do mycia twarzy, dziś pora na krem. Mowa tu o Herbal Day Creme SPF 15 Ole Henriksen.

Przejdę od razu do rzeczy :) Tak samo, jak miało to miejsce w przypadku, dwóch innych używanych przeze mnie produktów firmy Ole Henriksen, tak samo i ten przypadł mi do gustu i zadowolił moja skórę.
Herbal Day Creme SPF 15 to mocno odżywczy krem z filtrem przeciwsłonecznym, który zapewnia intensywne nawilżenie skórze normalnej i mieszanej oraz wrażliwej.  Czyli - krem dla mnie! Można go stosować niezależnie od wieku. Mimo swojej bogatej konsystencji, która przywodzi mi na myśl balsam, krem jest lekki i szybko się wchłania nie pozostawiając żadnej lepkiej i tłustej warstewki. Jedyne o czym należy pamiętać nakładając go na skórę, to aby nie przesadzić z ilością kosmetyku. Wystarczy zaledwie odrobina kremu, żeby dokładnie pokryć nim całą twarz i szyję. Inaczej osoby posiadające cerę mieszaną lub tłustą mogą się trochę świecić w tych tłustszych partiach twarzy. Krem jest więc również bardzo wydajny. Stosuję go nieprzerwanie codziennie od marca i nadal mam 1/4 opakowania.



Po zastosowaniu Herbal Day Creme SPF 15 moja skóra była doskonale nawilżona, bardziej promienna i elastyczna oraz miękka i aksamitna w dotyku. Oczywiście im dłużej stosowałam krem tym bardziej widziałam poprawę stanu mojej skóry. Herbal Day Creme SPF 15 nie zapycha i nie powoduje powstawania żadnych zaskórników, czy krostek.
Herbal Day zamknięty jest w szklanym pojemniku z plastikową zakrętką, zabezpieczony przed niepożądanymi ciekawskimi palcami specjalna membraną.
Krem ma lekko morelowy kolor i, dla mnie, ledwo wyczuwalny ziołowy zapach.
Oczywiście produkt ten, jak wszystkie kosmetyki Ole Henriksen, nie jest testowany na zwierzętach, a jego opakowanie nadaje się do ponownego przetworzenia.

Pojemność
50 ml

Cena
320,- NOK (czyli jakieś 170 zł, ale warto szukać promocji, bo widziałam ten krem już w niższej cenie)

Skład
Octinoxate 7.5%, Oxybenzone 2%, Meridamate 3%. Water, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Glycerin, Stearic Acid, Glyceryl Stearate, PEG 100 Stearate, Cetyl Alcohol, Glycine Soja (Soybean) Oil, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Polysorbate 80, Sorbitan Oleate, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Squalane, Dimethicone, Carbomer, Zea Mays (Corn) Oil, Retinyl Palmitate, Cholecalciferol, Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower Extract, Potassium Hydroxide, Methylparaben, Propylparaben, Phenoxyethanol, Cymbopogon Schoenanthus Oil, Citral, Limonene, Yellow 5, Red 40.


W kremie Herbal Day SPF 15 znajdziemy:
- ekstrakty z rumianku i żywokost, które zmniejszają stany zapalne skóry, zapewniają działanie ściągające i uspokajają cerę,
- olej słonecznikowy wzmacnia, zmiękcza i wygładza skórę, dodatkowo wzmacniając działanie przeciwzapalne kremu, działa także przeciwrodnikowo
- wyciąg z soi zawiera niezbędne nienasycone kwasy tłuszczowe, witaminy i silne przeciwutleniacze, które odżywiają i chronią skórę,
- olejki eteryczne z trawy cytrynowej oczyszczają i odświeżają skórę, która dzięki ich działaniu staje się rozświetlona,
- olej z pestek winogron również zawiera niezbędne nienasycone kwasy tłuszczowe i przeciwutleniacze, który wzmacniają ochronny i odżywczy efekt działania kremu,
- dimethicone - emolient tzw. suchy, przyciąga i wiąże wilgoć w skórze,
- masło shea nadają owa aksamitna konsystencję kremowi oraz ze względu na swoje bogactwo w naturalną alantoinę, witaminę E, prowitaminę A, posiada właściwości wygładzające, natłuszczające, nawilżające, co sprawia, że skóra jest elastyczna, miękka i gładka.

Niestety krem ten ma pewną wadę, zawiera parabeny; są to Methylparaben oraz Propylparaben :(

Mimo to uważam, że to porządny krem. Nie zrobił mojej skórze krzywdy, poprawił jej stan. Przejrzałam używane w chwili obecnej przeze mnie kosmetyki i jedynie ten produkt zawiera jakiekolwiek parabeny, uważam więc, że nie jest źle.