"I i II wojna światowa. Polska i Polacy."

Tytuł: "I i II wojna światowa. Polska i Polacy."
Autor: Kazimierz Kunicki, Tomasz Ławecki, Liliana Olchowik
Wydawnictwo: Carta Blanca
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 352

"Album "I i II wojna światowa. Polska i Polacy" to wyjątkowy esej fotograficzny o naszych dziejach w pierwszej połowie ubiegłego stulecia. Wydawało się w ciągu minionych dwóch dekad wypełniliśmy biały plamy narodowej ikonografii historycznej. Po latach niebytu do księgarń trafiły wydawnictwa dokumentujące działalność legionów Piłsudskiego, cud nad Wisłą i Powstanie Warszawskie. A jednak był to obraz niepełny - ich autorzy koncentrowali się głównie na zdjęciach dokumentujących czyn zbrojny. Codzienność, życie powszednie, intymne chwile z udziałem żołnierzy, partyzantów, mężów stanu i cywili pojawiały się marginalnie. Katarzyna Kucharczyk, redaktorka tomu i autorka wyboru fotografii, zaburzyła te proporcje. W albumie Carty Blanki mikropowieści są równie ważne co historia uniwersalna. Wśród 350 reprodukcji pojawiają się zdjęcia przedstawiające życie codzienne ogarniętych wojenną pożogą polskich ziem: handel, wypoczynek, uroczystości rodzinne czy ubój zwierząt. Najcenniejsze, w większości publikowane po raz pierwszy, dotyczą okresu I wojny światowej i wojny polsko-bolszewickiej. Symboliczną wymowę ma unikatowa fotografia z powitania Józefa Piłsudskiego i legendarnej pierwszej kompanii kadrowej w Kielcach w sierpniu 1914 roku. Paradującego konno "Dziadka" i legionistów witają uczniacy w mundurkach, wygalantowani panowie w melonikach, damy w powłóczystych sukniach, okutana chustą handlarka i Żyd w chałacie. Cała ówczesna Rzeczpospolita w jednym kadrze. Czarno-białe i sepiowe zdjęcia, którym towarzyszą krótkie opisy, tworzą pasjonujący reportaż-esej o korzeniach współczesnej Polski."

Dodam tylko do tego opisu, że album bardzo przypadł mi do gustu. Większości zdjęć nigdy nie widziałam, nawet przelotnie. Ten album to świetna pozycja dla każdego, by przypomnieć sobie wszystko to, co o wojnach wiemy, a także dowiedzieć się czegoś nowego. Mimo, że zdjęcia są czarno-białe lub w sepii, często dość niewyraźne, są bardziej dobitne niż niejeden opis. Co jeszcze podoba mi się w przedstawionych zadjęciach, to fakt, że niejednokrotnie znajdują się na nich nietylko wybitne postaci, czy wielcy okrutnicy okresu wojennego, lecz również zwykli ludzie, którzy byli uczestnikami tych zmagań i mimo wojennej zawieruchy próbowali "normalnie" żyć.
Krótkie komentarze towarzyszące zdjęciom są bardzo konkretne, celne i świetnie oddają sytuację opowiedzianą na zdjęciu. Nie są to suche podpisy w typie: marszałek Piłsudski i jego legiony, głodne dzieci lub zabici żołnierze w okopach, lecz krótkie informacje dotyczące określonego wycinka z historii I i II wojny. Dzięki tym notkom, które przywodzą mi na myśl, zapiski dawnych kronikarzy na marginesach tworzonych przez siebie dzieł, poszerzyłam swoją wiedzę na temat każdej ze światowych wojen.
Oglądając część albumu poświęconą I wojnie światowej ciągle nuciłam "Legiony to żołnierska nuta/Legiony to straceńców los/Legiony to żołnierska buta/Legiony to ofiarny los!/My pierwsza brygada/Strzelecka gromada/Na stos!/Rzuciliśmy swój życia los,/Na stos, na stos". Po tylu latach, okazało się, że nadal ją pamiętam! Z kolei część o II wojnie światowej uruchomiła w mojej głowie kolejne wspomnienia z dzieciństwa i na przemian brzmiały w moich myślach dwie piosenki: "Siekiera, motyka, bimbru szklanka,/w nocy nalot, w dzień łapanka./Siekiera, motyka, światło, prąd,/kiedyż oni pójdą stąd!" oraz "Na łąkach kaczeńce,/a na niebie wiatr,/a my na wojence oglądamy świat./Na łąki wrócimy,/tylko załatwimy/parę ważnych spraw./Może nie ci sami/wrócimy do mamy/i do szkolnych ław./Deszcze niespokojne/potargały sad,/a my na tej wojnie/ładnych parę lat." Wybaczcie, tak jakoś wspomnienia mnie naszły :)
Oto niektóre fakty opisane w skrócie na kartach albumu "I i II wojna światowa. Polska i Polacy". Wiele z nich było dla mnie nowością, dlatego postanowiłam się nimi z Wami podzielić i ciekawa jestem, które z nich były Wam znane już wcześniej. Pozwoliłam sobie również pokazać Wam trochę zdjęć z albumu, choć nie są one idealne (z różnych względów) to dopełnią obraz całej książki i historii w niej przekazanej.

I wojna światowa

* Pod Bolimowem na linii Bzury i Rawki w grudniu 1914 r. Niemcy po raz pierwsze użyli na froncie wschodnim gazów bojowych.
* Pierwszym zniszczonym miastem w I wojnie światowej był Kalisz. Zbombardowali go Niemcy.
* Opis zniszczeń wojennych Kalisza został świetnie przedstawiony przez Marię Dąbrowską w "Nocach i dniach" (w powieści Kalisz nazywany jest Kalińcem).
* Zniszczona w 1915 r. twierdza w Przemyślu była 3 pod względem wielkości spośród 200 fortyfikacji zbudowanych w Europie.
* Nazwa "szczypiorniści" wywodzi się od nazwy miejscowości Szczypiorno (obecnie dzielnicy Kalisza), w której to istniał obóz dla internowanych legionistów, którzy w 1917 r. odmówili złożenia/odnowienia przysięgi wierności armii niemieckiej. Jedną z ulubionych rozrywek więźniów była gra w piłkę ręczną.
* Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. (kapitulacja Niemiec) terytorium Polski wynosiło 106 tys. km kw.
* Do roku 1938 Polska pozostawała w stanie wojny z Litwą (spór o Wileńszczyznę).
* W I wojnie światowej zginęło ok. 400 tys. żołnierzy i więcej niż drugie tyle cywilów. Wyliczono, że na każdy dzień wojny przypadało średnio 5 tys. zabitych.
* W I wojnie światowej zginęło więcej walczących niż we wszystkich łącznie wojnach toczonych dotychczas.

Samolot łącznikowy
Ruiny zniszczonego fortu twierdzy Przemyśl
Kalisz po przejściu frontu w sierpniu 1914 r.
Czas prania i suszenia bielizny osobistej w obozie w Szczypiornie
Ochotniczy oddział kobiecy podczas musztry latem 1920 r.

II wojna światowa

* Według ustaleń części historyków, II wojna światowa zaczęła się od bombardowania Wielunia (1.09.1939 r. ok. godz. 4.45), a nie ataku na Westerplatte. Niemcy atakując Wieluń przetestowali po raz pierwszy w warunkach bojowych nowy typ bombowca - Ju 87B.
* Średni przydział w Generalnym Gubernatorstwie wynosił: dla Niemców - 2600 kalorii dziennie, dla Polaków - 700 kalorii dziennie, dla Żydów - 400 kalorii dziennie (według wprowadzonego przez Niemców systemu reglamentowania rozdzielonej na kartki  żywności).
* Podczas II wojny światowej istniała RGO (Rada Główna Opiekuńcza), polska organizacja charytatywna, która, między innymi, dożywiała ubogich i wysiedleńców (ok. 700-900 tys. osób rocznie korzystało z tej pomocy).
* Prezydent Warszawy Stefan Starzyński odmówił ewakuowania się wraz z całym rządem; został aresztowany po kapitulacji Warszawy i zesłany do Dachau. Zginął w niewyjaśnionych okolicznościach.
* Pierwsze getto dla ludności żydowskiej powstało w październiku 1939 r. w Piotrkowie Trybunalskim.
* Znak Polski Walczącej (kotwica) stworzyli harcerze z podziemnej organizacji "Wawer".
* Powstańcy warszawscy uruchomili własną produkcję broni; wyprodukowali m.in. pistolet maszynowy "Błyskawica".
* W czasie Powstania Warszawskiego zawarto 356 ślubów. Jednymi z nowożeńców byli Jan Nowak Jeziorański i jego żona Jadwiga Wolska.
* Siostra pisarki Marii Dąbrowskiej, Jadwiga, walczyła w Powstaniu Warszawskim i zmarła w skutek odniesionych w walce ran.
* W II wojnie światowej śmierć poniosło ok. 5.5 mln cywili, w tym ponad 3 mln. polskich Żydów.

Obrońcy Poczty Polskiej w Gdańsku prowadzeni przez Niemców.
Bitwa nad Bzurą


Oscypki sprzedawane na ulicach Krakowa i sprzedawca suszonych grzybów w Krakowie

dr Gryczółek operuje rannego w szpitalu polowym
Terier Scotty, maskotka Dywizjony 308
Ani to, co napisałam ani album nie wyczerpują tematu obu wojen światowych i nie taki był, mój i autorów książki, zamiar. Temat ten jest zbyt rozległy, zbyt wielowątkowy i nadal zawiera zbyt wiele mało znanych faktów, by można go ławo opowiedzieć i zamknąć w kilku akapitach i zdjęciach. To jedynie przypomnienie o tragedii, jaką były obie wojny i przestroga dla nas i przyszłych pokoleń, bo kto wie, jakie straty w ludności i jakie zniszczenia przyniosłaby kolejna światowa wojna.

"Dwie wojny światowe splotły bohaterskie i tragiczne losy dwóch pokoleń Polaków - ostatniego urodzonego jeszcze pod zaborami i pierwszego, które przyszło na świat już w wolnym kraju. Album przedstawia ich walkę o odzyskanie niepodległości, nieugiętą obronę młodego państwa, nadzieje i dramaty zarówno zwykłych ludzi uwikłanych w wielką historię, jak i wojskowych, polityków, mężów stanu, od których zależał los milionów."


Rurôni Kenshin: Meiji kenkaku roman tan.

Tytuł: Rurôni Kenshin: Meiji kenkaku roman tan (るろうに剣心)
Reż.: Keishi Ohtomo
Produkcja: Japonia
Premiera: 25 sierpnia 2012 (świat)
Czas trwania: 2 godz. 14 min.

Były legendarny zabójca Kenshin Himura (w tej roli Takeru Sato) staje się wędrującym samurajem, oferując pomoc i ochronę potrzebującym jako przebłaganie za swoje przeszłe czyny. W czasie wędrówki Kenshin Himura spotyka i pomaga Kaoru Kamiya (Emi Takei) instruktorce w szkole walki Kamiya Kasshin-ryu, stworzonej w Tokio przez jej ojca. Kaoru proponuje wędrowcowi, jak sam siebie określa Kenshin, aby zatrzymał się w jej dojo. I, oczywiście, zaczynają się problemy, ponieważ przeszłość ściga głównego bohatera i nie ma zamiaru zostawić go w spokoju.
W przebłyskach wspomnień Kenshina, możemy dostrzec jego
mroczną przeszłość. Widzimy nastoletniego chłopca, który staje się zabójcą Hitokiri Battousai (z jap. Krwawa Klinga). Obserwujemy koniec epoki Edo, kiedy to swoje krwawe żniwo zbierała w Japonii Bakumatsu - wojna domowa, a nasz główny bohater był znanym zabójcą na usługach rojalistów (przeciwników utrzymania szogunatu). Jak wiadomo ustrój Japonii zmienił się, szogunat został obalony, a siejący postrach zabójca zniknął. Teraz nie ma Hitokiri Battousaia, jest Kenshin Himura, który poprzysiągł sobie więcej nie zabijać..
To tak w skrócie :)
                                                       trailer nr 1
Film "Rurôni Kenshin: Meiji kenkaku roman tan" powstał na podstawie popularnej mangi "Rurouni Kenshin", napisanej i zilustrowanej przez Watsuki Nobuhiro, publikowanej w Weekly Shonen Jump od 02 września 1994 do 4 listopada 1999.
I tu krótka dygresja :) Zazwyczaj w momencie, kiedy wypowiem słowo manga, dostrzegam pierwsze kpiące uśmieszki i pobłażliwe spojrzenia, bo oto osoba dorosła interesuje się japońskimi komiksami. Toż, to dobre dla dzieci! Mało, kto zdaje sobie sprawę, że manga to coś więcej niż nastoletnie uczennice w kusych mundurkach, czy soft- lub hard-porno ubrane w kolorowe obrazki. Manga wywodzi swój początek z ukiyo-e, które w połączeniu z zachodnim stylem rysowania, dało jej początek (choć wielu specjalistów dostrzega elementy współcześnie znanej nam mangi już w XII-wiecznych giga (zabawnych obrazkach). Manga to w Japonii forma sztuki i, jednocześnie, literatura popularna; przez starszą część społeczeństwa kojarzona jest z rysunkami humorystycznymi, satyrami społecznymi, karykaturami oraz, oczywiście, z drzeworytami z epoki Edo. Komiks to jedno z ostatnich skojarzeń Japończyków z mangą. Tylko za granicami Japonii postrzegana jest jako, tylko i wyłącznie, komiks. Tematyka mangi jest bardzo różnorodna, więc każdy znajdzie tam coś dla siebie.

Wiem, że kino japońskie nie jest szczególnie popularne i bywa trudne w odbiorze dla europejczyka (np. symbolika i teatralne gesty aktorów robią swoje). Nie pomaga tu również fakt, że dla wielu osób pierwsze skojarzenie z kinem japońskim wiąże się tylko z anime lub Kurosawą. O, ile filmy tego ostatniego uznawane są za klasyki kina światowego oraz za tzw. ambitne kino i jest pewną nobilitacją znajomość tych filmów, o tyle anime kojarzy się z filmami dla dzieci lub zboczonymi filmami animowanymi dla dorosłych. Sądzę, że "Rurôni Kenshin: Meiji kenkaku roman tan" pokazuje bardziej dostępne oblicze filmu japońskiego i całkiem przyjemnie się go ogląda, choć nie jest to film z tych niezapomnianych i wyjątkowych :) Nie jest to ani kino niszowe ani ambitne ani niezależne, jest to po prostu całkiem dobra ekranizacja mangi, która nie wzbudza śmieszności przerysowanymi postaciami, czy scenami i mnie osobiście kojarzy się z popularnymi od kilku lat nurtem przygodowo-kostiumowych filmów azjatyckich. I mimo, że film mnie nie zachwycił, nie uważam, że straciłam czas go oglądając go.

                                                    trailer nr 2

Ut på tur, aldri sur!

Trochę migawek z mojej dzisiejszej wycieczki na plażę  :)






Ut på tur, aldri sur! to norweskie przysłowie, któremu, znaczeniowo, najbliżej do polskiego powiedzenia W zdrowym ciele, zdrowy duch!
Dokładne tłumaczenie z norweskiego na polski brzmi, co najmniej dziwacznie, więc je sobie daruję :) Sens powiedzenia sprowadza się do tego, że będąc w trasie (czyt. na wyciecze, spacerze, wyprawie etc.) nigdy nie zgorzkniejesz (według Norwegów - nie skwaśniejesz).

Wszystkiego najlepszego Fuji-san!

23 lutego - Dzień góry Fuji (富士山の日)

Japończycy kochają górę Fuji tak bardzo, że 23 lutego ustanowili Dniem Góry Fuji :)
Od wieków góra Fuji jest dla Japończyków świętą górą (dla wyznawców shintō Fuji to żeńskie bóstwo Konohana-no-sakuyahime-no-mikoto) i do dziś zajmuje w ich sercu szczególne miejsce. Każdy Japończyk powinien choć raz w życiu odbyć pielgrzymkę na szczyt Fuji. Taka pielgrzymka to zazwyczaj nocna wspinaczka, którą wieńczy zapierający dech w piersiach widok wschodzącego słońca. Niestety sama tego nie doświadczyłam, ale zdjęcia i wszelkie filmiki, które widziałam, robią mocne wrażenie.

                                                wschód słońca widziany z Fuji

Fuji (spolszczona nazwa to Fudżi) jest najwyższym szczytem Japonii (3.776 m n.p.m.) wznoszącym się na granicy dwóch prefektur, Shizuoka i Yamanashi, na wyspie Honsiu. Jest to zarazem wciąż czynny wulkan, choć ostatni wybuch miał miejsce w odległym 1707 roku. Fuji jest częścią Parku Narodowego Fuji-Hakone-Izu.

Niemal idealny w kształcie Fuji-san, jak nazywają go Japończycy, jest symbolem kraju kwitnącej wiśni i przyciąga każdego roku do prefektury Shizuoka tłumy turystów.

                                          Fuji podczas festiwalu Shibazakura

Sławna góra była natchnieniem dla równie sławnego artysty japońskiego - Hokusai’a Katsushiki i jego serii drzeworytów ukiyo-e pt. "36 widoków góry Fudżi”. Fuji nadal pozostaje ulubionym motywem w japońskiej sztuce.

23 lutego jest jak najbardziej słusznie wybranym dniem, by uczcić wspaniałą górę Fuji, ponieważ okres ten odznacza się szczególnie przejrzystym bezchmurnym niebem, dzięki czemu, są duże szanse, że uda się dostrzec słynny ośnieżony szczyt Fuji-san. Data - 23 lutego - ma również szczególne znaczenie dla rodziny królewskiej. Tego właśnie dnia w 1960 r. urodził się obecny następca tronu książę Naruhito.
Głównym jednak powodem dla którego dzień ten został wybrany jest fakt, że nazwa Góry Fuji po japońsku brzmi jak liczby 2, 2, 3. Proste, prawda? :)


Tu http://www.fujigoko.tv/live/camera.cgi?n=16 można "rzucic okiem" na Fuji-san. Oczywiście przy sprzyjających warunkach pogodowych :)







* Źródła zdjęć: http://www.ukiyoe-gallery.com/; http://emorfes.com/

Serum pod oczy "RAW LOVE"

Jakiś czas temu kupiłam trzy kosmetyki Gaia Creams (http://polska.gaiacreams.com/). Dziś postanowiłam się podzielić moim wrażeniami ze stosowania jednego z nich.

Najpierw jednak trochę o firmie-sklepie Gaia Creams.
Gaia Creams powstała z miłości do natury oraz samego człowieka i jego ciała, a także z pasji pewnej kobiety - Anny McGurran, zafascynowanej mocą jaka kryje się w roślinach.
Wszystkie kosmetyki Gaia Creams to mieszanki tylko i wyłącznie surowych, nierafinowanych, organicznych maseł i naturalnych, tłoczonych na zimno olejów oraz olejków eterycznych spełniających kryteria zrównoważonego handlu.
W żadnym z produktów Gaia Creams nie znajdziecie:
- emulgatorów
- pochodnych siarczanu sodu
- pochodnych ropy naftowej (np. parafiny i wazeliny)
- chemicznych konserwantów (np. parabenów, pochodnych kwasu benzoesowego)
- alkoholu
- gliceryny
- oleju palmowego
- silikonów
- sztucznych barwników i substancji zapachowych
- wosku pszczelego
- substancji żelujących i zagęszczających
- składników pochodzenia odzwierzęcego
- składników roślinnych pochodzących z upraw GMO
- wody.

Ale Gaia Creams to nie tylko ekologiczne kosmetyki. To również miejsce, w którym można nauczyć się szacunku dla środowiska naturalnego i uświadomić sobie, jak wiele tracimy porzucając to, co naturalne i ekologiczne. Gaia Creams zachęca do świadomego wybierania kosmetyków (i nie tylko), zwraca uwagę na recykling i zachęca do niego, informuje i wspiera akcje ekologiczne.

No, to teraz mogę przejść do recenzji Serum pod oczy "RAW LOVE"


                                               Źródło: http://polska.gaiacreams.com/)

"Krem dla najbardziej delikatnej, mało elastycznej skóry wokół oczu na bazie: świeżego, nierafinowanego masła shea (FAIR TRADE) & oleju virgin  ze świeżego kokosa (FAIR TRADE). Bogaty w najwyższej jakości nierafinowane oleje z kamelii japońskiej, awokado, dzikiej róży, lnu i konopii.
Ujędrnia, skutecznie i szybko redukuje zmarszczki, wzmacnia naskórek oraz skórę właściwą. Chroni, odstresowuje i rozpieszcza skórę po długim dniu. Krem stanowi bombę witaminową, jest bogaty w kwasy OMEGA 3, OMEGA 6 ORAZ OMEGA 9."

Pojemność: 15 ml

Cena: 55,68 zł

SKŁADNIKI: BUTYROSPERMUM PARKII, COCOS NUCIFERA, OENOTHERA BIENNIS, LINUM USITATISSIMUM, ROSA CANINA, CAMELLIA JAPONICA, CANNABIS SATIVA,PERSEA GRATISSIMA.

Serum pod oczy "RAW LOVE" zamknięte jest w małym szklanym słoiczku z aluminiową nakrętką. Moje serum posiada papierową (z makulatury) etykietkę z nazwą kosmetyku, składnikami, datą ważności i sposobem przechowywania. Co urzeka w etykiecie to to, że w pierwszej kolejności znajduje się na niej napis: Serum pod oczy "RAW LOVE" Edyty. Mam spersonalizowany kosmetyk :P
Serum jest bogate w dobroczynne składniki odżywcze i naprawdę to czuć. Przez pierwsze dni stosowania serum, moja skóra dosłownie go spijała. Za to teraz jest miękka i elastyczna.
Ten mały słoiczek zawiera bardzo wydajny kosmetyk. Wystarczy nabrać zaledwie ociupinkę kosmetyku, aby móc pokryć nim sporą powierzchnię skóry. Kiedy po stosowaniu serum przez prawie miesiąc zauważyłam, że nic mi go nie ubyło: najpierw zrobiło mi się smutno, że wyrzucę tyle niewykorzystanego kosmetyku (krótki termin przydatności); następnie zaczęłam nakładać je na inne części twarzy i ciała (policzki i suche skrzydełka nosa, łokcie, usta). W każdym wypadku "RAW LOVE" sprawdziło się doskonale. Czyli: odżywiło, nawilżyło i wygładziło skórę.
Konsystencja serum "RAW LOVE" przypomina mi konsystencję nieco miękkiego już masła, które w styczności z moją skórą nabierało, nazwałabym to, płynności, czy też poślizgu. Łatwo było je wsmarować czy wklepać w wybrane miejsce.
Serum w żaden sposób nie podrażniło mojej skóry ani nie wysuszyło jej, nie zapchało też porów. Piszę to dlatego, że większość kremów wcześniej przeze mnie stosowanych (tych ekologicznych, jak i tych nieekologicznych; specjalnie dedykowanych dla wrażliwców; nawilżających i odżywczych) - robiło to wszystko.
Dla mnie serum jest bez zapachu, więc nie powinno podrażnić żadnego wrażliwego nosa. Kolor kremu określiła bym jako żółtawy, tu też mam skojarzenia z masłem. Serum nie podrażnia też oczu - kilka razy trochę przesadziłam z ilością serum i część kosmetyku wylądowała również w oku, co nie spowodowało szczypania, pieczenia i łzawienia ani innych nieprzyjemności.
Ponieważ, jak już wspomniałam, serum "RAW LOVE" ma treściwą konsystencję, lepiej stosować je na noc. A jeśli na dzień, to bardzo bardzo bardzo cieniutką warstwę. W przeciwnym razie tusz do rzęs znajdzie się również na waszej skórze i żadna baza pod makijaż nie sprawi, że ten będzie się trzymał dobrze i długo.
Serum, jak i wszystkie kosmetyki Gaia Creams, należy przechowywać w chłodnym zacienionym miejscu, z dala od ogrzewania, czy promieni słonecznych. Należy również pamiętać, że każdy z produktów Gaia Creams to żywy kosmetyk, niezawierający konserwantów, więc jego termin przydatności jest krótki i wynosi zaledwie około 3 miesiące.
Serum pod oczy "RAW LOVE" to moja wielka miłość i moje MUST HAVE! Będę do niego wracać!

Wieczorna lektura

Postanowiłam się z Wami podzielić małym fragmentem jednej z książek, które obecnie czytam. Otworzyłam tam, gdzie ostatnio skończyłam, wskazałam palcem i oto jest :)

"Pieśń echo niesie po plaży, po lesie, 
           Spływa w dolinę, gdzie stworzeń jest moc.
Białe zające wśród trwa śmigające,

 Ćmy jasnookie, co gapią się w noc.

W cichym zdumieniu, głęboko w cieniu

Borsuki świecą ślepiami.

Słyszałem kroki, lekkie podskoki

I żwiru chrzęst pod stopami.

Srebrzysta muzyka, co z nagła umyka,

Zaledwie pochwyci ją ucho.

Szukałem, goniłem, lecz ślad zagubiłem,

Znów wokół pusto i głucho." 

"Morski dzwon" z "Opowieści z Niebezpiecznego Królestwa" J.R.R.Tolkiena 


          

Cz wiesz, że ...?


Czy ktokolwiek z Was wiedział, że dziś jest Międzynarodowy Dzień Walki z Rakiem Dzieciństwa? Ja tego nie wiedziałam! Nigdy nie natknęłam się w żadnych polskich mediach na informację, że tak, jak istnieje różowa wstążka, jest także złota wstążka, bo to właśnie złota wstążka jest symbolem walki z nowotworem u najmłodszych. Być może Dzień Walki z Rakiem Dzieciństwa nie jest tak popularny, bo oficjalnie obchodzony jest dopiero od niedawna, a może dlatego, że ciężkie i nieuleczalne choroby u dzieci są tematem trudnym. Dzień ten ma zwracać uwagę na fakt, że z chorobą nowotworową walczą również dzieci i że walka z nią na zawsze odmienia życie ich oraz ich rodzin. Celem Międzynarodowego Dnia Walki z Rakiem Dzieciństwa jest także uświadomienie skali problemu, zwrócenie uwagi na potrzebę wczesnej diagnostyki oraz wsparcie osób, których potomstwo dotknęła choroba.

Dzień ten jest ponoć wspierany i akceptowany przez setki organizacji i ośrodków leczenia, rodziny, przyjaciół i opiekunów. Lecz tak naprawdę, ja mam takie wrażenie, że nie jest zbyt znany szerszemu gronu społeczeństwa. Nie widzę szeroko zakrojonych akcji w celu uświadamiania ludzi, zbiórek na pomoc organizacjom wspierającym chore dzieci i ich rodziny, artykułów w gazetach, specjalnych programów poświęconych temu problemowi i temu dniu. Wiem, że w Polsce, tak, jak w wielu innych krajach, to październik jest miesiącem walki z nowotworem. I chwała wszystkim angażujących się w rozpowszechnianie informacji o sposobach leczenia i radzenia sobie z tak trudną chorobą, jaką jest rak! Odnoszę jednak wrażenie, że cała uwaga skupiona jest wtedy na walce z chorobą nowotworową piersi, reszta chorób jest zepchnięta gdzieś na dalszy plan. Dlatego dobrze by było, gdyby data 15 lutego zagościł w naszej świadomości albo gdyby każdy październik skupiał się w różnych latach na różnych chorobach nowotworowych.
Mam nadzieję, że złota wstążka kiedyś będzie tak dobrze znana wszystkim, jak inne kolory wstążek. A Wam wszystkim i Waszym bliskim życzę zdrowia!




* Źródło zdjęć: pinterest.com

L'OREAL MAJIREL

Siedzę z farbą na włosach i tak sobie myślę, ile to ja już lat farbuję włosy i czym zdarzało mi się mazać włosy. To było dawno i teraz większości użytych produktów najnormalniej nie pamiętam. Na włosach miałam już chyba każdy kolor, od blondu po granatowo-czarny, choć raczej skupiałam się na wszelkich wariacjach brązów, rudości i czerwień :)
Od wielu wielu lat sama farbuję włosy, rzadko oddaje je w tym względzie w ręce fryzjera. Od jakiś 3 lat stosuje do farbowania włosów tylko i wyłącznie farby L'OREAL MAJIREL, a od prawie roku jest to kolor nr 5.4 czyli Jasny Brąz Miedziany.
Wiem, że farba ta, niestety, zawiera niezbyt korzystne dla włosów i skóry głowy składniki, jednak jest to jedyna farba, z którą moje włosy się polubiły. Zdarzyło mi się robić kilka podejść do naturalnych farb i niestety moje włosy i ja nie byliśmy zadowoleni. Nie oznacza to, że nie będę próbowała ponownie. Wprost przeciwnie! Już nawet mam na oku pewną naturalną farbę, którą mam zamiar przetestować :)

Przejdę do rzeczy, czyli do krótkiej recenzji farby L'OREAL MAJIREL nr 5.4.



Według producenta
L'OREAL MAJIREL to pielęgnująca koloryzacja utleniająca.

100% pokrycia siwych włosów
Cząsteczki INCELL i IONENE G gwarantują pielęgnację wszystkich stref włosa.
Intensywny połysk koloru.
Bogata gama kolorystyczna głębokich i pełnych blasku odcieni.
Działanie składników aktywnych oparte na zasadzie inteligentnej wybiórczości (działają dokładnie w miejscach, gdzie włosy tego potrzebują).

Technologia
Koloryzacja utleniająca – system podwójnego wzmocnienia. Selektywny składnik pielęgnujący (Ionene G + Incell) działa wewnątrz i na powierzchni włosa. Unikalne połączenie pigmentów nasyca włosy jednolitym i trwałym kolorem.

Skład stosowanej przeze mnie farby Majirel
Aqua/Water; ceteryl alcohol; ammonium hydroxide; oleth-30; hexadimethrine chloride; oleic acid;oleyl alcohol; p-aminophenol; 2-amino-3-hydroxypyridine; ethanolamine; 6-hudroxyindole; toluene-2,5-diamine; ammonium thiolactate; 2-methylresorcinol; 2-methyl-5-hydroxethylaminophenol; pentasodium pentetate; benzyl alcohol; 2-oleamido-1,3-octadecanediol; resorcinol; parfum/fragrance

Rozjaśnienie: do 3 tonów

Czas trzymania: max. 35 minut

Pojemność tubki: 50ml



Farba ma postać białawego kremu koloryzującego, który należy zmieszać z oksydantem 6 lub 9 % (jest też opcja 12%). Jeśli chcemy rozjaśnić włosy o 2 tony stosujemy oksydant 6%, jeśli o 3 tony - oksydant 9%. Ja stosuję oksydant 9%, który mieszam z kolorem 5.4.
W przypadku moich włosów, aby pokryć je dokładnie potrzebuję 2 tubki kremu koloryzującego i 150 ml oksydantu. Całą miksturę mieszam dokładnie w ceramicznej miseczce, ceramicznym lub plastikowym patyczkiem; nie dorobiłam się jeszcze shakera. Gdy mieszanka jest gotowa, uzbrojona w rękawiczki jednorazowe, specjalne ubranie do farbowania włosów (tak, mam takie :P) i ręcznik, nakładam ją na suche włosy. Farbę trzymam na włosach około 25 minut, po czym tuż przed spłukaniem, dokładnie malaksuję włosy. Włosy spłukuję dokładnie chłodną wodą, dopóki ta nie będzie całkowicie czysta. Należy pamiętać, że maksymalny czas trzymania farby na włosach to 35 minut i naprawdę nie wolno go przekraczać. Wierzcie mi, niechcący sama kiedyś to sprawdziłam :)
Po wypłukaniu włosów zawsze stosuję szampon zamykający łuski włosów (PRO Classic Color) i maskę do włosów farbowanych (taką jaką akurat mam).  Ot, i cała filozofia! Jak widać, nie stosuję jakiś specjalnych technik i taka prostota w moim przypadku sprawdza się znakomicie.

Farba ta nie przesusza moich włosów, nadaje ładny i równy kolor na całej długości włosów. Kolor utrzymuje się dość długo, tylko w moim przypadku bardzo szybko pojawiają się duże odrosty (odrosty widać już po 2 tygodniach od farbowania i nie są one bynajmniej milimetrowe).
Co do samego koloru, to przyznam, że farba Majirel przypadła mi również do gustu z tego powodu, że kolor, który daje na moich włosach, bardzo mi odpowiada. Przyznam się, że nigdy nie podchodzę do żadnych próbników kolorów farb, jak do wyroczni i 100% gwarancji, że używając takiej a takiej farby, otrzymam odcień wskazany na tymże próbniku. Tak naprawdę aby otrzymać wymarzony, wypatrzony w próbniku kolor na swoich włosach należy: a) oddać się w ręce dobrego fryzjera, która umiejętnie zmieszana różne odcienie farb, aby spełnić nasze marzenie; b) mieć szczęście i uzyskać ten kolor stosując wskazaną farbę :)
Kupuję ją zazwyczaj, na allegro u sprawdzonego sprzedawcy, w zestawie z oksydantem i szamponem. Cena zestawu ok. 27 zł.
Jak każda chemiczna farba do włosów, oprócz "niezdrowego" składu, Majirel nie pachnie też najlepiej. Radzę nie pochylać się za bardzo nad przygotowywaną mieszanką :) Ale, ale. Mimo, że Majirel jest profesjonalna farbą, o wyższym stężeniu składników, jej zapach jest dla mnie mniej drażniący i nieprzyjemny niż wielu stosowanych przeze mnie wcześniej farb nieprofesjonalnych. Dla mnie zapach nie jest problemem, szczególnie, że po dokładnym wypłukaniu resztek farby, nie pozostaje na włosach i nie męczy dłużej mojego zmysłu powonienia.



HAPPI BARENTAIN DEE!

Miało nie być żadnego walentynkowego wpisu, bo i tak zewsząd atakują nas różowe i czerwone serduszka, misie, ciasteczka, amorki ... Nie mogłam się jednak powstrzymać, by nie podzielić się z Wami pewną ciekawostką na temat tego święta. Obiecuję tylko, że nie będzie różowo-słodko-mdlącego wpisu ani wyznań miłosnych :)
Japonia, jak wiele innych krajów, zaczerpnęła Dzień Walentego z kultury amerykańskiej i zaadaptowała do własnych potrzeb i sposoby myślenia. Święto to jest jednak nieco inne niż w Ameryce, czy krajach europejskich. W Japonii jest to dzień czekoladowych podarków. Nie byłoby rzecz jasna w tym nic dziwnego, gdyby nie jeden szczegół. Wszelkie czekoladowe słodkości są wręczane głównie przez kobiety mężczyznom! Panie nie mogą i nie powinny spodziewać się jakiegokolwiek upominku w ten dzień. Dodatkowo zwyczaj obdarowywania się czekoladkami nie dotyczy tylko zakochanych par. Wszyscy panowie w ten dzień powinni zostać obdarowani czekoladowym małym co nie co.
Z myślą o czekoladowym dniu panów powstają dwa rodzaje czekoladek: "czekoladki z obowiązku" (giri choko) i "czekoladki dla wybranych" (honmei choko). Jak nie trudno się domyślić pierwsze czekoladki trafiają do kolegów z pracy lub szkoły/uczelni lub innych mężczyzn w otoczeniu, względem których kobiety mają jakieś zobowiązania (kłania się kultura "giri", czyli obowiązku społecznego), drugie zaś - do wybranka serca. Ostatnio pojawiło się również sporo czekoladek trzeciego rodzaju - tomo choko, czyli czekoladowych upominków dla przyjaciół, niezależnie od płci.

Proszę się martwic uciśnionymi japońskimi paniami! Równo miesiąc po Walentynkach, 14 marca przypada tzw. Biały dzień (Howaito dē), święto, kiedy to panowie rewanżują się paniom obdarowując je nie tylko czekoladkami, ale też kwiatami, biżuterią, czy bielizną :)

Trochę słodyczy jednak dziś będzie; w postaci japoński słodkości walentynkowych. Nie podejmę się jednak zaznaczenia, które z nich to giri choko, a które to honmei choko, za słabo znam japoński :P



 


                                 Jak mawiają Japończycy HAPPI BARENTAIN DEE! :D





* Źródła zdjęć: http://blog.nagomi.pl; http://mujipolska.files.wordpress.com; pinterest.com

"Kurtyzany" Katie Hickman

Uffff! Moja pierwsza recenzja książki. A właściwie, moja pierwsza pisemna recenzja książki. No, dobra, tak naprawdę, to moja pierwsza pisemna recenzja książki od szkolnych czasów. Czuję się, jak po klasówce, czekając na wystawienie oceny. Proszę o wyrozumiałość :)


Tytuł: "Kurtyzany"
Autor: Katie Hickman
Wydawnictwo: Amber
Oryginalny tytuł: "Courtesans: Money, Sex and Fame in the Nineteenth Century"
Tłumaczenie: Przybyłowska Barbara
Rok wydania: 2004
Ilość stron: 310

Książka Hickman to interesujący przegląd angielskiego społeczeństwa XVIII i XIX wieku oraz stylu życia demi-monde. To historia walki o niezależność, o kontrolę nad własnym losem, swobody seksualnej. To historia kobiet zepchniętych na bok, zmuszonych do życia w granicach przyzwoitego społeczeństwa i zasadniczo karanych za swoje "nienaturalne" pragnienia.

"Fascynujące i potępione kobiety na tle życia wyższych sfer.

Mężczyźni tracili dla nich głowy i majątki. Słynęły z urody, bogactwa i skandalicznych związków gorszących opinię publiczną. Były królowymi mody, wirtuozkami konwersacji, koneserkami muzyki, mistrzyniami politycznej intrygi oraz, oczywiście, nieodpartymi kusicielkami, emanującymi zmysłowym erotyzmem. Urzekające i wpływowe, piękne i pożądane budziły zazdrość i ciekawość, były przedmiotem potępienia i powszechnej fascynacji.

Oto pięć najsłynniejszych angielskich kurtyzan XVIII, XIX i XX wieku. Sophia Baddeley, Elizabeth Armistead, Harriette Wilson, Cora Pearl i Catherine Walters stały się jednymi z najpotężniejszych, najbardziej niezależnych i najzamożniejszych kobiet swej epoki. Barwne biografie odkrywają tajniki ich życia, przenosząc nas w dwa poprzednie stulecia. Świetnie udokumentowane – zilustrowane pamiętnikami i korespondencją – fakty nabierają rumieńców życia w książce, która zagląda pod podszewkę historii, a jednocześnie porywa jak znakomita powieść, zachwyca bogactwem anegdot, ciekawostek obyczajowych i plastycznych opisów oddających rys epoki. Kurtyzany ukazują fascynujący świat, czy raczej półświatek „grzesznego życia” stanowiący w wieku XVIII, XIX i jeszcze w XX nieodłączny margines „wielkiego świata”, i malują portrety wyjątkowych kobiet – wybitnych osobowości swych czasów".

Jak wynika z powyższego opisu wydawcy, książka M. Hickman skupia się na życiu pięciu konkretnych angielskich kurtyzan: Sophii Baddeley (1745-1786), Elizabeth Armistead (1750-1842), Harriette Wilson (1786-1845), Cory Pearl (1835-1886) i Catherine Walters (1839-1920) i obejmuje 150 lat rozkwitu świata kurtyzan w Anglii. W każdej z pięciu opowieści pisarka poświęca również trochę czasu innym znanym kurtyzanom opisywanego okresu, choć zawsze to w/w kurtyzany są głównymi postaciami.
Każda z bohaterek książki została kurtyzaną z innego powodu, lecz dla każdej z nich życie kurtyzany dało im niezależność, jakiej pragnęły i jakiej w XVIII i XIX wieku żadna szanująca się kobieta nie mogła mieć.

"Ten młody dżentelmen, jak sądzę, wprost mnie uwielbia, ale i tak nie zostanę jego żoną ani nie chcę być żoną żadnego mężczyzny, bo nigdy nie mogę się poddać władzy męża ani pozwolić mu, by mówił, że zachowywałam się nieroztropnie w życiu". (fragment z biografii Sophii Baddeley pióra jej przyjaciółki Elizy Steele)

"Całym moim majątkiem jest niezależność i nie znam innego szczęścia-, to właśnie wciąż wiąże mnie z życiem". (pamiętniki Cory Pearl)

"Nie będę służyła żadnemu mężczyźnie jako narzędzie rozkoszy". (pamiętniki Harriette Wilson)

Ciekawie było czytać o kobietach, które w trakcie dni swojej sławy, mimo życia w półświatku, potrafiły wpływać na postawy społeczne, równie mocno jak ustanowiony kodeks moralny. Dla mnie każda z tych kurtyzan była kobietą, która wyprzedzała swoje czasy.

Opisując barwne życie kurtyzan, pisarka analizuje również kulturę demi-monde, domenę kurtyzan i świat arystokracji oraz ich wzajemne przyciąganie się i odpychanie. W przedstawionym przez nią świecie egzystowali razem z kobietami podejrzanej konduity, mężczyźni (najczęściej żonaci) z kręgów arystokratycznych korzystający z usług kurtyzan, niejednokrotnie zakochujący się w nich, mężczyźni, którzy "brali pod swoją opiekę" którąś z ulubionych kurtyzan i ich żon, gardzące tymi "upadłymi kobietami", lecz równocześnie naśladujące te same kobiety w swych ubiorach i zwyczajach. Bardzo łatwo było z tego drugiego świata znaleźć się w tym drugim, lecz kobiety z półświatka bardzo rzadko przechodziły na drugą stronę. Z głównych bohaterek opisanych przez Hickman udało się to tylko Elizabeth Armistead i to tylko częściowo.
Hickman wykonała kawał dobrej roboty, wydostając na światło dzienne i przedstawiając czytelnikowi wiele tekstów źródłowych pochodzących bezpośrednio od przedstawionych kurtyzan i/lub od osób blisko z nimi związanych. Lecz ten, kto spodziewa się znaleźć w książce pikantne sceny, będzie zawiedziony.
Pisarka świetnie pokazała, że to, co dla nas kobiet XXI wieku jest oczywiste i bierzemy za pewnik, wtedy było uznawane za zuchwałe i odważne, a do tego złe. Dodatkowo to, co bywało męczące (mnogość suchych faktów) równocześnie jasno i wyraźnie pokazało jak dwa sprzeczne ze sobą światy przenikały się i splatały, jak kobiety, które żyły w cieniu normalnego życia, mocno wpływały na życie tych praworządnych i stroniących od grzechu obywateli, a szczególnie obywatelek :)

Teraz trochę o tym, co mi się niezbyt podobało :)
Hickman napisała książkę bogatą w fakty (pamiętniki, wspomnienia, listy), prawie cały czas miałam wrażenie, że czytam coś w stylu roczników kronikarskich. Data goni datę przez co czułam się, jakbym czytała podręcznik do historii. Brakowało mi troszkę, jakby to ująć, duszy w tej książce :)
Po za tym czasami autorka tworzyła zbyt wiele wątków naraz, co powodowało spore zamieszanie, które w połączeniu z mnóstwem przypisów sprawiało, że nie zawsze mogłam czytać tą książkę w sposób płynny.
Pojawiło się również sporo cytatów po francusku, których czytanie dla mnie, osoby niefrancuskojęzycznej, było męczące i trochę irytujące (nie pomógł fakt, że były one oczywiście przetłumaczone poniżej albo w przypisach).

Nie zmienia to jednak faktu, że dowiedziałam się wielu interesujących rzeczy na temat tego, jakimi kobietami były XVIII- i XIX-wieczne kurtyzany angielskie, kim byli ludzie ubiegający się o ich względy, płacący bajońskie za ich towarzystwo i jak reagowało społeczeństwo tamtych czasów na kobiety "podejrzanej konduity".
Książka świetnie pokazuje, co znaczyło w owych czasach być niezależną kobietą i jaki był tego koszt.

Odniosłam wrażenie, czytając "Kurtyzany", że życie, jakie wybrały nie było dla nich tylko ucieczką od sztywnego gorsetu panujących reguł w owym czasie, było też ich sposobem na życie, ich pracą, biznesem. Większość z nich kierując swoją karierą często kalkulowała, która "inwestycja" przyniesie im najwięcej zysków (materialnych i towarzyskich). Wyciskały z tego życia jak najwięcej wykorzystując swoje 5 minut, choć i one bywały zmęczone swoim szalonym życiem.

Choć miło być podziwianą i wielbioną - żaliła się Sophia pani Steele - straszliwie się nudzę, kiedy jestem pozbawiona sensownych rozmów, które czynią tak przyjemnym towarzystwo dżentelmenów; mam wciąż uszy pełne wyznań miłosnych i innych bredni, nie mogę już tego dłużej wysłuchiwać. Zapewniam cię, droga przyjaciółko, że czasem chciałabym zostać pustelnicą i żyć w jakiejś jaskini z dala od świata". (fragment z biografii Sophii Baddeley pióra jej przyjaciółki Elizy Steele)





*Ciekawostka: Emil Zola tworząc powieść "Nana" bazował na życiu bardzo znanej kurtyzany z tego właśnie okresu - Lucy Snow.

Morsdagen czyli Dzień Matki w Norwegii

Tak, tak, dobrze przeczytaliście, dziś w Norwegii mamy mają swoje święto :) Dzień Matki w Norwegii przypada zawsze w drugą niedzielę lutego. I nie mam pojęcia skąd akurat taka data. Nie udało mi się nigdzie znaleźć odpowiedzi na to pytanie.

Dzień Matki w Norwegii był pierwszy raz obchodzony w Bergen 9 lutego 1919 r. i początkowo organizowany był przez organizacje religijne. Jednak to pewne kobiety z Oslo (Dorothea Schjoldager i Karen Platou) w 1918 roku, we współpracy z organizacjami non-profit, ludźmi biznesu i mediów otrzymały zgodę na ustanowienie Dnia Matki jako corocznego wydarzenia w Norwegii. Od tamtego czasu Dzień Matki stał się takim rodzinnym dniem, kiedy to ukochana mama dostaje rano do łóżka kawę i/lub śniadanie, kwiaty i różne słodkości.

Oczywiście obecnie Morsdag to wielkie komercyjnie święto ze specjalnym ciastem na Dzień Matki (morsdagskake), specjalnymi bukietami kwiatów na Dzień Matki (morsdagsblomster) itp.. W przedszkolach i szkołach wciąż jednak żyje tradycja własnoręcznie przygotowywanych przez dzieci prezentów dla mam, pieczenia ciast dla mam i wspólnego świętowania z mamami.

Jak więc widać święto to nie różni się od polskiego majowego odpowiednika :)

Pozostaje mi jeszcze tylko jedno: Gratulerer med morsdagen!, dla wszystkich mam :)

Mapy stereotypów

Dziś troszkę o stereotypach z przymrużeniem oka :) A może nie?
Każdy wie, czym są stereotypy i każdy, chcąc nie chcąc, często nieświadomie, kieruje się stereotypami; szczególnie tymi najbardziej popularnymi.

Oto kilka Map Stereotypów według alphadesigner (www.alphadesigner.com)
                                                       Świat według Amerykanów

                                                                            Europa według Amerykanów

                                                                    A tu Europa według naszych rodaków (Polaków)

                                          Mapa Europy według naszych sąsiadów zza zachodniej granicy (Niemców)

                                                                            Europa okiem Brytyjczyków

                                                                       Francuski obraz Europy

                                                                                Europa po włosku
 
                                                 Watykan Europę widzi tak

                                                  Przewodnik po Europie dla gejów

                            Mapa stereotypów z serii "rozmiar się nie liczy" :P

Jeśli ktoś poczuł się urażony, przepraszam najmocniej, nie miałam tego w planie.

Jak uważacie, jest coś prawdziwego w tym, co przedstawiają powyższe mapy?





Źródła: Wszystkie mapy pochodzą ze strony http://alphadesigner.com/

Na dalekiej północy dziś święto

Tak sobie zerknęłam w kalendarz i oto widzę, że dziś jest bardzo interesujące święto! Mianowicie, dziś kraje skandynawskie, Finlandia i Rosja obchodzą Międzynarodowy Dzień Samów! I, nie, nie mam tu na myśli żadnego Samuela czy Samanty ani tym bardziej Samu - sklepu z czasów PRL :) Samowie, to tylko ładniejsza i mniej pejoratywna nazwa Lapończyków :)))
                                                                       
Po raz pierwszy święto to było obchodzone 6 lutego 1993 roku.
A wszystko zaczęło się właśnie 6 lutego w Trondheim, ale w roku 1917, kiedy to miało miejsce pierwsze Zgromadzenie Narodowe Samów. Było to pierwsze spotkanie tego typu przedstawicieli Samów z północy i południa, z różnych krajów skandynawskich, w celu omówienia wspólnych szeroko pojętych zagadnień publicznych oraz wszelkich problematycznych kwestii. W 1956 roku powstał Związek Samów, który reprezentował interesy norweskich, szwedzkich i fińskich Samów. Rosyjscy Samowie dołączyli do tego grona dopiero w 1992 roku, po zmianach okresu pierestrojki. To właśnie członkowie Związku Samów zatwierdzili narodowe flagę i hymn Samów ("Sámi soga lávllaat" https://www.youtube.com/watch?v=UTWUkip6Yok).
Na jednym ze zjazdów Związku Samów (w 1992 r.), aby uczcić pierwszy zjazd z 1917 roku, dzień 6 luty został ustanowiony Narodowym Dniem Samów (Sámi álbmotbeaivi). Zjazd ten dał również początek Parlamentowi Samów.

Lihkku Beivvin! (o ile się nie pomyliłam :))





* Źródła zdjęć: pinterest.com i tv2.no

Widok za oknem

Taki mam widok z jednego z okien mojego mieszkania. Zdjęcie robione przez rzeczone okno :)


A taki widok miałam nad głową, gdy robiłam powyższe zdjęcie. Aż pomyślało mi się przez chwilkę z nutką nostalgii o lecie ... Jednak mróz za oknem dał mi jasno do zrozumienia, że się mylę ;)


Udanego i słonecznego dnia dla wszystkich! :)

"Kon-Tiki" - norweski pretendent do Oscara

Słowem wstępu: nie jestem filmoznawcą, recenzentem zawodowym, czy krytykiem filmowy, dlatego upraszam serdecznie o spojrzenie łaskawym okiem na moje filmowe recenzje :)

Tytuł: "Kon-Tiki"
Reżyseria: Joachim Rønning, Espen Sandberg
Obsada: Pål Sverre Hagen, Odd-Magnus Williamson, Tobias Santelmann , Anders Baasmo Christiansen, Jakob Oftebro, Gustaf Skarsgård, Agnes Kittelsen
Produkcja: Norwegia, Dania, Wielka Brytania
Rok produkcji: 2012
Czas: 1 h 58 minut

Kon-Tiki to film biograficzny o człowieku, który w 1947 r., zrobił coś dotychczas niewyobrażalnego, aby udowodnić swoją szaloną teorię (rewolucyjną teorię), że Polinezja została zaludniona z Ameryki Południowej, wbrew ustalonej w tamtych czasach teorii naukowej o migracji społeczności z Azji.
Człowiekiem, o którym mowa, był Thor Heyderdahl, odkrywca, który wierzył, że "oceany nie były barierą, ale drogą" dla starożytnych podróżników-odkrywców. Zdecydował się przetestować swoją teorię w praktyce - i wyruszył w pełną przygód i niebezpieczeństw wyprawę przez Pacyfik na prymitywnej tratwie zbudowanej z drewna balsy. Tratwa stała się dla Thora i jego pięciu towarzyszy domem na 5000 mil podróży przez ocean.
Heyerdahl był człowiekiem z wizją, jego upór i wiara w to, co dla innych, było niemożliwe,  pozwoliły mu nigdy nie wątpić, nawet gdy załoga była przekonana, że dryfują na pewną śmierć.

Oto oficjalny trailer filmu
https://www.youtube.com/watch?v=e4DZ7svBw7I

                                                                            Filmowa załoga tratwy tuż przed wyprawą Kon-Tiki

                                                     A tu Ci sami panowie au naturel :)

Thor Heyderdahl to słynny norweski badacz, etnograf i zoolog, urodzony w 1914 roku w Larviku. Wyprawa Kon-tiki nie była jego jedyną ekspedycją, choć prawdopodobnie od teraz będzie tą najbardziej znaną w szerokim świecie :)
Krótki przegląd wypraw Thora Heyderdahla:
1. lata 1937-1938
Fatu-Hiva - pierwszy pobyt Heyderdahla w Polinezji.
2. lata 1939-1940
Kolumbia Brytyjska - W poszukiwaniu szlaku z Azji do Polinezji.
3. 1947 r.
Wyprawa Kon-Tiki.
4. 1952 r.
Wyspy Galapagos - Pierwsza wyprawa archeologiczna Heyderdahla.
5. lata 1955-1956
Wyspy Wielkanocne - Pierwsze wykopaliska archeologiczne Heyderdahla.
6. lata 1969-1970
Ekspedycje Ra - Papirusową łodzią przez Atlantyk.
7. 1978 r.
Wyprawa Tygrys - Łodzią trzcinową przez Ocean Indyjski.
8. lata 1981-1984
Malediwy - Archeologiczne dowody na istnienie prehistorycznej żeglugi morskiej.
9. lata 1986-1988
Wyspy Wielkanocne - Powrót po 30 latach.
10. lata 1988-1992
Peru - Badania archeologiczne kompleksu piramidy "La Raya" niedaleko Tucume w północnym Peru.
11. ostatnie lata przed śmiercią (zmarł w 2002 r.)
Z powrotem na Pacyfiku - Początek badań archeologicznych na Samoa.


                                                                                   Pål Sverre Valheim Hagen jako Thor Heyderdahl

                                                       
Kimi byli pozostali członkowie załogi Kon-Tiki?

Erik Hesselberg – nawigator, artysta; autor malunku przedstawiającego głowę Kon-Tiki na żaglu tratwy.

Bengt Danielsson (reprezentant Szwecji :)) – socjolog zainteresowany teorią migracji ludzi. Jako jedyny znał język hiszpański, dzięki czemu pełnił często rolę tłumacza. Uwielbiał czytać książki, które zabrał ze sobą również na tratwę (zabrał 73 książki! i wszystkie przeczytał nim osiągnęli cel podróży).

Knut Haugland – ekspert od radiostacji. Był uczestnikiem norweskiego ruchu oporu. Już po II wojnie światowej został odznaczony za udział w bitwie o ciężką wodę.

Torstein Raaby – również radiotelegrafista. Doświadczenie zdobył organizując tajne stacje radiowe podczas II wojny światowej, naprowadzając między innymi samoloty alianckie w celu zatapiania wrogich statków.

Herman Watzinger – inżynier, absolwent politechniki w Trondheim. Był odpowiedzialny za prognozowanie pogody oraz zbieranie danych do celów naukowych.

Jeśli ktoś szuka filmu na modłę hollywodzką, to zawiedzie się sromotnie. Film nie atakuje nas natłokiem męczących mało prawdopodobnych efektów specjalnych, ciągłymi zwrotami akcji, namiętnymi romansami głównego bohatera i również dramatycznymi rozstaniami (choć jest też wątek romansowy i są rozstania), wybuchami (tak, wiem, co może wybuchnąć na tratwie drewnianej?! Sądzę jednak, że specjaliści hollywodzcy coś by wymyślili ;)) itp. itd. W zamian film pozwala nam na wyciszyć się i delektować pięknymi zdjęciami. Dlatego polecam obejrzeć go na jak największym ekranie! Przyznam się, że przez te prawie 2 godziny oglądania "Kon-Tiki" nie nudziałm się. Przy tym filmie odpoczęłam, widać tego, trzeba mi było :)
Ja polecam każdemu obejrzeć ten film!:)

Film "Kon-Tiki" z 2012 r. jest sfabularyzowaną wersją wydarzeń z opisywanej wyprawy Thora i jego kompanów. Jeśli ktoś chce zobaczyć "prawdę i tylko prawdę" powinien sięgnąć po film dokumentalny uhonorowany w 1951 r. Oscarem w kategorii „najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny”, będący zapisem z kamery towarzyszącej nieustraszonym podróżnikom przez 101 dni w drodze do Polinezji. Można również przeczytać książkę napisaną przez Heyderdahla ("Wyprawa Kon-Tikię) oraz udać się do muzeum Kon-Tiki (http://www.kon-tiki.no/).

Fragment z filmu dokumentalnego "Kon-Tiki"
https://www.youtube.com/watch?v=Joem9SKS3LY

PS. Thor Heyderdahl bał się wody, ponieważ nie potrafił pływać!





Źródło zdjęć: filmweb.no

Dzisiejszy obiad

Dzisiejszy obiad postanowiłam zaliczyć do swoich kulinarnych sukcesów :) Z moim umiejętnościami fotografowania już gorzej, ponieważ mój aparat mnie nie posłuchał i nie zapamiętał (!) większości zrobionych zdjęć :( A taka byłam dumna ze sposobu podania przygotowanej przeze mnie ryby :P

W dzisiejszym menu gościł u mnie pstrąg z serem camambert i marmoladą pomarańczową podany na rukoli :)

A oto składniki, których potrzebujesz, by cieszyć się taka potrawą:
4 filety z pstrąga
ulubiony ser camambert
marmolada z pomarańczy (najlepiej bez cukru i ze kawałkami skórki z pomarańczy)
orzechy włoskie
bagietka
oliwa z oliwek
pomidorki koktajlowe
rukola
winogrona
pomarańcze


Każdy z filetów z pstrąga nacinałam, robiąc coś w stylu szpary, w której układałam ser, orzechy włoskie oraz marmoladę (właśnie w takiej kolejności). Oczywiście składniki "wychodziły" z tego nacięcia na całą powierzchnię filetów.
Filety ułożyłam na folii do pieczenie w naczyniu żaroodpornym i wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Czas pieczenie to około 30 minut.
W tym samym czasie pokroiłam bagietkę na kromki, każdą kromkę posmarowałam oliwą z oliwek i posypałam odrobinę różnymi ziołami. Tak przygotowane kromki wstawiłam do piekarnika na 2-3 minuty pod koniec pieczenia ryby. Były pysznym dodatkiem do ryby.
Na talerze rozłożyłam wcześniej umytą rukolę, pomidorki koktajlowe, winogrona oraz kawałki obranej ze skórki pomarańczy, zostawiając na środku miejsce na pstrąga.
Niestety zdjęć końcowych brak, o czym pisałam na początku :(

Dodam jeszcze, że przepis jest elastyczny :) I tak, zamiast pstrąga można użyć łososia, a zamiast marmolady pomarańczowej - figową. To samo dotyczy sałaty. Ja uwielbiam rukolę, ale każdy może ją zastąpić swoją ulubioną lub taką, jaką ma akurat pod ręką. Zamiast orzechów włoskich można użyć innych, np. migdałów :)