Treviso

Wszystkie włoskie miasta, miasteczka i wsie, które dane mi było zobaczyć mają w sobie jakąś tajemniczość i urok typowy dla trochę zapomnianych miejsc, równocześnie tchną spokojem i wibrują podskórną energią. Być może Ci z Was, którzy byli we Włoszech też to zauważyli? Włosi potrafią relaksować się w sposób, który przywodzi mi na myśl zwisającego z drzewa leniwca, ale gdy się bawią, pracują, coś robią, są na w 100% naładowanych bateriach. A Włoszki? Niezależnie od tego, czy są niskie, czy wysokie; czy grube, czy chude; czy stare, czy młode, zachowują się jakby były królowymi życia! Nie wspominając już Włochów, którym we własnym mniemaniu żadna kobieta się nie oprze :) Choćby ten przystojniak był starszym panem w łysinką i sporym brzuszkiem :D
Wracając do czarujących włoski miasteczek przedstawiam Wam Treviso. Miasteczko znane głównie z tego, że ma małe lotnisko, gdzie lądują samoloty tzw. tanich przewoźników, przewożący spragnionych włoskiego wina i włoskich kobiet/mężczyzn turystów. Lecz współczesne Treviso to miasto łączące z wdziękiem to co stare z tym, co nowe. Treviso jest siedzibą takich marek odzieżowych jak Benetton, Sisley, Stefanel Diadora i Lotto Sport Italia, oraz urządzeń do parzenia kawy De'Longhi, a także marki rowerowej Pinarello. Miasto dzięki obecności marek Benetton i Sisley posiada jedną najbardziej znanych włoskich drużyn siatkarski - Sisley oraz  koszykarskich - Benetton Basket. Ale to nie koniec sportowych osiągnięć miasta, które jest także siedzibą Benetton Rugby Treviso, drużyny rugby! I, najważniejsze dla nas smakoszów, Treviso to miejsce narodzin jednego z najbardziej znanych włoskich deserów, tiramisu!!! :D (jadłam :) mniam) Treviso kryje w sobie wiele zabytków pochodzących z XV, a nawet XIII w. i niekoniecznie są to olbrzymie pałace i bazyliki. Miłego oglądania :)
Treviso również ma swoje kanały ...
... i kanaliki.
Uniwersytet w Treviso.
Targ rybno-owocowy. Pisząc owocowy nie mam tu na myśli owoców morza :)

Urokliwe uliczki...
... i urokliwe zakamarki.
Wiele budynków nadal ma stare, podniszczone, często ledwo widoczne zdobienia.
Nie mogło zabraknąć słynnego Fiata 500. Z lewej strony oraz u góry - stara wersja "pięćsetki", na dole - ich młodszy brat :)
Nienudne, zaskakujące i egzotyczne wystawy sklepowe. W bonusie :D Od lewej: wystawa butiku z odzieżą damską z Lambrettą di 150 GOLDEN SPECIAL z 1965 r.; wystawa piekarni; wystawa sklepu "Made in Japan". Dobrze, że była siesta :D
LUSHowy raj :) Pytanie: "Dlaczego leży tutaj ten ser?" - bezcenne :D
Romańsko-gotycki kościół św. Franciszka zbudowany przez zakon franciszkanów w latach 1231–1270.
Katedra św. Piotra, która powstała wskutek rozbudowy małego kościółka z XII w. Wewnątrz można podziwiać obraz Tycjana - Zwiastowanie oraz fresk autorstwa Giovanniego de Sacchis Pordenenone - Pokłon Trzech Króli.

"Nie będę wierną Julią na balkonie, nie będę Julią nawet w snach ..." - jakoś tak te ukwiecone balkony skojarzyły mi się z innym włoskim miastem :)


Czy któreś zdjęcie szczególnie przypadło Wam do gustu?

Wenecja

Tegoroczne wakacje zaliczam do bardzo udanych :) Zrobiłam sobie również wakacje od internetu i właściwie wszelkiej elektroniki! Dlatego nie mam zdjęć z każdego z miejsc w jakim byłam, nie uwieczniłam każdej chwili swojego wypoczynku, uznałam to za zbędne. To, co ważne i piękne pamiętam i widzę za każdym razem, gdy zamknę oczy, nie chciałam też wszędzie "strzelać" fotek zamiast po prostu cieszyć się urlopem. Moje tegoroczne wakacje były trochę z rodzaju tych objazdowych: Polska, Czechy, Austria, Włochy, Austria, Niemcy, Dania, Norwegia. Nie, nie obejrzałam i zwiedzałam każdego z wartych tego miejsc w/w krajach :) Ot, byłam tam przejazdem! A, gdy był na to czas i coś nas zainteresowało, poświęcaliśmy czas na zobaczenie tego, a czasami przypadkowo natrafialiśmy na interesujące miejsca.
W tym roku, pierwszy raz w życiu odwiedziłam Włochy (tak, tak, choć to się może niektórym z Was wydać dziwne); przede wszystkim cieszyłam się urokami okolic Wenecji. Dziś chcę się z Wami podzielić zdjęciami z tego pięknego miasta gondoli, lecz nie liczcie na to, że ujrzycie tu te najbardziej znane i oblegane zabytki. Wenecja ma najwięcej uroku tam, gdzie jest najmniej turystów :)
Wenecja wita! :) Panorama Wenecji w łodzi.

Aby nie było, że ja wcale nie byłam w Wenecji, tylko jakimś podobnym mieście ... ;) Po lewej Dzwonnica św. Marka, po prawej Bazylika św. Marka przytulona do Pałacu Dożów, któremu nie udało się załapać na zdjęcie :)


Most Westchnień nad Kanałem Pałacowym, na którym nikt niestety do mnie nie wzdychał ;)




U góry: malowana na ścianie budynku reklama sklepu z modą dla panów i odpoczywające gondole w porze siesty. Na dole: jedna z wielu bram/wejść prowadzących na cudowne podwórza i urzekający mały kanał.


Salon fryzjerski :)
Po lewej: jedno z tych tajemniczych, dających cień i wytchnienie podwórzy; po prawej: boczne drzwi Bazyliki św. Marka.
Kolejne drzwi :) Tym razem na Rio Menuo O De La Verona.
I sunąca tamże gondola :)
Kolejne gondole :)
Jest i Canal Grande!
Obsada wioślarska pań w wieku 50+ :) Różowe Lwy Wenecji nadchodzą! :D
Wędrując oddalonymi od głównych szlaków turystycznych uliczkami natknęłam się m.in. na pracownię masek skórzanych, w której starszy pan ręcznie kształtował według swojej wyobraźni kawałki skóry oraz na galerię ze sztuką współczesną, która mnie zachwyciła.
Niczym kadr z Jamesa Bonda ;)
Moje włoskie wakacje :)
Mam nadzieję, że się Wam podoba Wenecja z mojego punktu widzenia :)

"Od Astrid do Lindgren powieść biograficzna."


Tytuł: "Od Astrid do Lindgren powieść biograficzna."
Autorzy: Vladimir Oravsky, Kurt Peter Larsen i Autor anonimowy
Oryginalny tytuł: "Från Astrid till Lindgren"
Tłumaczenie: Bogumiła Ratajczak
Wydawnictwo: Wydawnictwo Czarne
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 160


Mała książeczka o wielkiej pisarce autorstwa trzech (!) osób, w tym jednej anonimowej. Niestety przedstawia ona jedynie niewielki wycinek z życia Astrid Lindgren.


Astrid poznajemy w trudnym dla niej okresie, młoda niezamężna kobieta spodziewa się dziecka. W małej miejscowości, jaką było Vimmerby, był to prawdziwy skandal. W tajemnicy przed ojcem, Astrid planuje wraz z matką swój wyjazd do Sztokholmu. Utrzymanie stanu Astrid w tajemnicy niestety nie udaje się i młoda dziewczyna opuszcza rodzinny dom w przykrej atmosferze. Panna Ericsson (nazwisko panieńskie Astrid) udaje się z pomocą Evy Anden, pani adwokat broniącej praw kobiet, do Kopenhagi, gdzie  zamieszka u znalezionej przez nią rodziny aż do rozwiązania i gdzie na świat wyda swoje pierwsze dziecko - syna Larsa. Co ważne, szpital, gdzie Astrid rodzi, jest jedynym w całej Skandynawii, gdzie porody były odbierane bez informowania o tym władz. Dlaczego to takie ważne? Gdyby tylko szpital poinformował władze o narodzinach nieślubnego dziecka przez młodą niezamężną kobietę, odebrano by jej to dziecko i umieszczono w jakimś sierocińcu. Takie załatwienie tego problemu, sprawiało, że matka zazwyczaj nigdy więcej nie zobaczyła swojego dziecka, a i warunki w jakiś dziecko dorastało było godne pożałowania. Dzięki pani Anden, Astrid nie tylko uniknęła publicznego napiętnowania, ale mogła także widywać się ze swoim synem i myśleć o wspólnej przyszlości. Lars bezpiecznie rósł w rodzinie zastępczej (pani Stevens), tej samej, która udzielila gościny ciężarnej Astrid.
Przyszła pisarka aby zarobić na swoją i syna przyszłość, na mieszkanie, na jedzenie itp. robiła wszystko, by znaleźć dobrze płatną prace. W tym celu najpierw zapisała się na kurs stenografii i maszynopisania przy szkole handlowej Bar-Lock w Sztokholmie; kurs ukończyła z wyróżnieniem.
Początkowo po ukończeniu kursów maszynopisania pracowała na stanowisku prywatnej sekretarki w dziale radiowym Szwedzkiej Centrali Księgarskiej, a jej przełożonym był Torsten Lindfors. W kolejnym roku została asystentką redaktora w Królewskim Klubie Automobilowym. Tam poznała swojego przyszłego męża, Sture Lindgrena.
W grudniu 1929 okazało się, że pani Stevens ze względu na chore serce, nie może już dłużej opiekować się Larsem, wiec Astrid zmuszona była zabrać go do Sztokholmu. Ale już kilka miesięcy później Lars trafił do gospodarstwa w Näs, czyli do dziadków :)
Przez cała książkę, możemy śledzić nielatwe losy Lindgren, jej ubóstwo, nędzne warunki, w jakich mieszkała po wyjeździe z rodzinnego domu i urodzeniu Larsa, głód zaglądający jej w oczy, trudne relacje z ukochanym ojcem, tęsknotę za Larsem i resztą rodziny pozostawioną w Vimmerby, ale przez cały czas widzimy też jej optymistyczne, pełne skrzącego się humoru spojrzenie na otaczający ją świat, siłę i odwagę Astrid i wreszcie rozkwit uczucia między Astrid i Sture Lindgrenem.

Książkę "połknęłam" chyba w godzinę lub niewiele ponadto - mała objętość + wielkość liter dla osób starszych (że niby już się do nich zaliczam?!?). Po za tym, ksiazka"Od Astrid do Lindgren ..." napisana jest żwawym językiem i rzeczywiście czytając ją można odnieść wrażenie, że młoda Astrid mogła kiedyś tam wypowiedzieć takie właśnie słowa, tak się zachować, ubrać itp. Mimo to trochę mi książka tchnęła jakąś taką sztucznością, wymuszeniem, no i pozostawiła wielki niedosyt. Chyba, że to był celowy zabieg? Autorzy mieli ciekawy pomysł na przedstawienie fragmentu życia pisarki, lecz, według mnie, nie do końca udała się im jego realizacja. Stąd moje mieszane uczucia po przeczytaniu "Od Astrid do Lindgren ..."; niby fajnie, ale ... Czuję się jakby ktoś mnie ograbił, z czegoś dla mnie istotnego.
Chętnie przeczytałam kolejną książkę o Astrid, choć ta nieco mnie zawiodła. Nie uważam bym straciła czas, bo żaden czas przeznaczony na przeczytanie książki nie jest czasem straconym :)


Ponoć autorzy tego maleństwa planują kolejne prace na temat dalszych losów Astrid Lindgren. Mam nadzieję, że autorzy doszlifują swój pomysł i ich kolejna książka wprawi mnie w zachwyt :)

Z powrotem :)

Jestem już z powrotem :) Pozałatwiałam, co miałam do załatwienia (i mam nadzieję, że w najbliższym czasie już nie będę musiała tego powtarzać). Dodatkowo w ramach nagrody "wakacjowałam się" :D Oba powody były dla mnie świetnym pretekstem do małego odwyku od internetu; odpoczęłam wyśmienicie! Zaraz biorę się za odpowiadanie na Wasze komentarze oraz przygotowanie nowych wpisów na bloga - ostatnie kilka postów zostało przygotowanych zawczasu i publikowały się automatycznie.
Niestety te kilka tygodni wolnego od regularnego blogowania spowodowało, że włączyło mi się "lenistwo postowe" - pełno pomysłów w głowie, sporo postów w zarysie, a nic konkretnego nie chce spłynąć spod palcy na klawiaturę :/
Co mnie cieszy, to fakt, że Norwegia powitała mnie piękną pogodą! Na zewnątrz bezchmurne niebo, delikatny wiaterek i od +23°C do +26°C. (w słońcu jeszcze cieplej!). Wczoraj po 22 mój termometr wskazywał +19°C, a dziś rano przed 7 +14°C :) Trzeba korzystać z takiej aury i się nią cieszy, bo jak śpiewała Anna Jantar "Nic nie może przecież wiecznie trwać." Dodatkowo właśnie rozpoczął się sezon na norweskie truskawki, które są bosko słodkie i przepyszne; pachną dla mnie latem na wsi :D Mogę więc spokojnie zapomnieć o planowaniu posiłków dla siebie i zatracić się w truskawkach! Nawet Morze Północne jakieś takie cieplejsze ;)
Długi pobyt poza Norwegią, jak i minimalna styczność z językiem norweskim, napawały mnie przed samym powrotem lekkim przerażeniem, że oto wszystko, czego z takim mozołem udało się mi do tej pory nauczyć, zapomniałam. Tu jednak również nastąpiło miłe powitanie ze strony Norwegii :)
Po zjechaniu w środku nocy z promu i przejechaniu zaledwie kilku kilometrów, zobaczyliśmy przed sobą migające na pomarańczowo światła sygnalizujące jakieś roboty drogowe przed nami (błe!!! - po rozkopanych Niemczech na widok takich znaków nie miałam już nawet sił się załamywać i wzdychać z rezygnacją). Naszym oczom ukazał się ubrany w odblaskowe kolory pan, który machając czerwonym znakiem/światłem nakazał nam się zatrzymać. Jako, że byliśmy pierwsi z kolejki zatrzymanych samochodów, ruszył ów pan w naszym kierunku, w celu wyjaśnienia nam powodu zatrzymania. Otworzyliśmy okno i zalał nas język norweski, który, o dziwo, zrozumiałam! Duma mnie rozpierała, że oto zrozumiałam calutką wypowiedź pana, tłumaczącego nam, że znakują drogę przed nami (malują białe pasy na drodze) i niestety będziemy musieli poczekać kilka minut zanim pojedziemy dalej. Tak, wiem, nie była to szczególnie długa i skomplikowana przemowa. Tak, wiem, pan, o którym wspomniałam mówił wyjątkowo ładnie i wyraźnie, jak na Norwegów. Tak, wiem, że zaraz się natknę na wiele niezrozumiałych dla mnie wypowiedzi i że mnóstwo nauki przede mną. Niemniej i tak ten drobny incydent sprawił mi radość :)

No, to teraz czas na pisanie i naukę. Do poczytania/usłyszenia/zobaczenia :)

Czy wiesz, że ... #2

... za protoplastów współczesnej Rosji uznawani są szwedzcy wikingowie?

Współczesna Rosja to kraj rozległy geograficznie, o długiej, bogatej i pełnej tajemnic historii. Rosjanie wywodzą nazwę swojego kraju od nazwy Ruś. Z kolei nazwę Ruś wywodzą od, np. słowa rossieje (rozsiane, daleko) lub od plemiona Roksolanów. Jednak już od jakiegoś czasu większość językoznawców oraz historyków jest pewna, że nazwa Ruś pochodzi od ugrofińskiego słowa Ruotsi, oznaczającego „mieszkańców wybrzeża". Tym słowem do dnia dzisiejszego nazywani są przez Finów Szwedzi. 
Fakt ten ma dowodzić, że to właśnie z terenów Szwecji przywędrowali założyciele Rusi. (Ale nie tylko ten, również odnalezione zapiski kronikarskie). Wikingowie byli nie tylko grabieżcami i wprawionym w bojach wojownikami wpadającymi w szał bitewny, jak widzi ich większość, ale byli też zmyślnymi handlarzami i kolonizatorami. Wikingowie szwedzcy, nieustraszeni poszukiwacze dostępu do najlepszych szlaków handlowych i dobrego zysku już od dawna zapuszczali się na wschód. Oczywiście zakładali na tych terenach swoje bazy wypadowe (m.in. w okolicach jeziora Ładoga, czy w pobliżu Lipawy w Grobinie). Ruryk, uważany za założyciela i pierwszego władcę Rusi, pochodził prawdopodobnie nie tyle ze Szwecji, co z Jutlandii, ale trzymał z wikingami i być może sam wchodził w skład jakiejś drużyny. Ruryk uważny jest za założyciela Nowogrodu. Część wikingów parła dalej w głąb lądu, gdzie ufortyfikowała istniejący już gród Kijów i skąd prowadziła dalsze rajdy, nawet na Morze Czarne. Następca Ruryka, Oleg, zajął Kijów i przeniósł do niego swoją siedzibę. Wikingowie wymieszali się z miejscową ludnością, również ze Słowianami, i tak dali początek Wielkiej Rusi Kijowskiej :)
Tak to wyglądało w wielkim skrócie i uproszczeniu :D

Lustereczko powiedz przecie, które miejsce w Norwegi jest najpiękniejsze na świecie? ;)

Jeśli ktoś z Was nie może wybrać się do Norwegii, by na własne oczy podziwiać piękno norweskiej natury albo też wybiera się do krainy trolli, lecz nie wie, gdzie się udać, może zajrzeć na stronę organizacji turystycznej Fjord Norway i podejrzeć Norwegię z lotu ptaka :)
Panoramiczne zdjęcia w wysokiej rozdzielczości zabiorą nas do ponad 40 miejsc, w tym:

na szczyt Kjerag


na Preikestolen

 
na najwyższą w Europie pionową ścianę skalną Trollvegen


na niezwykłą drogę - Atlanterhavsveien


 na wyprawę do Skåla


 czy na lodowiec Briksdalsbreen


Prawda, że pięknie? :) A panoramiczna podróż dostarcza jeszcze piękniejszych widoków, nie mówiąc już o osobistej podróży w zaprezentowane miejsca. Tylko takie małe ostrzeżenie dla tych, którzy sądzą, że Norwegia wygląda zawsze tak, jak na tych zdjęciach - mam tu na myśli warunki pogodowe. Otóż nie. Trzeba się liczyć z tym, że pogoda w Norwegii jest raczej kapryśna i dużo tu deszczu i wiatru oraz gradu i śniegu, wszystko zależy od regionu. Ale, kiedy już wyjdzie słońce, to gwarantuję, że kolory dookoła są właśnie tak intensywne jak na wyżej zaprezentowanych zdjęciach!
Które miejsce odwiedzicie albo chcielibyście odwiedzić jako pierwsze? :)


* Źródło zdjęć: www.fjordnorway.com

Ja czytam :) Ty czytasz? On/Ona czyta?

„Czytam dużo… Wykorzystuję tą przypadłość z przerażeniem, bo uzmysławiam sobie, że czasu coraz mniej, a książek coraz więcej. Chciałabym jak najwięcej pochłonąć, zapamiętać i zrozumieć..”
(Marta Fox, "Wielkie ciężarówki wyjeżdżają z morza")
 
Tak, to zdecydowanie o mnie! :) A Wy, czytacie? Może mi coś polecicie? Jestem otwarta na każdy rodzaj literatury :)
* Źródło zdjęć: www.pinterest.com


Rosyjski kontratak, czyli Dzień Zakochanych w lipcu :)

Wiadomo, Dzień św.Walentego lub też Dzień Zakochanych, święto 14 lutego, zatacza co raz szersze kręgi i staje się co raz bardziej popularne na całym świecie. Jest jednak alternatywa dla tych, którzy krzywią się na myśl o wszechobecnych serduszkach, amorkach i usteczkach w lutym, dostają nudności na dźwięk wszystkich "śłitaśnych" miłosnych wyznań polanych lukrem i marcepanem, razi w oczy komercjalizacja "zagramanicznego" i mocą marketingowców narzuconego "hamerykańskiego" święta :) No, chyba, że jest się przeciwnikiem kolejnego zaboru rosyjskiego i ewentualnej postępującej rusyfikacji narodu ;)
Jest nim obchodzony w dniu dzisiejszym Dzień rodziny, miłości i wierności (День семьи, любви и верности).
Rodzina - jedność pomysłów i idei :)
Stosunkowo niedawno, bo dopiero od 2008 roku, Rosja oficjalnie zaczęła obchodzić to jakże miłe i piękne święto.
W tym dniu (8 lipca) Cerkiew wspomina św.Piotra i świętą Fevronię, prawosławnych patronów małżeństwa; stąd inna nazwa tego święta - Dzień świętych Piotra i Fevronii (День Святых Петра и Февроньи) lub też Dzień Piotra i Fevronii z Murom (День Петра и Февронии Муромских). Ponoć Dzień świętych Piotra i Fevronii był obchodzony już na Rusi Kijowskiej, a świętujący udawali się tego dnia do cerkwi, by modlić się o pomyślność dla rodziny i o miłość. Dobrze widziane były zaręczyny 8 lipca (wróżyły młodym szczęście). Aż nastała Rewolucja Październikowa i rok 1917, kiedy to rewolucjoniści postanowili zerwać z cerkiewną tradycją, jakąkolwiek. W 2008 roku deputowani Dumy postanowili ustanowić bardziej laickie święto nawiązujące do tej tradycji i do legendy o dwójce świętych. Svetlana Medvedeva jest jednym z najbardziej aktywnych propagatorów nowego święta, którego symbolem jest biała stokrotka.
Trochę historii na temat patronów święta, będących dla współczesnych (i nie tylko) Rosjan ucieleśnieniem cech, które tradycyjne były od zawsze wiązane z prawosławiem i z ideałem małżeństwa. Są to mianowicie: pobożność, wzajemna miłość i wierność do, przysłowiowej, grobowej deski, okazywanie miłosierdzia i czynienie aktów nim podyktowanych, opieka nad rodziną i zaspokajanie jej potrzeb.
Promotorzy Dnia rodziny, miłości i wierności, pragną, by w co raz szybciej zmieniającym się świecie, by mimo pędzącego życia i pogoni za dobrami doczesnymi/materialnymi, ludzie nie zapominali o tym, że rodzina jest najważniejsza. Święto ma na celu propagowanie rodziny, miłości i wierności jako nieprzemijalnych wartości w życiu każdego człowieka.
Jak mówi Opowieść o Piotrze i Fevroniiовесть о Петре и Февронии Муромских), on (Piotr) był księciem i synem księcia Jurija Władimirowicza z miasta Murom, po którym objął tron w 1203 r.; ona (Fevronia) - mądrą i pobożną kobietą, obeznaną ze sztuką zielarską, lecz pochodzącą z gminu. Los (lub Bóg, jak kto woli) zetknął ich, gdy książę Piotr zaniemógł (zachorował na trąd) i nikt nie potrafił mu pomóc. Piotrowi przyśniło się, że tylko piękna Fevronia jest w stanie mu pomóc. Kiedy tylko dziewczyna pojawiła się przed obliczem księcia ten zakochał się w niej i obiecał, że jeśli go wyleczy, ożeni się z nią. Skromna Fevronia oczywiście księcia wyleczyła, a ten oczywiście nie dotrzymał słowa. Jednak niedługo potem, choroba ponownie go zmogła i posłano po Fevronię. Książę po raz drugi obiecał zielarce małżeństwo w zamian za pozbycie się dręczącej go choroby. Tak jak poprzednio, Fevronia uzbrojona w swoja wiedzę i wiarę, wyleczyła księcia. Tym razem jednak Piotr dotrzymał danego jej słowa i został mężem Fevronii.
Po śmierci swego brata, Piotr odziedziczył tron książęcy. Szlachta była mu bardzo rada, ponieważ cenili i szanowali księcia. Jednak bojarzy nie mogli znieść "chłopki" na "salonach" i postanowili zmusić Piotra, do oddalenia ukochanej żony. Ten słysząc o ich zamiarach zrzekł się tronu i bogactwa i wraz z Fevronią, udał się na wygnanie.
Wkrótce w Murom zaczęły się zamieszki, kłótnie pomiędzy szlachtą, walka o tron. Szlachta poszła jednak po rozum do głowy, zwołała radę i zaprosiła księcia i jego żonę z powrotem. Książę i księżna powrócili, a Fevronii udało się zdobyć miłość i szacunek szlacheckich żon. I, jak to bywa w legendach żyli długo i szczęśliwie :)
U schyłku swego życia, zapobiegliwi małżonkowie, złożyli śluby w różnych klasztorach i prosili Boga, aby pozwolił im umrzeć tego samego dnia. Przykazali również, aby pochować ich razem w zawczasu przygotowanym grobie kamiennym z cienką przegrodą po środku. Legenda głosi, że Piotr i Fevronia zmarli nie dość, że tego samego dnia, to jeszcze o tej samej godzinie!

To jednak nie koniec historii miłosnej. Bo lud, prosty, by nie rzec, że ciemny, uznał taki koniec małżonków za podejrzany, a ich pomysł pochowania w jednej trumnie za bezbożny i niezgodny z mnisim życiem. Dlatego nie uszanowano ostatniej woli Piotra i Fevronii i pochowano ich oddzielnie w różnych miejscach. Jednak już następnego dnia znaleziono ich ciała razem w przygotowanym grobie. Dwukrotnie jeszcze przenoszono ich ciała i dwukrotnie znajdowano je następnego dnia we wspólnej mogile. W końcu małżonkowie zostali pochowani razem w mieście Murom w soborze pw Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, zbudowanym nad ich szczątkami jako dar wotywny przez Iwana Groźnego. Obecnie ich szczątki wystawione są w chramie Świętej Trójcy w Klasztorze Świętej Trójcy w Muromie. Piotr i Ferovia zostali kanonizowani w 1547 r.
Opowieść o Piotrze i Fevronii przedstawia nam moc przemieniającej miłości, o zwycięstwie dobra i wierności nad złem, zdradą i oszustwem. Historia ta stała się tez początkiem wielu legend, cudów związanych z działalnością księcia i księżnej.


W dniu świętych Piotra i Fevronii w tradycji prawosławnej nie znajdziecie żadnych prezentów w kształcie serca, wieczorów z winem przy świecach itp. Nic w stylu Walentynek. Za to, zgodnie z tradycją, prawosławni w ten dzień modlą się w soborach i cerkwiach. Młodsi proszą Boga o wielką i szczerą miłość, starsi - o zgodę i harmonię w rodzinie.
Dzień rodziny, miłości i wierności, to bardzo popularny dzień w Rosji (i przynoszący szczęście) na zawieranie ślubów i organizowanie wesel.

Spędź ten dzień z rodziną, najbliższymi, otoczony miłością i wiernością, nawet jeśli nie przepadasz za wszelkimi świętami tego typu  - przecież tak często brakuje na to czasu :)


*Źródła zdjęć (podaję w kolejności ich zamieszczenia w poście): http://givelife.ucoz.ru; http://www.pravmir.ru; http://chudopomolitve.ortox.ru; http://www.murom.ru

Migawki #2

Głowę mam pełną pomysłów na wpisy, ale wciąż nie mam wystarczającej ilości czasu, żeby usiąść i ładnie wszystko ubrać w odpowiednie słowa. Może w sierpniu, gdy uda się mi już wszystko uporządkować, pozałatwiać, lepiej wyjdzie mi składne przelewanie myśli w posty blogowe. Tak teraz zerknęłam na będące w przygotowaniu posty i widzę recenzje książkowe (jak na razie 5), trochę recenzji kosmetycznych (mam pozaczynane aż 9 takich recenzji!), trochę ciekawostek, coś o domowej zaawansowanej depilacji. Oczywiście cały czas dochodzą nowe pomysły, nowe zdjęcia.
Tymczasem chciałam Wam pokazać trochę zdjęć z ostatnich tygodni. Tym razem bez pięknych norweskich widoków (prawie), za to z małą dozą norweskich doznań kulturalnych, polskimi wiewiórkami i ciastkami z dedykacją :D
Zacznę od wizyty w Norsk Oljemuseum (Norweskie Muzeum Ropy Naftowej)
Model jednej z platform znajdujących się na Morzu Północnym. Wybaczcie nie pamiętam, która to z platform. Model robi wrażenie (zresztą tak samo, jak pozostałe). Jeśli przyjrzycie się dokładniej zdjęciu zobaczycie, nawet helikopter na lądowisku i jego niewielki rozmiar w porównaniu z platformą.
Wiertła, używane na platformach w procesie wydobywania ropy. Te dwójka to tylko część z kolekcji zaprezentowanej w Muzeum.

W jednej z sal Norsk Oljemuseum można na bieżąco śledzić naftowy fundusz/kapitał, cenę ropy naftowej na dzień obecny, dzienna produkcja ropy naftowej w baryłkach.
Dwa cudnej urody aparaty telefoniczne z platformy.
W jednym a pomieszczeń znajduje się taki oto model Ziemi. Cały model nawiązuje do Ziemi jako żywego organizmu i wewnątrz tej różowo-czerwonej kuli znajduje się mechanizm imitujący oddychające płuca, bijące serce, krążącą w żyłach krew naszej planety. Dodatkowe te cyfry, które widzicie na zdjęciu, ulegają non stop zmianie. Górna liczna to liczba ludzi zamieszkujących Ziemie, dolna - światowa emisja CO2.
Po lewej: jeden z hełmów, w których pracują nurkowie przy naprawach i konserwacji platformy. Do hełmów można było włożyć głowę, tak samo jak w rękawy z rękawicami z kombinezonów nurków i przekonać się, jak trudna musi być praca w takim stroju na głębokości kilkudziesięciu metrów pod wodą. Po prawej - "podwodny helikopter". Nie pytajcie co, nie potrafię wytłumaczyć, trzeba pójść, obejrzeć i  dokładnie przeczytać. Ja to ostatnie miałam mocno utrudnione z racji pobytu w muzeum z kilkuletnim chłopcem, który był ciekaw wszystkiego dookoła, ale nie na tyle długo, żeby móc się dokładnie wczytać w, szczególnie te dłuższe, opisy eksponatów :)
Te zdjęcia to tylko niewielki wycinek z tego, co można z Muzeum obejrzeć. Są też projekcje filmów, jest kącik specjalnie dla dzieci - wzorowany na platformie Troll. Każdy eksponat jest opisany po norwesku i po angielsku, ale przy wejściu do Muzeum można znaleźć krótkie broszury informacyjne w wielu językach, m.in. po polsku. Bilet dla osoby dorosłej to koszt 100 NOK. Ale jak już się go raz kupiła, to można sobie wyjść z muzeum i za jakiś czas, tego samego dnia, wrócić z tym samym biletem. Nie trzeba kupować kolejnego. Na terenie Muzeum znajdziecie oprócz wystaw i eksponatów, bibliotekę oraz kafejkę i sklepik z pamiątkami.

Teraz ciąg dalszy migawek, ale już "mniej kulturalny" :)
Kwiatowo :)
Spacerowo :) To jeszcze maj w pobliskim parku. Ten mały ptaszek z górnego zdjęcia, nie chciał się od nas odczepić przez większość spaceru. Niestety nie byliśmy odpowiednio przygotowani na jego towarzystwo, przez co uznał nas za niewychowanych gburów i w końcu udał się na poszukiwanie innych kompanów; może lepiej zaopatrzonych w okruszki bądź ziarna :)
Gdyby droga była wybrukowana na żółto, miałabym pewność, że zmierzam do OZ :D
Książka + zielona herbata = udany dzień :)
Basia, basia, basia ... Eeee, tam, w Łazienkach Królewskich w Warszawie, nawet nie zdążyłam pomyśleć o zawołaniu wiewiórek, bo one już były wszędzie dookoła :) A, szybkie są skubańce! Większość zdjęć bez ustawionego trybu sportowego przedstawiała rozmazaną rudą smugę :D
A na koniec, ciastka ze specjalna dedykacją :D Pyszne, lekko maślana, rozpływające się w ustach. A do tego zdrowe! :D 
Mhmmmmmm :D