Świątecznie :)

Moi drodzy czytelnicy! 
Życzę Wam wszystkim radosnych i dobrych Świąt Wielkanocnych, przepełnionych miłością i słońcem.

*******************************************************
 
Happy Easter to all my nice blog readers!

*******************************************************

Jeg vil ønske alle mine fine blogglesere en riktig god og fin påske!
 



* Źródło zdjęć: http://www.79ideas.org/

"Happy, Happy"

Tytuł: "Happy, Happy"
Tytuł oryginalny: "Sykt lykkelig"
Reżyseria: Anne Sewitsky
Obsada:  Agnes Kittelsen, Henrik Rafaelsen, Joachim Rafaelsen, Maibritt Saerens, Heine Totland
Produkcja: Norwegia
Rok produkcji: 2010
Czas: 1 h 28 minut

"Kaja i Eirik to na pozór udane małżeństwo. Kaja nosi serce na dłoni i duszę na ramieniu. Eirik odkrywa siebie tylko na tyle, na ile musi, żeby mieć święty spokój. Zdaje się, że kiedyś się kochali. Teraz łączy ich tylko syn i codzienność pełna pozorów. W końcu rodzina jest najważniejsza. Całe ich życie wywraca się do góry nogami, kiedy do domu naprzeciwko wprowadzają się Sigve i Elisabeth. Nowi sąsiedzi są doskonali. Wiodą uporządkowane życie, wiedzą o sobie wszystko i nawet adoptowali sierotę z Etiopii! Kaja, której mąż unika od roku, postanawia odkryć tajemnicę perfekcyjnego związku. Teraz wszyscy będą mogli być wręcz nieprzyzwoicie szczęśliwi…"
Film "Happy, Happy" zdobył kilka ważnych nagród, m.in. nagrodę "World Cinema Grand Jury Prize, Dramatic" podczas Festiwalu Filmowego w Sundance w 2011 roku. Jest to pierwszy norweski film, który zdobył nagrodę na tym festiwalu. Obraz był także wybrany jako norweski reprezentant do Oscarów w 2011 r. w kategorii Oscar dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego.
Lubię takie kino skandynawskie, gdzie, choć temat wydaje się banalny, nic nie jest czarno-białe i proste. Nie ma jednej winnej osoby, odpowiadającej za całe zamieszanie. Główni bohaterowie - Kaja i Erik - wiodą zwyczajne życie, pełne rutyny i goryczy, wydawałoby się szczęśliwe w swojej jednostajności. Kaja marzy o idealnej rodzinie, żebrze o miłość, a Erik jej unika, odmawia nawet seksu twierdząc, że Kaja nie jest atrakcyjna i woli chodzić na polowania. Mimo wszystko Kaja stara się przyjmować życie takim, jakie jest i z optymizmem patrzy na wszystko dookoła, nie daje się ponieść emocjom. Jednak, gdy pewnego dnia obok wprowadzają się nowi sąsiedzi (Sigve i Elisabeth wraz z adoptowanym z Etiopii synem Noa), główna bohaterka zaczyna się zmieniać. I choć marzy dalej o idealnej rodzinie, bo rodzina jest dla niej najważniejsza, pragnie też nareszcie poczuć, że żyje.
Z kolei Sigve i Elisabeth, którzy są dla Kai niedoścignionym wzorem idealnej rodziny, dalecy są od perfekcji. Za ich przyjazdem do zasypanej śniegiem Norwegii kryje się tajemnica. Również dla nich spotkanie z Kają i Erikiem jest początkiem czegoś nowego. Kiedy nadchodzi Boże Narodzenie, staje się jasne, że nic już nie będzie takie jak wcześniej.
"Happy, Happy" to czarny komediodramat o niewierności, niespełnieniu i tęsknocie, w którym reżyserka zderza ze sobą postaci o odmiennych potrzebach, pochodzące z różnych światów. Film mimo poruszanego tematu jest pełen ciepła, nie wywołuje w widzu przygnębienia.
Bardzo ciekawym zabiegiem zastosowanym w filmie jest wykorzystanie przez reżyserkę rockowego zespołu, który śpiewa ballady, będące puentą, komentarzem do przedstawianych scen.
Nie rozumiem tylko jednego: skąd w tym filmie wątek dwojga dzieci, białego chłopca, syna Kai i Erika oraz czarnoskórego chłopca, syna Sigve i Elisabeth, bawiących się przez cały film w pana i niewolnika. Nie pasują mi zupełnie te sceny do tego filmu.  Nie odgadłam do dziś, czemu miał służyć ten wątek.
Dla obydwu małżeństw ten przedświąteczny czas przyniesie zmiany. Na lepsze, czy na gorsze? Sami się o tym przekonajcie :)

                             polski trailer


Międzynarodowy Dzień Gofrów

Przedwczoraj, oprócz Dnia czytania Tolkiena, był także Międzynarodowy Dzień Gofrów (Verdens Vaffeldag). Norwedzy mają bzika na punkcie gofrów, które tutaj nazywają się vafler. Gofry są bardzo popularną przekąską na różnego rodzaju piknikach, świętach, spotkaniach itp. Czytając norweskie gazety i blogi odnoszę wrażenie, że w każdym domu jest gofrownica :) Oczywiście w dniu wczorajszym informacje o  Verdens Vaffeldag pojawiły się we wszystkich mediach, a gofrownice były głównym produktem promocyjnym w gazetkach sklepowych.
Skąd to całe szaleństwo przybyło do Norwegii? Ze Szwecji :) (W, której notabene, gofrowe szaleństwo jest mniejsze niż w Norwegii.)
Międzynarodowy Dzień Gofrów, przypadający 25 marca, to także Święto Zwiastowania (Vårfrudagen po szwedzku). I stąd ponoć, jak twierdzą niektórzy, wywodzi swój rodowód Dzień Gofrów (Våffeldagen po szwedzku). Dokładniej, z mnogości dialektów w Szwecji oraz niechlujstwa językowego - patrz na podobieństwo obydwu w/w słów :) Jak było naprawdę? Któż to wie! Faktem jest, że gofry stały się symbolem wiosny i od wielu już lat w krajach skandynawskich 25 marca jest Dniem Gofrów.
Typowe norweskie gofry są cienkie i mają kształt serca. Serwowane są zazwyczaj na słodko, z bitą śmietaną, kwaśną śmietaną kremówką i dżemem, często także z typowym norweskim brązowym serem (brunost), który jest robiony z serwatki pochodzącej z mleka koziego. (Są różne odmiany brązowego sera, pochodzące z mleka krowiego i mieszanego). Ja sama spotkałam się z wersją najprostszą, czyli gofry + dżem lub gofry + śmietana. Pychota!

www.matprat.no
Do Norwega należy także rekord Guinnessa za posiadanie największego na świecie smażonego gofra (dokonał tego Rolf Moen z północnego Odal).
Same gofry mają długą historię, a ich początki sięgają średniowiecza, kiedy to smażono między dwoma płaskimi żeliwnymi płatkami cienkie placki. Ponoć już w XIV wieku w Holandii i Niemczech stosowane były pierwsze gofrownice (duże i kwadratowe). Razem z pielgrzymami z Holandii gofry trafiły do Ameryki i rozgościły się tam na dobre.
W 1869 roku Amerykanin Cornelius Swarthout otrzymał patent na pierwszą gofrownica. Jego wynalazek zrewolucjonizował świat gofrów i stał się bardzo popularny. Do dziś obchodzona jest rocznica patentu Swarthouta - jest to Narodowy Tydzień Gofrów (National Waffle Week) obchodzony w drugim tygodniu września.

Przepis podstawowy na gofry norweskie

Składniki:
- 2 jajka
- 1,5 szklanki cukru
- 3 szklanki maślanki
- 3,5 szklanki pełnego mleka
- 350 g mąki
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 1 łyżeczka sody
- 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
- 1 łyżeczka kardamonu
- 150 g stopionego masła

Należy wymieszać suche składniki z mokrymi i odstawić ciasto na 5-10 minut. Należy posmarować dokładnie gofrownicę roztopionym masłem i porządnie ją rozgrzać. Następnie wylać odpowiednią ilość masy na gofrownicę i piec gofry aż będą miały złocisty kolor. Najlepiej podawać z kwaśną śmietaną, dżemem lub brązowym serem. Albo z czym kto woli :)
Smacznego!

ARGILE PROVENCE Płyn Micelarny do demakijażu BIO 500 ml

Jestem wielką fanką płynów micelarnych. Ich pojawienie się na półkach sklepowych i aptecznych powitałam z radością i nareszcie mogłam pozbyć się tak nie lubianych, przeze mnie i moją skórę, wszelkiej maści mleczek, śmietanek czy innych emulsji do demakijażu i oczyszczania twarzy. Wśród miceli mam swoich ulubieńców, do których wracam i wracać będę, ale lubię też testować nowości, sprawdzać, czy może być coś jeszcze lepszego niż to, co już znam. W ten oto sposób sięgnęłam po płyn micelarny Argile Provence. A teraz zapraszam Was na moich kilka słów o nim.
Opis producenta
Prócz skutecznego demakijażu płyn spełnia również funkcję pielęgnacyjną. Szczelna struktura cząstek umożliwia transport do skóry witamin, minerałów i składników roślinnych. Dzięki temu po oczyszczeniu twarzy tym produktem nie czujemy dyskomfortu, pieczenia czy ściągnięcia skóry. Wystarczy przyłożyć do skóry nasączony wacik i zmyć makijaż bez konieczności pocierania skóry wacikiem. Płyn jest delikatny w użyciu i nie wymaga zmywania go wodą. Bazę płynu stanowią wody ze źródeł termalnych. Dzięki temu płyn może być stosowany rano i wieczorem do gruntownego oczyszczenia całej twarzy. Za sprawą lekkiej formuły nie pozostawia żadnej tłustej warstwy na skórze ani uczucia lepkości. Płyn nie podrażnia oczu, może więc być stosowany przez osoby noszące szkła kontaktowe. Kosmetyk wolny jest od parabenów, barwników, sztucznych konserwantów, sztucznych substancji zapachowych. Jego głównym składnikiem jest nieoceniony hydrolat z róży damasceńskiej BIO, oraz łagodne roślinne substancje myjące (naturalne saponiny uzyskane z kory najbardziej cenionego drzewa rosnącego we wschodniej Brazylii: Ziziphus joazeiro).

Skład INCI
aqua, Rosa damascena aqua*, glycerin, Centaurea cyanus aqua*, sodium cocoyl glutamate, Ziziphus joazeiro bark extract, biosaccharide gum-1, benzyl alcohol, sodium benzoate, potasium sorbate, Aniba raseadora, linalool. Eaux florales de Rose*BL*, Ziziphus Joazeiro du Brésil.

Pojemność
500 ml

Cena
59,90 zł

98% wszystkich składników pochodzenia naturalnego; 18% wszystkich składników z upraw ekologicznych
Składniki z upraw ekologicznych. Produkt nie testowany na zwierzętach.

Przyznam się, że kiedy przeczytałam opis producenta i spojrzałam na skład, wpadłam w zachwyt. Nie mogłam uwierzyć, że oto mogę mieć świetny micel ekologiczny, w dodatku za przystępną cenę. Zaczęłam z zapałem stosować płyn micelarny Argile Provence i tu nastąpiły komplikacje ...
Po zastosowaniu płynu Argile Provence czułam niestety dyskomfort i pieczenie skóry. Demakijaż oczu to była dla mnie katorga! Po raz pierwszy spotkałam się z płynem micelarnym, który tak bardzo szczypał mnie w oczy, niezależnie od tego jak bardzo ostrożnie je zmywałam. Dodam, że nie mam aż tak wrażliwych oczu i wcześniej nie miałam z tym większych problemów.
Co do samego demakijażu ... Totalna porażka :( Nie stosuję makijażu wodoodpornego, a mimo to produkt Argile Provence nie radził sobie z jego usuwaniem. Nie mogłam się obyć bez pocierania skóry. Na nic zdało się przykładanie nasączonych płynem wacików do skóry. Zużywałam duże ilości zarówno płynu, jak i wacików, aby porządnie oczyścić twarz.
Do tego micel od  Argile Provence za każdym razem zostawiał na mojej skórze taką dziwną tepą i nieco klejącą warstewkę, która była wyczuwalna jeszcze długo po jego zastosowaniu. Przez nią miałam wrażenie, że moja skóra jest nadal brudna i oczywiście doczyszczałam ją tonikiem. A przecież przy płynie micelarnym powinien wystarczyć on sam.
Jedynym plusem, jak dla mnie, jest zapach tego płyny. Rzeczywiście jest delikatny i prawie niewyczuwalny, więc nie drażni kiepskim zapachem nosa.
Jak wynika z powyższego, kosmetyk ten zupełnie się nie sprawdził w moim przypadku.

Dzień czytania Tolkiena

Jako, że dzień jest Dzień czytania Tolkien, pozwolę sobie na mały cytat :)
"Na początku był Eru, Jedyny, którego na obszarze Ardy nazywają Iluvatarem; On to powołał do życia Ainurów, Istoty Święte, zrodzone z Jego myśli. Ci byli z nim wcześniej, niż powstało wszystko inne. Rozmawiał z nimi i poddawał im tematy muzyczne. Ainurowie zaś śpiewali dla Niego i On radował się tą muzyką. (...) Wtedy głosy Ainurów na podobieństwo harf i lutni, fletów i trąb, wiol i organów, i niezliczonych chórów wyśpiewujących słowa, zaczęły kształtować z tematu Iluvatara Wielką Muzykę; z przeplatających się i nieustannie zmiennych melodii wzbiły się harmonijne dźwięki i popłynęły poza zasięg słuchu w głębie i wysokości, wypełniły przestrzeń, którą zamieszkiwał Iluvatar, przelały się przez jej granicę; Muzyka i echa Muzyki rozległy się w Pustce, aż przestała być pustką. (...) Lecz gdy temat rozwijał się dalej, w sercu Melkora zbudziła się chęć, żeby wpleść wątki wysnute z własnej wyobraźni, niezgodne z tematem Iluvatara; chciał bowiem w ten sposób przydać swojej roli więcej mocy i blasku. Melkorowi dana była szczególna władza i wiedza, a nadto udział we wszelkich darach, rozdzielonych między innych jego braci Ainurów. Często zapuszczał się samotnie w puste przestrzenie, szukając Niezniszczalnego Płomienia, paliła go bowiem żądza stwarzania Bytów własnego pomysłu (...) I gdy tak się zmagały dwie fale Muzyki, wstrząsając przybytkiem Iluvatara i wprawiając w drżenie ciszę nigdy przedtem nie poruszoną, Iluvatar po raz trzeci wstał, a tych, którzy spojrzeli na Jego oblicze, zdjął lęk. Podniósł obie ręce i Muzyka urwała się na jednym akordzie, głębszym niż Otchłań i wyższym niż Firmament, przenikliwym jak światło oczu Iluvatara. (...) Gdy zaś znaleźli się w Pustce, Iluvatar rzekł:
- Spójrzcie! Oto Wasza Muzyka!
I ukazał im Wizję, aby wzrokiem poznali to, co przedtem było dostępne ich uszom; zobaczyli nowy Świat w postaci kuli zawieszonej pośród Pustki, z niej wyodrębnionej. A kiedy tak patrzyli z podziwem, Świat zaczął przed ich oczyma odsłaniać swoją historię i wydało im się, że żyje i rośnie."

("Silmarillion", J.R.R. Tolkien)
    

Sakura hanami

Sakura, sakura, no yama mo sato mo,
Miwatasu kagiri, kasumi ka, kumo ka,
Asahi ni nioru, sakura, sakura,
Hanazakari.
Sakura, sakura, yayoi no sora wa,
Miwatsu kagiri, kasumi ka, kumo ka
Nioizu izuru, izaya, izaya,
Miniyukan.

Wiśnia, wiśnia, pokryła góry i miasta,
gdziekolwiek sięgnąć wzrokiem.
Czy to mgła czy chmury?
Mieni się w porannym słońcu, wiśnia, wiśnia
w pełnym rozkwicie.
Wiśnia, wisnia. Wiosenne niebo
gdziekolwiek sięgnąć wzrokiem.
Czy to mgła czy chmury?
W powodzi kolorów. Chodźmy więc, chodźmy,
oglądać kwitnące kwiaty.
Marzec ma się ku końcowi, a to oznacza, że sakura już na dobre zawładnęła umysłami i sercami milionów Japończyków i turystów przebywających akurat w Japonii.  Słowami powyższej piosenki rozpoczyna się to wielkie kwiatowe szaleństwo :)
Sakura, czyli wiśnia japońska (zarówno drzewo, jak i kwiaty tego drzewa) to jeden z najbardziej znanych i rozpoznawalnych na całym świecie symboli Japonii. Ba! Sama Japonia jest nazywana Krajem Kwitnącej Wiśni! Sakura zachwyca Japończyków już od wielu wieków i nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić. Jest opiewana w wierszach, poematach, piosenkach, przedstawieniach teatralnych, filmach ...
W Japonii można znaleźć wiele gajów wiśniowych, alejek wiśniowych, skwerów i parków wiśniowych. W skrócie: wiśni tam dużo :) Miejsca te w czasie hanami, czyli święta oglądania kwiatów, w tym wypadku, sakury, są oblegane i trudno znaleźć wolną przestrzeń dla siebie. Funkcjonują specjalne strony internetowe podające aktualną prognozę kwitnienia sakury (sakura-zensen), a głównym tematem gazet i wiadomości telewizyjnych są relacje z miejsc, gdzie drzewa już kwitną.
Sakura zaczyna kwitnąć już w styczniu na Okinawie, a kończy - w maju na Hokkaido. Wydawałoby się, że to dużo czasu, aby spokojnie móc podziwiać jej urodę. Niestety, jednak kwiaty wiśni są delikatne i utrzymują się na gałązkach zaledwie 2-3 dni!
Japończycy udają się na hanami wraz z całymi rodzinami, urządzają pikniki, często mocno zakrapiane sake, i podziwiają ulotne piękno delikatnych kwiatów sakury. Bywają często tańce i wspólne śpiewanie. W większości łatwo dostępnych miejsc jest wtedy jeszcze bardziej tłoczno, niż to bywa zazwyczaj w Japonii.
Kilka miejsc, w których warto ponoć oglądać kwitnąca sakurę.
Matsumae-koen Park - Hokkaido
Okres kwitnienia: od późnego kwietnia do późnego maja
 
 

Hirosaki-koen Park - Aomori
Okres kwitnienia: od późnego kwietnia do późnego maja
 

Kakunodate - Akita
Okres kwitnienia: od późnego kwietnia do późnego maja
 

Shinjuku Gyoen Park - Tokyo
Okres kwitnienia: od późnego kwietnia do późnego maja
 

Takato-Joshi-koen Park - Nagano
Okres kwitnienia: od połowy kwietnia do późnego kwietnia
 
 


Inuyama-jo Castle - Aichi
Okres kwitnienia: od późnego marca do wczesnego kwietnia
 

Maruyama-koen Park - Kyoto
Okres kwitnienia: od późnego marca do późnego kwietnia
 

Tetsugaku-no-michi - Kyoto
Okres kwitnienia: od późnego marca do późnego kwietnia

Arashiyama - Kyoto
Okres kwitnienia: od późnego marca do późnego kwietnia
 

Mt. Yoshino-yama - Nara
 Okres kwitnienia: od wczesnego kwietnia do późnego kwietnia

Daigo-ji Temple - Kyoto
Okres kwitnienia: od późnego marca do późnego kwietnia
Oczywiście miejsc, w których można podziwiać kwitnąca sakurę jest dużo dużo więcej. A, kto chce udać się na spokojniejsze hanami, tego zapraszam na Ume Hanami, czyli oglądanie kwiatów śliwy japońskiej albo, jak wolą dendrolodzy, moreli japońskiej :)

Zainteresowanych odsyłam na stronę Visit Japan International, gdzie możecie sprawdzić aktualny "front kwitnienia wiśni" :)




* Źródła zdjęć: http://www.japan-guide.com/ i www.pinterest.com

Migawki znad morza

Nadmorska plaża to chyba moje ulubione miejsce. A na pewno jedno z ulubionych. Dlatego dziś podzielę się z Wami migawkami z kolejnej norweskiej plaży i ostatniego mojego wypadu nad morzem :)




Jak widać, w Norwegii nawet na plażach jest mnóstwo kamieni, mimo, że same plaże są zazwyczaj piaszczyste. Takie kamienie są świetnym miejscem, żeby sobie przysiąść w trakcie spaceru, czy joggingu.
A na deser - ja na plaży, już w wiosennym płaszczu, ale jeszcze z zimowymi rękawiczkami i w czapce :)



"W dzień biały morze śpiewa, szepce i szeleści,
Samemu sobie jeno gwarząc opowieści.
Kto się w nie wsłucha, słyszy w jego dziwnym szumie
Dalekie, tajne głosy, których nie rozumie.
Ale po nocy ciemnej, wśród pomrocznej głuszy
Morze prawi wybranym o swej wielkiej duszy.
I kto w swej piersi prawdom nieznanym nie przeczy,
Umiejąc słuchać głosów niewidzialnych rzeczy,
I samotnością łaskę swej jawie wysłuży,
Temu morze się zwierza, wieści, z duszy wróży,
Iż, utopiony sercem w oszołomnej pieśni,
W zachwycie najpiękniejszą bezsenną noc prześni.
A gdy upojonemu wiedzą w morskim wietrze
Z oczarowań zawrotnych powieki świt przetrze,
Co złotą obietnicą słońca się uśmiecha:
Ujrzy, jak łowiąc nocy pierzchającej echa
Wypływają z dniejących wód tajnej głębiny
W sen o pieśni Ariona wsłuchane delfiny."
          (Staff Leopold "Wieści morza")

 

Rzęsy do nieba

Każda kobieta marzy o długich i gęstych rzęsach. Cóż, może prawie każda, bo są i takie szczęściary, które bez żadnych "upiększaczy" w postaci maskar, zalotek i sztucznych rzęs, mogą poszczycić się pięknymi "firankami". Ja siebie do takich nie zaliczam. Dlatego postanowiłam sięgnąć po pomoc i poddać próbie odżywkę do rzęs o wdzięcznej nazwie Fanomenal Lash Serum firmy No7, którą kupiłam w pobliskiej aptece.


Odżywka należy do tych tańszych i kosztuje około 100 zł (179 koron norweskich). Jak większość dostępnych wspomagaczy do rzęs również to serum ma je pogrubić, wydłużyć, wzmocnić i sprawić, że będą ciemniejsze. A to wszystko w 8 tygodni. Jestem bardzo ciekawa efektów. Czas, start! :)


Weekendowa wycieczka

W miniony weekend troszkę podróżowałam. No, może podróżowałam, to za mocne słowo, bo zaraz nasuwa się skojarzenia z dalekimi wojażami, a ja tylko sobie odwiedziłam niedaleką okolicę :) No i ten weekend był troszkę dłuższy niż 2 dni i przeciągnął się do poniedziałku :)
Chciałam Wam pokazać jak różnorodna i zmienna jest Norwegia, nawet na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów. Bo ten kraj to, mimo wszystko, nie tylko kamienie, góry, fjordy i owce.
początek podróży w pełnym słońcu
W drodze (jakieś 20 km od punktu startowego)

W góry! 

Tu już przejechałam 40 km i natknęłam się na najprawdziwszą zimę! :)

Jedziemy dalej ...
... i dalej
Na miejscu! Tak wygląda marcowa Norwegia zaledwie 80 km na wschód od miejsca, z którego wyruszyłam.
Porażające: błękit nieba i biel śniegu.
"Oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba" ... No, może tylko taka hytta :)
A to już morze. Odległość od miejsca początkowego to jakieś 40 km, tym razem na zachód.
Ciągle na morzem, jedziemy wzdłuż wybrzeża.
Błękitne niebo na głową i trochę ton skał :)

Przygotowania do skoku do wody.
Dowód na to, że można się kąpać w Morzy Północnym w marcu :)
To była ciekawa podróż. Przyznam się, że takiej ilości śniegu, jak na zdjęciach powyżej, jeszcze w tym roku nie widziałam :)

Poradnik pozytywnego myślenia

Tytuł: "Poradnik pozytywnego myślenia"
Tytuł oryginalny: "Silver Linings Playbook"
Reżyseria: David O. Russell
Obsada: Jennifer Lawrence, Robert De Niro, Bradley Cooper, Jacki Weaver, Julia Stiles, Chris Tucker , Bruce Cohen, Harvey Weinstein, Shea Whigham
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2012
Czas: 2 h 2 minuty

Życie nie zawsze układa się zgodnie z planem. O czym przekonuje się Pat. Świeży rozwodnik, który stracił dom i pracę, wracający do domu rodziców po ośmiu miesiącach spędzonych w szpitalu psychiatrycznym. Dlaczego tam trafiła. Ano nie potrafił zapanować nad swoimi emocjami, nie radził sobie z agresją i stłukł na kwaśne jabłko kochanka żony. No i zdiagnozowano u niego dwubiegunowe zaburzenia afektywne. Pomimo to, Pat jest zdeterminowany, aby odbudować swoje życie i dostać drugą szansę od żony. I aż kipi optymizmem. Sytuacja komplikuje się, gdy spotyka Tiffany, tajemnicza młodą wdowę z własnymi problemami...
Zupełnie nie rozumiem, czemu ten film trafił do kategorii: komedia. Ja tam nie widzę nic śmiesznego w zmaganiach bohaterów z problemami psychicznymi i otaczającym światem, który nie rozumie ich choroby. Osobiście nie zaśmiałam się ani razu oglądając "Poradnik", jakoś nie czułam rozbawienia oglądając walkę Pata i Tiffany o normalne życie. Ale film oglądało mi się dobrze. Mimo, że od początku wiedziałam, jak się skończy ta historia, uważam, że jest to całkiem niezłe kino. Nareszcie nie był to typowo, cukierkowo hollywoodzki film.
Do świetnego filmu niestety też mu daleko. Cała historia wydaje się być nieco zbyt mocno spłycona. Została ona, tak na dobrą sprawę, sprowadzona przede wszystkim do wątku miłosnego Pat-Tiffany. Brakowało mi trochę głębszego wejścia w osobiste zmagania bohaterów ze swoimi demonami. Ale może się czepiam i w dwugodzinnym filmie trudno byłoby dobrze pokazać złożoność problemów?
Nie znam książki Matthew Quicka, na podstawie, której powstał film, więc nie mogę się do niej w żaden sposób odnieść. Wiem jedno, mam ogromną chęć ją przeczytać. Sądzę, że książka może być tylko lepsza.
Film bardzo spodobał się krytykom i był nominowany do wielu prestiżowych nagród, w tym do Oscara, Złotych Globów, nagród BAFTA. A Jennifer Lawrence, wcielająca się w rolę Tiffany, zgarnęła, m.in. statuetkę Oscara za najlepszą pierwszoplanową rolę żeńską 2013. r.
Czy jest to film na miarę Oscarów? Tu bym polemizowała. Jak dla mnie, to po prostu interesujący film, ale żeby od razu oscarowy? Nie, raczej nie. Nie oznacza to jednak, że nie warto go obejrzeć. Choćby po to, aby mieć własne zdanie na jego temat.