"Ja" Igora Voloshina

Tytuł: "Ja"
Tytuł oryginalny: "Я"
Reżyseria: Igor Voloshin
Obsada: Artur Smolyaninov, Andrei Khabarov, Oksana Akinshina, Aleksey Gorbunov, Pyotr Zaychenko
Produkcja: Rosja
Rok produkcji: 2009
Czas: 1 h 29 minut

Moje drugie spotkanie z Igorem Voloshinem i po raz drugi spotykamy się w niepokojącym świecie narkotycznych odlotów. Z twórczością rosyjskiego reżysera spotkałam pierwszy raz kilka lat temu i z zachwytem obejrzałam "Nirvanę", psychodeliczną surrealistyczną, cyberpunkową opowieść o narkotycznym transie podziemnego świata Petersburga. Tym razem akcja filmu toczy się na rosyjskiej prowincji końca lat 80-tych i początku 90-tych XX wieku w rytm wielkich przebojów tamtego okresu, z Sandrą i jej "(I'll Never Be) Maria Magdalena" na czele. Polecam kliknąć Play, żeby wprowadzić się w odpowiedni nastrój ;)

Jak sugeruje sam tytuł, "Ja" jest filmem autobiograficznym, do którego scenariusz napisała sam Voloshin, opierając się na własnych przeżyciach z okresu dojrzewania i młodości w późnych latach 80-tych i połowie lat 90-tych, w Sewastopolu nad Morzem Czarnym.
"Ja" toczy się równolegle, ale skokami, w dwóch przestrzeniach czasowych: w 1987 r., gdy bohater ma dwanaście i przesiaduje ze swoimi starszych kolegami naprzeciwko szpitala psychiatrycznego robiąc narkotyki i w 1993 r., kiedy mając osiemnaście lat dobrowolnie zgłasza się do szpitala psychiatrycznego aby uniknąć powołania do wojska. W szpitalu bohater styka się z brutalnością przymusowego leczenie odwykowego, zwierzeniami psychopatów oraz ni to wspomnieniami ni to halucynacjami o swoich przyjaciołach, teraz już martwych. W filmie nie ma pytań, o to, który z tych światów jest prawdziwy, bo każdy z nich jest równie realny i trudno je od siebie odróżnić.
Całą historię opowiedzianą w filmie spina narrator-bohater, grany przez Artura Smolianinova, który jedzie autobusem w nocy i  kręci film o swoich przyjaciołach, "demo dla Boga" - jak sam go nazywa. Tylko on przeżył "szalone" lata, być może po to by Ci, którzy odeszli nie zostali zapomniani, by opowiedzieć ich i swoją historię. Być może także po to by dać innym przestrogę? Voloshin maluje przed nami kolorowo-szare obrazki życia na prowincji, przeplata ze sobą sceny radości i kumpelstwa oraz smutku i zawiści, potrafi przeskoczyć od łagodności do brutalności. To historia straconego pokolenia. O ludziach na ekranie trudno cokolwiek powiedzieć. Nieżywi i niemartwi, istniejący w świecie urojeń, narkotycznych odlotów. Byli? Nie istnieli?. Żyli? Oni nie są już w stanie myśleć, mówić, nie wiedzą, co to realny świat. Nie wiedzą kim są i po co są. Bo czy to ważne?
Dlaczego tak się stało? Dlaczego postawili w swoim życiu na narkotyki? Po upadku żelaznej kurtyny, młodzież mogła zacząć cieszy się nowo odzyskaną wolnością, mogła wszystkiego spróbować i robiła to. Robiła to zachłannie i bez opamiętania, tracąc kontrolę. Ten film jest o prostym życiu, bez sztuczności. O życiu, które dzięki narkotykom było bardziej barwne. Reżyser opowiada historię ludzi, czasu i społeczeństwa.
Tylko czasami, mimo ogólnej wymowy filmu, mam wrażenie, że Voloshin trochę się pogubił; że za dużo chciał przekazać w swoim filmie, za dużo miał na to pomysłów i sprawił, że widz nie zauważa wszystkiego, wszystkich aluzji i odwołań - np. biblijnych czy do filmu "Ładunek 200" Aleksieja Bałabanowa. Możliwe też, że reżyser nie miał wyklarowanego do końca pomysłu na film, lecz wiedział jedynie w zarysach co i jak chce przedstawić i stąd, nazwałaby to, taka nierówność scen filmowych, sprzeczność emocji w jego odbiorze. Niby dobrze, ciekawie, ale ... coś tu nie do końca gra.

My generation
My friends slashed their wrists.
My friends committed suicide.
My friends died from overdoses.
My friends loved life and paid for it with their own lives.
My friends drowned in freedom when the Iron Curtain fell.
How could I not make a film about this – especially as it was the
turn of the decade, from the 1980s to the 1990s?
When the Berlin Wall fell, my generation collapsed.
This movie is a memorial to my generation; it’s a movie about a
war that never happened, but which destroyed this generation
anyway.
I used to make films about what I know, but my next film will be
about the future.
(Voloshin, wywiad dla berlinale.de)

"Ja" nie wzbudziło u mnie takich emocji, jak "Nirvana" tego samego reżysera, ale i tak jest to film godny polecenia.

 
trailer

2 komentarze: