Jędrne pośladki w 30 dni - podsumowanie.

Przyszedł czas na krótkie podsumowanie mojego miesięcznego wyzwania, które miało na celu zagwarantowanie mi ładniejszej pupy, a także zmotywować mnie do regularnego ćwiczenia.
Przyznam się, że rozpoczynając to wyzwanie byłam pewna obaw, czy mu podołam. Nie leżę całymi dniami do góry brzuchem, dużo chodzę ,maszeruję, czasami chodzę na pilates, ale jednak gdy zobaczyłam 150, 200 i 260 powtórzeń, przemknęło mi przez głowę, że być może moje nogi tego nie wytrzymają ... Na szczęście moje obawy okazały się być bezpodstawne, a im dłużej robiłam przysiady (bądź składy, jak bywa nazywany ten rodzaj ćwiczenia) tym było mi łatwiej i sprawiało mi to co raz więcej przyjemności. Co prawda, kiedy dotarłam do dnia, w którym przyszło mi zrobić około 100 powtórzeń, przeszłam mały kryzys. Wtedy właśnie najmocniej drżały mi mięśnie ud, a każde powtórzenie wymagało ode mnie najwięcej siły. Po tej 100 jakby ktoś mnie zaczarował! Każdy kolejny dzień powtórzeń był co raz łatwiejszy :) Ostatecznie, końcowe 260 przysiadów zrobiłam nie wiadomo kiedy i tak się zapamiętałam w tym przysiadowym wyzwaniu, że spostrzegłam pewnego dnia, że oto dobiłam do 300 powtórzeń :D
Każdy przysiad robiłam stojąc bokiem do lustra, tak abym mogła kontrolować swoją postawę w trakcie wykonywania ćwiczenia. Ponieważ poprawna postawa ma tu kluczowe znaczenia dla końcowych rezultatów. W połowie wyzwania, za namową pewnej miłej osóbki, wzięłam w ręce obciążenie (1 litrowe butelki wypełnione wodą, dla mnie były najbardziej poręczne) i tak wykonywałam pozostałe przysiady + dodatkowe ćwiczenie wzmacniające ręce.
Te 30 dni z przysiadami przysłużyło się świetnie nie tylko moim pośladkom, ale też bardzo pomogło moim udom. Moja pupa rzeczywiście stała się bardziej jędrna, twardsza, zrobiła się jeszcze bardziej ładnie zaokrąglona. A i uda są bardziej, jakby to nazwać, zwarte.
Aby podtrzymać osiągnięty efekt będę 2-3 razy w tygodniu nadal robić około 150-170 powtórzeń dziennie - to taka najbardziej optymalna dla mnie ich ilość. A za jakiś czas ponownie wrócę do 30-dniowego programu.
A już niedługo opiszę Wam moje nowe wyzwanie :)

Liebster Blog

Całkiem niedawno otrzymałam wyróżnienie Liebster Blog od Agaty z bloga White and Red in Norway. Bardzo dziękuję Ci za tą jakże miłą nominację/zaproszenie :) :*


Najpierw pokrótce zasady."Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował"

Odpowiedzi na pytania Agaty
1. Ulubione perfumy ?
W chwili obecnie Flower by Kenzo.

2. W jakim kraju chciałbyś zamieszkać?
Oprócz tego, w którym mieszkam obecnie?:) To byłaby Japonia lub Islandia :D

3. Ulubiony kolor na pazurki ?
Malinowa czerwień i czerń/ciemny granat.

4. Co w sobie najbardziej lubisz?
Empatię i oczy :)

5. Ulubione danie?
Hmmmm... Yakitori i surówka z kapusty kiszonej :)

6. Wieczór przy ognisku czy kominku?
Przy ognisku. Choć najlepszy byłby kominek w otwartym paleniskiem :D

7. Gdybyś wiedziała że to Twój ostatni dzień życia jak byś go spędziła?
Szczerze? Nie wiem. Mam wiele pomysłów. Np. bieganie z obłędem w oczach i krzykiem na ustach: nie zdążę wszystkiego przeczytać, nie zdążę wszystkiego przeczytać! Albo miłe i radosne spędzenie czasu z najbliższymi. Albo oddałabym się medytacji.

8. Ulubiony program którego nie możesz przegapić?
Nie ma takiego, ponieważ nie oglądam telewizji.

9. Lato czy zima?
Jesień :)

10. Srebro czy złoto?
Srebro albo białe złoto albo spatynowane złoto.

11. Pracować/uczyć się czy leniuchować?
Wybieram pierwszą opcję!:)

Oczywiście miałam pewne trudności z wyborem blogów, które mogłabym nominować. Okazuje się, że większość czytanych przeze mnie blogów to blogi istniejące w blogosferze już dłuższy czas i mające wielu obserwatorów. Na pewno nie można je nazwać początkującymi. Po za tym zawsze mam obaw przy tego typu zabawach, że osoba nominowana może nie być zachwycona zaproszeniem. Dlatego na mojej liście nominowanych nie ma 11 blogów. Mam nadzieję, że wybaczycie mi tą małą różnicę oraz dołączycie do zabawy:)

Oto lista nominowanych przeze mnie blogów
http://www.tylkosubiektywnie.com/
http://anianawyspach.blogspot.no/
http://ciastco.blogspot.no/

http://cosmeticobsessionaci.blogspot.no/
http://decuscrap.blogspot.no/
http://vixen-view.blogspot.no/ - zmuszę Cię do napisania czegoś :P

http://mademoisellee-j.blogspot.no/

Moje pytania
1. Twoje trzy życzenia do złotej rybki to ...
2. Jaką ciekawą książkę przeczytałaś ostatnio?
3. Kubek, czy filiżanka?
4. Twoja największa słabość to ...
5. Czy jest jakaś postać (książkowa, filmowa, historyczna itp.), z którą łatwo Ci się identyfikować? Jaka?
6. Film, który warto według Ciebie obejrzeć?
7. Dokończ: Nigdy nie mam dość ...
8. Jesteś sową, czy rannym ptaszkiem?
9. Piosenka, od której nie możesz się uwolnić?
10. Gdy zamykasz oczy ..
11. Prowadzę bloga, bo ...

Dodatkowo, chętnie przeczytam odpowiedzi na moje pytania każdej chętnej do wzięcia udziału w zabawie osoby, niekoniecznie tej z nominowanego bloga. Podzielcie się nimi w komentarzach, z przyjemnością dowiem się o Was czegoś więcej :)

Zielono mi!

A, to za sprawą wygranej w konkursie zorganizowanym przez Zielone Laboratorium. Dodam, że wygranej pachnącej smakowicie. Wygranej pachnącej rozgrzanym ogrodem. Wygranej, dzięki której mam szansę wypróbować cudownie zielone kosmetyki dwóch sióstr: Sylwii i Aleksandry.
Oto, co mówią na temat swoich kosmetyków twórczynie Zielonego Laboratorium.
"Natura jest bazą
To kosmetyki przygotowane nie tylko dla wegan, ale też z myślą o ludziach, którym bliski jest los wszystkich zwierząt. Dla których przejście na dietę wegańską to zbyt duży krok, ale którzy chętnie połączą codzienną pielęgnację skóry z pomocą dla zwierząt. Nie znajdziecie tu wosku pszczelego czy mleka. Żadnych surowców odzwierzęcych. Pełen szacunek dla zwierząt, przyrody i dla ludzi. Są to kosmetyki, gdzie natura jest bazą."
"Pasja tworzenia
W naszym laboratorium próbujemy uchwycić dobroczynną moc słońca i deszczu, która razem z sokami z owoców spłynie do baz kosmetycznych. Laboratorium to miejsce, gdzie oddech przyspiesza mocniej, a nowe receptury same wpadają do głowy. Nad całym procesem czuwam ja (Sylwia - technolog, kosmetolog), wyciskam, tłoczę i innowacyjnie zestawiam ekstrakty owocowe, ziołowe, wyciągi z warzyw."
"Tylko natura
W Zielonym Laboratorium nie ma miejsca dla PEGów, silikonów, parabenów, za to półki uginają się od olejków roślinnych i masła shea. Ponieważ jestem weganką, wychodzą niezwykłe produkty!"
"Nie krzywdzić zwierząt
Ponadto wybierając nas stajesz się przyjacielem zwierząt. Wspieramy bowiem fundację VIVA! Akcja dla Zwierząt. Jesteśmy zdania, że kosmetyki powinny powstawać bez udziału składników zwierzęcych i bez ich cierpienia związanego z testami produktów. Dlatego, jeśli to tylko możliwe, wybieramy składniki, które nie były testowane na zwierzętach. Jest to niełatwym zadaniem, gdyż prawie wszystkie surowce zostały już przetestowane (nawet woda!). My
jednak stawiamy na takie surowce, które przebadano już dawno temu."

Moje zielone trio :)
Od lewej: Żel do mycia energetyzujący z żurawiną i jabłkiem, Szampon aromaterapeutyczny z olejkami eterycznymi, Odżywka do włosów odbudowująca z miętą, jabłkiem i ekstraktem zbożowym.

"Aplikując nasz krem, uśmiechnij się - to tak, jakbyś poczęstowała skórę soczystym koktajlem owocowym. Naturalna radość." - zalecają Sylwia i Aleksandra.
Jakże mogłabym postąpić inaczej?! Skoro samo otwarcie pojemniczka z kosmetykiem uwalniające tak piękne aromaty wywołuje u mnie uśmiech :) Dziękuję Ci Zielone Laboratorium :) A Wy, moi, czytelnicy, spodziewajcie się za jakiś czas, postów dotyczących, przetestowanych już wtedy, kosmetyków ogrodem pachnących.

"Zniknięcie słonia"

Tytuł: "Zniknięcie słonia"
Autor: Haruki Murakami
Oryginalny tytuł: "Zō no shōmetsu"
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA S.A.
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 376



Dziś chcę Was zachęcić do spojrzenia na prawdziwy świat przez okno w surrealistycznej ramie :) A zagwarantuje Wam to japoński pisarz Haruki Murakami.

Zbiór opowiadań Murakamiego był moją odtrutką na "dzieło" pani E.L.James i sprawdził się w tej roli bardzo dobrze! :) Co tu dużo kryć należę do fanów Japończyka, więc jeśli tylko mam możliwość, aby na mojej półce pojawiło się coś z jego twórczości, nie protestuję i kupuję :) Bardzo ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam ten zbiór 17, już dość starych, opowiadań pisarza. Utwory wchodzące w skład zbioru "Zniknięcie słonia" pochodzą głównie z lat 80-tych i 90-tych. Każde z opowiadań jest inne od następnego i poprzedniego. Do tego, jak to bywa z Murakamim, trudno dokładnie wytłumaczyć, czy po prostu przekazać treść, każdego utworu zawartego w zbiorze. No, nie da się! Dlaczego? Ano dlatego, że połączenie rozbuchanej wyobraźni pisarza z jego wirtuozerią w operowaniu słowem, dają życie tak niezwykłym postaciom na kartach tej książki, że moje (czyt. zwykłe) słowa nie są w stanie tego opisać. Próby streszczenia Wam pokrótce zawartych w/w zbiorze opowiadań wypadłyby blado i nie brzmiałyby intrygująco, zabiłabym ten magiczny świat stworzony przez Murakamiego. Tu trzeba długiej opowieści. Po, co więc mam narzucać Wam własne spojrzenie (i to w rozwlekłej, pełnej dygresji formie), skoro możecie sami sięgnąć po "Zniknięcie słonia". Historie opowiadane przez Murakamiego są, z jednej strony, zupełnie zwykłe, prozaiczne, a z drugiej, niewyobrażalne i absurdalne, często ocierające się o szaleństwo! Rozbraja mnie fakt, że pisarz umieszcza swoje postacie, jakby w dwóch różnych, wydawałoby się wykluczających, światach i sprawia, że czytelnik wierzy mu, że to wszystko jest możliwe, prawdziwe! To dzięki twórczości niedoszłego noblisty odkryłam i uwierzyłam w magię szarej rzeczywistości :)

"W tym zbiorze opowiadań, podobnie jak w Przygodzie z owcą i w Końcu Świata, Haruki Murakami powodowany geniuszem i odrobiną szaleństwa przypuszcza frontalny atak na normalność, zmieniając i całkowicie dowolnie kształtując rzeczywistość. Ptak nakręcacz każdego dnia nakręca sprężynę świata. Pracownik działu kontroli jakości doznaje olśnienia, patrząc na kangury, i dowiaduje się, czym jest wielka niekompletność. W ciało robotnika z fabryki słoni wnika od dawna poszukiwany przez policję tańczący karzeł. Atak irracjonalnego głodu powoduje, że młode małżeństwo dokonuje nocnego napadu na bar McDonalda. Dziewczyna odkrywa, że budzący grozę zielony zwierz, który rozkopuje ogródek, jest w niej zakochany, a ona nie potrafi mu się oprzeć.
Śmieszne, niezwykłe, wyjątkowe – wszystkie opowiadania zebrane w antologii Zniknięcie słonia są dowodem, że Haruki Murakami, mistrz formy, umie z całkowitą swobodą przekroczyć wszelkie granice między światem powieściowym i realnym."
   
Ten zbiór 17 opowiadań można by nazwać próbką twórczości Murakamiego; choć moim zdaniem nie oddają one całkowicie talentu pisarza i sama mam innych ulubieńców spod znaku H.M. :D. O, czym są opowiadania? O ludziach i wszystkim tym, co się z nimi wiąże: samotnością, duchową pustką współczesnego życia, miłością, bólem, ucieczką od problemów i przeznaczenia etc.. Historie zawarte w "Zniknięciu słonia" prowokują do myślenia, są zabawne, momentami figlarne i głębokie jednocześnie. Jedyne, co musi zrobić czytelnik sięgający po jakąkolwiek twórczość Murakamiego (także po ten zbiór), to dać mu szansę, otworzyć umysł na nowe literackie doznania i zobaczyć, to, co kryje się pod pierwszą warstwą czytanej historii, pod drugą, trzecią i kolejną... A jeśli opowiadania nie przypadną Wam do gustu sięgnijcie po "Kafkę nad morzem", "Wszystkie boże dzieci tańczą" lub inną powieść pisarza. Osobiście wolę Murakamiego w dłuższym wydaniu :)

Na koniec mój gorący apel: Szanowne grono przyznające co roku Nobla literackiego, proszę, uhonorujcie wreszcie Murakamiego! :)


Książka bierze udział w Wyzwaniu: Czytam Murakamiego 


"Oczyszczenie" Antti Jokinen

Tytuł: "Oczyszczenie"
Tytuł oryginalny: "Puhdistus"
Reżyseria: Antti Jokinen
Obsada: Laura Birn, Liisi Tandefelt, Amanda Pilke,  Peter Franzén , Krista Kosonen,  Tommi Korpela,  Jarmo Mäkinen,  Kristjan Sarv
Produkcja: Finlandia, Estonia
Rok produkcji: 2012
Czas: 1 h 50 minut



"Oczyszczenie" to trudna i pełna cierpienia historia dwóch różnych kobiet, prześladowanych przez zmory przeszłości. I to właśnie ta przeszłość wiąże je ze sobą, wydobywając na światło dzienne otaczające je wstyd, kłamstwa, strach, przemoc.
Starsza z bohaterek, Aliide doświadczyła okropności epoki stalinowskiej i deportacji Estończyków na Syberię. Jednak nie te wspomnienia bolą ją najbardziej, nie one dręczą ją już od tylu lat. Młodsza bohaterka, Zara, poznaje Aliide, podczas swojej ucieczki ze szponów rosyjskiej mafii, przetrzymującej ją jako prostytutkę. Obie kobiety są podejrzliwe wobec siebie, nie ufają sobie. Jednak spędzony razem czas przywołuje wspomnienia, które ujawniają mroczną historię łączącą bohaterki.
Film oparty jest na bestsellerowej powieści Sofi Oksanen o tym samym tytule, która zdobyła kilka nagród, w tym Nordic Council’s Literature Prize, FNAC Prize in France and the European Book Prize. UK Sunday Times wybrał "Oczyszczenie" jako jedną z najlepszych książek 2010 roku.
Mimo, że "Oczyszczenie" należy zaliczyć do kategorii dramatu, nie jest to film, który wprawia w długotrwałe męczące przygnębienie. Reżyserowi udało się mimo poruszanego tematu nadać filmowi pewną lekkość, która sprawia, że wciąż wierzymy, że wszystko skończy się dobrze. Sceny przemocy (głownie natury seksualnej) nie są zbyt drastyczne. Lecz ja oglądając je w zderzeniu z pozostałymi, pełnymi spokoju scenami filmu oraz z pięknem i sielskością wiejskich krajobrazów Estonii, czułam momentami takie bliżej nieokreślone ukłucia, całe moje ciało spinało się. Możliwe, że jest to celowy zabieg reżysera. Jeśli tak, to udał się mu on znakomicie!

Na ten fińsko-estoński film trafiłam przypadkiem, szukając czegoś egzotycznego i interesującego. I udało się, znalazłam "Oszczyszczenie":) Polecam każdemu, kto lubi dobre i inteligentne kino. Teraz już tylko odczuwam ogromną potrzebę, by przeczytać książkę Sofi Oksanen, pierwowzór filmu.

Migawki #1

Zauważyłam, że wrzucam na bloga sporo różnych zdjęć i raczej się to nie zmieni, bo tak sobie pstrykam całkiem sporo. Dlatego postanowiłam moją zbieraninę zdjęć, którymi się z Wami dzielę trochę ogarnąć i uporządkować przy okazji nieco bloga. Od dziś, takie posty zatytułowane Migawki będą co jakiś czas pojawiać na moim blogu; znajdziecie tam zawsze mix przeróżnych zdjęć z minionych dni. 
Na początek gorące plażowe zdjęcia, z gorącym piaskiem i niegorącym zupełnie morzem w tle :) Temp. powietrza w słońcu 34 stopnie Celsjusza, temp. wody - 8 stopni Celsjusza!

Spacer z drepczącym po piętach wścibskim ptaszkiem :) Jeszcze niezielona wiosna, ale równie piękna; rude wrzosy, sosny i brzozy, a w tle domek z trawą na dachu.

Tak, to znowu morze :D Tym razem w pochmurny dzień wybraliśmy się nie tylko pochodzić po plaży, ale też po pobliskich górkach i bunkrach z okresu II wojny światowej. Ta koślawa drabinka przerzucona jest nad drucianym ogrodzeniem zagradzającym wszechobecnym owcom rozejście się we wszystkie strony. Ogrodzenie było pod napięciem, o czym informowała żółta plakietka. Wędrując po Norwegii można często natknąć się na te drabinki, choć dotknięcie tylko niektórych ogrodzeń grozi łechtaniem prądem :) Ta drabinka to także niepisany znak, że możesz człowieku wędrować dalej :D
Słowa się rzekło o bunkrach ... Całe wybrzeże norweskie usiane jest mnóstwem bunkrów pozostałych po II wojnie światowej. Oczywiście w większości wystają jedynie niektóre budynki naziemne oraz pozostałości po stanowiskach artyleryjskich. Cała sieć (a jest ona gigantyczna!) korytarzy i innych pomieszczeń skrytych we wzgórzach jest zamurowana i zasypana. Tu na lewym dolnym zdjęciu widać stanowisko po dziale, a po prawej stronie odkryty jeden w korytarzy, łączący widoczne stanowisko z niedostępnymi już dziś pomieszczeniami ukrytymi pod ziemią. Oczywiście można sobie pochodzić po nie co zagruzowanym korytarzu, co niniejszym uczyniłam i czułam się jak dziecko odkrywające ukryte skarby :D
Odkrywania bunkrów ciąg dalszy :) Od lewej: jedne ze schodków widocznego na wcześniejszym zdjęciu odkrytego korytarza; drugi koniec korytarza kończy się częściowo zasypanym wejściem do kompleksu podziemnych pomieszczeń; ten sam otwór widziany od środka - musiałam sprawdzić, jak daleko można wejść :) Niestety dostępne dla zwiedzających :P było jedynie małe ciemne pomieszczenie, dalsze korytarze i pomieszczenia są zamurowane na amen. 
Zachwyciło mnie to drzewo barwą swoich liści. Tak, tak, to nie kwiaty, tylko liście! Czerwone rudzielce - jak je nazwałam na własnych użytek :)

Za mundurem panny sznurem ... A, jak panny są w mundurze to, co wtedy? To też panny sznurem - patrz ja :P Maszerująca grupa to nie żadne wojsko lądowe, morskie, czy powietrzne, a część orkiestry reprezentacyjnej kolei żelaznych, biorącej udział w paradzie 17 maja :D Na mniejszych zdjęciach widać spadochroniarzy skaczących z przyczepionymi flagami Królestwa Norwegii, którzy wylądują na wodach znajdującego się pod nimi fjordu w środku miasta :) To również część obchodów Święta Konstytucji.
I zmieniamy temat :D Moje przekąski i napitki, więc nie ma co się rozpisywać :)

Na dobranoc zachód słońca prosto z mojego salonu :D Godzina 22:18. Natta :)


Norwegia świętuje!

Gratulerer med dagen! Jeg ønsker deg/ dere alle en fin 17.mai! 
Tego typu pozdrowienia będzie można dziś usłyszeć na norweskich ulicach i w norweskich mediach. Te słowa od wczoraj są najczęściej powtarzane na wszelkich norweskich stronach internetowych.
17 maja jest dla Norwegów bardzo ważnym dniem. To właśnie 17 maja 1814 r. w Eidsvoll została uchwalona przez Zgromadzenie Konstytucyjne konstytucja Królestwa Norwegii .Tego samego dnia, książę Christian Frederik, został wybrany na króla Norwegii.
Konstytucja norweska jest inspirowana Deklaracją niepodległości Stanów Zjednoczonych. Ustawa zasadnicza Norwegii opierała się na tradycjach rewolucji francuskiej oraz angielskiego systemu parlamentarno-gabinetowego. Konstytucja ta obowiązuje do dziś, oczywiście z wprowadzonymi na przestrzeni lat, zmianami. Norweski Parlament (Storting) po raz pierwszy obchodził Święto 17 maja dopiero w 1836 r.
17 maja to również Święto flagi.  I rzeczywiście tego dnia prawie każdy dom przystrojony jest norweską flagą, na każdej wystawie sklepowej są nie tylko norweskie flagi, ale i często asortyment oferowany przez sklep jest aranżowany w barwach flagi norweskiej. Flagi to także nieodłączny element wszelakich parad/pochodów organizowanych tego dnia, jak Norwegia długa i szeroka. Ponoć fakt silnego przywiązania Norwegów do narodowych barw flagi wynika z istniejącego w czasie II wojny światowej zakazu noszenia na odzieży tych kolorów, urządzania parad i ogólnie obnoszenia się z norweskością. W ten sposób flaga stała się dla Norwegów bardzo silnym symbolem wolności. I stąd zapewne, między innymi, ich umiłowanie do noszenia wszelkich ubrań z widoczną norweską flagą.

Co roku, od 1906 r., Rodzina Królewska gromadzi się w Święto Konstytucji (grunnlovsdagen) na balkonie Pałacu Królewskiego w centrum Oslo i macha do maszerujących w pochodzie dzieci.
Na zdjęciu widoczni są: następca tronu norweskiego książę Haakon wraz z małżonką księżna Mette-Marit oraz  książę Sverre Magnus, księżniczka Ingrid Alexandra i Marius Borg Høiby, syn księżnej z jej poprzedniego związku. Zdjęcie wykonane przed posiadłością następcy tronu w Skaugum, w gminie Asker.
Każdego roku 17 maja Norwegowie tłumnie wylegają na ulice, wznoszą okrzyki, powiewają flagami i chorągiewkami oraz śpiewają świętując.
Ludzie, często ubrani w stroje narodowe (bunad), maszerują w pochodach w rytm orkiestrowej muzyki, a pozdrowienia  okrzyki typu: Hipp hurra for 17.mai!, God 17. ma! lub Gratulere med dagen! rozbrzmiewają zewsząd przez cały dzień. Ci, którzy nie zakładają strojów narodowych przywdziewają swój najlepszy strój świąteczny i przyczepiają do niego wstążki z kolorach norweskiej flagi. Zazwyczaj organizowane są dwa pochody: jako pierwszy pochód dzieci (barnetoget) i jako drugi pochód ludowy (folketoget). Często organizowany jest także trzeci osobny pochód tzw. russetoget - pochód absolwentów szkół średnich.


Bardzo miłym akcentem Święta Konstytucji jest fakt, ze każdy imigrant jest mile widziany i zachęcany do zakładania swojego stroju narodowego/ludowego. Ma to pokazać jak bogatym narodowościowo krajem jest Norwegia. Machanie flagą inną niż norweska nie jest wskazane i nie jest mile widziane. Ciekawa jestem, czy kiedyś uda mi się dojrzeć i rozpoznać wśród świętujących osoby ubrane w nienorweskie stroje ludowe?
Po pochodach zarówno dzieci, jak i dorośli mogą wziąć udział w zabawach, grach i konkursach na świeżym powietrzu, a także spróbować różnych smakołyków (mhhmmmm .... gofry!). Obchodom święta towarzyszą także koncerty i przedstawienia teatralne oraz pokazy strojów ludowych.


* Źródło zdjęć: www.pinterest.com

Tonik balansujący balancing cucumber tonic Ole Henriksen

Tonik kupiłam razem z żelem on the go cleanser i podobnie, jak w przypadku żelu, w trakcie jego zakupu okazało się, że również jest w promocji. On the go cleanser zachwycił mnie, czy podobnie ma się rzecz z tonikiem? Zapraszam do lektury :)

Tonik, który kupiłam znajduje się w prostej przeźroczystej butelce charakterystycznej dla firmy Ole Henriksen. Butelka mimo, że przeźroczysta, ma również lekko fioletowy kolor. Szkoda, że nie zielony, pasowała by do ogórka z nazwy toniku :) 
Balancing cucumber tonic przeznaczony jest do cery suchej i wrażliwej, ale mogą go stosować także posiadacze innych typów skóry. 


Pojemność
355 ml

Cena
348 NOK (279 NOK za 207 ml toniku w formie mgiełki/sprayu)

Skład
Water (Aqua, Eau), Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Leaf Extract, Glycerin, Polysorbate 20, Allantoin, Cucumis Sativus (Cucumber) Extract, Chamomilla Recutita (Matricaria) Extract, Panax Ginseng Root Extract, Panthenol, Prunus Armeniaca (Apricot) Kernel Oil, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Phenoxyethanol, Oleth-20, Caprylyl Glycol, Potassium Hydroxide, Hexylene Glycol, Ethylhexylglycerin, Citric Acid, Fragrance (Parfum)

Wśród składników kosmetyku można znaleźć m.in. rumianek zmiękczający i łagodzący skórę, oczar wirginijski, który uspokaja, łagodzi i działa jako środek ściągający oraz ściągającą pory i zmniejszającą przekrwienie esencję z ogórka. Zawarty w toniku koreański żeń-szeń ma za zadanie zwiększać energię komórkową i stymulować mikrokrążenie. Z kolei bioflawonoidy cytrusowe chronią naczynia włosowate i łagodzą stany zapalne skóry.

Tonik należy stosować jak każdy inny tego typu kosmetyk, wylewając jego odpowiednią ilość na płatek kosmetyczny i przecierając skórę dopóty dopóki użyty wacik nie będzie zupełnie czysty.Tonik ładnie oczyszcza, odświeża i delikatnie rozjaśnia skórę, nie powodując jej ściągnięcia, czy jakiegokolwiek podrażnienia. Jednak dla niektórych jego minusem może być pewna ciekawa przypadłość występująca w chwilę po zastosowaniu toniku. Otóż po przetarciu skóry balancing cucumber tonic odczuwam na twarzy takie jakby lekkie mrowienie, czy też kłucie, które co prawda bardzo szybko znika, ale jest bardzo nieprzyjemne. Przyznam się, że początkowo myślałam, że tonik będzie do oddania/wyrzucenia i spodziewałam się podrażnień i zaczerwienienia z racji tego mrowienia. Na szczęście okazało się, że tonik w żaden sposób nie szkodzi mojej mieszanej skórze, więc stosuje go nadal, choć ten mały dyskomfort po jego zastosowaniu uważam za minus. Ciekawa jestem, jak reagowałaby na ten tonik w takim razie cera wrażliwa. Mimo, że produkt dedykowany jest przede wszystkim dla cery wrażliwej i suchej pozostawiał moją skórę bardzo ładnie zmatowioną i równocześnie nawilżoną.
Polubiłam też zapach toniku od Ole Henriksena. Jest delikatny, świeży i ogórkowy, przez co kojarzy mi się ogórkami prosto z ogródka :)
Oczywiście, jak przystało na kosmetyki pana Henriksena, ten również nie jest testowany na zwierzętach, a jego opakowanie nadaje się do przetworzenia. Jeśli chodzi o wydajność, to jest ona taka sama, jak w przypadku innych toników, które stosowałam. I uważam, że jest ona na plus - stosuję tonik prawie 2 miesiące i zużyłam przez ten czas pół butelki kosmetyku.
Podsumowując: jestem zadowolona z toniku balansującego Ole Henriksen. Mimo to zastanowię się przy ponownym zakupie tego typu kosmetyku, czy nie wybrać może innego toniku ze stajni Henriksena. Kto wie, może kolejny okaże się jeszcze lepszy? :)


Żel oczyszczający on the go cleanser Ole Henriksen

Kosmetyki Ole Henriksen są bardzo lubiane i popularne w Norwegii. Właściwie na każdym blogu urodowym (ale nie tylko) można o nich przeczytać i to zawsze w superlatywach, wszystkie internetowe (nieekologiczne) sklepy z kosmetykami mają tą markę w swoim asortymencie, a i w mediach takich jak czasopisma oraz tv można dość często o nich przeczytać, czy usłyszeć (oczywiście w odpowiednich czasopismach i programach). Dlatego też i ja postanowiłam wypróbować coś z bogatej oferty pana Henriksena i sprawdzić na własnej skórze działanie tych cudownych kosmetyków :)
W pierwszej kolejności mój wybór padł na żel oczyszczający on the go cleanser oraz tonik Balancing Cucumber Face Tonic. Dziś możecie poznać moją opinię na temat pierwszego z w/w produktów.
Żel on the go cleanser od Ole Henriksena przeznaczony jest do codziennego oczyszczania cery normalnej i mieszanej. Jak widać na zdjęciu poniżej zamknięty jest w pomarańczowej przeźroczystej butli. Można go kupić w dwóch pojemnościach: 207 ml i 355 ml. Ja zakupiłam to większe opakowanie.
Pojemność
355 ml

Cena
199 NOK (była to jednak cena promocyjna; regularna cena to jakieś 319 NOK za 355 ml i 239 NOK za 207 ml)

Skład
Water (Aqua, Eau), Cocamidopropyl Hydroxysultaine, Decyl Glucoside, Glycerin, Sodium Lauroyl Sarcosinate, PEG-150 Distearate, Sorbitol, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Tocopheryl Acetate, Thioctic Acid, Calcium Ascorbate, Ascorbic Acid, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Fruit Extract, Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Water, Ulmus Fulva Bark Extract, Macrocystis Pyrifera Extract, Yucca Schidigera Leaf/Root/Stem Extract, Quillaja Saponaria Bark Extract, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Polysorbate 20, Phenoxyethanol, Chlorphenesin, Annatto, Fragrance (Parfum)

Żel ma konsystencję płynnego miodu i fantastycznie orzeźwiający zapach świeżych słodkich pomarańczy! Co ciekawe, podobnie pachną połączone razem pokrojone świeże czerwone i zwykłe pomarańczowe pomarańcze :D Wiem, bo jako fanka cytrusów, sprawdziłam to :P Zapach jest zupełnie niemęczący, a zmienia chwilę oczyszczania skóry w bardzo przyjemny zabieg.

Niewielką ilość on the go cleanser należy wycisnąć na dłonie i dokładnie nałożyć, masując, na skórę twarzy, szyi, dekoltu. Przez chwilę dokładnie, ale delikatnie masuję skórę pokrytą żelem, aż do wytworzenia się kremowej piany. No i spłukuję.

Żel w żaden sposób nie podrażnił mojej kapryśnej i łatwo ulegającej irytacji skóry, nie wysuszył jej ani nie spowodował niemiłego napięcia skóry. Za to zawsze pozostawia moją skórę świetnie oczyszczoną, odświeżoną, gładką, miękką i jakby taką bardziej promienną, z mniej widocznymi porami! Produkt Ole Henriksena nie zapycha porów i nie spowodował u mnie żadnych zmian skórnych w postaci wyprysków. Kosmetyk jest bogaty, m.in., w wit. C, która stymuluje syntezę kolagenu i zwalcza szkodliwe działanie otaczającego nas środowiska oraz wit. E, która łagodzi i odbudowuje zniszczoną skórę, a także ekstrakt z pestek winogron, bogaty w antyoksydanty, wzmacniający włókna kolagenowe i elastyny. Jest to więc kosmetyk nie tylko dla młodych mieszanych cer, ale może nawet przede wszystkim, dla kobiet, które rozpoczęły swoją walkę ze starzeniem się skóry.
Żel one the go cleanser, tak samo, jak inne kosmetyki firmy Ole Henriksen, nie jest testowany na zwierzętach, a jego opakowanie nadaje się do recyklingu.

Żel on the go cleanser nie należy do tanich, jednak jego wydajność, to jego kolejny plus. Używam żelu dwa razy dziennie, codziennie od prawie 2 miesięcy, a zużyłam zaledwie 1/3 butelki! Po pierwszych kilku użyciach nauczyłam się, jak niewielką ilość muszę użyć aby dokładnie oczyścić całą twarz, szyje i dekolt.

Oczywiście to nie jest magiczna różdżka, więc cudów nie czyni, jednak moja skóra pokochała on the go cleanser Ole Henriksena i na pewno nie porzucę go w najbliższym czasie. Mam z nim tylko jeden mały problem, jego zapach tak mi się podoba, ze w trakcie mycia skóry nie potrafię się opanować i robię głębokie wdechy wciągając w nozdrza jego aromat, co skutkuje puszczaniem baniek nosem :))))

Ku wiośnie!

W Norwegii wiosna zazwyczaj przychodzi później niż w Polsce, nawet w tej południowo zachodniej części kraju. Wiosna powoli i spokojnie obejmuje we władanie Krainę Trolli, nie wybucha nagle zawrotnymi temperaturami, nie meczy upałami. Jednak czuć nadchodzącą wiosnę w co raz cieplejszym wietrze, który nagle, z dnia na dzień przestaje być przeszywająco zimny, i staje się łagodniejszy. Niesie ze sobą zapach budzącej się do życia ziemi i ... nawozów naturalnych rozrzucanych na polach :P
Ptaki śpiewają już przed wschodem słońca, a im więcej słońca, tym bardziej mam wrażenie, że organizują sobie zawody w swoich ptasich trelach :) Kto dłużej, kto głośniej, kto piękniej! :)
Nad polami i wydmami brzmi swojski skowronek, po okolicy krążą w szalonym tańcu jaskółki, po niebie niesie się klangor wędrownych łabędzi ciągnących na północ, wszystkie stawy i jeziora pełne są dzikich gęsi, kaczek wszelkiej maści, łabędzi, można tam nawet spotkać dostojną i piękną czaplę siwą, na polach "wypasają się" całe stada czajek zwyczajnych :) Ptasich obywateli w Norwegii jest o wiele wiele więcej, tych kilku, których tu wymieniłam po prostu zauważam i potrafię nazwać :) Owadów tu jakby mniej, choć i one zaczynają rozglądać się po okolicy. Ja z utęsknieniem czekam na pierwsze basowe brzęczenie trzmieli, bo to znak, że norweska przyroda rozkwitła i jest już na tyle ciepło, że owady mogą wygrzewać się na słońcu.


Po koniec maja lub na początku czerwca, wszystko zależy od aury, rozkwitną m.in. rododendrony i drzewka owocowe, które na tle szarych norweskich gór i skał, wręcz porażają mocą swoich kolorów. Podobnie jak zielona trawa, nowy mech i zielone liście drzew. Morze i fjordy zniewalają swoimi kolorami. Raz są ciemnogranatowe, innym razem mogą stawać do walki o palmę pierwszeństwa ze szmaragdami, a jeszcze bywają turkusowe z delikatną błękitno-białą otoczką, i czarne, jak najciemniejsza noc i błękitne niczym młode niezapominajki. Wszystkie kolory są tak intensywne, że aż nierealne. A, kiedy oświetli to wszystko słońce, człowiek ma wrażenie, że oto znalazł się na kartach książki z pięknymi ilustracjami albo że śni.

Ale norweska wiosna, to także czas deszczowy i wietrzny, choć sztormy bywają już dużo rzadziej niż późną jesienią i zimą. Na północy kraju często leży jeszcze śnieg, w mniejszej lub większej ilości (pomijam tu regiony, gdzie ten śnieg właściwie nie znika). Jednak i tam życie budzi się z zimowego snu, by wykorzystać do maksimum nadchodzący okres dnia polarnego i chwytać każdy ciepły promień słońca.

Chyba w każdym kraju, w którym panuje taka zima z mrozem, śniegiem i krótkim dniem, ludzie wyczekują, z niecierpliwością proporcjonalną do długości zimy, właśnie tej pory roku, bo wtedy i my budzimy się razem z przyrodą z zimowego snu. Cóż ja tez czekałam na wiosnę i doczekałam się jej, czego dowodem jest tych kilka zdjęć z mojego ostatniego spaceru :)

Piosenka, która skradła mi serce. "Danse mot vår" ("Tańcząc ku wiośnie") w wykonaniu Elisabeth Andreassen (norwesko-szwedzka piosenkarka zwana także po prostu Bettan) i Alexandra Rybaka (norweski skrzypek, piosenkarz, kompozytor i aktor białoruskiego pochodzenia). Oboje znani są szerszej publiczności przede wszystkim z udziału w Eurowizji.
  
Specjalnie dla Was zamieszczam piosenkę z napisami w języku angielskim, by łatwiej było Wam ją zrozumieć :) A dla ciekawych wersja norweska tekstu poniżej :) Kompozytorem utworu jest Rolf Løvland, współtwórca i członek bardzo lubianego przeze mnie zespołu Secret Garden. Słowa do piosenki powstały dzięki talentowi Britt Viberg i Rolfa Løvlanda. "Danse mot vår" było wielkim przebojem w Norwegii w 1992 r., ale dla mnie piosenka nijak się nie postarzała i nadal brzmi dobrze.

Gjennom regnbuens glans
ser jeg himmel og hav
smelte sammen i soloppgang.

Og mens tankene flyr
våkner sanser til liv
og jorden nynner sin egen sang.

Jeg vil danse mot vår,
kjenne hud møte hud,
være ung i et nyfødt år.

Kjenne liv i min kropp
fra en sol som står opp,
være ung - Jeg vil danse mot vår!

I en blomstrende eng
vil jeg vandre avsted
og la sansene finne vei.

Jeg har vårkjolen på,
vinden stryker meg nå,
jeg byr deg en vals,
kom og dans' med meg.

Jeg vil danse mot vår,
kjenne hud møte hud,
være ung i et nyfødt år.

Kjenne liv i min kropp
fra en sol som står opp,
være ung - Jeg vil danse mot vår!

Jeg vil danse mot vår,
kjenne hud møte hud,
være ung i et nyfødt år.

Kjenne liv i min kropp
fra en sol som står opp,
være ung - Jeg vil danse mot vår! 


Kosmetyczne nowości

W ostatnim czasie zawitało do mich drzwi kilka miłych memu oku, a czas pokaże, czy także sercu, kosmetyków. Żadnego z kosmetyków nigdy przedtem nie stosowałam, a i większość producentów jest mi nie znana. No, może znam, ale jedynie ze słyszenia :)
Pierwsza przesyłka składała się z trzech produktów Fake Bake: Mistifier - Oil-Free Moisturizer Body Spray, Skin Smoothie oraz Body Polish, rękawicy he-shi Tanning Mitt i pudru do włosów Osis+ Dust It Mattifying.

Druga paczka wiąże się niejako z pierwszą. To samoopalacz marki Cliniderm - Self-Tan Colour Dial. Z samoopalaczami w swoim życiu miałam raczej nikły kontakt i znałam ich działanie z opinii osób trzecich. Jestem osoba o jasnej karnacji i opalam się z trudno. Po za tym nie lubię wylegiwania się na plaży, więc jeśli już jakoś się opalę choć trochę, robię to w typowe rękawki :)
Postanowiłam wypróbować samoopalacz, co Norweżki, mam wrażenie, robią namiętnie (albo to albo solarium albo wyjazd w tropiki) i cieszyć się delikatna opalenizną jeszcze przed latem. A, gdy nadejdzie lato, kto wie, może zbrązowieję na słońcu :)









Peeling-maska Lumene - Radiant Touch 2in1 Detoxifying Mask & Micro Scrub dotarła do mnie wraz z niżej prezentowanym krem, choć w oddzielnej paczce. Produkt składający się w ponad 95% z naturalnych składników.
Kolejna przesyłka była tą najbardziej przeze mnie wyczekiwaną i zawierała krem na dzień Ole Henriksen przeznaczony dla cery mieszanej.

Ostatnia paczuszka zawierała nową mascarę od Maybelline. Za firmą Maybelline nie przepadam i jeśli już wypróbowuję jakiś jej produkt, zazwyczaj jest to prezent, a nie mój własny zakup.

Znacie, któryś z tych kosmetyków? Może macie dla mnie jakieś rady, co do stosowania samoopalacza?

Japoński Dzień Dziecka

Pamiętacie post z 3 marca br. dotyczący obchodzonego tego dnia Dnia Dziewczynek? Dziś swoje święto mają japońscy chłopcy. Dlaczego więc zatytułowałam post "Japoński Dzień Dziecka"? Postaram się Wam to wyjaśnić poniżej. A Ci, którzy czytali mój post z 3 marca, coś nie coś już wiedzą na ten temat :)
Dzień dziecka (Kodomo-no Hi) obchodzony był, według księżycowego kalendarza chińskiego, 5 dnia 5 miesiąca, obecnie jest to 5 maja. Do 1948 r. dzień ten nosił inną nazwę - Tango-no Sekku - z japońskiego Festiwal Irysów, i był odpowiednikiem żeńskiego Święta Lalek. Został jednak przemianowany na Kodomo-no Hi i ustanowiony w Japonii świętem narodowym. Jak to bywa z tradycjami, w Japonii nadal dzień 5 maja jest obchodzony w większości rodzin w sposób bardziej tradycyjny, tj. jako Święto Chłopców. Święto to jest też inaczej obchodzone niż Hinamatsuri, co ma odzwierciedlać przyszłą rolę, jaką dzieci, w tym wypadku chłopcy, mają odgrywać w przyszłości w społeczeństwie japońskim. Tego dnia podkreślana jest rola dzieci w społeczeństwie, potrzeba poszanowania ich praw i dbania o ich zdrowie oraz szczęście. To także dzień, kiedy dzieci japońskie mogę w sposób szczególny podziękować rodzicom, dziadkom i opiekunom za ich trud wychowawczy, opiekę i miłość. Oczywiście obydwa święta to dni, kiedy rodzice modlą się o pomyślność i zdrowie swoich dzieci. 
Samo święto, niezależnie od jego nazwy obecnej, czy stosowanej wcześniej, ma stary lecz niejednoznaczny rodowód i nie ma zgodności wśród historyków i znawców tematu, co do jego pochodzenia. Według niektórych Tango-no Sekku wywodzi się ze starego chińskiego obyczaju oczyszczania duszy i ciała, odpędzania złych duchów oraz dążenia do zapewnienia sobie powodzenia w życiu, według innych jest to tradycja wywodząca się z obyczaju japońskich chłopów chroniących swoje dopiero co wychodzące z ziemi siewy przed szkodnikami. Jeszcze inni wywodzą rodowód święta od zwycięstwa wodza Tokimune Hōjō nad wojskami mongolskimi, mającego miejsce właśnie 5 maja 1281 r. A są i tacy, którzy początki Tango-no Sekku widzą w tradycji celebracji zjednoczenia Japonii przez shōguna Takauji Ashikaga w XIV wieku.
Symbolem Tango-no Sekku koi-no-bori, barwne proporce (rękawy) przedstawiające karpie, zazwyczaj wykonane z materiału lub papieru.  
Koi-nobori
Koi-no-bori mocuje się wraz z czerwonymi i białymi (zazwyczaj) wstążkami oraz złotymi wiatraczkami na długich tyczkach bambusowych umieszczanych na dachach domów, balkonach itp. Obowiązuje tu zasada: im wyżej tym lepiej. Największy karp jest przeznaczony dla najstarszego chłopca lub ojca, najmniejszy - dla najmłodszego. Zgodnie z tradycją oraz wierzeniami japońskimi karp jest symbolem niespożytej siły i energii, odwagi, a także determinacji w dążeniu do celu. Już wyjaśniam czemu :) Karp znany jest z tego, że pokonuje kilometry płynąc w górę strumieni, pod prąd, nie tracąc sił. Dodatkowo według chińskiej legendy pewien karp tak poruszył bogów swoją determinacją próbując przepłynąć pod prąd trudnego odcinka rzeki Huang-He, że ci zmienili go w smoka. I tego życzą sobie dla swoich synów rodzice!
W domu ustawia się także Gogatsu-ningyou - m.in. hełmy samurajskie, broń samurajską, proporce z herbami rodowymi, strzały i łuki oraz lalki w strojach samurajów, przedstawiające postacie wojowników znanych z historii i legend. To ma przypominać chłopcom, że mają iść przez życie dzielnie jak samuraje.
Gogatsu-ningyou
Lalki wchodzące w skład Gogatsu-ningyou przedstawiają: Kintarō – chłopca, którego historia przypomina nam europejczykom historię Herkulesa, który - gdy dorósł - stał się generałem; Shoki – starożytnego chińskiego generała, którego uważano za postać chroniącą ludzi od diabłów; Momotarō – taki japoński odpowiednik chrześcijańskiego Dawida, który pokonał japońskiego Goliata.
Oczywiście Dzień Chłopców to także dzień, w którym jada się specjalnie przygotowane na to święto tradycyjne słodycze i potrawy.
Chimaki mochi - słodkie ryżowe kluski owijane liśćmi bambusa
Chimaki (na pierwszym planie) oraz kashiwa mochi (leżą na desce)
Chimaki
Kashiwa mochi - mochi zawinięte w liść dębu
Kashiwa mochi
Kabuto namagashi - mochi w kształcie hełmu samuraja nadziewane pastą z czerwonej fasoli azuki
Kabuto namagashi

Taiyaki - potrawa kształcie ryby z jajecznego ciasta pieczonego w specjalnej gofrownicy



Taiyaki
Teraz wiecie już czemu Japoński Dzień Dziecka to przede wszystkim Dzień Chłopców i jak należy go obchodzić :)



* Źródło zdjęć: www.pinterest.com