Minione dni

Wstaje kolejny dzień. Słońce "wylewa" się zza horyzontu u chmur niczym złoty płynny miód :)


 
Choć kwiecień zbliża się ku końcowi, a temperatury od kilku tygodniu są plusowe zarówno w dzień jak i w nocy, to całkiem niedaleko są jeszcze jeziora przykryte lodem i góry pełne plam śniegu. Nic nam jednak nie straszne, dlatego w chatce z trawiastym dachem cieszyliśmy się pierwszym ogniskiem w tym roku! Wszyscy uczestnicy wrócili najedzeni, dotlenieni i mocno odymieni. Ale, co ważniejsze, bardzo zadowoleni! :)

HALD KUA UTE. Sett på kjettingen før du går. Taki napis widnieje przed wejściem do chatki, w której cieszyliśmy się ogniskiem. Chatka zbudowana jest specjalnie z myślą o wędrowcach/turystach. Można w niej odpocząć na ławce, rozpalić ognisko, by się rozgrzać i przygotować sobie coś na ciepło do zjedzenia. Porąbane drewno również czeka w środku. Można schronić się przed deszczem, śniegiem, czy wiatrem. A napis głosi: TRZYMAJ KROWĘ NA ZEWNĄTRZ. Załóż łańcuch przed wyjściem :D I nie jest to bynajmniej dziwaczny pomysł! Bo teren, na którym się znajdowaliśmy to nie tylko kolejny las w górach nad jeziorem ani trasy biegowe dla narciarzy, ale także farma, po której swobodnie chodzą m.in. pasące się krowy :) Tym razem żadnej nie spotkaliśmy :D


Drewniane domy na prawo, drewniane domy na lewo, drewniane domy z przodu, drewniane domy z tyłu :) No, może centrum Oslo jest nieco mniej drewniane.
Widok na latarnię morską z 1849 r., obecnie nieczynną, ale za to bardzo malowniczą. Lubię ją odwiedzać :)
Norwegia ma długą linię wybrzeża (100 915 km), gdzie można było znaleźć 212 latarni morskich; przy czym tylko 154 latarnie działały jednocześnie. Pierwsza latarnia morska, w Lindesnes została otwarta w 1655 r., a najnowsza z latarni, w Anda, została ukończona w 1932 roku. Pierwsze latarnie morskie w Norwegii były prywatną inicjatywą, rodzajem prywatnej działalności. Obecnie wszystkie latarnie są zautomatyzowane i nie potrzebują ludzkich obsad. Całkowita automatyzacja została zakończona w 1992 r. Jako ostatnia została opuszczona przez ludzi latarnia Bøkfjord (w Finnmark); był to grudzień 2006 r. W 2001 r. został ukończony plan ochrony latarni, w którym ujętych zostało 83 latarnie. Wiele latarni to obecnie głównie atrakcje turystyczne, jednak wszystkie utrzymane są w dobrym stanie i w razie potrzeby mogą zostać użyte i służyć pomocą marynarzom, tak jak robiły to wiele lat wstecz. W wielu z nich możliwe jest zakwaterowanie (m.in. w latarni morskiej Haugjegla w Smøla, latarnia morska Kråkenes w Stryn i Nordfjord),organizowane są koncerty i inne wydarzenia kulturalne, powstają muzea.
Na wyspie Spitsbergen w archipelagu Svalbard w Arktyce znajduje się Latarnia Morska Hornsund – latarnia morska Polskiej Stacji Polarnej Hornsund. Zainteresowanych zapraszam do zapoznania się z historią budowy tej latarni - KLIK

Będąc w Norwegii można rzec, parafrazując Maksa z Seksmisji, owce, widzę owce, owce widzę :) Bardzo często przejeżdża się lub przechodzi przez farmę w trakcie wędrówek po Norwegii i należy liczyć się z tym, że będziemy zmuszeni dzielić drogę z owcami wszelkiej maści.

Trolle, które sprowadziły mnie do Norwegii ;)

FLOTIQUE by Florence Welch

Florence Welch charyzmatyczna piosenkarka lepiej znana jako Florence + The Machine, słynie nie tylko ze swojego talentu muzycznego/wokalnego, ale także ze swojego oryginalnego wyglądu (mam tu na myśli głównie jej ubiory). Jak wielu artystów wcześniej, również rudowłosa piosenkarka postanowiła rozwinąć skrzydła i pokazać się światu z niemuzycznej strony. Całkiem niedawno (w lutym br.) Florence zadebiutowała swoją autorską mini kolekcją biżuterii FLOTIQUE.
FLOTIQUE to kolekcja składająca się z trzech naszyjników, dwóch par kolczyków, bransoletki i pierścionka. Biżuteria wykonana jest z czarnego rodu i mosiądzu polerowanego. Cała kolekcja, jak również jej nazwa, inspirowane są ostatnim albumem Florence + The Machine pt."Ceremonials" oraz stylem Art déco.
Biżuteria jest do kupienia poprzez stronę www.flotique.com. Ceny biżuterii wahają się od 26€ do 65€.
'O' MULTISTRAND NECKLACE
'A' PENDANT NECKLACE

‘HEARTLINES’ LOCKET NECKLACE

'O' DANGLING EARRINGS 

'A' DANGLING EARRINGS

'A' CUFF BRACELET


CAGE RING
 I, jak Wam się podoba? Kupilibyście coś z tek kolekcji? Mnie podoba się wszystko z wyjątkiem naszyjnika serce.



 * Źródło zdjęć: http://www.flotique.com/


Dziewczynka z książką

Dziś nadal pozostaje w temacie książkowym. Ale trochę z innej strony niż ostatnio. Dziś będzie o akcji społeczno-charytatywnej Dziewczynka z książką.
Dziewczynka z książką  to polski odpowiednik międzynarodowego ruchu GIRLWITHABOOK, poruszającego tematykę kobiet, dostępu do edukacji, równouprawnienia oraz mający na celu zgromadzenie funduszy na dofinansowanie bibliotek szkolnych w Pakistanie. Ruch GIRLWITHABOOK został założony jako wsparcie działań młodej pakistańskiej aktywistki o imieniu Malala.
O, co dokładnie chodzi w całej akcji? Przeczytajcie informacje na ten temat przygotowaną przez pomysłodawców polskiego ruchu Dziewczynka z książką.
"Naszym celem, podobnie jak w przypadku międzynarodowego GIRLWITHABOOK, jest podnoszenie wyżej wymienionych tematów oraz wydanie albumu ze zdjęciami Polek z książkami, na których, poprzez przyklejoną do książki karteczkę z napisem "I stand with Malala"/"Jestem z Malala", wyrażą swoje poparcie dla Pakistanki. Dopiero pieniądze ze sprzedaży albumu wesprą międzynarodową zbiórkę na rzecz szkół w Pakistanie. Akcja "Dziewczynka z książką" nie zbiera środków finansowych, dotacje przyjmujemy w zdjęciach.

Zdjęcie może wysłać każdy, adres e-mail: dziewczynkazksiazka@gmail.com

Kim jest Malala?

W 2009 roku, jedenastoletnia Malala przybiera pseudonim Gul Makai i zaczyna blogować dla BBC Urdu. W swoich postach opisuje swoją chęć nauki i problemy z dostępem do edukacji. Z czasem pojawiają się w nich strach i niepewność. W kontrolowanej przez Talibów Dolinie Swat w Pakistanie, gdzie mieszka, sprzeciwiająca się Malala staje się poważnym wrogiem.

9 października 2012. Uzbrojeni Talibowie zatrzymują autobus, którym Malala Yousafzai jedzie do domu. Wchodzą do środka, wywołują ją z imienia a następnie strzelają w głowę.

Pół roku później, po ciężkiej walce o życie, Malala wraca do szkoły ale już nie w rodzinnym Pakistanie a w Wielkiej Brytanii, gdzie została przewieziona jeszcze podczas leczenia.

Historia Malali poruszyła cały świat, który uznał odwagę i determinację dziewczynki. Stała się niewątpliwym symbolem walki o prawa kobiet i prawo do edukacji. W październiku 2011, Malala była nominowana do Międzynarodowej Dziecięcej Nagrody Pokojowej przez Desmonda Tutu. W grudniu 2011, otrzymała pierwszą Narodową Nagrodą Pokojową dla Młodzieży w Pakistanie a ONZ ustalił 10 listopada Dniem Malali. Dziewczynka jest też najmłodszą osobą w historii nominowaną do Pokojowej Nagrody Nobla. Ban Ki Mun, sekretarz generalny ONZ, powiedział, że terroryści niczego nie boją się bardziej niż "Dziewczynki z książką". Te właśnie słowa stały się inspiracją dla GIRLWITHABOOK."
Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, zarówno o międzynarodowym ruchu, jak również o jego polskim odpowiedniku, odwiedźcie stronę Dziewczynka z książką oraz funpage akcji na facebooku. Możecie zamieścić u siebie baner “To miejsce wspiera edukację” - TU można go pobrać.
I rozpuśćcie wici! :)




Światowy Dzień Książki 2013

23 kwietnia to Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich, ustanowiony w 1995 r. przez UNESCO.

Sam pomysł święta zrodził się dużo wcześniej, już w 1926 r. w Katalonii, gdzie tego dnia obchodzone jest święto patrona Katalonii - św. Jerzego (tego od smoka :)). Kobiety były obdarowywane czerwonymi różami (symbol krwi pokonanego smoka), a z czasem zaczęły odwzajemniać się mężczyznom wręczając im książki.
Data 23 kwietnia została także wybrana aby upamiętnić wielkich twórców literatury, których rocznica śmierci bądź urodzin przypada właśnie na ten dzień, m.in.Maurice’a Druona, Halldóra Laxnessa, Vladimira Nabokova, Josepa Pla, Manuela Mejía Vallejo, William Shakespeare (według kalendarza juliańskiego), Miguel de Cervantes i Inca Garcilaso (według kalendarza gregoriańskiego). Co ciekawe, Dzień Książki jest świętem oficjalnym w Hiszpanii już od 1930 r., a od 1964 – we wszystkich krajach hiszpańskojęzycznych.
Święto Książki ma na celu promowanie czytelnictwa, edytorstwa i ochronę własności intelektualnej prawem autorskim. Mnie do czytania zachęcać nie trzeba. Dziś rozpoczynam swoją przygodę ze światem prostytucji :P
"- Iwanie Nikołajewiczu, czy wiecie, kiedy u nas dobrze będzie?
- A kiedy? - ja na to.
- Kiedy kurwy z zagranicy do nas zaczną przyjeżdżać. To w ekonomii znak nieomylny. Nie żadne tam Marksy ani Friedmany, to wszystko plewy. Ale kiedy kurwy zagraniczne do Rosji zaczną się zlatywać, to będzie znaczyło, że ekonomia na nogi stanęła. One wiedzą najlepiej ..."
(Mrożek Sławomir, "Miłość na Krymie")
 


A jak jest z Wami? Co czytacie w tej chwili? Macie swoją ulubioną książkę, do której wracacie?



Botanics Mattifying Cleansing Mousse SHINE AWAY

Botanics Mattifying Cleansing Mousse SHINE AWAY to produkt do oczyszczania skóry przeznaczony dla cery tłustej i mieszanej. Pianka brytyjskiej firmy Botanics nie zawiera parabenów, nie jest testowana na zwierzętach, a jej opakowanie składa się przynajmniej w 25% z materiałów pochodzących z recyklingu. Oczywiście po zużyciu produktu, opakowanie nadaje się do ponownego przetworzenia.

Pojemność
150 ml

Cena
70 NOK


Skład
Aqua (Water), Sodium lauroyl methyl isethionate, Cocamidopropyl betaine, Coco-glucoside, Glycerin, Glyceryl oleate, Lauric acid, Citric acid, Sodium methyl isethionate, Phenoxyethanol, Sodium chloride, Salix nigra (Willow) bark extract, Caprylyl glycol, Zinc laurate, Sodium benzoate, Ethylhexylglycerin, Dipropylene glycol, Geraniol, Tetrasodium EDTA, Limonene, Linalool, Citrus lemon peel oil, Juniperus mexicana oil, Citral, Lecithin, Ascorbyl palmitate, Tocopherol, Salvia sclarea (Clary) oil, Methyl hydrogenated rosin, Hydrogenated palm glycerides citrate, Triethyl citrate, Parfum (Fragrance), Artemisia herba-alba oil

Skusiłam się na tą piankę, ze względu na moją problematyczną mieszaną cerę i spory wysyp niedoskonałości oraz przez wzgląd na wcześniejsze pozytywne wrażenia ze stosowania innych produktów marki Botanics. Mattifying Cleansing Mousse SHINE AWAY ma za zadanie dokładnie oczyścić skórę z nadmiaru sebum, odblokować pory i pozostawić ją odświeżoną oraz matową na długie godziny. Pomocą ma tu służyć, zawarty w piance, wyciąg z kory wierzby, która znana jest ze swoich właściwości oczyszczających. I tu kosmetyk sprawdził się całkiem dobrze. Rzeczywiście czuć było, że po zastosowaniu pianki cera jest odświeżona i taka jakby bardziej czysta :) Do tego nie błyszczała się przez kilka godzin po jej zastosowaniu. Ale... Jest tez ale. Żeby uniknąć błyszczenia się skóry w strefie T, musiałam rezygnować z nakładania mojego kremu nawilżającego. W przeciwnym razie efekt matujący uzyskany dzięki piance znikał dość szybko. Niestety już po dwóch-trzech użyciach zauważyłam nasilające się wysuszenie skóry, a z każdym kolejnym użyciem pianki, moja cera stawała się co raz bardziej boleśniej ściągnięta. Nie mogłam się więc obyć bez kremu nawilżającego! Z czasem zaczęłam używać pianki Botanics co drugi dzień, później co trzeci, a w końcu  zupełnie przestałam ją stosować. Dlaczego? Efekt oczyszczania skóry nie był wart tak silnego przesuszenia i ściągnięcia skóry.
Pianka ma piękny, delikatny cytrynowy zapach. Mnie kojarzy się, że startą skórką cytryny :)
Być może Mattifying Cleansing Mousse SHINE AWAY sprawdziła by się lepiej w przypadku cery tłustej, która nie ulega tak łatwo przesuszeniu, jak moja skóra. Pianki jednak nie wyrzuciłam (nie lubię niczego wyrzucać i marnować), ponieważ czasami uda mi się namówić na jej użycie męża :)

Redken Curvaceous: Szampon + odżywka

Dziś pora na na słów kilka o szamponie o odżywce Curvaceous od firmy Redken; kosmetykach, które nijak wedle opisu producenta nie pasują do moich włosów.
Seria Curvaceous Redken to linia siedmiu produktów stworzonych, aby zaspokoić potrzeby wszystkich typów włosów kręconych (od lekko falowany po silnie skręcone, dla naturalnie kręconych i dla tych po trwałej). Ja, jako posiadaczka włosów prostych niczym druty, gęstych i ciężkich, właściwie powinnam od razu odrzucić te kosmetyki jako nietrafione (otrzymałam je od firmy Redken jako nagrodę wygraną w konkursie). Postanowiłam dać im jednak szansę, co jak się okazało po ponad miesiącu stosowania, nie było wcale złym pomysłem :)

Na pierwszy ogień idzie Curvaceous Cream Shampoo, czyli kremowy szampon do włosów kręconych.
Pojemność
300 ml

Cena
od 200 do 300 NOK (100-160 PLN) Często jednak można go kupić, tak jak inne kosmetyki Redken, w promocji, np. w tej chwili w jednym ze sklepów szampon kosztuje 160 NOK

Skład
Aqua (Water), Sodium Methyl Cocoyl, Taurate, Sodium Cocoyl Isethionate, Cetearyl Alcohol, Sodium Chloride, Parfum/Fragrance, Decyl Glucoside, Cetrimonium Chloride, Triethanolamine, Acrylates/C10-30 Alkyl, Acrylate Crosspolymer, Polyquaternium-10, Hydrogenated Coconut Acid, Sorbitol, Benzoic Acid, Sodium Isethionate, Moringa Oleifera Seed Oil, Hexyl Cinnamal, Linalool, Limonene, Arginne, Hydrolyzed Soy Protein, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Methylisothiazolinone, Hydrolyzed Vegetable Protein Pg-Propyl Silanetriol

Na składach się zbyt dobrze nie znam, jednak COSDNA podpowiedziała mi, że nie jest on tragiczny. Oczywiście, jak na kosmetyk nienaturalny :)

Zakochałam się w teksturze tego kosmetyku od pierwszego użycia! Szampon ma rzeczywiście kremową konsystencję i to bardzo. Ale przyznam się, że kiedy po raz pierwszy wycisnęłam z butelki szampon na dłoń i zobaczyłam właściwie odżywkę, to obawiałam się trochę, jak też uda mi się porządnie rozprowadzić go na włosach i je umyć. Nie potrzebnie się tym martwiłam.

I do tego ten zapach... Intensywny, ale dla mnie zupełnie nie męczący. Zostaje na włosach dość długo, ale jest dużo delikatniejszy niż pod czas mycia. Ja
Curvaceous Cream Shampoo to produkt z tych słabo pieniących się (ja takie lubię), nie zawierający siarczanów i delikatnie oczyszczający włosy. Za każdym razem zostawiał moje włosy mocno nawilżone, błyszczące i taaaaakie miękkie, bez efektu puszenia się! Dodatkowy plus za to, że nie obciążał moich włosów, ani nie powodował ich szybszego przetłuszczania się. 

* * * * * * * * *
Teraz czas na Curvaceous Conditioner, czyli odżywkę do włosów kręconych.
Pojemność
250 ml

Cena
od 200 do 300 NOK (100-160 PLN), czyli podobnie jak szampon. Obecnie również znalazłam ją w promocji, w której kosztuje 169 NOK.

Skład
Aqua (Water), Paraffinum Liquidum/Mineral Oil, Ceteryl Alcohol, Glycerin, Cetyl Esters, Amodimethicone, Behentrimonium Chloride, Parfum/Fragrance, Sorbitol, Methylparaben, Isopropyl Alcohol, Moringa Oleifera Seed Oil, Trideceth-6, Hexyl Cinnamal, Linalool, Cetrimonium Chloride, Limonene, Arginine, Hydrolyzed Soy Protein, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Coumarin, Benzyl Alcohol, Hydrolyzed Vegetable Protein Pg-Propyl Silanetriol

Odżywka Curvaceous to odżywka typu spłucz/zostaw. Można użyć jej, jak zwyczajnej odżywki i po 1-2 minucie spłukać albo można ją nałożyć i nie spłukiwać. Według producenta ten drugi sposób użycia gwarantuje włosom kręconym jeszcze lepszą pielęgnacje i definicję loków :)
Curvaceous Conditioner ma niewiele gęstszą konsystencję niż szampon i ten sam intensywny zapach. 
Wzmacnia działanie szamponu Curvaceous i mocno nawilża włosy. Odżywka sprawiała, że ciągle miałam chęć dotykać swoje włosy, tak były miękkie i mięsiste.

Jak widać kosmetyki przeznaczone do włosów kręconych sprawdziły się bardzo dobrze i w przypadku moich druciaków :D Co ciekawsze, sprawiły, że lepiej się układały. Rzekłabym, że włosy dzięki nim, spływały na ramiona miękką lśniącą kaskadą :D


Move your imagination!

Move your imagination to ogólnoświatowa kampania organizowana przez Polską Organizację Turystyczną mająca na celu promowanie Polski. Kampania co prawda ruszyła już w 2011 r. ale może nie mieliście jeszcze okazji się nigdzie na nią natknąć.
                              spot reklamowy

Kampania swoim zasięgiem obejmie rynki: francuski, brytyjski i niemiecki (choć oczywiście kampania ma na celu dotarcie do jak najszerszego kręgu odbiorców na całym świecie ) i ma na celu przekonanie turystów zagranicznych, że przyjazd do Polski może być niezwykłym doświadczeniem, niebanalnym, pozostającym w pamięci na zawsze i zachęcający do kolejnych odwiedzin. Kampania ma pokazać Polskę odchodząc od znanych stereotypów na jej temat oraz zaintrygować i zachęcić turystów z zagranicy do poznania kraju nadwiślańskiego :) Polska to kraj nowoczesny, pełen kreatywnych ludzi i zachwycających idei, a do tego z bogata tradycją. Kampania skierowana jest do wszystkich grup społecznych, do osób w każdym wieku i preferujących różnego rodzaju sposoby spędzania czasu.
Celem kampanii jest przedstawienie Polski, jako kraju intrygującego i oryginalnego, mającego unikatowe w skali Europy walory turystyczne kraju, który jest młody duchem, stawia na kreatywność i odważnie stosuje nowoczesne rozwiązania. Chcemy pokazać, że Polska to kraj inspirujący
i w dobrym styl –
dodaje prezes Rafał Szmytke.
What do you need today? Love, youth, creativity, freedom, music, passion? Move your Imagination - visit www.poland.travel! :)

                                            video promocyjne

Które video podoba się Wam najbardziej?

Bestseller ?

Oto nadszedł czas na wymęczoną recenzję z wymęczonej książki :)

Tytuł: "Pięćdziesiąt twarzy Greya"
Autor: E.L.James
Oryginalny tytuł: "Fifty Shades of Grey"
Tłumaczenie: Monika Wiśniewska
Wydawnictwo: Sonia Draga
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 608

"Młoda, niewinna studentka literatury Anastasia Steele jedzie w zastępstwie koleżanki przeprowadzić wywiad dla gazety studenckiej z rekinem biznesu, przystojnym i zamożnym Christianem Greyem. Mężczyzna od pierwszych sekund spotkania fascynuje ją i onieśmiela. W powietrzu wisi coś elektryzującego, czego dziewczyna nie potrafi nazwać, a może tylko się jej wydaje? Z prawdziwą ulgą kończy rozmowę i postanawia zapomnieć o intrygującym przystojniaku.
Plan spala jednak na panewce, bo Christian Grey zjawia się nazajutrz w sklepie, w którym Anastasia dorywczo pracuje. Przypadek? I do tego proponuje kolejne spotkanie.
W tym miejscu kończy się „disneyowskie”  love story, choć młodziutka, niedoświadczona  dziewczyna nie wie jeszcze, że Christian opętany jest potrzebą sprawowania nad wszystkim kontroli i że pragnie jej na własnych, dość niezwykłych warunkach… Czy dziewczyna  podpisze tajemniczą umowę, której warunki napawają ją strachem i fascynacją? Jaki sekret skrywa przeszłość Christiana i jak wielką władzę mają drzemiące w nim demony?"
(opis pochodzi ze strony wydawnictwa Sonia Draga)

Z bestsellerami bywa tak, że jednym się podobają, innym nie. Ja sama bardzo rzadko kupuję książkę, która wszędzie reklamowana jest jako bestseller. Jednak czasami, tak z ciekawości, sięgam po najlepiej sprzedawany tytuł i nigdy nie odrzucam z założenia takiej pozycji. Chcę sama sprawdzić, co spowodowała, że ta, a nie inna książka stała się hitem i czy rzeczywiście otrzymała ten tytuł zasłużenie. Tak właśnie było i w tym przypadku. Teraz siedzę z rękoma zawieszonymi nad klawiaturą i zastanawiam się, co też mogłabym napisać o książce E.L.James. Według mnie, aby oddać treść i "przekaz" "Pięćdziesięciu twarzy Greya" wystarczy zaprezentowany powyżej opis ze strony wydawnictwa. W tej książce, nie ma nic więcej! Historia Anastasi jest banalna do bólu, opisana językiem bez polotu.
Już moje pierwsze wrażenia po rozpoczęciu książki były nie najlepsze, że się tak delikatnie wyrażę. Po przeczytaniu 60 pierwszych stron pomyślałam: Wow! Toż to Harlequin! No, nic, brnę dalej :) Jak pomyślałam, tak zrobiłam i brnęłam dalej. Dobrnęłam do końca i zdania nie zmieniłam.
"Pięćdziesiąt twarzy Greya" to najzwyczajniejsze ogłupiające romansidło w stylu książeczek Harlequina. Język, którym napisana jest książka bardzo mnie męczył, ciągle przewijały się te same wyrażenia, każda scena spotkania głównych bohaterów była opisywana w ten sam sposób. Ile razy można czytać, że Ana się zarumieniła, albo przygryzła wargę, a Christian z kolei "przewierca ją wzrokiem" albo przeczesuje włosy palcami? Język książki sprawił, że
"Pięćdziesiąt twarzy Greya" ze strony na stronę, co raz bardziej mnie śmieszyło. Zdarzyło mi się nawet kilka razy parsknąć przy słowach "Dojdź dla mnie maleńka" :D No i te jej orgazmy na skinienie palcem! On ją dotyka - ona ma orgazm, on przeczesuje swoje włosy palcami - ona ma orgazm, on wymawia jej imię - ona ma orgazm :D Proszę, wybaczcie, ale nawet sceny erotyczne były żenujące i w końcu zaczęły mnie nudzić. Były jakieś takie instruktażowo-modelowe. Nie wiem, jak inaczej je opisać. Przyznam, że czekałam z utęsknieniem na pierwsze "mocne" sceny, mając nadzieję, że one uratują książkę, że może to one odpowiadają za to, że książka trafiła na podium wydawnicze. Niestety po kilku takich scenach w wykonaniu Any i Christiana, doszłam do wniosku, że to jednak nie to.
Czytając "Pięćdziesiąt twarzy Greya"miałam cały czas nieodparte wrażenie, że mam przed sobą książkę napisaną przez jakąś nastolatkę, opisującą swojego wymarzonego chłopaka (miliarder, super przystojny, świetnie wyglądający, pianista, pilot, sportowiec, filantrop, z dużym penisem, a do tego doskonały kochanek!). Nie oczekiwałam od tej książki nic nadzwyczajnego, jedynie dobrej rozrywki, a ona mi nawet tego nie zapewniła.
Nie wiem, co się dzieje w pozostałych książkach i chyba się nie dowiem, bo jak na razie mam dość Anastasi i Christiana.

Krewetki w sosie teriyaki

Dziś kolejna prosta i nieczasochłonna potrawa :) Mimo swojej prostoty zachwyciła moje podniebienie bogatym smakiem sosu teriyaki, chrupkością warzyw i delikatnością krewetek.

Składniki:
* ok. 400 g dużych krewetek (surowych, mrożonych bądź nie)
* mieszanka warzywna (w moim wypadku była to mieszanka zawierająca groszek cukrowy, marchewkę, białą kapustę, brokuła, czerwoną paprykę i pora)
* masło do podsmażenia krewetek
* sos teriyaki (ja wykorzystałam słoiczek sosu Blue Dragon o pojemności 440 g)
* makaron razowy (dowolny)

Na początku wrzuciłam makaron do wrzątku i ugotowałam według przepisu na opakowaniu, odcedziłam.
Surowe, świeże krewetki należy opłukać i oczyścić (oderwać głowę, zdjąć pancerz, oderwać ogon, usunąć jelito). Na szczęście można kupić surowe oczyszczone krewetki, dzięki czemu mamy pewność, że wszystko, co należy zostało usunięte. I takie właśnie ja nabyłam :) W tym wypadku należy je tylko opłukać i ewentualnie usunąć ogony. Jeśli krewetki były mrożone należy je rozmrozić - najlepiej parząc je porządnie wrzątkiem.
Mieszankę warzywną (gotową lub własnego wykonania) sparzyłam wrzątkiem; nie gotowałam.
Gdy już przygotowałam moje krewetki (ja swoje pozbawiłam tym razem nawet ogonów) oraz warzywa, roztopiłam na patelni masło (niezbyt dużą ilość ). Następnie wrzuciłam na patelnię wszystkie krewetki i obsmażałam je krótko mieszając (maksymalnie 2-3 minuty). Po tym czasie dorzuciłam warzywa, przemieszałam całość i dusiłam chwilę (maksymalnie 5 minut), co jakiś czas mieszając. Na koniec wlałam na patelnię sos teriyaki i dokładnie wszystko wymieszałam. Pozwoliłam zawartości patelni na około minutowe bulgotanie w sosie :)
Na talerz wyłożyłam ugotowany makaron i dodałam krewetki wraz z warzywami w sosie teriyaki prosto z patelni. Następnie zjadłam ze smakiem aż mi się uszy trzęsły :)
 I to tyle gotowania :D Smacznego!



Jędrne pośladki w 30 dni

Ostatnio wpadło w moje ręce duńskie czasopismo Eurowoman, gdzie natknęłam się na prosty sposób uzyskania jędrniejszej pupy :)
Wiadomo, wiosna to czas, kiedy na horyzoncie widzimy już słoneczne lato i nasze jędrne zadbane ciało w bikini, krótkich szortach, zwiewnych sukienkach, itp. Wiosna to także czas, kiedy niejedną z nas dopada szał, przeze mnie zwany gorączka letnią ;) Wiadomo, o ciało trzeba dbać cały rok, jednak świadomość, że lato jest już za rogiem na większość z nas wpływa mocno motywująco i chwytamy się wszelkich sposobów na odzyskanie/utrzymanie swojego ciała w dobrej kondycji.
Ja powoli rozkręcam się z pilatesem. Dodatkowo od dziś wdrażam 30-dniowy plan treningowy, który zapewni mi jędrniejszą i ładniejszą pupę :D Plan jest bardzo prosty - chcesz mieć ładna pupę, rób przysiady!:) Ważne tylko, by robić je w odpowiedni sposób i pilnować grafika. To jedno jedyne ćwiczenie, którego częstotliwość zwiększa się wraz z upływem dni, pomoże mi w wlace o kształtną pupę :)
Tylko przyznam się, że kiedy zobaczyłam 250 przysiadów pod koniec tych 30 dni, to mina mi lekko zrzedła. Mam jednak zamiar podołać wyzwaniu :D

Oto plan do wykonania

 A tu filmik z instrukcją, jak poprawnie wykonywać rzeczone przysiad. Jak dla mnie pani tłumaczy dokładnie i wszystko pokazuje, dzięki niej pilnuję swojej postawy w trakcie przysiadów.

 To, jak? Czy Wy również podejmiecie to wyzwanie? :)



* Źródło zdjęć: www.eurowoman.dk




"Mój demon"

"Żywiołem jego zło w naturze.
Lecąc wśród czarnych chmur gradowych,
On kocha losu groźne burze
I pianę rzek i szum dąbrowy.
On kocha mrok bezgwiezdnych nocy,
Mgły, księżyc blady, nagie skały,
Gorzkie uśmiechy i te oczy,
Które ni snu, ni łzy nie znały.

Zwykł się wsłuchiwać bez wzruszenia
W przechwałki i wyznania ludzi,
Śmieszą go słowa pozdrowienia,
Modlitwa pusty śmiech w nim budzi.
Obcy uczuciom tkliwym, rzewnym,
On żywi się pokarmem ziemskim,
Chciwie łykając dym bitewny
I krew na wszystkich polach klęski.

Gdy rodzi się cierpiętnik nowy,
On dręczy ojcowskiego ducha,
Z uśmiechem gorzkim i surowym,
Jak bije młode serce, słucha.
On spragnionemu wiecznej ciszy,
Gdy się ów żegna z sercem drżącym,
Ostatniej chwili towarzyszy,
Lecz nierad mu umierający.

Demon na krok się nie oddali
Ode mnie, póki życia mego,
On każdą moją myśl przepali
Płomieniem ognia niebieskiego.
Obraz i wzór doskonałości
Uchyli mi jak rąbek nieba,
Da mi przeczucie szczęśliwości,
Ale mi nigdy szczęścia nie da."
(Lermontow Michaił "Mój demon")

* * * * * * * * *

"Собранье зол его стихия;
Носясь меж темных облаков,
Он любит бури роковые
И пену рек и шум дубров;
Он любит пасмурные ночи,
Туманы, бледную луну,
Улыбки горькие и очи
Безвестные слезам и сну.

К ничтожным хладным толкам света
Привык прислушиваться он,
Ему смешны слова привета
И всякий верящий смешон;
Он чужд любви и сожаленья,
Живет он пищею земной,
Глотает жадно дым сраженья
И пар от крови пролитой.

Родится ли страдалец новый,
Он беспокоит дух отца,
Он тут с насмешкою суровой
И с дикой важностью лица;
Когда же кто-нибудь нисходит
В могилу с трепетной душой,
Он час последний с ним проводит,
Но не утешен им больной.

И гордый демон не отстанет,
Пока живу я, от меня
И ум мой озарять он станет
Лучем чудесного огня;
Покажет образ совершенства
И вдруг отнимет навсегда
И, дав предчувствия блаженства,
Не даст мне счастья никогда."


(Лермонтов М. Ю. "Мой демон";1830-31)




Ella & Rose Creme of All Cremes Light Body Butter Patchouli & Vanilla

Creme of All Cremes Light Body Butter Patchouli & Vanilla  firmy Ella & Rose to nic innego niż kremowe masło do ciała, które według informacji zawartej na opakowaniu ma przynieść suchej skórze blask i nawilżenie. Ella & Rose to kolekcja luksusowych rozkosznie pachnących produktów do ciała pochodzących z Treacle Moon, firmy będącej marką Blue Orange. Masło, o którym piszę to kosmetyk do codziennego stosowania, bez parabenów i według zapewnień brytyjskiej Treacle Moon, nietestowany na zwierzętach.

Skład
Aqua (Water), Ethylhexyl stearate, Glycerin, Butyrospermum parkii (Shea butter), Cetyl alcohol, Cyclopentasiloxane, Paraffinum liquidum (Mineral oil), Glyceryl stearate, PEG-100 stearate, Parfum (Fragrance), Phenoxyethanol, Acrylates/C10-30 alkyl acrylate crosspolymer, Benzoic acid, Dehydroacetic acid, Disodium EDTA, Ethylhexylglycerin, Polyaminopropyl biguanide, Sodium hydroxide


Pojemność
200 ml

Cena
169,00 NOK (czyli jakieś 90 zł na chwile obecną)


Tyle informacji z opakowania. Teraz pora na moje wrażenia.
Najpierw słów kilka na temat mojej skóry na ciele. Nie jest ona wyschnięta, ale bardzo łatwo ulega przesuszeniu oraz wszelkim podrażnieniom. Na co dzień potrzebuję porządnego i długotrwałego nawilżenia i odżywienia. W przeciwnym wypadku, moja skóra zaczyna swędzieć, następnie piec, a na koniec jeszcze nieładnie łuszczyć się. 
Zacznę od opakowania. Opakowanie jest bardzo ładne, takie trochę retro. Pewnie za sprawą pani znajdującej się na opakowaniu, przywodzącej na myśl gospodynię domową lat 50-tych w USA - przynajmniej ja mam takie skojarzenia :) Po za tym opakowanie wykonane jest z solidnego tworzywa nadającego się do recyklingu. Ponieważ masło Creme of All Cremes nie ma standardowej konsystencji maseł do tej pory przeze mnie używanych, więc klasyczna tuba, z której wyciska się kosmetyk, jest dobrym rozwiązaniem.
Masło ma kremowy kolor oraz konsystencję bardzo gęstego balsamu. O dziwo, mimo swojej gęstości rozprowadza się je łatwo po skórze. Creme of All Cremes Light Body Butter również wchłania się dość szybko i po kliku minutach skóra nawet trochę się nie klei.
Niestety forma lekkiego masła sprawia też, że kosmetyk jest mało wydajny. Aby dokładnie posmarować nim całe ciało, trzeba wydobyć z tuby naprawdę sporą ilość masła. Zaraz po zastosowaniu i wchłonięciu się masła skóra jest miękka, przyjemna w dotyku i nawilżona. Niestety po kilkukrotnym zastosowaniu Creme of All Cremes Light Body Butter okazało się, że nawilżenie jest krótkotrwałe i wciągu dnia zaczynam odczuwać nieprzyjemne swędzenie.
Do tego okropny, jak dla mnie, zapach. Połączenie patchouli i wanilii drażni nieprzyjemnie mój nos. Zapach masła jest silny, mdły, męczący i, w tym wypadku niestety, długotrwale utrzymujący się. Zdarzało mi się kilka razy na początku stosowania masła Creme of All Cremes zastanawiać się długie minuty, co też gnije, tudzież zdechło mi w mieszkaniu i szukać źródła smrodu. Za każdym razem okazywało się, że jest nim moja skóra oraz tuba Creme of All Cremes stojąca w łazience. Dodam, że zapach samej patchouli lubię. To samo dotyczy delikatnej woni wanilii.
Teraz po ponad miesiącu stosowania masła jestem już pewna w 100%, że nie jest ono dla mnie. Nawilżenie skóry spadło mi poniżej krytycznego poziomu i będę ratowała ją moim zestawem ratunkowym kosmetyków Eucerin lub Sebamed, które jak dotąd, okazując się być dla niej najlepsze. Zapach już mnie tak wymęczył, że nie mogę nawet patrzeć na opakowanie i z przyjemnością się go pozbędę. 
Jak wynika z powyższego nie kupię ponownie lekkiego masła Creme of All Cremes Light Body Butter Patchouli & Vanilla i szczerze nikomu bym go nie poleciła ani nie dała w prezencie.

Nowości, różności :)

Post z serii, trochę nowości kosmetycznych, i nie tylko, na moich półkach :) Część nabytków czeka na swoją kolej, a  część - jest już użytkowana i testowana.
Zacznę od nowości kosmetycznych,bo tych jest najwięcej.

 Moje pierwsze spotkanie z kosmetykami marki Ole Henriksen, jakże popularnymi w Norwegii. Ja swoja przygodę rozpoczynam z Ole Henriksen Balancing cucumber tonic, czyli tonikiem dla cery suchej i wrażliwej oraz Ole Henriksen On the go cleanser - żelem oczyszczającym dedykowanym cerze normalnej i mieszanej.  Tonik ma za zadanie rozjaśniać, uspokajać skórę oraz oczyszczać oczywiście. Z kolei żel ma zagwarantować dokładne oczyszczanie skóry bez jej przesuszania. Oba kosmetyki są w wielkich butelkach i już spodobał się mi ich zapach :) Jestem ciekawa ich działania, też chciałabym należeć do grona fanek Ole Henriksen, jeśli tylko spełni swe obietnice.


O tym serum wspominałam we wcześniejszym poście. Co, tu kryć, marzę, że Fanomenal Lash Serum firmy No7 okaże się niedrogim sposobem na piękne rzęsy :)
Mój pierwszy kosmetyki Rouge Bunny Rouge. Jest to błyszczyk Glassy Gloss SWEET EXCESSES w kolorze Rhubarb Custard 078. Kosmetyk przybył do mnie wprost od RBR z bardzo miłym liścikiem :) Lubię błyszczyki do ust, więc i ten chętnie przygarnę i wypróbuję.


Hydreane BB Creme firmy LRP to wygrana w konkursie. Kiedyś używałam niektórych kosmetyków LRP i większość z nich służyła mojej skórze, dlatego wypróbuję i ten. Z kolei krem-żel Cleanance K od Avene to ma być moja próba uporania się z przykrymi niespodziankami i delikatny sposób na złuszczenie naskórka. Ale po niego sięgnę dopiero po zakończeniu kuracji kremem Anicyl. Krem do rąk Aco S&C Rich Care Hand Cream - dla moich wrażliwych i łatwo ulegających wysuszeniu dłoni. Pierwsze użycie za mną i na razie jestem na tak.

Fizjologiczny żel do demakijażu LRP oraz Woda termalna z La Roche-Posay to wygrana w konkursie LRP. Szczególnie cieszę się z wody termalnej, przyda się mojej skórze dodatkowe nawilżenie i orzeźwienie w ciągu dnia. Błyszczyk do ust Ultra Moisturizing Herbal Lip Balm od Hempz zawiera SPF 15 i ma nawilżać usta. Kupiłam go ponieważ nie miałam już żadnego błyszczyku, a opis tego brzmiał zachęcająco :) Masło do ciała Aromatic Body Butter z serii SPA DESIGN firmy TL Design otrzymałam jako darmową próbkę do zakupów w sklepie internetowym, w którym kupiłam kosmetyki Ole Henriksen. To zaledwie 50 ml, ale zawsze kilka razy posmaruję nim ciało i kto wie, może skuszę się na większe opakowanie?
Teraz już niekosmetycznie. Te małe pudełeczka zawierają miętowe pastylki Blink w różnych wariacjach smakowych. Czarne są z lukrecją (Salty Liquorice), środkowe/brązowe (Cola) mają smak coca-coli, fioletowe (Blackcurrant) mają smakować czarnymi jagodami. Na zdjęcie nie załapało się jeszcze zielone pudełeczko (Green Apple) - smak zielonych jabłek; na nie skusił się mój brat. Ponieważ sama jeszcze żadnej miętówki nie spróbowałam muszę się spytać o jego wrażenia. Choć już wiem, że nie tknę miętówek lukrecjowych! Ktoś chętny? :)


Dotarła też nareszcie do mnie wygrana w konkursie Romwe (www.romwe.com/) i Street Belle Fashion - dwie pary legginsów - kosmiczne i piórkowe ;)
Jak widać na załączonym obrazku jedne odbyły już wycieczkę nad morze na mojej pupie ;) Wycieczka była długa, a legginsy okazały się być wygodne. Tylko mocno przyciągają uwagę :)
Teraz czekam jeszcze tylko na przesyłkę z SheInside i planuję kolejne zakupy :)

""Skarbiec wiernych wasali". Dramat 47 roninów.""

Tytuł: ""Skarbiec wiernych wasali." Dramat 47 roninów." Katalog towarzyszący wystawie.
Koncepcja katalogu i opieka merytoryczna: Aleksandra Görlich
Teksty: David Bell, Chelsea Foxwell, Aleksandra Görlich, Allen Greenberg, Andrzej Wajda
Wydawnictwo: manggha
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 256
"Katalog jest próbą opracowania stu siedemdziesięciu drzeworytów ilustrujących historię czterdziestu siedmiu roninów; znajdują się one w depozycie w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, a są częścią zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie."
Na ponad 250 stronach katalogu znajdziemy:
- zarys historii czterdziestu siedmiu roninów i jej wpływ na kulturę japońską zaprezentowany przez Aleksandrę Görlich,
- eseje Davida Bella i Chelsea Foxwell dotyczące sposobów przedstawień roninów na drzeworytach okresu Edo,
- krótki artykuł opisujący miejsca istniejące w obecnym Tokio, które związane są z roninami,
- synopis dramatu "Kanadehon Chûshingura" ("Wzorzec kany. "Skarbiec wiernych wasali.""), będący źródłem inspiracji dla wielu prezentowanych w katalogu drzeworytów,
- reprodukcje drzeworytów wraz z komentarzami,
- spis zamieszczonych w katalogu rycin wraz ze szczegółowym opisem odbitek,
- bogatą bibliografię dotyczącą tematu tej słynnej historii.
Katalog został wydany z dużą dbałością o szczegóły i przypomina swoją formą album z reprodukcjami. Znajdujące się na jego początku eseje doskonale wprowadzają w tematykę książki. Każda reprodukcja jest wyczerpująco opisana, a przedstawiona scena dokładnie wyjaśniona. Dzięki temu można lepiej zrozumieć prezentowaną scenę.
Historia czterdziestu siedmiu roninów to najsławniejsza samurajska opowieść na świecie. Jak każda dawna opowieść i ta jest zagmatwana, a fikcja miesza się w niej z prawdziwymi wydarzeniami. Nie pomaga tu fakt ogromnej eksploatacji tematu przez samych Japończyków, którzy chcąc uniknąć kłopotów z cenzurą okresu Edo, wplatali w tą historię fikcyjne postaci i wątki. Zacznę od początku i postaram się Wam w skrócie (dużym skrócie) przybliżyć tę opowieść.

Historia ta rozpoczyna się wiosną 1701 roku w Edo (współczesne Tokio). Przebywający na dworze szoguna daimyō Asano Takuminokami Naganori z zamku Akō, odpowiedzialny za ceremoniał przyjęcia cesarskich wysłanników przybyłych z Kiota z darami i podziękowaniami za noworoczne życzenia szoguna dla cesarza, jest nieustannie obrażany i pouczany przez zdeprawowanego i chciwego dworzanina. Tym dworzaninem jest Mistrz Ceremonii Dworu Szoguna Kira Kōzukenosuke Yoshihisa (albo inaczej zapisywany Yoshinaka), próbujący wymusić na Asano prezent. Lecz daimyō z Akō, będący prawym i honorowym samurajem nie ulegał Kirze. Cierpliwość każdego ma swoje granice i pewnego dnia Asano nie zapanował nad swoim gniewem i zaatakował i ranił lekko Kirę. Niestety dokonał tego w pałacu szoguna, gdzie obowiązywał zakaz używania broni, został więc Asano w trybie natychmiastowym skazany na śmierć. Kira nie poniósł żadnej kary, co stało w sprzeczności z pewną niepisaną zasadą mówiącą o karaniu obu stron konfliktu (kenka ryōseibai). Jak przystało na uczciwego wojownika, pan z Akō zakończył swój żywot jeszcze tego samego dnia, popełniając seppuku. I tu pojawia się kolejna ujma dla honoru rodziny Asano - jako miejsce śmierci Asano wybrano dziedziniec, a tej rangi możnowładca powinien dokonać seppuku wewnątrz pałacu. Rodzina Asano została pozbawiona całego majątku. Wdowa po możnowładcy złożyła śluby i została mniszką, a wojownicy pełniący dotąd służbę u daimyō z zamku Akō stali się roninami, samurajami bez pana i zmuszeni byli znaleźć sobie nowe zajęcie. Część z nich udała się na służbę do innych rodów, inni zamieszkali w mieście i stali się rzemieślnikami, a niektórzy - rozbójnikami. Jednak pewna grupa roninów, zawiązała spisek i poprzysięgła zemstę na Kirze. To byli owi później osławieni wierni wasale. Oczywiście udało się im dopełnić zemsty i zimową nocą 1702 lub 1703 roku zaatakowali pałac Kiry. Samego Kirę znaleźli ukrywającego się w szopie na węgiel. Roninowie zaproponowali mu honorowe samobójstwo, lecz ten okazał się tchórzem i jeszcze bardziej pozbawionym honoru człowiekiem i odmówił. W tej sytuacji nasi roninowie obcięli Kirze głowę mieczem, którym ich pan popełnił seppuku, a następnie zanieśli ją na grób swojego byłego daimyō. W ten oto sposób wypełnili swój obowiązek i oddali się w ręce władz. Zostali skazani na śmierć przez seppuku, jak ich pan. Ponoć wszyscy popełnili honorowe samobójstwo przy grobie Asano i wokół jego grobu zostali pochowani.

Jak już wspominałam historia czterdziestu siedmiu roninów mocno oddziaływała na Japończyków i była bogatym i niewyczerpanym źródłem dla sztuk teatralnych, powieści, komiksów, filmów. Te fikcyjne historie zlały się z czasem z prawdziwymi wydarzeniami, wzbogacając, ale i gmatwając całą opowieść do tego stopnia, że dziś nie sposób już określić, czy pewne elementy tych wydarzeń są prawdziwe, czy dodano je w późniejszym okresie. Do dnia dzisiejszego grane są przedstawienia czerpiące z historii opowiadającej o czterdziestu siedmiu roninach; są to "Kamikakete sango taisetsu" (data premiery to 1825 r.), "Michiyuki tabiji no hanamuko" (premiera miała miejsce w 1833 r.) oraz "Kanadehon Chūshingura" (sztuka powstało w 1748 r. początkowo dla teatru lalkowego, a następnie rozpisana na role aktorskie w teatrze kabuki).
I tu kilka słów o ostatnim z dramatów. Składa się on z jedenastu aktów (gdzie zazwyczaj sztuki mają po trzy bądź cztery akty). Cały spektakl podzielony jest na dwie części (akty I, III, IV i taniec podróżny oraz akty V, VI, VII i XI) i zawiera stałe elementy, które pozwalają rozpoznać "Kanadehon Chūshingurę" (nie będę ich tu opisywała, a chętnych odsyłam do książki). Aby uniknąć kłopotów z cenzorami, sztuka przedstawia wydarzenia nawiązujące do prawdziwej historii roninów, umiejscowione jednak w innych czasach, z dodatkowymi zdarzeniami nie mającymi pierwotnie miejsca, a bohaterowie noszą inne imiona. Np. Mistrz Ceremonii Kira to w sztuce Kō no Musashi no Kami Moronao, a Asano - Enya Hangan Takasada. Dla współczesnych sztuce odniesienia i nawiązania były oczywiste. Nie będę rozpisywała się tu na temat sztuki, ponieważ i tak post należy już do bardzo długich, a zainteresowanych odsyłam do książki :)  Zarówno oryginalna opowieść o czterdziestu siedmiu roninach, jak i sztuka "Kanadehon Chūshingura" odcisnęły swoje piętno m.in. na sztuce drzeworytniczej, tak bardzo popularnej w epoce Edo.
W ten oto sposób dochodzę do meritum ""Skarbca wiernych wasali." Dramat 47 roninów." - drzeworytów ukiyo-e. Książka zawiera 182 (niektóre występują podwójnie) reprodukcje drzeworytów posegregowanych według twórców. Znajdują się tu więc ukiyo-e takich artystów jak: Shunshō, Utamaro, Chōki, Hokusai, Shun`ei, Masayoshi, Toyokuni I, Sadafusa, Kinisada, Hiroshige, Kuniyoshi, Kuniteru, Yoshitora, Sadahide, Kunimasa. 
Ponieważ reprodukcje zawarte w w/w katalogu zachwyciły mnie i urzekły swoją urodą, dbałością ich twórców o detale, kolorami i ekspresją, postanowiłam zrobić dla Was kilka zdjęć wybranych przypadkowo z książki drzeworytów. Sama miałam przyjemność obejrzenia ich na własne oczy w muzeum Manggha w Krakowie w grudniu zeszłego roku! Być może przynajmniej częściowo dostrzeżecie w nich to, co ja, choć wiem, że zdjęcia te będę jedynie odbitką odbitki :)
Onoe Kikugorō jako Kō no Moronao i Ichikawa Ebizō jako Wakasanosuke (1818-1842); autor: Kunisada
Klasyczny przykład portretu aktorskiego ręki Kunisady. Oto dwóch aktorów w kostiumach z herbami określającymi ich role oraz w charakterystycznych pozach scenicznych dla prezentowanej sceny przedstawienia.



"Kanadehon Chūshingura", akt jedenasty - Oboshi Rikiya, spośród ludzi nocnego ataku (1818-1833); autor: Kunisada. Portret aktora wcielającego się z jednego z roninów - tu Oboshi Rikiya.
Akt pierwszy/Shodan, seria: Chūshingura (ok. 1795)




parodia umizgów Moronao; autor: Utamaro
Nocna utarczka Yuranosukego w Gion, seria: Pięciu bohaterów (1845-1850); autor: Hiroshige
Chūshingura, akt jedenasty: nocny atak (ok.1830); autor: Kuniyoshi
Ushioda Masanojō Takanori Plansza dwudziesta ósma/Ushioda Masanojō Takanori zaciągający taśmę przy nadgarstku oraz (z prawej strony) Tominori Sukeemon Masakata Plansza dwudziesta siódma/Tominori Sukeemon Masakata osłaniający się przed lecącym metalowym naczyniem, seria: Biografie wiernych roninów; autor: Kuniyoshi
Ronin Saburōbei Mitsutada znajdujący Nakamatsu Kurobeia pod kołdrą, seria: Porównanie wybitnych i wiernych roninów, Plansza dwudziesta druga (1847-1848); autor: Kuniyoshi

    "Życie pana jest cięższe niż dziesięć tysięcy gór,
        Życie jego sługi lżejsze niż włos."

(""Skarbiec wiernych wasali." Dramat 47 roninów.")